Strona:Klemens Junosza - Awantura.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

W sieni było pełno, pozbiegały się sługi ze wszystkich mieszkań, z sąsiedniego domu nawet, z ulicy zaczęli ludzie zaglądać zaciekawieni hałasem, boć gdy kilkadziesiąt kobiet jednocześnie mówi, to rejwach powstaje niemały.
Widzę, że coś oglądają, nad czemś radzą; rozpycham zbiegowisko łokciami, aby się dostać do środka.
— Pan rządzca! — woła stróż — ustąpcie, pan rządzca!
— Cóż to?
— A, panie, okropność!
— Takie biedactwo!
— A ładne, bardzo ładne.
— Taką szelmę tobym zaraz zabiła! — krzyczy stróżka.
— Pasy drzeć!
— Bić a duchu słuchać!
— Ale cóż to jest?...
— A no... wzięła i podrzuciła, a teraz rób, co chcesz...
— Więc dziecko?
— A juści dziecko nam podrzucili — rzekł stróż.
— Kiedyż to się stało?
— Dopiero co.
— A ty gdzie byłeś wtenczas? — zapytałem groźnie.
— W bramie byłem.
— I nie widziałeś nic?
— Co miałem widzieć!
— Boś spał pewnie...
— Jak mi Bóg miły: patrzyłem, pilnowałem... ktoby usnął na takie zimno: człek oto, chociaż i w kożuchu, kostnieje.
— Więc opowiedz, jak było. Kto dziecko znalazł?
— A toć ja; siedziałem sobie w bramie spokojnie, różni ludzie chodzili, bo i do bawarji inszy się wstydzi frontem i na piętrze goście tańcują i u pani maglarki zabawa. Naród chodzi, a trudno każdemu w oczy zaglądać... pilnuje się tylko, czy kto czego nie wynosi z domu...
— No, mów prędzej.
— I tak oto siedzę, aż widzi mi się, że coś piszczy: kociak nie kociak, że zaś tu kocisków nie brak i precz latają po schodach, chciałem przepłoszyć... Wstaję, idę, na drugim czy na trzecim schodzie koszyk, a w koszyku coś piszczy... podnoszę przykrycie, zaglądam... dzieciak! Ola Boga! myślę sobie, będzie bieda... zaraz niewiadomo zkąd kobietów się naschodziło, a ja duchem do pana rządzcego!
— I nie widziałeś, kto podrzucił?...
— Żebym był ja widział!
— To coby Wawrzyniec zrobił? — zapytała jakaś kucharka.
— Ale coby Wawrzyniec zrobił? co? Możeby ją Wawrzyniec aresztował?
— Ot! dałbym jej po karku i powiedziałbym: podrzucaj, gdzie chcesz, aby nie w naszym domu... Zawdy z temi babami termedyja tylko...
— A wy zkąd wiecie, że to baba?
— Mężczyzny są porządne, nie podrzucają dzieciaków po schodach.
— O wszyscy wy porządne — przekomarzała się kucharka.
Tymczasem kobiety zaczęły szperać w koszyku.
— O! jest jakaś karteczka! — zawołała jedna.
Wziąłem tę kartkę, było na niej napisane dużemi, niezgrabnemi literami: „Chłopczyk, chrzczony imieniem Jan, prosi dobrych ludzi o miłosierdzie i opiekę.”
— Takie maleństwo!
— Sierotka!
— Ale cóż z nim zrobimy?
— Odesłać do cyrkułu i po wszystkiem — doradzał jakiś podchmielony gość z bawarji — tam będą wiedzieli, co z nim zrobić.
— Może go tam stójkowi będą karmili? — zawołała jakaś czupurna Agata — jaki z pana mądrala...
— Panna niech nie wydziwia i niech się nie stawia, bo jak powiem, że panna dwóch strażaków karmi, to będzie wstyd.
— A panu co do tego!
— Cicho, cicho...
— Trzeba posłać po rewirowego.
— Maglarka wystąpiła naprzód.
— Proszę pana rządzcy rzekła — tak nie można.
— O co pani idzie?
— Co się z dzieckiem zrobi, to zrobi... ale trzymać taką odrobinę w sieni, na mrozie, nie godzi się.
— A gdzież je podzieję?!
— Choć u mnie goście są, ja to maleństwo wezmę do stancji; ogrzeję, mleka mu trochę dam...
— Bardzo dobrze. Mówi pani, jak matka — rzekła kucharka.
— Mam też i swoich dzieci, Bogu dziękować, czworo.