Żywe grobowce/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXIX.

Minęła zima, przyszła wiosna 1921 roku. Ja jako tako trzymałem się przy swojej funkcji jako starszy celi. Starałem się celę utrzymać w najlepszym porządku, by dozorca oddziału nie odebrał mi stanowiska, które dawało mi codziennie dubeltową porcję sałamachy. Musiałem trzymać fason, gdyż wśród więźniów w celi było wielu takich, którzy czyhali na moją degradację.
Rano, gdy wypędzano wszystkich do pracy, zaprowadzałem podług regulaminu więziennego porządek w celi, której więźniowie wychodząc do pracy nie zdążyli uporządkować. Zaledwie uporałem się z tem, przychodził dozorca i sprawdzał, czy niema gdzie kurzu lub pajęczyny. Opukiwał kraty, oglądał naczynia znajdujące się w celi, poczem rzucał kilka wskazówek, jakie zawsze miał w zapasie i udawał się do następnych cel. Wraz z hukiem ryglowanych dubeltowych drzwi żelaznych, wyrywało się westchnienie ulgi, jakby ze sto pudów zdjęto ze mnie.
Jedynem mojem zajęciem w błogosławionym Mokotowie przez długie dni samotności w celi, było czytanie książek, których dawano na tydzień dwie na celę. Wychodząc na spacer, starałem się zamienić przeczytane książki ze starszym więźniem innej celi. Za to „przestępstwo“ według regulaminu groził mi karcer. Byłem łakomy wiedzy i dlatego kara nie odstraszała mnie, toteż wciąż na lewo brałem nowe książki. Czytałem wszystko, co mi wpadło do rąk. Nie oceniałem książek według pięknie brzmiącego tytułu, lecz starałem się wpierw przeczytać, a potem oceniałem wartość książki. Nie miałem wówczas pojęcia o sławnych autorach, nie mogłem więc wybierać książek według nazwisk autorów.
Najbardziej lubiłem tych autorów, którzy znali życie, którzy przeżywali najpierw na własnej skórze i doświadczali sami tego, co opisywali. Uwielbiam pisarzy, których twórczość jest wynikiem najgłębszego doświadczenia, rzeczywistych przeżyć i tragedyj życiowych, a nie przypadkowych okoliczności i sentymentów wyssanych z głupiej fantazji. Lubię pisarzy, którym życie wyrządziło krzywdę, którzy z tem życiem walczyli, którzy upadali pod niem i znowu się podnosili i włóczyli dalej. Uwielbiałem Londona, Gorkija, Conrada, Wacława Sieroszewskiego. Ci mojem zdaniem doskonale znali życie, o którem pisali. Pamiętam, z jakim to zachwytem czytałem książkę Londona: Martin Eden. Byłem zachwycony. Do dziś zapamiętałem cały utwór, tak mi się podobał. Pamiętam też, jak wyczytałem w jakiejś książce (tytułu nie pamiętam), pewien ustęp o filozofji życia. Każde słowo pamiętam do dziś. Ze względu na to, że ten ustęp najbardziej mi się podobał, pozwolę sobie go tu przytoczyć: „Życie jest to wstrętna komedja. Ohydna, bezcelowa, obrzydliwa i niczem nieusprawiedliwiona otchłań niegodziwości ludzkich, która się nie da porównać z najgorszym śmietnikiem i najwstrętniejszą kloaką, która przecież istnieje po to, by być napełnioną wszelkiemi obrzydliwościami. Każdy człowiek powinien znać i poznawać życie i jego ciernie i nie być optymistą. Czego ty, człowieku, chcesz od życia? Chcesz, aby ci rzucano pod nogi kwiaty, hołdy i złoto? Tak?... Tego chcesz. Jeśli tak, — to chcesz niemożliwości! Życie na ziemi odznacza się tem, że jest nie do zniesienia. Chcesz mieć nieznośne życie — żyj!... A nie chcesz, to wal do djabła na tamten świat. Truciznę albo postronek, zawsze możesz znaleźć. Życie jest wstrętne, a jego ohyda — prawem nienaruszonem i usankcjonowanem raz na zawsze. Życie jest pokutą za grzechy ojców. Człowiek otrzymuje od życia tyk ko to, co mu się słusznie należy...“
Szczęśliwy jest ten, kto potrafi filozofować w podobny sposób. A ponieważ ja szukałem jakiegoś punktu oparcia w swem smutnem życiu, chwyciłem się tej filozofji wiedząc, że z podobną filozofją będzie mi lżej wytrwać w mojem nieszczęściu.
Po obiedzie zawsze dużo mówiłem głośno sam do siebie. Gdy słońce zniżało się do zachodu, świadomość mojego nędznego położenia stawała mi zawsze przed oczyma. Zaczynały się wskrzeszać dawne wspomnienia lat dziecinnych, marzyłem i głośno dyskutowałem sam ze sobą na temat przeczytanej książki.
Nieraz bywało, we środy, gdy przyjmowano od rodzin z wolności wałówki dla więźniów, koledzy ugaszczali mnie obficie. Ja sam bowiem po Czerwoniaku nigdy w więzieniach nie otrzymałem materjalnej pomocy. Wówczas najedzony, odzyskawszy lepszy humor, myślałem o kobietach. Wzdychałem wołając: jakże piękny był świat i życie na wolności, gdy można było kochać! Jakże gorzkie jest życie tutaj, gdy nie można zaznać miłości kobiety...
Miły Boże, cóż to za rozkosz być najedzonym w więzieniu i marzyć słodko! W takich dobrych chwilach, których ja w więzieniu miałem niewiele, więzień zawsze marzy o kobietach. Kobieta wprowadza więźnia w inny świat. Ileż to razy ukradkiem po dwie godziny i więcej stałem przy oknie, nie bacząc na karę, która mnie czekała, by tylko ujrzeć przechodzącą za murami więzienia kobietę. Mim o krótkiego wzroku dostrzegałem ją z odległości kilkuset kroków. Kobieta może mieć na sobie sto sukienek, więzień ją zawsze widzi nagą. Może też być brzydka i stara jak śmierć; więzień przez kraty widzi ją zachwycającą.
Każdego więźnia po dłuższym pobycie w więzieniu słowo „kobieta“ wyprowadza z równowagi. Więźniowie używają wszelkich sposobów, by można było złapać choć jedno spojrzenie na przechodzącą kobietę. Kobiety przychodzące na widzenia wprost pożerają oczami. Pamiętam, w Czerwoniaku za Niemców zmarła dwudziestoletnia kobieta. Więźniowie mularze, którzy pracowali blisko trupiarni, ukradkiem spoglądali przez okno na leżącego trupa.
Zdarza się często, że więźniowie symulują warjatów, albo zadają sobie ciężkie rany. Spalają sobie wargi papierosem, symulując choroby weneryczne, robią sobie mydłem trypry, aby się tylko dostać na wolnościowy szpital, by po drodze spojrzeć na przechodzącą kobietę, albo też dostać przeniesienie do więzienia, gdzie siedzą kobiety.
Po kilkuletnim pobycie w więzieniu w najłagodniejszych nawet więźniach rodzą się dzikie instynkty. Jedyne ich rozrywki — to bójki i kłótnie, które nie ustają. A wobec przymusowego życia bez kobiet, krzewią się zboczenia seksualne. Tu także w sposób nieopisany kwitła pederastja. Zdarzały się pary, łączące się — że się tak wyrażę, — z prawdziwego wzajemnego uczucia. W większości wypadków była to prawdziwa prostytucja, ponieważ kochanki kupowano za tytoń, dolewki, „klamoty“, lub coś w tym rodzaju.
Czy nie lepiej byłoby sprowadzić do więzienia raz na miesiąc pewną liczbę piękności lekkiego prowadzenia się, by zaspokoić panujący tu głód seksualny?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.