Żywe grobowce/XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXX.

Cela kartoflarzy była bardzo oryginalna ze względu na typy, jakie przez nią przechodziły. Każdy zosobna mógł być typem dla powieściopisarza, jak i dla kryminologa. Nie było dnia, aby świeży więzień nie przybył i ktoś nie ubył. Cela ta była czemś w rodzaju karnej „rozbiwki“.
Na kartoflarnię pchano największych niedołęgów, a także największych cwaniaków, tak zwane „Czterdziechy“, „Ojratyrera“, „Usiasiusia“, kapusiów, półwarjatów albo symulujących warjatów — wszystko pchano do mojego państewka. Miałem zadanie nielada, by utrzymać porządek między mymi poddanymi. Ja jako starszy celi godziłem spory i kłótnie. Czasami też trzeba było wystąpić namacalnie i zrobić „dyplomatyczny ruch“. Dzięki temu tylko, że szanowano mnie jako dobrego urka, a ferajna, która stale była w celi, trzymała ze mną sztamę, mogłem panować nad resztą nieposłusznych w celi.
Mimo to zdarzało się, że musiałem stoczyć bitwę z kilkoma cwaniakami naraz. Muszę tu powiedzieć bez pochwały dla siebie, że zawsze z tej „dyplomatycznej“ walki wychodziłem wygrany. Po każdym takim wypadku szanowano mnie jeszcze więcej. Moja siła fizyczna, która była znana w całym Mokotowie, musiała im zaimponować. Bywało, pobijemy się, a za chwilę, jakby nigdy nic nie zaszło, już w najlepsze rozmawiamy i dzielimy się wszystkiem, jak najserdeczniejsi przyjaciele. Bójki trzeba było staczać o lada słowo, które, się nie spodobało koledze po fachu. Frajer cham nigdy nie stawia oporu i zawsze jest posłuszny, choćby nie chciał. Wie, że tu złodziejowi wszystko wolno i woli przemilczeć swoją krzywdę. Skarżyć się przed władzą jest jeszcze gorzej, — ogłoszą go kapusiem i w każdej celi, do której go wsadzą, jest przegrany. Za każdym świeżym więźniem, skądkolwiekby przybył, — czy z innego więzienia, czy też z drugiej celi, — idzie telegram co do jego osoby. Ten, kto myśli, że więźniowie nie mogą komunikować się między sobą i porozumiewać się w ważnych dla nich sprawach, — jest w błędzie. Przy systemie cel ogólnych jest rzeczą łatwą, by jedna cela w każdej chwili mogła się porozumieć z drugą. Ale nawet w celach pojedynczych, gdzie jeden więzień wcale drugiego nie widzi, i gdzie rozmowa nawet podczas spacerów jest surowo wzbroniona, więźniowie potrafią porozumiewać się ze sobą. Zapewne zaciekawi czytelnika, jakim sposobem się to odbywa. Ale dla Twojej, Czytelniku, ciekawości nie mogę pozbawiać moich byłych kolegów, cierpiących i nieszczęśliwych, jedynej przyjemności, od której nieraz i życie ich jest zależne. Sam rozumiesz, że tego zdradzić za żadną cenę nie mogę...
Bywało nieraz, że dozorca oddziału przyprowadzał do celi nowego więźnia i mnie, jako starszemu celi, szeptał coś tajemniczo. Opowiadał, że gość jest kapuś i trzeba dać mu tam trochę. Wówczas zaczynaliśmy badać, co to za jeden, czy nikt go nie znał w celi. Przeważnie okazywało się, że jest najporządniejszym więźniem, a tylko władza, nie chcąc z niezrozumiałych powodów wchodzić z nim w konflikt, napuszczała nas, wiedząc, że kapusiów nie lubimy.
Zdarzały się także wypadki, że dawano do naszej celi prawdziwych kapusiów, niepotrzebnych już administracji, która miała dość ich kapowania. Taki gość długo u nas nigdy nie wytrzymał; błagał, by go zabrano do pojedynki, czego mu zresztą stale odmawiano.
Zaraz po jego przybyciu do celi warjaci i symulujący warjatów otaczali go wkrąg. Jeden wieszał mu się na szyi, drugi wkładał mu wiadro na głowę, trzeci przywiązywał mu ręcznik do nogi, poczem przewracano go na asfalt i wleczono tak po celi wokoło stołów. Po tej wędrówce wylewano na niego wiadro wody, potem bito i kopano gdzie popadło. Jeden zaś stal przy nim i wołał na głos: „Jak będziesz krzyczał i wzywał pomocy, to ci łeb urżniemy!“ Na potwierdzenie tego trzymał w ręku ostrą łyżkę. Trzymanie noży w więzieniu jest wzbronione; dlatego ostrzy się łyżki, co zastępuje nóż. Dozorcy często konfiskują podobne łyżki, dopytując się kto jest ich właścicielem, niema go jednakże nigdy, więc i ukarać niema kogo.
Coprawda z zasady nie lubię zdrajców i kapusiów, jednakże niejedną taką ofiarę wyrwałem z ich rąk. Gdy zawołałem: Dosyć tego! — odrazu dawali spokój.
Życie takich kapusiów jest bardzo marne. Jeśli jest stary, biją go i nie dają mu spokoju; jeśli jest młody, zmuszają go do pederastji. Chcąc, aby mu dano spokój, pozwala on ze sobą zrobić wszystko.
W celi mojej było kilka takich ofiar. Miejsce ich było przy „paraszce“. Po nocy nie dawano im spokoju. Coraz to inny przytulał się pod ich kocem, a gdy odmawiali, to groźbą, lub zapłatą, papierosem czy chlebem zmuszano ich do posłuszeństwa. Jeden z nich miał dożywotnie więzienie za zabójstwo własnej matki. Sam mi opowiadał, jak się to stało.
— Widzi pan, — opowiadał smutnym głosem, patrząc wdół; nigdy bowiem nie patrzał nikomu prosto w oczy po zabójstwie. — Ja miałem dwanaście lat, jak mi zmarł ojciec. Matka chciała się żenić, ale siostra nie dała. Później, kiedy miałem dwadzieścia lat, chciała znów się żenić z jakimś Rosjaninem i zapisać mu całe trzydzieści morgów ziemi. Jabym w tedy został żebrakiem. Rozmyślałem długo nad tem i pewnego wieczoru jakby ktoś mi włożył siekierę do ręki: udałem się z matką do obory, gdzie doiła krowy. Macnąłem ją siekierą po głowie, poprawiłem, a potem wykopałem dół w ogrodzie, wrzuciłem ją, przysypałem ziemią. Dla zatarcia śladów, by nie odkryto trupa, postawiłem klozet na tem miejscu. Po wsi rozpuściłem pogłoski, że matka uciekła z Rosjaninem do Rosji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie moja siostra, której pewnego razu, tknięty wyrzutami sumienia, opowiedziałem wszystko. Odrazu chciała lecieć na policję, ale gdy zagroziłem, że ją także zabiję, zlękła się i dała spokój. Upłynął rok; wzięto mnie do wojska. Odsłużyłem wojsko i przyjechałem do chałupy. Chciałem się teraz ożenić. Siostra żądała połowy majątku i straszyła, że jak nie dam, wyda mnie policji. Udałem, że zgadzam się na wszystko i kombinowałem teraz, jak jej się pozbyć... Ale ona widać zrozumiała co się święci i poleciała do żandarmerji. Aresztowali mnie, dali „koło“. Mam teraz ziemię, żonę, wszystko, — zakończył, śmiejąc się idjotycznie.
Zapytałem go, czy nie żałuje tego, co uczynił; a on mi odparł:
— Zgodł pon, ja bardzo żałuję. Ale szkoduję, że i siostry nie posłałem tam gdzie matkę.
Był to czysty typ zwyrodnialca. Zaczepiał każdego w celi, mówiąc:
— Ty, chcesz kichy odgrzać?
„Kichy odgrzać“ każdy tu chciał, więc nie brakowało mu gości. Nie mogłem patrzeć na tego więźnia; napróżno mu tłumaczyłem, aby tego nie czynił, — nic nie pomogło. Tłumaczył się, że przyzwyczaił się do tego i bez tego żyć już nie może.
Nie było rady. Kapować, że to robi, nie mogłem, więc dłuższy czas był w celi, aż wreszcie zachorował. Wzięto go na towarową stację i „kasztan“ położył koniec jego nędznemu życiu.
Drugim, który zajmował się tem samem w celi z zamiłowania, był niejaki Steik, Niemiec. Był to piękny chłopiec o wyglądzie dwudziestoletniej dziewczyny. Miał on, jak mi opowiadał, szesnaście lat, gdy dostał się do domu poprawczego w Studzieńcu. Tam zmusili go do tego rówieśnicy. Po opuszczeniu tego domu nie mógł już żyć bez tego. Ponieważ na wolności amatorów na coś podobnego trudno znaleźć, starał się, jak sam mówił, dostać na krótko do więzienia. Omylił się jednak i zamiast spodziewanych kilku miesięcy, dostał osiem lat.
Środa była dla niego najlepszym dniem. Więźniowie, którzy otrzymywali podania z wolności, dawali mu wieczorem coś zarobić. Cała kolejka była do niego. Żartowano z niego, ale on sobie z tego nic nie robił i zgarniał do torby zarobki. Palił tytoń, którym go obdarowywano. Nieraz dostał ode mnie w szyję za swoje postępki; wiele razy musiałem jednak milczeć, gdyż największe cwaniaki były jego gośćmi. Chcąc go się koniecznie pozbyć, postarałem się wypchnąć go na funkcję. Zabrano go na korytarzowego na drugi oddział pod Nr. 24. Jak się dowiedziałem, tam czynił to samo.
Po wszystkich celach ogólnych homoseksualizm panuje w sposób straszliwy. Władza więzienna jest bezsilna przeciw tej zarazie. Dlatego też w niemieckich więzieniach i w wielu innych państwach więźniowie w dzień są w wielkich salach, a na noc każdy zosobna udaje się na spoczynek do pojedyńczej celi.
Więzień taki, przezywany „gliną“, pogardzany jest tak samo jak kapuś. Przy stole nie wolno mu usiąść do jedzenia razem ze wszystkimi. Nie wolno też „glinie“ dotknąć się czyjejś miski, chleba czy wogóle wszystkiego, co jest przeznaczone do jedzenia. Różnica między kapusiem a gliną jest tylko ta, że kapusiowi odbierają zdrowie, a tego nie biją. Przeważnie jednak kapuś i glina mieszczą się w jednej osobie.
Bardzo ciekawa jest etyka i prawo panujące w celach więziennych między więźniami. Złodziej może być nie wiem jak głodny, ale nie wolno mu przyjąć od kapusia ani od gliny nic do jedzenia. Złodziej musi się podporządkować temu prawu, inaczej nie jest uważany za „charakternego“ złodzieja. Nie wolno mu też utrzymywać stosunków koleżeńskich z frajerami. Największą obelgą dla złodzieja jest, gdy mu powiedzą: glina, kapuś. Za taką obelgę rżną się nożami. Natomiast k.... twoja mać jest przyjęte i nikt nie ma prawa się obrazić. Frajer znów odwrotnie, obraża się, gdy mu mówią k.... twoja mać, a na słowa kapuś, glina, — wcale nie reaguje.
Alfonsy i handlarze żywym towarem są również pogardzani przez złodziei. Ale w ostatnich czasach dużo złodziei z powodu kryzysu zaczęło się zbliżać do nich.
Złodziej podług wymagań etyki i zasad złodziejskich jest po wojnie rzadkim okazem w więzieniach. Muszę powiedzieć, że mnie pod tym względem nic nie miano do zarzucenia. Dziś naturalnie śmieję się z mojego zacofania. Ale trudno, stało się: jak wleziesz między wrony, musisz krakać, jak one...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.