Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część pierwsza/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
ZASADZKA.

Po wyjściu ciotki i margrabiego, panna Cardoville, usłyszawszy o przybyciu komisarza, uczuła pewien niepokój, gdyż nie wątpiła, że komisarz przybywa, jak się tego obawiał Agrykola, aby żądać upoważnienia do poszukania wewnątrz pałacu, by wykryć kowala, wobec podejrzeń, że się tam ukrywa.
Lubo miejsce, w którem Agrykola byt ukryty, uważała za bardzo dobre schronienie, jednakże zupełnie spokojną być nie mogła, a przewidując niebezpieczne skutki, mniemała, iż nastręcza się jej dobra sposobność, aby polecić swego protegowanego doktorowi, który pozostawał w ścisłych stosunkach z jednym z ministrów, mającym największy wpływ w owym czasie.
Zbliżyła się więc do doktora, półgłosem rozmawiającego z baronem, i rzekła przymilająco:
— Mój kochany panie Baleiner... chciałabym pomówić z panem słów parę...
— Jestem na rozkazy pani — odrzekł doktór.
— Mój kochany doktorze, jesteś moim przyjacielem i byłeś przyjacielem mojego ojca... A nawet w tej chwili, pomimo przykrego położenia, okazałeś się jedynym moim stronnikiem.
— Racz pani nie wspominać o tem — rzekł doktór, udając obrażoną skromność. — Uchowaj Boże! mogłabyś minie pani nabawić kłopotu... Daj pani temu pokój...
— Bądź pan spokojny — odrzekła, uśmiechając się, panna Cardoville — ja pana nie narażę; ale pozwól mi tylko przypomnieć sobie, że nieraz ofiarowywałeś mi swoją uczynność, gdybym od ciebie czego żądała...
— Chciej pani spróbować... a przekonasz się, czy umiem dotrzymać słowa.
— Dobrze więc! daj mi pan tego dowód natychmiast — rzekła żywo Adrjanna...
— Bardzo dobrze, ot tak to lubię... Cóż mogę uczynić dla pani?
— Czy zawsze jeszcze jesteś pan w ścisłej przyjaźni z ministrem?
— Bezwątpienia... a nawet leczę go teraz na zapalenie gardła....
— Mam więc nadzieję — przerwała żywo Adrjanna — że uzyskasz u niego łaskę dla mnie ważną..
— Dla pani?... A jakiż możesz mieć do niego interes?
Lokaj księżny wszedł i wręczył list doktorowi mówiąc:
— Przyniósł to jakiś posłaniec, a powiedział, że list bardzo pilny...
— Co to znaczy być znakomitym doktorem — odezwała się z uśmiechem Adrjanna — nie dają panu ani chwili spokoju.
— Nie wspominaj mi pani o tem — odrzekł doktór, nie mogąc ukryć zdziwienia, gdy poznał pismo margrabiego — do stu katów z tymi chorymi... doprawdy myślą sobie, że my jesteśmy z żelaza i że mamy nadmiar zdrowia, którego im brakuje...
List margrabiego był krótki; doktór przeczytał go jednem spojrzeniem: a mimo zwykłej roztropności wzruszył ramionami i żywo zawołał:
— Dziś jeszcze... ależ to niepodobna... ten człowiek zwarjowiał!
— Idzie tu zapewne o biednego chorego, który pokłada w panu całą swoją ufność... który na pana oczekuje, który cię wzywa... A! kochany Baleinier, nie odrzucaj jego prośby... czyż nie miło jest dowieść, że słusznie pokładają w nas zaufanie...
Szczególny był zbieg okoliczności, a zarazem nadzwyczajna sprzeczność między treścią listu, napisanego w tej chwili przez najzaciętszego wroga Adrjanny, a słowami, politowania, które wymówiła tkliwym głosem współczucia; sprzeczność ta nie uszła uwagi doktora i sprawiła na nim pewne wrażenie.
Spojrzał na pannę Cardoville z miną prawie zakłopotaną i rzekł:
— W rzeczy samej... idzie o pacjenta, który wiele na mnie liczy... bodaj czy nie zawiele... gdyż żąda ode mnie rzeczy niepodobnych... Ale dlaczego ujmujesz się pani za nieznajomym?
— Jeżeli biednym jest... to go znam... Mój protegowany, dla którego proszę pana o opiekę ministra, jest dla mnie prawie także nieznany... a teraz zajmuje mnie jak najmocniej; bo, wyznać panu muszę, mój protegowany jest synem owego poczciwego żołnierza, który przyprowadził tu z głębi północnej Azji córki marszałka Simon.
— Jakto?... Pani protegowany jest...
— Rzemieślnikiem... podporą rodziny... lecz muszę opowiedzieć panu wszystko.. tak jak się rzeczy działy...
Zwierzeniom Adrjanny przeszkodziła pani Saint-Dizier, która, poprzedzając margrabiego, gwałtownie otworzyła drzwi od swego gabinetu.
Margrabia d’Aigrigny, wchodząc do gabinetu, spojrzał na doktora wzrokiem pytającym, niespokojnym.
Doktór odpowiedział odmownem potrząśnięciem głowy.
Margrabia przygryzł wargi z wściekłością; ostatnią nadzieję >pokładał w doktorze, musiał więc uważać swe projekty za upadłe na zawsze, pogrzebane, mimo nowego ciosu, jaki księżna miała wymierzyć Adrjannie.
— Panowie — rzekła księżna szybko, przerywanym głosem, gdyż zadyszała się ze złośliwej radości — panowie, raczcie usiąść... gdyż mam zakomunikować panom nowe i bardzo ciekawe rzeczy o tej... pannie.
I spojrzeniem wskazała Adrjannę.
— A, moje biedne dziecię, cóż to takiego? cóż znowu wymyślono na ciebie? — zawołał doktór, zanim odszedł od okna, przy którem stał z Adrjanną — w każdym razie polegaj zawsze na mnie.
Na gwałtowną zaczepkę ciotki, panna Cardoville z dumą podniosła głowę. Rumieniec wystąpił jej ni czoło; zagrożona nowemi napaściami straciła cierpliwość, zbliżyła się do stołu, przy którym siedziała księżna, i wzruszonym głosem rzekła do doktora Baleinier:
— Czekać będę u siebie na pańskie przybycie, mój kochany doktorze; wiesz, o czem chcę z tobą pomówić koniecznie i jak najspieszniej.
Mówiąc to, Adrjanna zbliżyła się do kanapki, na której leżał jej kapelusz.
Księżna nagle zerwała się i rzekła:
— Cóż to ma znaczyć, Adrjanno?
— Odchodzę... Oznajmiłaś mi pani swoją wolę; ja powiedziałam, co zamierzam czynić, a więc poprzestańmy na tem; interesy pieniężne powierzę komu innemu.
Księżna Saint-Dizier, widząc, że jej zdobycz może się wymknąć, przybiegła do swej siostrzenicy i z pogwałceniem wszelkiej przyzwoitości, chwyciła ją konwulsyjnie za rękę, mówiąc:
— Zostań!!!
— Pani! — odparła Adrjanna głosem bolesnego zdziwienia — co pani czynisz? co to ma znaczyć?
— Chcesz się wymknąć... boisz się!... — zawołała księżna sarkastycznie.
Na wyraz „boisz się“ Adrjanna de Cardoville rzuciłaby się w ogień.
Dumnem i szlachetnem poruszeniem wyrwała się, z rąk ciotki, rzuciła na krzesło kapelusz, który już miała w ręku, i, wracając do stołu, rzekła:
— Pomimo wstrętu do tego wszystkiego, co się tu dzieje, zostaję... nie chcę, aby mnie posądzono o tchórzostwo, mów pani... słucham.
Wtedy księżna zamierzyła po kropli sączyć truciznę, którą była przepełniona, aby jak najdłużej przeciągnąć męczarnie ofiary, pewna już będąc, że się jej nie wymknie.
— Panowie — wyrzekła przytłumianym głosem — opowiem wam, co się stało... Gdy mi dano znać, że komisarz chce się widzieć ze mną, udałam się do niego; grzecznie się usprawiedliwiał, że mię niepokoi, lecz musi spełnić swą powinność... Mężczyznę podejrzanego, którego kazano aresztować, widziano dziś zrana wchodzącego do pawilonu...
Na te słowa Adrjanna poruszyła się, gdyż nie było wątpliwości, że idzie tu o Agrykolę.
Wnet jednak odzyskała przytomność, w przekonaniu, że miejsce, w którem się ukrył Agrykola, jest bezpieczne.
— Komisarz — mówiła dalej księżna — żądał ode mnie pozwolenia na poszukiwanie tego mężczyzny w pałacu i pawilonie... Miał do tego prawo. Prosiłam go, aby zaczął od pawilonu i towarzyszyłam mu... Pomimo niepojętych dziwactw i ekscentrycznego postępowania tej... panny, ani mi przez głowę przeszło, wyznaję to szczerze, aby chciała się mieszać do spraw politycznych... Tymczasem omyliłam się...
— Co pani przez to rozumiesz? — zapytała Adrjanna.
— Zaraz się o tem dowiesz — odparła księżna triumfującym tonem. — Przyszła i na ciebie kolej... na ciebie, któraś przed chwilą była szyderczą i dumną... Idę więc z komisarzem policji... Przybywamy do pawilonu... Możecie sobie panowie wystawić zdziwienie tego urzędnika, gdyśmy tam zastali troje dziewcząt, ubranych jak komedjantki...
— Komisarz — mówiła dalej księżna — zaczął od surowego badania dziewcząt, pytał je, czy nie wiedzą, gdzie się ukrył młody rzemieślnik, którego widziano, jak wchodził do pawilonu, zajmowanego przez moją siostrzenicę... odpowiedziały z największą czelnością, że o niczem nie wiedzą...
— Dzielne dziewczęta! — pomyślała Adrjanna — biedny rzemieślnik ocalony, a protekcja doktora Baleinier dokona reszty...
— Na szczęście była ze mną jedna z mych pokojówek, Grivois; poczciwa ta kobiecina, przypomniawszy sobie, że widziała pannę Adrjannę, powracającą do domu, rano, o ósmej godzinie, rzekła naiwnie do urzędnika, iż rzemieślnik, którego szukają, wyszedł przez małą furtkę ogrodową, którą panienka niechcący zostawiła otwartą... wracając do domu.
— Ten postępek mej siostrzenicy, który tak zgorszył komisarza, niczem jest w porównaniu z tem, co jeszcze mam opowiedzieć panom — prawiła dalej księżna — przebiegliśmy więc cały pawilon, nic nie znalazłszy... ju żeśmy mieli wyjść z sypialnego pokoju tej panny — tu rzuciła pogardliwym wzrokiem na Adrjannę — gdyż ten pokój przeglądaliśmy na ostatku, gdy Grivois szepnęła mi, że złocone listwy fałszywych drzwi niezupełnie przystają... Zwracamy uwagę komisarza na tę okoliczność; jego policjanci węszą, próbują... aż tu otwierają się drzwi... i wtedy... zgadnijcie, co znajdują?... nie... nie... rzecz tak szkaradną, tak oburzającą... iż nie śmiałabym nigdy...
— A więc ja panią wyręczę i oszczędzę jej wstydliwości — przerwała śmiało i szyderczo Adrjanna, domyślając się z ciężkiem strapieniem, że wyśledzono kryjówkę Ągrykoli — lecz to, co powiem nie oznacza bynajmniej chęci usprawiedliwiania się z mej strony...
— A jednak rzecz byłaby tego warta — wtrąciła księżna z pogardliwym uśmiechem — mężczyzna, któregoś ukryła w swej sypialni...
— Mężczyzna ukryty w jej sypialnym pokoju! — zawołał margrabia, podnosząc głowę z oburzeniem, które zaledwie pokrywało piekielną radość.
— Ale ten mężczyzna — z obłudną miną wtrącił doktór — był to pewnie złodziej? To się tłomaczy samo przez się, wszelkie inne podejrzenie... nie jest podobne do prawdy...
— Mylisz się pan — zaprzeczyła księżna — ambicja tej panny nie sięga tak wysoko, ona stara się dowieść, że błąd może być nietylko występnym, ale i nikczemnym... Tem się tłomaczy jej sympatja, jaką okazuje dla gminu... Sympatji tej dowodzi czynem, gdyż mężczyzna, ukryty w jej pokoju, miał na sobie bluzę.
— Ten młody mężczyzna jest kowalem; sam to wyznał — objaśniła księżna — ale oddać mu trzeba sprawiedliwość, że jest bardzo przystojnym chłopcem i pewno ta panna, powodowana namiętnością do wszystkiego, co jest piękne...
— Dosyć tego, pani, dosyć!... — przerwała nagle Adrjanna, która, nie chcąc się usprawiedliwiać, słuchała ciotki z coraz bardziej wzrastającem oburzeniem — tylko co miałam zamiar odeprzeć objaśnieniem jej nikczemne potwarze... lecz nie dopuszczę się tej słabości... O jednę rzecz tylko zapytam panią... czy ten uczciwy i pracowity rzemieślnik został aresztowany?
— Tak, został aresztowany i pod dobrą eskortą odprowadzony do więzienia... to rozdziera ci serce, nieprawdaż? Twa czułość dla tego zajmującego kowala musi być bardzo wielką, skoro cię pozbawia ironicznego zuchwalstwa?
— Nie mylisz się, pani, bo cóż mogę mieć innego na myśli, jak szydzić z tego, co jest haniebne i niedorzeczne — odrzekła Adrjanna, a łzy stanęły w jej oczach na myśl o wielkim niepokoju w domu uwięzionego Ągrykoli; włożywszy kapelusz na głowę i zawiązawszy wstążki, zwróciła się do doktora:
— Panie Baleinier, tylko co obiecywałeś mi protekcję u ministra...
— Tak, pani... i z prawdziwą przyjemnością będę u niego pośrednikiem dla pani.
— Bądźże tak dobry i zawieź mnie do ministra... Gdy zostanę mu przez pana przedstawioną, nie odmówi mi łaski, a raczej sprawiedliwości, o którą go zamierzam prosić.
— Jakto! — wykrzyknęła księżna — poważasz się, moja panno, bez mego pozwolenia, i to po tem, co zaszło?... Ależ to niesłychana zuchwałość!
— Ubolewać można nad tem — dodał baron Tripeaud — ale teraz można się spodziewać wszystkiego.
W chwili gdy Adrjanna pytała doktora, czy ma swój powóz, d’Aigrigny zadrżał...
Promień niespodziewanej radości zabłysnął mu w oczach i ledwo powściągnąć mógł gwałtowne wzruszenie, gdy szybko i nieznacznie rzuciwszy okiem na doktora, poznał z jego poruszeń powiek i skinienia głowy, że go rozumie i z nim się zgadza.
Dlatego, gdy księżna, odzywając się z gniewem do siostrzenicy, rzekła:
— Zakazuję ci oddalać się stąd.
Margrabia odezwał się do księżny ze szczególną intonacją głosu:
— A ja sądzę, że można powierzyć pannę Adrjannę opiece pana doktora.
D’Aigrigny wymówił te słowa: opiece pana doktora, w sposób znaczący, co też księżna zrozumiała, spojrzała kolejno na doktora i na margrabiego, a twarz jej wypogodziła się.
Księżna jednakże, nie chcąc pokazać, że łatwo zezwala, na uczynioną uwagę margrabiego odpowiedziała:
— Lubo pan doktór, o ile widzę, okazuje się bardzo pobłażliwym dla mej siostrzenicy, jednakże nie uważam za nieprzyzwoite powierzyć ją jego opiece... wszelako pod warunkiem, że to nie będzie prejudykatem na przyszłość, gdyż odtąd Adrjanna nie będzie miała innej woli prócz mojej.
— Nie sądzę, abym był zbytnio pobłażliwym dla panny Adrjanny — odparł doktór, udając, że się czuje nieco urażonym słowami księżny — jestem tylko sprawiedliwym... jestem gotów przedstawić ją ministrowi, jeśli sobie tego życzy; nie wiem, czego pragnie, lecz nie przypuszczam, aby była zdolną nadużyć mego zaufania i wymagać poparcia w żądaniu nieprzyzwoitem.
Adrjanna, serdecznie wzruszona temi słowy, wyciągnęła rękę do doktora i rzekła:
— Bądź spokojny, zacny przyjacielu... będziesz mi wdzięczny za postępek, jakiego od ciebie wymagam, gdyż będziesz miał połowę udziału w szlachetnym czynie...
Księżna postąpiła ku siostrzenicy i rzekła do niej powoli i dobitnie, wymawiając każde słowo z przyciskiem:
— Jeszcze mam ci coś powiedzieć... będzie to ostatnie słowo wobec tych panów... Powiedz mi, czy mimo ciążących na tobie ważnych zarzutów, trwasz ciągle w zamiarze nieuszanowania mej władzy?
— Tak, pani.
— Czy to już ostatnie twoje słowo?
— Tak jest, ostatnie...
— Zastanów się... bo to rzecz bardzo ważna... strzeż się!
— Powiedziałam pani moje postanowienie, a to, com powiedziała... wykonam.
— Panowie... słyszycie — rzekła księżna — robiłam, co tylko można, aby doprowadzić do zgody, lecz usiłowania moje okazały się daremnemi, Adrjanna więc sama sobie przypisze skutki, które będą musiały nastąpić.
— Nie dbam o to — odrzekła Adrjanna — czyń pani, co ci się spodoba.
A potem, zwracając się ido doktora, dodała z żywością:
— Chodźmy... chodźmy, kochany doktorze, gdyż umieram z niecierpliwości, idźmy prędko... każda stracona minuta wyciśnie gorzkie łzy całej rodzinie.
I Adrjanna spiesznie wyszła z salonu z doktorem.
Służący księżny przywołał powóz doktora i pomógł Adrjannie wsiąść; ta nie dostrzegła, że doktór coś szepnął lokajowi.
Gdy doktór zajął przy niej miejsce, lokaj przymknął drzwiczki, a potem rzekł głośno do stangreta:
— Do pałacu ministra, małą furtką.
Konie szybko ruszyły z miejsca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.