Ania z Zielonego Wzgórza/Część I/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania z Zielonego Wzgórza
Część I-sza
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1921
Druk Drukarnia »Dziennika Polskiego«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Rozalia Bernsztajnowa
Tytuł orygin. Anne of Green Gables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I-sza
Pobierz jako: Pobierz Cała część I-sza jako ePub Pobierz Cała część I-sza jako PDF Pobierz Cała część I-sza jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

Zdumienie Maryli Cutbert.

Na odgłos kroków brata Maryla szybko wybiegła na jego spotkanie. Lecz kiedy wzrok jej padł na dziwaczne, małe stworzenie, w ciasnej, grubej sukience, z długiemi, ognisto-czerwonemi warkoczami i oczami błyszczącemi radością, cofnęła się, zdumiona.
— Cóż to, Mateuszu? — wybuchnęła. — Gdzież jest chłopiec?
— Nie było tam chłopca — odpowiedział Mateusz nieśmiało. — Była tylko ona.
Wskazał dziewczynkę, przypomniawszy sobie dopiero teraz, że nie zapytał jej nawet o imię.
— Nie było chłopca? — Ależ musiał tam być — nalegała Maryla. — Wszakże prosiliśmy panią Spencer, by go przywiozła.
— Tak, ale nie uczyniła tego. Przywiozła właśnie tę dziewczynkę. Pytałem zawiadowcę stacji, ale ten powiedział, że pani Spencer zostawiła tylko ją. I musiałem ją zabrać do domu. Nie można było zostawić dziecka na pustej stacji, nawet jeśli zaszła jakaś pomyłka.
— A to paradne! — zawołała Maryla.
Podczas tej rozmowy dziewczynka milczała, a oczy jej krążyły od Maryli do Mateusza. Wyraz radości znikł z jej twarzyczki. Zdawało się, że nagle zrozumiała treść rozmowy. Rzuciwszy swą drogocenną torbę, zrobiła kilka kroków naprzód i załamała ręce.
— Nie chcecie mnie! — krzyknęła. — Nie chcecie mnie dlatego, że nie jestem chłopcem! Powinnam się była tego spodziewać! Nikt mnie nie chciał! Zawsze tak bywało! Powinnam była rozumieć, że to było zbyt piękne, aby mogło się spełnić! Powinnam była wiedzieć, że mnie nigdy nikt nie zechce! Ale cóż ja pocznę? — Rozpłynę się chyba we łzach!
I uczyniła to. Opadłszy na krzesło, zarzuciła ręce nad głowę, potem ukryła twarz w dłonie i zaczęła gwałtownie szlochać.
Maryla i Mateusz spoglądali na siebie przerażeni. Żadne z nich nie wiedziało, co począć, co powiedzieć. Wreszcie Maryla przerwała milczenie.
— Cicho, cicho, przecież niema znowu o co tak rozpaczać!
— Niema o co?
Dziewczynka szybko podniosła głowę i ukazała twarzyczkę, skąpaną we łzach, oraz drgające usta.
— Pani także płakałaby, gdyby, będąc sierotą, przybyła pod dach domu, który miał zostać jej rodzinnym domem, i nagle dowiedziałaby się, że pani nie chcą, bo nie jest chłopcem! O, jest to najtragiczniejsza chwila, jaką przeżyłam!
Coś, jakby niechętny uśmiech, trochę leniwy, bo dawno nieczynny, złagodził surowy wyraz twarzy Maryli.
— Nie płacz tylko! Nie wyrzucamy cię przecież za drzwi dziś wieczór! Pozostaniesz u nas, dopóki się cała ta sprawa nie wyjaśni. Jak się nazywasz?
Dziewczynka zawahała się przez chwilę.
— Możeby pani zechciała nazywać mnie Kordelją? — rzekła śpiesznie.
— Nazywać cię Kordelją? Czy to nie jest twoje imię?
— Nie-e-e, nie zupełnie, ale chciałabym nazywać się Kordelją. To brzmi tak dystyngowanie!
— Nie pojmuję, o co ci chodzi. Jeśli nie nazywasz się Kordelja, jakie masz imię?
— Anna Shirley[1] — wyjąkała niechętnie właścicielka tego imienia. — Ale proszę, niech pani nazywa mnie Kordelją. Wszakże dla pani jest to obojętne, jak na mnie wołać będzie, jeśli pozostanę tutaj niedługo. A przecież Anna to takie nieromantyczne imię.
— Romantyczne, czy nieromantyczne! — odburknęła prozaiczna Maryla. — Anna jest skromne i rozumne imię. Nie masz powodu się go wstydzić.
— Ja się go nie wstydzę — odpowiedziała Anna, — tylko Kordelja więcej mi się podoba, i w ostatnich czasach wmówiłam sobie, że się tak nazywam. Kiedy byłam młodsza, wolałam imię Geraldyny, ale teraz jestem zdania, że Kordelja jest ładniejsze. Jeśli jednak pani chce koniecznie nazywać mnie Anną, proszę przynajmniej mówić „Aniu“, zamiast Andziu.
— Myślę, że to wszystko jedno — rzekła Maryla z owym niedostrzegalnym uśmiechem.
— O nie, to wielka różnica! To brzmi o wiele, o wiele delikatniej. Wymawiając jakieś imię, widzimy je natychmiast przed sobą, jak gdyby było wydrukowane; przynajmniej ja tak odczuwam. Andzia wygląda ohydnie, zaś Ania delikatnie. Jeśli więc pani zechce nazywać mnie Anią, postaram pogodzić się z myślą, że nie noszę imienia Kordelji.
— A więc, Aniu, nie Andziu, czy możesz nam powiedzieć, w jaki sposób zaszło to nieporozumienie? Prosiliśmy panią Spencer, by nam przywiozła chłopca. Czy w Domu Sierot nie było chłopców?
— Owszem, jest ich bardzo wielu. Lecz pani Spencer powiedziała wyraźnie, że państwo życzą sobie wziąć jedenastoletnią dziewczynkę. Wtedy przełożona uznała, że ja będę najodpowiedniejsza. Pani niema pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam! Całą noc nie spałam z radości! Ach — dodała, zwracając się z wyrzutem do Mateusza — czemuż nie powiedział mi pan na dworcu, że to pomyłka, i nie pozostawił mnie tam? Gdyby nie widziała Białej drogi rozkoszy ani Jeziora lśniących wód, nie byłoby mi tak ciężko na duszy.
— O czem ona mówi? — spytała Maryla brata.
— Przypomina sobie... szczegóły naszej rozmowy, podczas gdyśmy jechali... — odpowiedział śpiesznie Mateusz. — Idę wyprząc klacz, Marylo. Proszę cię, przygotuj herbatę, zanim powrócę.
— Czy pani Spencer wiozła jeszcze jakie dziecko? — pytała dalej Maryla po odejściu Mateusza.
— Owszem, zabrała Lutka Jonesa dla siebie. Lutek ma zaledwie pięć lat i jest bardzo piękny. Ma ciemne, kasztanowate włosy. Gdybym ja miała kasztanowate włosy i była bardzo piękna, czybyście mnie także nie przyjęli?
— O, nie. Chcieliśmy chłopca, któryby pomagał Mateuszowi w gospodarstwie. Nie potrzeba nam dziewczyny. Zdejm kapelusz! Położę go wraz z twoją torbą na stole w sieni.
Ania posłusznie zdjęła kapelusz. Po chwili wrócił Mateusz i zasiedli do wieczerzy. Ale Ania nic nie jadła. Napróżno dziobała, jak ptaszek, chleb z masłem i marmeladę jabłkową, podaną jej na szklanej podstawce. Widocznem było, że nie mogła przełknąć ani jednego kęsa.
— Ależ ty nic nie jesz! — zauważyła Maryla, rzucając jej spojrzenie surowe, jakby za jakiś czyn, godny nagany.
Ania westchnęła.
— Nie mogę. Wpadłam w otchłań rozpaczy. Czyby pani miała ochotę do jedzenia, gdyby pani wpadła w otchłań rozpaczy?
— Nie mogę tego powiedzieć, bom tam nigdy nie była — odrzekła Maryla sucho.
— Ach, pani nie była... Ale chyba że pani to sobie kiedy wyobrażała?
— Nie, i to nie.
— Ha, w takim razie przypuszczam, że pani nie może zrozumieć tego uczucia. Jest ono bardzo nieprzyjemne... Kiedy się wtedy próbuje jeść, w gardle coś staje i nie można nic przełknąć, nawet czekoladki. Dwa lata temu jadłam czekoladkę. Było to coś przepysznego! Odtąd często śniłam, że mam całą torebkę czekoladek, lecz zawsze, ilekroć sięgnęłam po pierwszą, budziłam się. Przecież nie będziecie się gniewali o to, że nie jem. Wszystko tutaj jest doskonałe, ale jednak nie mogę...
— Jest pewnie zmęczona — rzekł Mateusz, który od chwili powrotu nie wyrzekł ani słowa. — Najlepiej byłoby kazać jej pójść spać.
Maryla myślała właśnie nad tem, gdzieby Ania mogła przepędzić noc. Przygotowała była dla oczekiwanego chłopca komórkę obok kuchni. Lecz pomimo że był to kąt czysty i jasny, nie wydawał jej się odpowiedni dla dziewczynki. Wobec tego, że o przyjęciu takiej bezdomnej istoty w gościnnym pokoju mowy być nie mogło, pozostawał tylko pokoiczek na facjatce.
Maryla zapaliła świecę i kazała Ani pójść za sobą, co też dziewczynka uczyniła, zabierając po drodze przez sień torbę swoją i kapelusz. Sień była także bez zarzutu, a pokoik na górze, w którym się Ania znalazła po chwili, wydawał się jeszcze czyściejszym.
Maryla postawiła lichtarz na małym trójnożnym stoliku i odgarnęła kołdrę z łóżka.
— Masz pewnie koszulę nocną? — spytała.
Ania skinęła głową potwierdzająco.
— Owszem, mam dwie. Przełożona mi je uszyła. Są strasznie wąskie. Wszystko w Domu Sierot jest bardzo szczupło wymierzone, wszystkiego jest skąpo, więc też i szyją oszczędnie... przynajmniej w takim ubogim przytułku, jakim jest nasz. Niecierpię krótkich i ciasnych nocnych koszul. Ale przecież można w nich równie przyjemnie śnić jak w ozdobionych haftami i oszytych koronką wokoło szyi. To jest jedyna pociecha.
— Tak, ale rozbierz się jak najprędzej i kładź się do łóżka. Powrócę za pięć minut zagasić świecę. Nie byłabym spokojna, gdybym to tobie poleciła. Mogłabyś zaprószyć ogień.
Po odejściu Maryli Ania rozejrzała się wokoło. Białe tynkowane ściany były takie nagie i smutne, jak gdyby się same litowały nad swem ubóstwem. Podłoga była także goła; tylko pośrodku leżała okrągła pleciona mata, jakiej Ania nigdy dotąd nie widziała. W jednym kącie pokoju znajdowało się wysokie, staroświeckie łóżko o czterech ciemnych słupach, przeznaczonych do zawieszania kotary. W drugim kącie trójnożny stolik, a na nim czerwona aksamitna poduszeczka do szpilek, dość twarda, by złamać ostrze najgrubszej nawet igły. Nad stolikiem maleńkie podłużne lusterko. Pomiędzy łóżkiem a stolikiem znajdowało się okno, przybrane u góry śnieżno-białą muślinową falbaną, zaś wprost okna umywalka. Od całego tego pokoiku wiał przerażający chłód, nie dający się wcale opisać. To też przejął on biedną Anię do szpiku kości.
Szlochając, szybko zrzuciła z siebie ubranie, włożyła ciasną nocną koszulę i wskoczyła do łóżka, aby, zatopiwszy twarz w poduszce, nakryć się kołdrą aż na głowę.
Kiedy Maryla powróciła, by zabrać świecę, rozrzucone po podłodze rozmaite części ubrania i nastroszona pościel były jedyną oznaką czyjejś obecności w pokoju.
Spokojnie podniosła ubranie Ani, złożyła je w porządku na niskiem, ceratowem krześle, wzięła świecę i zbliżyła się do łóżka.
— Dobranoc! — rzekła.
Blada twarzyczka Ani i wielkie jej oczy wyjrzały natychmiast z pod kołdry.
— Jakże mówi mi pani „dobra“ noc, wiedząc, że będzie to najgorsza noc, jaką kiedykolwiek przeżyłam — rzekła z wyrzutem.
Poczem znowu zniknęła pod kołdrą.
Maryla powoli zeszła do kuchni i zaczęła zmywać naczynia od wieczerzy. Mateusz palił fajkę — niewątpliwa oznaka złego humoru. Palił rzadko, bo Maryla nie lubiła tego, nazywając używanie fajki złem przezwyczajeniem. Nieraz jednak pozwalał sobie na ten wybryk, na co siostra patrzała wtedy przez palce.
— Tak, ładna historja! — rzekła gniewnie. — Przez posły wilk nie tyje. Prawdopodobnie służący pani Spencer przekręcił treść naszej prośby. Jutro musi jedno z nas pojechać rozmówić się z panią Spencer. Dziewczynę należy odesłać do Domu Sierot.
— Tak sądzę — odpowiedział Mateusz jakby bez przekonania.
— Sądzisz? — czy nie uważasz tego za konieczne?
— Wiesz, Marylo, to jest bardzo miłe stworzenie. Naprawdę, że przykro jest odesłać tę dziewczynkę, kiedy tak bardzo pragnęłaby tu pozostać.
— Ależ, Mateuszu, czyż, zdaniem twojem, powinnibyśmy ją zatrzymać?
Zdziwienie Maryli nie byłoby większe, gdyby jej spokojny brat wypowiedział chęć chodzenia na głowie.
— Nie, nie, nie zupełnie — wyjąkał Mateusz, nie wiedząc, jak wybrnąć. — Uważam... że nie mogą żądać tego od nas.
— Co znowu! A właściwie czem byłaby ona dla nas?
— Może my bylibyśmy czemś dla niej, Marylo — wyrzekł Mateusz zupełnie niespodzianie.
— Mateuszu! zdaje mi się, że to dziecko zaczarowało cię! Widzę, że pragniesz je zatrzymać!
— Wierzaj mi, że to bardzo ciekawa istota! — przekonywał Mateusz. — Gdybyś ją słyszała rozprawiającą, kiedyśmy wracali z dworca...
— O, mówić ona potrafi! Odrazu to poznałam. I to wcale dobrze o niej nie świadczy. Nie lubię dzieci, które dużo mówią. Nigdy nie pragnęłam dziewczynki z przytułku, a gdybym miała wybierać, to w każdym razie nie tego rodzaju. Jest w niej coś, czego nie rozumiem. Nie, odeślemy ją tą samą drogą, jaką przybyła.
— Możebym ja wziął francuskiego chłopca do pomocy w gospodarstwie, a tybyś ją zatrzymała do towarzystwa — rzekł Mateusz.
— Nie potrzeba mi towarzystwa — odburknęła Maryla szorstko. — Nie mam zamiaru zatrzymać jej.
— Zrobisz tak jak sama zechcesz — odpowiedział Mateusz, wstając i odkładając fajkę. — Idę spać; dobranoc.
Mateusz odszedł. Wkrótce i Maryla, pozmywawszy naczynia kuchenne, udała się na spoczynek. Zaś na facjatce, o piętro wyżej, leżała samotna, bezdomna, spragniona miłości dziecina, którą gorzki płacz ukołysał wreszcie do snu.





Przypisy

  1. Szyrli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: anonimowy.