Awantura (Kraszewski, 1885)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Awantura
Podtytuł Powieść osnuta na plotce
Pochodzenie „Świt“, 1885, nr 44-66
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1885
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Trudno opisać jak ją przyjęła hrabina. Spadło to piorunem na nią.
Wrażenie, które na niéj Lutek uczynił było zatarte, a zjawienie się jego teraz groziło komplikacyą z Bartskimi, z któréj nie wiedziéć jak wyjść było.
Hrabia Witold, wezwany na ratunek, nie wiedział co czynić, co radzić. Powracać do kraju dla przerobienia tego, co się zrobiło? narazić się na plotki, skandale, potwarze, gdy za granicą tak było spokojnie i błogo, za nic w świecie nie chciała Idalia. Zmilczéć i nie dawać znaku życia, zdawało się najrozumniejszém.
Ale za cóż prawdziwy potomek Bartskich miał być pozbawionym ogromnéj fortuny, z któréj (staruszkowie byli w wieku tak podeszłym) hrabina Idalia mogła téż korzystać?
Nad tém się należało zastanowić. Strzelecka postanowiła dla rozpatrzenia się bliższego w tém pojechać do Warszawy. Wezwany do towarzyszenia hrabia Witold, stanowczo odmówił.
— Jedź, jeśli chcesz, ja nie jadę. Ani wiem, ani rozumiem, jak się to może skończyć. Zawikłana rzecz, brudna, a jak ją wezmą starzy Bartscy, nie można przewidziéć. Nuż z tego wyniknie proces kryminalny.
Zachwiała się hrabina Idalia, trwała niepewność dni parę. Wbiegła potém rano do Witolda.
— Jadę incognito — rzekła — nigdzie się nie będę pokazywała, zobaczę się tylko z synem, dowiem coś może o Bartskich, coś postanowię... nie mogę się oprzéć temu — jadę.
Chociaż panna Rozalia równie była przeciwną podróży pani jak przyjaciel, Strzelecka nie dała się zatrzymać. Napisała zaraz do męża, aby na nią czekał w Warszawie, odpowiedziała słów kilka Pawłowiczowéj, i para ją już uniosła na Wiedeń do Warszawy.
Zapowiedziane przybycie nikogo nie uszczęśliwiło, ale Strzelecki był w rozpaczy. Już sobie usłał gniazdo wygodne, i był pewien, że żona nie powróci, gdy list raził go ciosem niemal śmiertelnym.
Żona, to była podległość, wymagania pieniężne, podniesienie stopy domu, niewola i ruina znowu.
Kamerdyner radził ignorować zupełnie przybycie i siedziéć na wsi cicho, jak w myszéj dziurze, wszakże na poczcie listy nieraz przepadają. Ale nuż hrabinie miała przyjść fantazya ścigać męża w Strzelczu i, znalazłszy go tak wyśmienicie tu zainstalowanym, pozostać u boku jego?
Strzelecki wolał już jechać na spotkanie i starać się wykłamać.
Większy jeszcze popłoch w kamienicy na Starém Mieście zrodził list hrabiny; chociaż Lutek twardo stał przy tém, że nie uchybi hrabinie, ale matki w niéj uznawać nie chce i nie może.
Pawłowiczowa osłabiona już i tak, nie wstawała z łóżka.
Gdy nadeszła w końcu wiadomość, że hrabina jest w Warszawie, a nazajutrz o południu przybędzie do Pawłowiczowéj, Lutek i doktora i księdza na tę godzinę uprosił, tak się o matkę obawiał.
Hrabina Idalia w istocie przybyła incognito, zakwefiona, w stroju nie zwracającym oczu. Zmieniona bardzo, zestarzała na twarzy, w ruchach tylko i postawie zachowała dawną powagę i wdzięk pewien, ale owa udawana dystynkcya, którą się chlubiła przedtém, znikła gdzieś zupełnie. Przypominała starą komedyantkę.
Na spotkanie wyszedł doktór, prosząc, aby chorą oszczędzała. Lutek ani się nie ruszył od łóżka. Blady, smutny, zasępiony, okazywał twarzą, jak wstrętliwém dla niego było to spotkanie.
Niezmiernie rozczuloną, serdeczną chciała być hrabina, chusteczki nie odejmowała od oczu, głos miała drżący, obwiniała się sama.
Lutek, którego chciała uścisnąć, cofnął się milczący i z daleka ukłonił, spojrzeniem powiadając, że napróżnoby go sobie pozyskać chciała.
Zwróciła się więc cała do Pawłowiczowéj, dziękując jéj, zapewniając, że uznaje jéj prawa a swoją winę. Poczém zażądała rozmowy z Lutkiem na osobności.
Odchodząc, zbliżył się on do choréj, pocałował ją w rękę i w czoło i coś szepnął, spokojnie do drugiego pokoju za hrabiną krocząc.
Co się działo w sercu jéj zepsutem, w rozbiór wchodzić nie możemy; są momenta w życiu i są stany materyi w organizmach, których analiza nie dotyka bez wstrętu.
W młodym Lutku hart ducha, jaki mu nadawała miłość, był do podziwienia.
Hrabina, ciągle go ścigając oczyma, usiadła na fotelu.
— Nie mam ci za złe, że mnie pokochać nie możesz, a całą swą miłość oddałeś téj, która ci była matką. Czuję moją winę, nie chciałabym jéj powiększyć, zaniedbując odkryć całą prawdę.
Posłuchaj mnie.
Zawczasu przygotowaną historyę substytucyi fałszywego Bartskiego, ozdobioną, oczyszczoną, stworzoną na to, ażeby ją uniewinniała, poczęła opowiadać hrabina Idalia, pilno śledząc na twarzy syna, jakie ona uczyni wrażenie.
Lutek zdumiony, oburzony, pozostał dla niéj nieodgadniętym.
Po razy kilka ironiczny uśmiech, zadziwienie ukazało się na twarzy, lecz zbytniego zajęcia widać nie było.
Hrabina nalegała na to, że majątek był ogromny, że możnaby było go dla Lutka odzyskać, zwłaszcza, gdy, oprócz innych świadectw i dowodów, podobieństwo do nieboszczyka Ryszarda było nadzwyczajne, uderzające, i Bartscy nie mogli się oprzéć wrażeniu, jakie ono czyniło.
To mówiąc hrabina, na nowo oprawną starą miniaturę męża pokazała synowi, która, gdyby nie strój już nie modny, mogła uchodzić za wizerunek Lutka.
Gdy ukończywszy długą, a dosyć zawikłaną swą powieść, zamilkła, oczekując, co powié syn na to, chłopak prawie bez zastanowienia odparł, że kosztem tylu przykrości, zachodów, skandalów, nie chce ani imienia, ani majątku odzyskiwać.
— Nawykłem być Pawłowiczem — rzekł — majątek, który mi moi przybrani rodzice zostawiają, jest aż nadto dostateczny dla mnie. Wyrzekam się wszelkich pretensyi.
Najmniejszego słowa czułości dobyć z niego nie mogła matka; zimny, trzymał się zdaleka, unikając nawet spotkania z jéj wzrokiem.
Nawykła do przybierania tonów różnych, do zalecania się łzami, bólem, obudzeniem politowania, hrabina wyczerpała wszelkie środki, aby poruszyć serce Lutka i rozbiła się o obojętność nieprzełamaną.
Poczynało ją to gniewać w końcu. Rzadko w życiu tak nielitościwą poniosła klęskę, a zwycięzcą był syn jéj własny.
Widząc, że nie potrafi już nic dobyć z niego, hrabina zmieniła rozmowę, okazała troskliwość o przyszłość syna i chciała się dowiedziéć jakiemu zawodowi miał się poświęcić.
Lutek nie skłamał, mówiąc, że nic nie postanowił i powołania w sobie nie czuł jeszcze.
Chciała wiedziéć o majątku, odparł, że się o niego nie dopytywał, ale w domu był zawsze dostatek.
Niczém z niego nie potrafiła wydobyć więcéj nad kilka słów zimnych, krótkich, zawierających ściśle tylko to, co odpowiedź na pytanie stanowiło.
Rozmowa przedłużała się przez to samo, że Lutek mówić nie chciał, a hrabina Idalia upierała się przełamać tę jego oziębłość i wstręt dla siebie.
Gdy się to działo w jednym pokoju, tuż obok Pawłowiczowa modliła się, płacząc, drżała ze strachu; patrzyła na drzwi ciągle, pragnąc, aby Lutek się co najrychléj wyzwolił.
Po męczeńskiéj godzinie tego badania, na ostatek hrabina wstała zniecierpliwiona, dumna, rzuciła okiem prawie gniewném na Lutka i zapowiedziała mu tonem nakazującym, że nazajutrz widziéć się z nią powinien, bo się to jéj przynajmniéj należało, gdy dla jego interesu jedynie odbyła nadaremnie podróż.
Lutek się skłonił nic nie mówiąc.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.