Żywe grobowce/LI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


LI.

W ciągu tych kilku dni przebywania w Łomży stołowałem się i mieszkałem u znanego mi pasera, za co obiecywałem mu wziąć udział w pewnej wyprawie, którą nadał. Zrezygnowałem już z myśli pozostania uczciwym człowiekiem. Przekonałem się, że z tą myślą daleko nie zajdę. Wyprawę jednakże odkładałem z dnia na dzień. Miał to być gościnny występ o 30 kilometrów od Łomży. Paser wystarał mi się nawet o dwu wspólników, za których ręczył, że nie są tchórzami i zdolni są do „wszystkiego“, gdy zajdzie potrzeba.
Widzenie moje z Elcią wzruszyło mnie do tego stopnia, że nie byłem zdolny do niczego. Paser nastawa! i nalegał, że później może się nie udać, ja jednak wykręcałem się, że czuję się niezdrów i t. d. Myślałem tylko o Elci. Znów czatowałem na nią po całych dniach i nocach. Pewnego razu zauważyłem wieczorem, że mąż wyszedł na miasto. Nie namyślając się długo spojrzałem na spis mieszkańców tego domu, wszedłem do korytarza i zapukałem do drzwi. Młoda dziewczyna, widać służąca, otworzyła mi drzwi i widząc moje nędzne ubranie zawołała cofając się:
— Kogo pan potrzebuje?
— Proszę powiedzieć pani, że mam dla niej list.
Dziewczyna zamknęła drzwi i po chwili ukazała się Elcia w jedwabnym szlafroku. Nie straciła zimnej krwi na mój widok i zawołała:
— Pan ma list dla mnie? Proszę do pokoju.
Wszedłem więc za nią.
Kiedy byliśmy sami, wskazała mi krzesło, a sama usiadła naprzeciw mnie. Nie śmiałem spojrzeć jej w oczy, za to ona bystro patrzała na mnie. Po chwili zawołała:
— Poco mnie prześladujesz? Czy ty chcesz, żeby mąż dowiedział się o mojej przeszłości? Powiedz, dlaczego ty ciągle szukasz mojej zguby!
— Przyszedłem nie poto, by cię prześladować. Chcę cię prosić i błagać, abyś mi przebaczyła mój postępek w ogrodzie. Zaraz sobie pójdę. Daję ci słowo, że nigdy nie stanę na twojej drodze do szczęścia i nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
— Więc ty jednak zawsze kochasz mnie jeszcze? — zerwała się i zaczęła mnie namiętnie całować. P otem wstała, podbiegła do drzwi i przekręciła klucz w zamku. Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła na otomanę.
— Chcę być twoją po raz ostatni, — wyszeptała. — Bierz mnie prędzej, prędzej, zanim mąż mój wróci. No, czemu odpychasz mnie od siebie?
W stałem i wyciągając do niej rękę zawołałem:
— Żegnaj na zawsze i nie myśl źle o mnie.
Skierowałem kroki ku drzwiom, widząc, że ona nie przyjmuje mojej ręki. Zastąpiła mi drogę, oparła głowę na piersi i powiedziała złamanym głosem:
— Ja zawsze, mimo wszystko, myślałam o tobie, że masz szlachetny charakter. Teraz postępujesz szlachetnie. Proszę cię tylko, zanim rozstaniemy się na zawsze, spełń jedną moją malutką prośbę.
— Wszystko uczynię, mów prędzej.
— Zabierz to, co trzymam w ręku. Błagam cię o to. Zrób to dla mnie.
I wsunęła mi do ręki paczkę z pieniędzmi.
— Wszystko dla ciebie zrobię, tylko nie to. Litujesz się nade mną, widząc moje nędzne ubranie. Rzucasz mi kość jak psu. Nie, nic przyjąć od ciebie nie mogę.
— Więc, jak widzę, masz żal do mnie. Przecież chcę ci się oddać. Chcę ci dać siebie całą, a nie jak ty mówisz, rzucić ci kość jak psu. Pieniądze ci daję dlatego, byś nie szedł więcej tą drogą, jaką szedłeś dotychczas. Jak będziesz kiedyś miał, to mi oddasz. Jeśli chcesz, żebym była szczęśliwa, weź to ode mnie.
— Nie! Taki podły jeszcze nie jestem! — zawołałem, i bojąc się, że ulegnę pokusie jej wdzięków i pieniędzy, prędkim krokiem wybiegłem z pokoju. Zrobiła kilka kroków za mną, ale widząc, że służąca już otwiera mi drzwi, pozostała na miejscu. Widać nie chciała się kompromitować przed służącą.
O północy dopiero wróciłem do meliny, wyrzekając na swój los. Paser przywitał mnie podejrzliwie i zawołał:
— Ty, zaczynasz mi się nie podobać! Nie pojmuję, czego ty tam do djabła wałęsasz się po całych dniach i nocach po mieście. Zapewne wypatrujesz coś na swoją rękę. Radzę ci być ostrożnym, bo zanim zdążysz coś zrobić, to cię gliny skapują i bez niczego wtrynią cię do Czerwoniaka. Uważaj na zakręty, mówię ci, bo jeszcze w żołądku masz mokotowską zupę.
— Mnie to wszystko jedno. Już mi to życie przeklęte obrzydło. Chciałbym jak najprędzej już tam być. Wolność nie jest dla takich jak ja.
— No, no, Nachalniku, nie jest tak źle. Co się z tobą dzieje, że tak mówisz? Pewno już ci jakaś spódniczka wlazła w drogę, co?
— Daj mi spokój, spać mi się chce.
— Możesz spać, ale powiedz mi nareszcie, kiedy już pójdziesz na tę robotę. Chłopaki na ciebie już kilka dni czekają. Chcą zarobić, bo są gole, a ty też jesteś nie mniej mortusowy od nich. Statki wszystkie są u mnie przyszykowane. Boję się trzymać to w mieszkaniu. Ty wiesz, u mnie przecież często hinty hipisz przeprowadzają. Mogę przez ciebie mieć nieszczęście.
— Daj mi teraz spokój, stary, jutro już pójdę napewno. Powiedz mi tylko, czy maszyny też masz?
— Na co ci maszyny? Ty zaraz wszystko chcesz robić na grandę. To jest czysta robota i bez tego można się obejść.
— Ja bez maszyny nie pójdę, — zawołałem stanowczym głosem. — Jak sobie chcesz. Chcę być pewny siebie w razie jakiegoś nieszczęścia.
— To wszystko są wykręty z twojej strony. Nie chcesz iść na robotę i dlatego tak mówisz. Co ty sobie myślisz, że cię będę u siebie trzymał i karmił bez niczego? Ja cale życie robiłem roboty tylko na sucho. Z maszynami nie chcę mieć nic do czynienia. Tfu, — splunął w moją stronę.
— Odczep się do djabła i daj mi spać! Przestań krakać mi nad głową. Jutro w dzień pomówimy. Zresztą ja muszę zobaczyć, co za kawalerów dałeś mi za wspólników. Może to tacy, co zamiast na robotę, zaprowadzą mnie prosto do kryminału?
— Ny, za kogo ty mnie masz? Mnie, starego pasera, który odkiwał piętnaście lat po katorgach, kiedyś ty jeszcze nie wiedział co znaczy złodziej, uczysz teraz ludzi dobierać? Oni są jeszcze tacy sami dobrzy złodzieje jak ty.
— Może się już nareszcie odczepisz ode mnie? — zawołałem wściekły i ułożyłem się w kuchni na połamanym tapczanie, na jakich często po melinach kładzie się gości.
Paser stanął mi znów nad głową i domagał się słowa, że jutro napewno udam się na „robotę“. „Ja tyle pieniędzy włożyłem w ten interes, że już dłużej czekać nie mogę“, powtarzał w kółko. „Wiem, że ty nie jesteś majstrem od takich robót“.
— Dobra, dobra, odczep się już, — odwróciłem się plecami i udawałem, że zasypiam. Paser, widząc, że go nie słucham, zaklął kilka razy pod moim adresem i oddalił się dopiero wtedy, gdy żona jego z drugiego pokoju zawołała, by mi dał spokój.
Gdy tylko odszedł, położyłem się nawznak. Głowa bolała mnie okropnie. Myśli plątały się i walczyły zawzięcie. Myśl zła, najgorsza ze wszystkich, jakie ulokowały się w moim mózgu, wzięła górę. Usiadłem na tapczanie i począłem nerwowo się ubierać. Zamorduję Elcię i siebie i skończę raz na zawsze z tem przeklętem życiem. Jeśli ja nie mogę jej mieć, to ten otyły frajer, jej mąż, także nie będzie jej miał!
Kiedy mówiłem paserowi o rewolwerze, miałem już na myśli wykonanie tego strasznego planu, który teraz dojrzał w mojej przestępczej głowie.
Wstałem pocichutku, rozglądając się po kuchni, coby tu można schwycić takiego, by się nadawało do wykonania planu. Już przekręcałem klucz w zamku, gdy wtem paser zawołał:
— Kto tam? Kto tam?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy już stał przy mnie w kalesonach i patrzał na mnie przerażony. Domyślałem się, że podejrzewa mnie teraz, że miałem zamiar okraść go i uciec. Widząc siekierkę, którą trzymałem w ręku, cofnął się wtył otwierając usta, jakby chciał wołać o pomoc.
Zbiegłem po schodach i przesuwając się pod murami pędziłem, by wykonać raz powzięte postanowienie.
Gdy znalazłem się już na ulicy, gdzie stał jej dom i spojrzałem w okna pokoju, wychodzące na ulicę, i rzucające poprzez kotary blade światło nocnej lampki, mordercze narzędzie wypadło mi z rąk. Zrobiło mi się lżej, jakby samochód ciężarowy zdjęto ze mnie. Stałem teraz i nadsłuchiwałem już z zupełnie innemi myślami. Pragnąłem usłyszeć jej głos, ujrzeć ją po raz ostatni, a potem uciec w świat i poddać się losowi, bez walki. Płacz dziecka przerwał nocną ciszę ulicy. Nadsłuchiwałem z natężeniem. Płacz ten dochodził z jej pokoju; potem usłyszałem jej głos, jak gdyby uspokajała dziecko. Więc ona i dziecko już ma, a mnie o tem nic nie mówiła... Widać nie chciała mi przysparzać bólu. Chwyciłem się rękoma za głowę i biegłem jak warjat zpowrotem do meliny. Policjant na rogu wołał mnie głośno: Stać, stać, będę strzelał! Nie stanąłem i biegłem dalej, myśląc w duchu: dobrzeby się stało, gdybyś chciał to uczynić...

Wpadłem po schodach na górę i z całych sił waliłem w drzwi, które już były zamknięte. Otworzono je jednak i bez słowa upadłem w ubraniu na ten sam tapczan. Ukryłem twarz w brudnej poduszce i płakałem. Płakałem jak jeszcze nigdy w życiu...

Koniec




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.