Żywe grobowce/XLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XLII.

Noc była pochmurna. Deszcz skrapiał ulice i wybijał takt na parasolach przechodniów. Ukryłem bochenek pod marynarką, by ocalić przed deszczem to, od czego zależała moja chwilowa uczciwa egzystencja. Myśl o tem, gdzie spędzić noc, wdzierała się wgłąb duszy. Ach Boże, wołałem, czy długo tak wytrzymam? Nie, w takich okolicznościach długo żyć nie można. Złość moja wzrastała z każdą chwilą. Życie zbrzydło mi do cna, i moje uczciwe zamiary również.
Deszcz padał coraz gęściej; przemokłem już do nitki. Płakać i śmiać mi się chciało zarazem z siebie samego. Koszula więzienna stwardniała od deszczu, jak deska i tarła mi ciało do krwi. Smutny przedstawiałem obraz, a znikąd nie działem nawet przebłysku zbawienia. Ciągle myślałem tylko o jednem: gdzie się tu osuszyć i wypocząć przez noc?
Wreszcie usiadłem na ławce, stałem się obojętny na wszystko. Deszcz lał i nie miał wcale zamiaru przestać. Z nogawek spodni i z rękawów lało się jak z rynny. Jakże chciałem wtedy zmoknąć tak, by się rozpaść, rozpłynąć i przestać istnieć! Urągałem w duchu Bogu, ludziom i sobie. Zrozumiałem wreszcie po raz setny słowa ojca, który mnie zawsze przestrzegał: „Pożałujesz, ale będzie już zapóźno...“
Zrozumiałem teraz, że wszystkie ścieżki i dróżki, które prowadzą do świata ludzi wolnych, są dla mnie raz na zawsze zamknięte. Owładnęło mnie zuchwałe pragnienie zemsty. Otrząsnąwszy się z deszczu rozglądałem się dokoła z myślą, że muszę sobie wreszcie znaleźć jakieś schronisko.
Szedłem przed siebie gryząc zmoczony chleb z pod marynarki. Ludzi na ulicy było z powodu deszczu bardzo mało; tylko policjant, pełniący służbę nocną, stał na rogu ulicy nieruchomo, i jak mi się zdawało, patrzał na mnie. Przemoczony i znużony znalazłem się na jednej z bocznych ulic i ruszyłem przez jakąś bramę na podwórko. Obszedłem długie podwórko, szukając tego, co jak zgóry obliczyłem, gdzieś tu być musiało. W domu tym bowiem był skład rzeźniczy, więc i furgon musiał tu gdzieś być. W rogu podworka przy samym śmietniku stał ów tak poszukiwany przeze mnie dach nad głową. Nie namyślając się długo, położyłem się znużony i przemarzły i po chwili już spałem.
Spałem tak do czwartej czy piątej. Ktoś obok mnie głośno zakasłał i to mnie zbudziło. Nie było jeszcze całkiem jasno, ale wstałem zrywając się prędko. Otrząsnąwszy się, jak pies zbłąkany, wysunąłem się niepostrzeżenie z podwórka. Niebo bladło z każdą chwilą, stając się coraz jaśniejsze i czystsze. Wezbrana w mojej duszy złość na widok rozwiewających się chmur malała z każdą chwilą. Jakaś radość i nadzieja znów wstąpiła we mnie. Zapomniałem o troskach i nędzy i pocieszałem się myślą, że nieraz już było mi o wiele gorzej. Jestem przecież teraz wolny! — uderzyłem się w piersi. Mogę iść dokąd zechcę i łykać ile zechcę powietrza wolności. Zawsze lepiej spać w pustym furgonie rzeźniczym, niż w tych przeklętych żywych grobowcach. Światło nadchodzącego dnia podziałało na mnie silnie i omal nie zacząłem tańczyć na środku ulicy.
Ruszyłem naprzód, rozważając, dokądby się teraz udać. Musiałem gdzieś znaleźć punkt oparcia, by nie wrócić do dawnego życia. Wściekałem się wprost na tę myśl, że będę m usiał znów do tamtego świata wrócić. Słońce wyłaniało się coraz bardziej na niebie, a ruch uliczny, który powstawał dokoła mnie, orzeźwił mnie zupełnie i wprawił moje myśli w szybszy bieg. Nagle błysnęła mi myśl: udam się do związku piekarskiego i poproszę tam o pracę. Opowiem im, że siedziałem w więzieniu za politykę, a napewno wówczas pracę mi dadzą. W najgorszym wypadku dadzą mi zapomogę.
W drodze do związku piekarskiego, który się wówczas mieścił przy ulicy Pawiej, nuciłem sobie jakąś piosenkę, lecz głos mój do łez mnie rozczulał. Co będzie, — nie opuszczała mnie myśl, — jeśli i tam mnie nie przyjmą?
Związek piekarski. Duży przedpokój, kilka ławek przy ścianach. Niedopałki papierosów i inne odpadki, porozrzucane na podłodze, upiększały lokal. Co chwila jakaś blada twarz przesuwała się przez pokój w kierunku drzwi, gdzie widniał napis: „Sekretarz związku“.
Coraz więcej przybywało tu ludzi; widać skończyli pracę nocną i przychodzą tu załatwiać swoje związkowe interesa. Kręcą się zdenerwowani tam i zpowrotem, a każdy z obecnych obserwuje mnie podejrzliwie, myśląc zapewne, że jeszcze jeden bezrobotny, których wielu było tu między nimi, przyszedł po zapomogę. Po chwili jeden z obecnych zwrócił się do mnie:
— Kogo tu potrzebujecie?
— Do prezesa związku, — zawołałem wstając z ławki, na której spocząłem.
— Oho! — zawołał inny, — coś pan za jeden, że chce odrazu do pana prezesa? A sekretarz nie może załatwić?
— Ja nie wiem, — odparłem, upadając już na duchu, kto tu załatwia sprawy. Nie jestem tutejszy, dodałem.
— A skąd wy jesteście?
— Z Mokotowa wyszedłem.
Otoczono mnie teraz wokoło.
— Długo siedzieliście? — zapytało kilku naraz.
— Sześć lat.
— Co? Sześć lat? — pytali zdziwieni. — A za co?
Nic nie odparłem, a jeden odezwał się:
— Nie wiecie za co? Za to, że nie chciał jeść chleba z masłem i modlić się trzy razy dziennie. Co to was obchodzi za co? Dość, że siedział, a każdy kto siedział, nie jest świętoszkiem. Oho, ja wiem, co to jest więzienie. Ja także siedziałem w Mokotowie, niech go szlag trafi. A jak tam polityczni żyją?
— Lepiej niż kryminalni, — odpowiedziałem.
— Wiadomo, że lepiej, — zawołał jeden rozczochrany 0 czarnej czuprynie rewolucjonisty. — Polityczni nikogo nie skrzywdzili, nie okradli, tylko walczą o dobro proletarjatu. Tacy ludzie powinni być na wysokich stanowiskach, a nie w Mokotowie.
— Daj spokój, Moniek, — zawołał ten co siedział. — Ty przy każdej okazji starasz się wygłaszać swoje ideje. Później o tem pomówimy. Zapewne jest głodny i trzeba go wpierw nakarmić, a później będzie czas na wszystko.
Wziął mnie przyjaźnie pod ramię i przez wszystkich odprowadzony zostałem do bufetu związkowego. Tu posadzono mnie przy stole i podano chleb, pół śledzia i mleko. Teraz zacząłem im opowiadać o Mokotowie, starając się zyskać ich zaufanie. Opowiadałem, że z zawodu jestem piekarzem i że podczas okupacji dostałem się do więzienia 1 skazano mnie na sześć lat nibyto za włamanie, o które m nie miałem pojęcia i nie wiedziałem wogóle, jak się to robi. Trajlowałem, że pochodzę z proletarjatu i że podzielam ich poglądy co do ustroju społecznego, o czem mi opowiadali, badając czy mam jakieś wiadomości w tym kierunku.
Teraz, po zapoznaniu się z tymi uczciwymi ludźmi pracy, których sposoby myślenia znałem dobrze z czasów Mitrofana w Bristolu, byłem pewny, że dadzą mi pracę i zapomogę. Zaraz też przez wszystkich zostałem zaprowadzony do sekretarza, który rozpoczął urzędowanie.
Pan sekretarz widać pochodził nie z tej sfery, co robotnicy, gdyż zadawał mi pytania tonem sędziego śledczego, patrząc na mnie podejrzliwie.
— Macie jakieś dokumenty, książkę związkową albo kartę zwolnienia, abym mógł przekonać się, czy naprawdę siedzieliście w więzieniu i za co? Ta cala sprawa podejrzą* nie mi jakoś wygląda, — dodał.
— Może to prowokator, — szepnął ktoś do ucha sekretarzowi, co dobrze słyszałem.
— Zapewne pan jest tym prowokatorem i innych podejrzewa, — oburzyłem się i wyciągnąłem kartę zwolnienia.
Wszyscy nachylili się nad sekretarzem, a ten czytał nagłos, powoli i kładąc nacisk na każdem podejrzanem słowie. Po przeczytaniu spojrzał na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie niż poprzednio i zawołał:
— Paragraf 587 to jakiś podejrzany paragraf. Kto z was wie, co to za paragraf? — zwrócił się do obecnych. — Mnie się zdaje, że to jest paragraf złodziejski i to dla recydywistów.
— Tak, tak, — podchwycił ten, co siedział w Mokotowie. — Ale on jest piekarzem, trzeba mu pomóc. Co to nas obchodzi, za co siedział. Jak my go nie poratujemy, to znów będzie zmuszony iść kraść. Jestem za tem, by albo dać mu pracę na kilka dni w tygodniu, albo zapomogę, niech jedzie do innego miasta.
— Co ty tam mówisz, — krzyknął nagłos Moniek. — Za złodziejami się ujmujesz! My mamy dość swoich łudzi, którzy pracy nie mają. Zapomnieliście już towarzysze, jak za kacapa kryminalni bili naszych po więzieniach. A walka 1905 roku z tymi zbrodniarzami to nic? Ja jestem zdania, żeby sobie poszedł do złodziejów, których w Warszawie nie brak. Oni swego przyjmą. Niech się stąd wynosi i nam da spokój.
— No, no, schowaj się tam z twojemi głupiemi wywodami, — zaprotestowało kilka głosów naraz. — Może nie chce iść więcej do złodziei i chce pracować? Obowiązek nam nakazuje mu pomóc i nic więcej nie powinno nas obchodzić.
Zawrzało tu jak w ulu. Krzyczano, wołano, jeden drugiemu nie dawał dojść do słowa. Zrozumiałem jednak, że większość jest przeciwko mnie. Wtem sekretarz zawołał, abym się oddalił na kilka minut do poczekalni, aż mnie znów zawołają.
Chciałem plunąć na wszystko i oddalić się, lecz po namyślę postanowiłem wytrwać i zaczekać na wyrok.
Zawołano mnie. Sekretarz objaśnił mi urzędowym tonem, że postanowiono mi dać na bilet kolejowy do Łodzi i parę tysięcy marek zapomogi. Otrzymałem także list polecający do związku piekarskiego, aby się mną zaopiekowano.
Podziękowałem za wszystko. Kazano mi znów zaczekać w poczekalni i po jakichś dwu — trzech godzinach zawołano mnie zpowrotem, wręczono wszystko i dodano przestrogę, że roztoczą nade mną obserwację, bym nie został w Warszawie. Pożegnawszy się chłodno z moimi zbawicielami, odprowadzany współczującemi spojrzeniami obecnych, wyniosłem się na ulicę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.