Strona:Klemens Junosza - Awantura.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— A to niech pani weźmie — rzekłem — a tymczasem ja zrobię, co potrzeba.
— Po co, panie, tak się spieszyć, teraz noc, mróz okrutny, gdzie dzieciaka wozić do cyrkułu, do szpitala, przeziębi się... Ja mu dam nocleg wygodny.
Zabrała dziecko z koszykiem i pobiegła do oficyny, ja do siebie chciałem pójść i palto inne włożyć, tymczasem ktoś trącił mię w ramię.
Obejrzałem się — Matjasowa.
— Panie rządzco, proszę na chwileczkę.
Udałem się za nią. Ona usiadła na swojem zwykłem miejscu za bufetem, ja stanąłem przy niej.
— Co pani sobie życzy? — spytałem.
— Widzi pan, to dziecko... ogromnie mi go żal.
— Cóż robić, moja pani.
— Zmarnuje się niebożątko, a takie jakieś miłe... wie pan, że ja umyśliłam sobie, żeby tę dziecinę wziąć.
— To jest, jak to pani rozumie?
— A no wziąć i wychować. Własnych dzieci nie mam.
— Potrzebny pani ten ambaras?
— I cóż za ambaras; takie maleństwo, co ono komu przeszkadza.
— Jak pani uważa — rzekłem. — Rozumie się, że u pani będzie sierocie lepiej, niż w szpitalu.
— Słuchajno, Matjas — rzekła do męża drzemiącego przy antałku — obudź się.
Stary się zerwał i zaczął toczyć piwo do kufla.
— He? — zapytał.
— Daj pokój... to nie o piwo. Wypij sam...
— Tak?
— A tak.
— Zkąd łaska?
— No, chodź tu bliżej, coś ci powiem. Mamy syna.
Matjas wielkie oczy zrobił.
— Syna? my mamy syna? jakże to my? gdzież on jest?
— U maglarki.
— Fiu, fiu! ktoby się tego po nas mógł spodziewać, ja bo nie.
— I ja także nie; ale chociaż mogłabym ci nie mówić i swoje zrobić, zawsze jednak uważam, że jesteś mąż, więc słuchaj.
Tu opowiedziała mu o podrzuconem dziecku i o swoich zamiarach i zakończyła pytaniem:
— No jakże, będziesz ojcem?
— Będę, ale warunek.
— Jaki?
— Natoczę sobie jeszcze ze dwa kufelki, bo jestem bardzo osłabiony.
Ponieważ nazajutrz była niedziela, chciałem spać trochę dłużej, tymczasem ledwie dzień się robić zaczął, przebudziły mnie straszne krzyki. Takie piekło zrobiło się na podwórku, taka awantura, żem się zerwał na równe nogi i jak oparzony wyskoczyłem z łóżka. Zanim się zdążyłem ubrać, aby zobaczyć, co się dzieje, upłynęło kilka minut, a krzyki wzmagały się wciąż. Była to zawzięta kłótnia kobiet a wyraźnie poznawałem w niej głosy Matjasowej i maglarki. Do oczu przyskakiwały sobie te baby.
Przedmiotem sporu był mały Jaś. Matjasowa zabrać go chciała, maglarka postanowiła zatrzymać, obie rościły sobie prawo do zastąpienia matki opuszczonemu dziecięciu.
Musiałem wdać się w tę sprawę, gdyż wybrano mnie na arbitra, ale nie przyszło mi to z łatwością. Ostatecznie maglarka, jako mająca dzieci własne, musiała ustąpić Matjasowej bezdzietnej.
Zanotowałem ten fakt w moim pamiętniku i zakończyłem go zdaniem: „Są serca w Warszawie”...