Awantura (Junosza, 1894)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Awantura
Podtytuł Fragment z pamiętników rządzcy domu
Pochodzenie „Kurjer Warszawski“, 1894, nr 49-50
Redaktor Franciszek Olszewski
Wydawca Wacław Szymanowski i Antoni Pietkiewicz (Adam Pług)
Data wydania 1894
Druk Drukarnia „Kurjera Warszawkiego“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


AWANTURA.
(Fragment z pamiętników rządzcy domu.)
Przez
Klemensa Junoszę.





. . . . . . . . . . . . . . . . .

Poprzednia właścicielka kamienicy, wdowa, zanim się po raz trzeci za mąż wydała, bębniła po całych dniach na fortepianie.
Brzęczał ten klekot, och, brzęczał rano i po południu i wieczorami, a czasem nawet i późno w nocy rozlegały się jego dźwięki, może dla pocieszenia wdowiego serca, a może aby dawać światu i ludziom do zrozumienia, że w tym domu jest kobieta, która ma chęć i nieprzymuszoną wolę do zmiany nazwiska.
Ona sama mówiła, że jeżeli gra, to niekoniecznie dlatego, żeby grać, lecz tak sobie, dla rozmaitości.
Słuszna racja; dlaczegóżbym ja także dla rozmaitości nie miał spisywać pamiętnika? Jaka osoba, takie i memuary, ale skoro już tak sobie postanowiłem, to wykonam.
W młodości uczono mnie, że był ongi w Grecji pewien jegomość, nazwiskiem Plutarch, który spisywał żywoty znakomitych ludzi i tem się wsławił tak dalece, że do dnia dzisiejszego o nim wspominają. Co do mnie, sądzę, że z równą, jeżeli nie z większą dokładnością, niż on, mógłbym napisać biografje kilku znakomitych kamieniczników i wielu lokatorów; mógłbym nawet nakreślić całą historję kamienicy, jak kto inny, naprzykład, dzieje Rzymu lub Anglji.
Cóż to nadzwyczajnego! Podzieliłbym sobie na epoki... ale jak? A no tak, jak było, choćby biorąc rzecz z dezynfekcyjnego punktu widzenia: była epoka chlorku wapna, koperwasu, karbolu, smoły gazowej, tak samo, jak z punktu widzenia hypotecznego była era wdowy grającej, co się trzeci raz za mąż wydała, potem okres rzeźnika­‑wędliniarza, który od niej dom nabył, krótkie czasy jego syna i epoka obecna, dzisiejszego właściciela, który tem się od poprzednich różni, że w swoim domu nie mieszka, a nawet w Warszawie rzadko kiedy bywa i pieniądze trzeba mu za granicę odsyłać.
Już blizko dziesięć lat okres ten trwa i ja jestem w kamienicy, niby wicekról Indyj w Kalkucie; z tą tylko różnicą, że mam uposażenie trochę mniejsze, niż on, bo tylko jeden pokoik na dole i dziesięć rubli miesięcznie w gotowiźnie, za meldunki, pilnowanie stróża, wojny z lokatorami, za pamiętanie o dymiących piecach, popsutych kuchniach, obdartych tapetach, zaciekającym miejscami dachu i tysiącznych innych drobiazgach.
Żeby nie to, że jeszcze mam inny stały obowiązek kantorowy i że posiadam trochę grosza, którym po maleńku obracam, nie byłoby z czego żyć.
Jak jest, tak jest, ale klepie się biedę jakoś, a niekiedy bywa nawet wesoło; najbardziej zaś to mnie pociesza, że stanowisko jest poważne, kłaniają mi się grzecznie lokatorowie, kłania bardzo nizko stróż, a że gospodarz jest nieobecny, więc znowuż ja nie mam tak bardzo komu się kłaniać, a jeżeli to czynię, to więcej przez dobre wychowanie i przez grzeczność, niż z potrzeby.
Żony nie mam, bo w jednym pokoiku byłoby dla dwojga zaciasno. Trafiało mi się parę razy, że mógłbym się był ożenić, nawet i posag obiecywali, ale bałem się. Musiałbym mój pokoik opuścić, tryb życia zmienić, co mi po tem? Zresztą u nas w domu, co mieszkanie, to lokator, co lokator, to żona, a co żona, to ambaras — powiedziałem więc sobie: dać pokój i dałem pokój.
Stancja moja jest na dole, w podwórku, w oficynie; nie mogę powiedzieć, żeby była zanadto wielka, owszem, raczej małą nazwać ją można, ale dla mnie samego wystarcza. Dla interesantów jest cokolwiek szczupła i gdy przyjdą naraz trzy sługi z meldunkami, to jedna stoi przy mojem biurku, a dwie muszą czekać za drzwiami, bo nie zmieściłyby się już w stancji. Naturalnie, że nie codzień trafia się taki ścisk, ale przy przeprowadzkach kwartalnych bywa.
Na dole jest bawarja: trzyma ją niejaka Matjasowa, powiadam Matjasowa, bo Matjas się nie liczy; nie ma żadnego znaczenia i nikt na niego nie patrzy.
Ona komorne płaci, patenty wykupuje, służbę godzi, pijanych gości sama za drzwi wyrzuca, a on tylko przy antałku siedzi i piwo toczy, a jeżeli nie toczy, to drzemie.
W tej bawarji gości dużo bywa, a szczególniej w sobotę wieczorem, po fercentagach tłok taki, że o miejsce trudno.
We frontowej stancji, z drzwiami na ulicę jest bufet bardzo porządny i kredens oszklony na trunki.
Matjasowa lubi elegancję; więc są figury gipsowe, są i wazony, a w nich kwiaty, ma się rozumieć, papierowe, bo skoro porządna porcja flaków kosztuje dwadzieścia groszy, to nie sposób żądać od gospodyni, żeby jeszcze do nich dodawała prawdziwe kwitnące kaktusy, albo rododendrony. Za salą bufetową jest wązki pasaż, za pasażem wielka stancja, a w niej dwa bilardy. Co one już tej babie pieniędzy przyniosły! — a kupiła je, jak mówi, temu lat dwadzieścia, przy okazji, bardzo tanio. Jakiś bawarnik bankrutował i wyprzedawał się — ona skorzystała.
Drugi sklep frontowy zajmuje krawiec i prócz tego jedną stancyjkę na warsztat; w oficynie maglarka swój proceder prowadzi, no i ja mam swoje mieszkanie. Jeszcze jest jedna izdebka, w tej stróż siedzi. Dawniej mieszkał pod schodami, ale grymasił, że mu ciasno, — już to wymagania teraz są!
Na pierwszem i drugiem piętrze lokatorowie tak sobie, nic osobliwego; zachciewa im się froterowanych schodów i elegancji, a jak przyjdzie do płacenia, to tak jęczą, jak gdyby ich wszystkie zęby nagle rozbolały.
W oficynie na piętrach mamy różne zakłady: pracownię strojów damskich, fabrykę sztucznych kwiatów, zakład malowania białych talerzy na zielono — a na trzeciem piętrze, to już sami bardzo biedni ludzie, bo to właściwie nie piętro, ale poddasze.
Ma tam stancyjkę posłaniec, kobieta trudniąca się wyplataniem krzeseł i kilka szwaczek.
Raz, pamiętam, dawna właścicielka, ta grająca, zapowiedziała mi, żebym takich lokatorów wcale nie przyjmował.
Odrzekłem, że namawiałem kilku bankierów i hrabiów na te lokale, ale jakoś nie mieli szczególnej chęci. Zmiarkowała jejmość, że sobie z niej żartuję, i dała pokój.
W sobotę bywa w naszym domu bardzo wesoło, szczególniej na dole. W bawarji muzyka gra, aż szyby drżą, gości pełno. Matjas toczy piwo, a Matjasowa zgarnia pieniądze do szuflady.
Tęga to kobieta, jak gmach, i choć wydaje się ciężka, jednak obrotna niezmiernie; niby rozmawia z gośćmi i śmieje się, a widzi wszystko doskonale i oszukać się nie da.
Właśnie, raz pamiętam, zimową porą wieczorem wielki był ruch w bawarji, jak zawsze zresztą w sobotę. Muzyka grała; ja sam, mając wolny czas, poszedłem na kufelek piwa.
Usiadłem koło pieca, przy małym stoliczku, zapaliłem cygaro i patrzę, a w takiem miejscu jest na co popatrzeć; czasem można się zabawić, jak w teatrze, a czasem to aż człowieka złość ogarnia, takie się tam dzieją różności.
Najwięcej z kobietami kramu bywa; przychodzą one mężów z bawarji wyciągać: jedna płacze, druga prosi, a są i takie, co odrazu do bicia się biorą. Matjasowa tylko zdaleka siedzi i niby nie patrzy, ale widzi wszystko co się dzieje i jak widzi, że kobieta ma rację, a mąż sobie za dużo pozwala, wdaje się w sprawę i rozsądza. Bardzo to mądra kobieta i mir między gośćmi swego zakładu ma taki, że nawet najbardziej pijany nigdy jej nie ubliży i gdy mu Matjasowa powie: „wynoś się pan do licha,” to wynosi się, nic nie mówiąc. Boją się jej.
Muzyka była u Matjasowej porządna: fortepjan i skrzypce. Co do fortepianu, gruchot to był, ale struny jeszcze miał mocne. Artyści na tych instrumentach grywali rozmaici i zmieniali się często, gdyż gospodyni znała się i nie każdy potrafił jej dogodzić.
Tego dnia dobrało się dwóch dobrych: jeden miał oko podwiązane, drugi twarz, ale grali ogniście. Na pierwszem piętrze była zabawa, więc też muzyka hucznie przygrywała, a u maglarki na dole skakali ludzie trochę przy harmonji, z powodu imienin podobno.
Wesoło więc było w domu... i czas prędko szedł, sam nie wiedziałem, kiedy dziesiąta godzina wybiła. Zamyśliłem się też o różnych rzeczach, zapatrzyłem na ludzi i siedziałem, nie mając nic lepszego do roboty. Wtem nagle zbudził mnie z zamyślenia głos stróża, który wpadł wprost na mnie, wołając:
— Proszę pana, zła przygoda się stała!
Zerwałem się na równe nogi.
— Co? — pytam — pożar? kradzież? morderstwo?
— Jeszcze gorzej! Niech pan prędzej idzie i obaczy.
Wybiegłem do sieni, a za mną cała gromada gości trzeźwych i podpiłych; nawet Matjasowa wytoczyła się z za bufetu.
W sieni było pełno, pozbiegały się sługi ze wszystkich mieszkań, z sąsiedniego domu nawet, z ulicy zaczęli ludzie zaglądać zaciekawieni hałasem, boć gdy kilkadziesiąt kobiet jednocześnie mówi, to rejwach powstaje niemały.
Widzę, że coś oglądają, nad czemś radzą; rozpycham zbiegowisko łokciami, aby się dostać do środka.
— Pan rządzca! — woła stróż — ustąpcie, pan rządzca!
— Cóż to?
— A, panie, okropność!
— Takie biedactwo!
— A ładne, bardzo ładne.
— Taką szelmę tobym zaraz zabiła! — krzyczy stróżka.
— Pasy drzeć!
— Bić a duchu słuchać!
— Ale cóż to jest?...
— A no... wzięła i podrzuciła, a teraz rób, co chcesz...
— Więc dziecko?
— A juści dziecko nam podrzucili — rzekł stróż.
— Kiedyż to się stało?
— Dopiero co.
— A ty gdzie byłeś wtenczas? — zapytałem groźnie.
— W bramie byłem.
— I nie widziałeś nic?
— Co miałem widzieć!
— Boś spał pewnie...
— Jak mi Bóg miły: patrzyłem, pilnowałem... ktoby usnął na takie zimno: człek oto, chociaż i w kożuchu, kostnieje.
— Więc opowiedz, jak było. Kto dziecko znalazł?
— A toć ja; siedziałem sobie w bramie spokojnie, różni ludzie chodzili, bo i do bawarji inszy się wstydzi frontem i na piętrze goście tańcują i u pani maglarki zabawa. Naród chodzi, a trudno każdemu w oczy zaglądać... pilnuje się tylko, czy kto czego nie wynosi z domu...
— No, mów prędzej.
— I tak oto siedzę, aż widzi mi się, że coś piszczy: kociak nie kociak, że zaś tu kocisków nie brak i precz latają po schodach, chciałem przepłoszyć... Wstaję, idę, na drugim czy na trzecim schodzie koszyk, a w koszyku coś piszczy... podnoszę przykrycie, zaglądam... dzieciak! Ola Boga! myślę sobie, będzie bieda... zaraz niewiadomo zkąd kobietów się naschodziło, a ja duchem do pana rządzcego!
— I nie widziałeś, kto podrzucił?...
— Żebym był ja widział!
— To coby Wawrzyniec zrobił? — zapytała jakaś kucharka.
— Ale coby Wawrzyniec zrobił? co? Możeby ją Wawrzyniec aresztował?
— Ot! dałbym jej po karku i powiedziałbym: podrzucaj, gdzie chcesz, aby nie w naszym domu... Zawdy z temi babami termedyja tylko...
— A wy zkąd wiecie, że to baba?
— Mężczyzny są porządne, nie podrzucają dzieciaków po schodach.
— O wszyscy wy porządne — przekomarzała się kucharka.
Tymczasem kobiety zaczęły szperać w koszyku.
— O! jest jakaś karteczka! — zawołała jedna.
Wziąłem tę kartkę, było na niej napisane dużemi, niezgrabnemi literami: „Chłopczyk, chrzczony imieniem Jan, prosi dobrych ludzi o miłosierdzie i opiekę.”
— Takie maleństwo!
— Sierotka!
— Ale cóż z nim zrobimy?
— Odesłać do cyrkułu i po wszystkiem — doradzał jakiś podchmielony gość z bawarji — tam będą wiedzieli, co z nim zrobić.
— Może go tam stójkowi będą karmili? — zawołała jakaś czupurna Agata — jaki z pana mądrala...
— Panna niech nie wydziwia i niech się nie stawia, bo jak powiem, że panna dwóch strażaków karmi, to będzie wstyd.
— A panu co do tego!
— Cicho, cicho...
— Trzeba posłać po rewirowego.
Maglarka wystąpiła naprzód.
— Proszę pana rządzcy — rzekła — tak nie można.
— O co pani idzie?
— Co się z dzieckiem zrobi, to zrobi... ale trzymać taką odrobinę w sieni, na mrozie, nie godzi się.
— A gdzież je podzieję?!
— Choć u mnie goście są, ja to maleństwo wezmę do stancji; ogrzeję, mleka mu trochę dam...
— Bardzo dobrze. Mówi pani, jak matka — rzekła kucharka.
— Mam też i swoich dzieci, Bogu dziękować, czworo.
— A to niech pani weźmie — rzekłem — a tymczasem ja zrobię, co potrzeba.
— Po co, panie, tak się spieszyć, teraz noc, mróz okrutny, gdzie dzieciaka wozić do cyrkułu, do szpitala, przeziębi się... Ja mu dam nocleg wygodny.
Zabrała dziecko z koszykiem i pobiegła do oficyny, ja do siebie chciałem pójść i palto inne włożyć, tymczasem ktoś trącił mię w ramię.
Obejrzałem się — Matjasowa.
— Panie rządzco, proszę na chwileczkę.
Udałem się za nią. Ona usiadła na swojem zwykłem miejscu za bufetem, ja stanąłem przy niej.
— Co pani sobie życzy? — spytałem.
— Widzi pan, to dziecko... ogromnie mi go żal.
— Cóż robić, moja pani.
— Zmarnuje się niebożątko, a takie jakieś miłe... wie pan, że ja umyśliłam sobie, żeby tę dziecinę wziąć.
— To jest, jak to pani rozumie?
— A no wziąć i wychować. Własnych dzieci nie mam.
— Potrzebny pani ten ambaras?
— I cóż za ambaras; takie maleństwo, co ono komu przeszkadza.
— Jak pani uważa — rzekłem. — Rozumie się, że u pani będzie sierocie lepiej, niż w szpitalu.
— Słuchajno, Matjas — rzekła do męża drzemiącego przy antałku — obudź się.
Stary się zerwał i zaczął toczyć piwo do kufla.
— He? — zapytał.
— Daj pokój... to nie o piwo. Wypij sam...
— Tak?
— A tak.
— Zkąd łaska?
— No, chodź tu bliżej, coś ci powiem. Mamy syna.
Matjas wielkie oczy zrobił.
— Syna? my mamy syna? jakże to my? gdzież on jest?
— U maglarki.
— Fiu, fiu! ktoby się tego po nas mógł spodziewać, ja bo nie.
— I ja także nie; ale chociaż mogłabym ci nie mówić i swoje zrobić, zawsze jednak uważam, że jesteś mąż, więc słuchaj.
Tu opowiedziała mu o podrzuconem dziecku i o swoich zamiarach i zakończyła pytaniem:
— No jakże, będziesz ojcem?
— Będę, ale warunek.
— Jaki?
— Natoczę sobie jeszcze ze dwa kufelki, bo jestem bardzo osłabiony.
Ponieważ nazajutrz była niedziela, chciałem spać trochę dłużej, tymczasem ledwie dzień się robić zaczął, przebudziły mnie straszne krzyki. Takie piekło zrobiło się na podwórku, taka awantura, żem się zerwał na równe nogi i jak oparzony wyskoczyłem z łóżka. Zanim się zdążyłem ubrać, aby zobaczyć, co się dzieje, upłynęło kilka minut, a krzyki wzmagały się wciąż. Była to zawzięta kłótnia kobiet a wyraźnie poznawałem w niej głosy Matjasowej i maglarki. Do oczu przyskakiwały sobie te baby.
Przedmiotem sporu był mały Jaś. Matjasowa zabrać go chciała, maglarka postanowiła zatrzymać, obie rościły sobie prawo do zastąpienia matki opuszczonemu dziecięciu.
Musiałem wdać się w tę sprawę, gdyż wybrano mnie na arbitra, ale nie przyszło mi to z łatwością. Ostatecznie maglarka, jako mająca dzieci własne, musiała ustąpić Matjasowej bezdzietnej.
Zanotowałem ten fakt w moim pamiętniku i zakończyłem go zdaniem: „Są serca w Warszawie”...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.