Żywe grobowce/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXI.

Moralność między przestępcami jest silna, a raczej była silna. Za występki między sobą stawiają przed dyntojrę i krwawo karzą; a jednak podłości i tu nie brak. Nieraz, szukając łupu dla siebie, szkodzą sobie nawzajem.
Stanowczo stwierdzam, że uczeni socjaliści mają rację: znałem w swojem życiu tysiące przestępców, którzy opowiadali mi o swojem życiu, i doszedłem do przekonania, że 99% znalazło się pośród brudu i występku przez złe warunki ekonomiczne i złe wychowanie. Jak się przekonałem, większość bandytów, złodziei, prostytutek i innych pokrewnych im zawodów rekrutuje się z biednej klasy. Początku przestępstwa zawsze należy szukać w nędzy. Chłopiec z biednej rodziny, nie mający co jeść, drapnie co popadnie mu pod rękę. Często też może mieć co jeść i gdzie pracować, ale młodemu chłopcu także zachciewa się mieć jakąś uciechę w swojem nędznem życiu. Chce zakosztować cukierków, iść do kina z koleżkami, a nie ma na to pieniędzy, w tedy ściąga od swego chlebodawcy. Nie jest on wcale przestępcą, — był tylko naiwny, nie znał życia. Gdyby go zrozumiano i dobrocią wprowadzono na dobrą drogę, nie zawstydzając go karą, wówczas pozbyłby się swojej lekkomyślności i wyrósłby na porządnego człowieka.
Ale ludzie i otoczenie inaczej zapatrują się na takie rzeczy. Gdy schwycą takiego chłopca na gorącym uczynku, biją go, zawstydzają i oddają w ręce policji. Sędzia przeważnie jest automatem, który sądzi nie podług sumienia, tylko podług martwych suchych słów kodeksu karnego. Wsadzając takiego chłopca do więzienia, robi się z niego przestępcę. Tam właśnie dopełnia on swe wykształcenie, nabierając kwalifikacyj w tym kierunku. Rzadko taki chłopiec nie wraca do więzienia. Jak już wyżej powiedziałem, więzienie dla przestępcy, to wódka dla pijaka, bez tego już żyć nie może.
Dlaczego tak twierdzę, — powiem wyraźniej.
Niema większego wstydu w świecie przestępczym, jak siedzieć w więzieniu za mały grzech, albo za jakąś bezwartościową kradzież. Nygus, jołd, frajer, wytiszer, jak więźniowie nazywają każdego człowieka nienależącego do świata przestępczego, musi wiele wycierpieć od swoich kolegów fachowców. Kpią z niego, biją go i poniżają wołając urągliwie:
— Jołd! Za złapanie brudnej koszuli jakiejś starej babie, poszedłeś do więzienia!
Jołd naturalnie wstydzi się i zaklina w duchu, ze od dziś, gdy go zwolnią, weźmie się za coś lepszego. Wielu przybywających do więzienia nie chce, aby ich tu wyśmiano, kiamią więc, opowiadając o różnych kradzieżach i zasłyszanych zbrodniach, jako o własnych uczynkach. Gdy taki wychodzi z więzienia, jest tak zepsuty i podrażniony przez więźniów, że puszcza się na wszystko, staje się naprawdę wytrawnym przestępcą. Więzienie jest szkolą, która wychowuje i udoskonala przestępców, zachęcając ich do coraz większych zbrodni. Wywiera zupełnie odwrotny wpływ, niż społeczeństwo i sprawiedliwość sobie to wyobraża.
Nawet ci, którzy chcieliby po opuszczeniu więzienia iść dobrą drogą i wrócić do społeczeństwa, — jak już zaznaczyłem w poprzednich rozdziałach, nie mogą tego uczynić w żaden sposób. Ludzie nie chcą dać takim pracy, gardzą nimi. Powstaje poprostu chiński mur między światem a byłym więźniem. Prześladowany, zaczyna nienawidzieć cały świat. Społeczeństwo nie może sobie wcale wyobrazić, jaką nienawiścią pałają tacy przestępcy do wszystkich ludzi „frajerskiego“ świata. Przez zemstę pragną tylko wszystkim czynić źle. Okradać, bić, rabować, czynić różne kawały tym ludziom, którzy nimi gardzą. Jedyni ludzie, jedyne miejsca, które chętnie widzą byłego więźnia i dobrze go przyjmują, — to zawodowi złodzieje, meliny, paserzy, domy publiczne. Żyć przecież trzeba, więc tam więzień pójść musi. A wiadomo, ten co tam stawia swoje kroki, nie wychodzi już stamtąd z czystem sumieniem...
Inny rodzaj ludzi, dobrze rozumiejących przestępców, to prostytutki. W świecie przestępczym złodzieje i prostytutki wprawdzie się nienawidzą, wchodzi tu w grę konkurencja. Ale życie zmusza ich trzymać się razem. Prostytutki są odpychane od społeczeństwa tak samo jak złodzieje i to ich właśnie łączy. Prostytutka uważa sobie za zaszczyt mieć kochanka złodzieja i do tego znanego dobrze w świecie przestępczym. W tym świecie człowiek „znany“ jest bardziej szanowany, niż we frajerskim. Im więcej człowiek groźnych przestępstw ma za sobą, tem bardziej jest poważany. I tak samo, jak każda kobieta lubi ludzi znanych, odznaczających się talentem czy bohaterstwem, tak samo kobiety ulicy lubią „znanych“ ze świata przestępczego. Biją się między sobą, by wyprzedzić koleżankę i takiego znanego zatrzymać dla siebie. One też zachęcają przestępców do najryzykowniejszych przestępstw. Przy najmniejszej okazji, gdy taka kobieta czuje już, że przejadła się kochanka, albo już jej obrzydł i chce się go pozbyć, oddaje go w ręce policji. Zawsze stara się go mieć w ręku i wie o jakimś jego grzeszku. Dlatego też złodziej i prostytutka nienawidzą się; a jednak jedno bez drugiego nie może się obejść.
Więzienie i kobieta — to dwie siły, które popychają człowieka do wszystkich przestępstw. Wbijają ich one w ambicję, która każe im chodzić na coraz niebezpieczniejsze wyprawy, — aby tylko dać się poznać w świecie przestępczym i spodobać się kobietom. Ale początek idzie zawsze od warunków ekonomicznych.
Mężczyźni prędzej są skłonni do przestępstw niż kobiety choćby dlatego, że kobiety są słabsze i brak im odwagi. Fach złodziejski wym aga często siły fizycznej i szalonej odwagi, co kobiety posiadają rzadko. Dlatego też po więzieniach kobiet-przestępczyń jest bardzo niewiele.
Jeszcze jedną rzecz trzeba wziąć pod uwagę. Jeśli kobieta jest lekkomyślna i nie chce ciężko pracować, ma inne wyjście, gdzie może lekko (nie życzę żadnej kobiecie tej lekkości) żyć z prostytucji. Dlatego też złodziejkami są albo bardzo ładne kobiety, które dzięki swej piękności mogą się dostać do bogatych, albo też zupełnie brzydkie, którym ciężko jest znaleźć amatorów na swoje ciało...
Muszę też zaznaczyć, że dawniej złodziej rzadko kiedy miał za kochankę ulicznicę. Było to poniżeniem dla złodzieja; bojkotowano go, gdy znalazł się w więzieniu. Dziś w czasie kryzysu niemal każdy złodziej po większych miastach szuka pobocznego zarobku w zabieraniu pieniędzy od „dziewczyny“, wzamian za to opiekując się nią. Złodzieje i prostytutki poznają się między tysiącem obcych ludzi. Jedno słowo, spojrzenie, ruch wystarczy, by się poznali.
Teraz, po wojnie fach złodziejski zanika. Dawniej złodziej był fachowcem z własną etyką i zasadami. Złodziej-włamywacz nigdyby się nie zniżył do kradzieży kieszonkowej jako „marywicher“; każdy strzegł swego fachu, i specjalizował się, by zostać „znanym“. Ostatnio fach złodziejski przeniknął między szewców, jak się o tem starsi złodzieje wyrażają. Byle chłopiec chwyta się teraz za kradzież. Upadło poważanie, solidarność i dyskrecja między złodziejami. Niema moralności złodziejskiej, kapuje jeden drugiego, wszyscy zasypują się wzajem. Prawdziwy, „charakterny“ złodziej z dobrych czasów wymiera; tak samo typ koniokrada zanika zupełnie. Dawniej kradzione konie szły do Niemiec; było to związane z wielkiem ryzykiem, ale był to dobry fach, jak się o tem starsi złodzieje wyrażają. Ostatnio konie tak potaniały, że nikt kradzionych nie chce kupić. To tez ta gałąź fachu złodziejskiego zupełnie zanika.
Tak samo, jak rozmaite interesy przechodzą z żydowskich rąk do nieżydów, tak samo chleb złodziejski również przechodzi od Żydów do innych rąk. Dawniej dobrzy złodzieje po większej części składali się z Żydów. Paserami byli wyłącznie tylko Żydzi; ostatnio i to przechodzi w inne ręce.
Pretensje, jakie ma jeden przestępca do drugiego, nie mogą być załatwiane w więzieniu. Dopiero gdy więźniowie wychodzą na wolność, mogą się porachować. Zdarza się jednak, że dwaj wrogowie ze świata przestępczego spotykają się w więzieniu przypadkowo. Otóż żyją tu oni w najlepszej zgodzie, dzielą się ostatnim kęsem chleba. Dopiero gdy wychodzą po kilku latach na wolność, kłują się nożami, lub też rachują się w inny oryginalny sposób.
Sprawy, popełnione w więzieniu, załatwia się bójkami więziennemi. Największym grzechem w więzieniu jest, gdy się o czemś donosi klawiszom na kolegów. Za to karzą bez litości. Nawet gdy cię biją, nie wolno wzywać pomocy i ratunku klawiszów: to także podług prawa więziennego nazywa się kapowaniem.
Gdy ktoś pożga nożem kolegę po fachu na wolności, nikt się do tego nie wtrąca; jest to rzecz prywatna. Ale gdy jeden drugiego wydaje w ręce policji, stawiają go przed dyntojrą i nieraz zostaje skazany na karę śmierci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.