Żywe grobowce/XLI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XLI.

Było już dawno po południu. Droga z Warszawy na Pragę przez most Kierbedzia była przepełniona wozami ciężarowemi, ludźmi i autami. Kroczyłem po chodniku, zataczając się jak pijany. Słyszałem nawet kilka niepochlebnych uwag eleganckich dam, rzuconych w moją stronę. „Upił się jak Świnia“, — rzuciła otyła dama, — „a teraz przewraca się na nogach“. „Lepiejby sobie ubranie sprawił, — dorzucił inny, — niż wydawał pieniądze na wódkę“. — „Z rozkoszy się nie upił“, — dodał jeden z przechodniów, z ubrania podobny do mnie.
Stanąłem na moście i przypatrywałem się Wiśle. Sugestjonowała mnie ona tak, że gdyby nie przechodzący policjant, który trącił mnie mówiąc, że nie wolno się tu zatrzymywać, na pewno skoczyłbym w jej nurty. Ruszyłem przed siebie na Pragę.
Znałem dobrze Pragę, więc nie szedłem taką ulicą, gdzie wiedziałem, że mogę spotkać znajomych z dawnych czasów. Szedłem ulicą Targową, myśląc, skądby wydobyć tu choćby na funt chleba. Sprzedawcy uliczni kroczyli niedaleko mnie, okrzykami wychwalając swój towar. Kobieta w starszym wieku podsunęła mi kosz z obwarzankami pod sam nos i zawołała: Trzy za dziesięć, trzy za dziesięć! Znaczyło to trzy obwarzanki za dziesięć tysięcy marek. Zapach boskiego daru uderzył mnie jak policzek i zatoczyłem się jak pijany. Kobieta była już o kilka kroków ode mnie i wykrzykiwała jeszcze bardziej zawzięcie swoje: Trzy za dziesięć. Nagle, jakgdyby obcym głosem, wydarło mi się z gardła:
— Proszę pani! Proszę pani!
Kobieta stanęła.
Zbliżyłem się niepewnym krokiem z myślą, by poprosić ją o obwarzanek, jednakże prośba o jałmużnę nie chciała mi przejść przez gardło. Kobieta patrzała na mnie chwilę i już się chciała oddalić, otwierając znów usta, by krzyknąć swoje „trzy za dziesięć“, gdy nagle zapytałem:
— Czy kupi pani kamizelkę?
— Na co mi kamizelka, — wybuchnęła szczerym śmiechem, — ja w kamizelce nie chodzę.
— Wiem, że pani w kamizelce nie chodzi, ale widzi pani, ja... ja...
— No, gadaj pan, co ja, ja? Nic nie rozumiem. Mów pan, czego pan chce.
— Chcę sprzedać kamizelkę za obwarzanki. Mnie się jeść chce, — rzuciłem prędko.
Kobieta opuściła koszyk na ziemię. Przypatrywała mi się chwilę uważnie, poczem bez słowa wyjęła pięć obwarzanków i podała mi mówiąc:
— Masz, masz, zjedz sobie. Niech ci będzie na zdrowie. — I chwyciła za kosz chcąc się oddalić.
Zatrzymałem ją.
— Pani jest dobra, bardzo dobra, ale nie mogę od pani tak przyjąć. — I bez słowa, na środku ulicy zdjąłem marynarkę, potem kamizelkę, rzuciłem jej ją do nóg i uciekłem.
Kobieta zdziwiona wołała nagłos, abym zabrał kamizelkę, lecz nie słuchałem, kierując się w boczną uliczkę. Gapie uliczni śmieli się nagłos, zapewniając się wzajemnie, że jestem chyba warjatem.
Po zjedzeniu obwarzanków, wpadłem w stan odrętwienia, nie mogąc iść dalej. Żołądek, przyzwyczajony przez tyle lat do więziennego wiktu, który składa się w 90% z wody, nie mógł teraz przetrawić tak twardego pożywienia jak obwarzanki. Okropny ból żołądka nie dawał mi spokoju. Skręcony z bólu, pochylając się ku ziemi, dotarłem wreszcie do skwerku ulicznego i usiadłem na ławce. Przechodnie patrzyli na mnie raczej z pogardą niż z politowaniem, ja zaś myślałem, że lada minuta umrę z bólu.
Jakby to było dobrze teraz skończyć, — przeleciało mi przez zbolałą głowę. Co za okropne, wstrętne życie! Co robić, gdzie spędzić noc, która znowu się zbliża? Czy nie znajdę już na wolności innych opiekunów, którzy udzieliliby mi przytułku, prócz policji?
Siedziałem na ławce, sam nie wiem, jak długo, i rozmyślałem, jak brzydko wygląda ta wolność, do której przez tyle lat tęskniłem. Czułem wstręt do samego siebie. Patrząc na eleganckich przechodniów i uśmiechnięte kobiety, doznawałem wrażenia, że naigrawają się z mojej nędzy. Znienawidzilem siebie i cały świat, a w sercu budziło się pragnienie zemsty. Sam zadrżałem na myśl, że muszę dokonać czegoś takiego, aby zemścić się na tych, którzy przyczynili się do mojego upadku. Upadek mój przypisywałem w tej chwili nawet małym dzieciom, które bawiły się niedaleko mnie i zajadały smacznie słodycze. O, Boże, gdyby tak teraz nagle przyszło trzęsienie ziemi i wszystko, co widzę, zapadło się wraz ze mną, — coby to było za szczęście dla mnie!... Trąbka przejeżdżającego auta wyrwała mnie z zadumy. Zupełnie złamany na duchu i na ciele, upokorzony we własnej świadomości, wstałem z trudem, i szaleńcze pomysły znikły zupełnie z mego mózgu. Patrzyłem na świat już innemi oczyma, oczyma które pragną i uwielbiają życie, życie wolnego człowieka...
Ruszyłem w stronę dworca Wileńskiego z myślą, że tam spędzę noc, noc, która już dawno wzięła w objęcia Warszawę.
Na dworcu dopiero ku mojemu utrapieniu dowiedziałem się od takich samych bezdomnych jak ja, że po dwunastej opróżniają go i zamykają do czwartej nad ranem. Jedyne miejsce, gdzie można spędzić noc, — mówił jeden z moich kolegów po nędzy, — to dworzec Główny. Nie namyślając się długo, razem z innym kolegami udałem się tam.
Jednakże widać nie pisane mi było spokojnie odpocząć. Zaraz na progu dworca przyjęło nas bystre oko policjanta, który natychmiast roztoczył nad nami opiekę. Opieka ta nie pozwoliła nam spokojnie się zdrzemnąć.
Wreszcie nastąpił poranek. Głód skręcał mi wnętrzności tak, że musiałem trzymać się rękoma za brzuch. Koledzy, z którymi przez ten krótki czas zdążyłem się już zbratać, okazali mi dużo współczucia. Przekonałem się po raz setny, że nic tak na świecie nie zbliża i nie brata ludzi, jak wspólne nieszczęście. Okazało się, że jeden z trójki, którą poznałem na dworcu Wileńskim, przed miesiącem opuścił Pawiak i także, jak ja, postanowił być uczciwym człowiekiem. Tego, że przez miesiąc żywił się kradzionemi jarzynami i owocami po ogrodach, nie uważał wcale za nieuczciwość. Poczęstował mnie także owocami, któremi miał napełnione kieszenie podartej kurtki. Pozostali dwaj byli bezrobotni, którzy żyli z przypadkowego zarobku na dworcach Warszawy.
Nie opowiadałem wcale kolegom, że z Mokotowa wyszedłem, więc ma się rozumieć mieli mnie za frajera. Jeden nawet zaproponował mi zamianę spodni z dopłatą pół kila kiełbasy i funta białego chleba. Bez wielkich namysłów handel doszedł do skutku, ii wyglądałem teraz zachwycająco. Elegant paryski mógłby mi pozazdrościć mojego smaku. Gdyby mnie wówczas ujrzał jakiś właściciel ziemski, mógłby mnie wynająć abym stanął jako straszydło na jego polu i straszył ptactwo.
Postanowiłem jednak rano z kolegami się pożegnać raz na zawsze. Wiedziałem, że wcześniej czy później zaciągną mnie na owoce czy ogórki. Nie życzyłem sobie, aby za taką „robotę“ dostać się na Pawiak, co było więcej niż możliwe.
Zaczęły się znów nieskończone wędrówki po Warszawie. Po zjedzeniu chleba i kiełbasy, nabrałem trochę sił, a nawet odzyskałem humor. Eleganci warszawscy starali się, by mnie broń Boże nie dotknąć na chodniku. Bawiło mnie to niezmiernie, że kroczę sobie po ulicach Warszawy, a ludzie omijają mnie i ustępują mi z drogi, jak jakiejś wielkiej osobistości. Tak zagłębiony w rozmyślaniach, wlokłem się powoli przed siebie.
W miarę, jak zbliżałem się do jakiejbądź ulicy, doznawałem wrażenia, że idę naprzeciw jakiegoś niebezpieczeństwa, które czyha na mnie z za rogu. Na jednej z bocznych ulic uderzył mnie znany mi zapach świeżego chleba, wyjmowanego właśnie z pieca. To nasunęło mi myśl, żeby wstąpić do tej piekarni, skąd właśnie dolatywał okrzyk piekarczyka, wołającego kogoś.
Po chwili kilku czeladników piekarskich przyglądało mi się ciekawie, wypytując gdzie pracowałem i co umiem. Jeden z nich żartobliwie nałożył mi fartuch i białą myckę i kazał zbliżyć się do bajty, bym zaprezentował, co potrafię. Spodobała im się moja praca tak, że jeden poprosił mnie, abym mu pomógł ciasto robić. Dano mi także się najeść, a nawet pozwolono mi spać za piecem.
Wszystko może byłoby dobrze, gdyby nie pech, który mnie na każdym kroku prześladował. Traf chciał, że tragarz, który przyniósł mąkę do piekarni, siedział kiedyś w jednej celi ze mną za pobicie. Poznał mnie odrazu i zdziwiony zawołał:
— Jak się masz, Nachalniku! Dawno cię już zwolnili z Mokotowa? Co tu robisz? Wszyscy patrzyli na mnie jakoś dziwnie; po chwili gospodarz, który też zaraz przybył, oświadczył mi, że mam się natychmiast wynosić. Próbowałem go błagać, przekonywałem, że przypadkowo dostałem się do więzienia, że jestem z zawodu piekarzem, że będę pracował za samo życie. Gospodarz jednak nie chciał słuchać i twierdził:
— Ja się już dowiedziałem, kim wy jesteście. Jazda, jazda, tu niema dla takich ptaszków miejsca.
Co miałem robić? Ze złamanem sercem i bochenkiem chleba, który podarował mi litościwy czeladnik, pod pachą, wyniosłem się na ulicę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.