Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mnie to wszystko jedno. Już mi to życie przeklęte obrzydło. Chciałbym jak najprędzej już tam być. Wolność nie jest dla takich jak ja.
— No, no, Nachalniku, nie jest tak źle. Co się z tobą dzieje, że tak mówisz? Pewno już ci jakaś spódniczka wlazła w drogę, co?
— Daj mi spokój, spać mi się chce.
— Możesz spać, ale powiedz mi nareszcie, kiedy już pójdziesz na tę robotę. Chłopaki na ciebie już kilka dni czekają. Chcą zarobić, bo są gole, a ty też jesteś nie mniej mortusowy od nich. Statki wszystkie są u mnie przyszykowane. Boję się trzymać to w mieszkaniu. Ty wiesz, u mnie przecież często hinty hipisz przeprowadzają. Mogę przez ciebie mieć nieszczęście.
— Daj mi teraz spokój, stary, jutro już pójdę napewno. Powiedz mi tylko, czy maszyny też masz?
— Na co ci maszyny? Ty zaraz wszystko chcesz robić na grandę. To jest czysta robota i bez tego można się obejść.
— Ja bez maszyny nie pójdę, — zawołałem stanowczym głosem. — Jak sobie chcesz. Chcę być pewny siebie w razie jakiegoś nieszczęścia.
— To wszystko są wykręty z twojej strony. Nie chcesz iść na robotę i dlatego tak mówisz. Co ty sobie myślisz, że cię będę u siebie trzymał i karmił bez niczego? Ja cale życie robiłem roboty tylko na sucho. Z maszynami nie chcę mieć nic do czynienia. Tfu, — splunął w moją stronę.
— Odczep się do djabła i daj mi spać! Przestań krakać mi nad głową. Jutro w dzień pomówimy. Zresztą ja muszę zobaczyć, co za kawalerów dałeś mi za wspólników. Może to tacy, co zamiast na robotę, zaprowadzą mnie prosto do kryminału?
— Ny, za kogo ty mnie masz? Mnie, starego pasera, który odkiwał piętnaście lat po katorgach, kiedyś ty jeszcze nie wiedział co znaczy złodziej, uczysz teraz ludzi dobierać? Oni są jeszcze tacy sami dobrzy złodzieje jak ty.
— Może się już nareszcie odczepisz ode mnie? — zawołałem wściekły i ułożyłem się w kuchni na połamanym tapczanie, na jakich często po melinach kładzie się gości.
Paser stanął mi znów nad głową i domagał się słowa, że