Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część pierwsza/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XI.
FAŁSZYWY PRZYJACIEL.

Już była noc, ponura, ciemna.
Pogodne, czyste niebo aż do zachodu słońca, coraz bardziej chmurami się pokrywało; wiatr dął gwałtownie i wznosił tu i owdzie tumany zawiei śnieżnej.
Słabe światło rzucały latarnie do powozu, w którym siedział doktór z Adrjanną de Cardoville.
Powóz toczył się już od kilku minut; Adrjanna pocichu ocierając łzy, ku wielkiemu zdziwieniu doktora ani słowa jeszcze nie przemówiła.
— Cóż to, kochana panno Adrjanno? — odezwał się Baleinier, prawdziwie zdziwiony na widok rozrzewnienia młodej dziewicy — cóż to?... niedawno tak odważna, teraz płaczesz pani?
— Tak — odpowiedziała Adrjanna zmienionym głosem — płaczę przed panem... przed przyjacielem... lecz przed moją ciotką... O! nigdy.
— Jednak... podczas tej długiej rozmowy... ironja pani...
— Ach! mój Boże... sądzisz pan, że ja chętnie występuje w tej wojnie na słowa?... Niczego mniej nie lubię nad takie utarczki uszczypliwego szyderstwa, do którego mnie zmusza potrzeba bronienia się przed tą kobietą i jej przyjaciółmi... Mówisz pan o mej śmiałości... zapewniam cię jednak, że nie chodziło mi o to, aby się okazać złośliwą... ale raczej przytłumić, pokryć to, com cierpiała, gdy się ze mną obchodzono tak po grubjańsku... wobec ludzi, którymi się brzydzę, którymi pogardzam... ja, com im nigdy nic złego nie zrobiła, ja, co żyć pragnę sama, niepodległa, spokojna, i mieć wokoło siebie ludzi szczęśliwych.
— Kochana panno Adrjanno — rzekł doktór Baleinier wzruszonym głosem — uspokój się... wszystko to już przeszło... masz przecie we mnie prawdziwego przyjaciela...
I człowiek ten, wymawiając te słowa, zarumienił się, pomimo swej piekielnej chytrości.
— Wiem o tem, jesteś moim przyjacielem — odpowiedziała Adrjanna — nie zapomnę nigdy, że, ujmując się za mną, naraziłeś się dziś na zemstę mej ciotki, bo wiadomo mi, jakie ona posiada wpływy...
— Co do tego — mówił doktór, udając zupełną obojętność — my, doktorzy, niczego się nie lękamy, zaszkodzić nam trudno.
— O! kochany panie Baleinier, pamiętaj, że pani Saint-Dizier i jej przyjaciele nie przebaczają — tu dziewka wzdrygnęła się. — Potrzeba było mojej nieprzezwyciężonej odrazy, mego wrodzonego wstrętu do wszystkiego, co jest podle, wiarołomne i złośliwe, aby przywieść mnie do otwartego z nią rozbratu... Lecz choćby szło... mam-że ci szczerze wyznać?... o życie, nie bałabym się... a jednakże — dodała z wdzięcznym uśmiechem, który tyle powabu nadawał jej zachwycającej twarzyczce — bardzo lubię życie... i jeżeli mam sobie do wyrzucenia... to chyba, że je lubię zbyt świetne... zbyt piękne... lecz, jak panu wiadomo, lubię moje wady...
— Mnie się zdaje, mówiąc między nami, że księżna chciała tylko panią nastraszyć... i spodziewa się działać na nią drogą przekonania... wiesz, że namiętnie lubi nawracać ludzi na prawą drogę — mówił złośliwie doktór, chcąc tylko uspokoić Adrjannę — ale nie myślmy już o tem... Powinnaś pani pamiętać, aby jej oczy jaśniały blaskiem, abyś oczarowała ministra, do którego jedziemy...
— Masz słuszność, kochany doktorze... należałoby zawsze unikać zmartwienia, gdyż największem jego złem jest najprzód to, że się zapomina o cudzych zmartwieniach... Ale widzisz pan, ile ci ufam; korzystam z dobroć; pańskiej, a jeszcze nie powiedziałam, w czem potrzebną mi jest pomoc pańska...
— Mamy dość czasu do pomówienia, gdyż minister bardzo daleko mieszka.
— Powiem w krótkości, o co rzecz idzie — odrzekła Adrjanna — mówiłam już panu, dlaczego zajmuję się tym biednym rzemieślnikiem... Dziś rano przyszedł do mnie i wyznał, że ma być oddany pod sąd za śpiewy, które napisał (jest bowiem poetą), że zagrożony jest aresztowaniem, choć jest niewinny; ale, gdyby go uwięziono, jego rodzina, którą on ze swej pracy utrzymuje, nie miałaby z czego żyć; przyszedł więc do mnie z prośbą, abym za nim dala kaucję, by mu tym sposobem pozwolono dalej pracować; przyrzekłam mu, rachując na pańskie stosunki z ministrem; ponieważ już go ścigano, postanowiłam ukryć go u siebie, a wiadomo panu, jakie znaczenie ciotka przypisała memu postępkowi... A teraz, powiedz mi pan, czy za jego wpływem uzyskamy u ministra to, o co zamierzam go prosić, — uwolnienie tego rzemieślnika za kaucją?
— Nie sądzę, aby wzbraniał się uczynić to, zwłaszcza, gdy mu pani przedstawisz rzecz z właściwą ci wymową serca.
— Mój kochany doktorze, czy wiesz, dlaczego chwyciłam się tego, może niezwykłego kroku, i prosiłam cię, abyś przedstawił ministrowi mnie, młodą dziewczynę?
— Żeby... lepiej polecić swego protegowanego.
— Tak jest... tudzież żeby przeciąć bieg potwarzom, których księżna nie zaniecha rozsiewać... a które, jak pan wiadomo, kazała już zapisać do protokółu komisarza policji... Wolę więc udać się otwarcie do człowieka, mającego wysokie znaczenie... Wyznam mu wszystko otwarcie, a on mi uwierzy, bo prawda ma swój właściwy głos, na którym zawieść się nie można.
— Wszystko to, droga pani, mądrze i doskonale obmyśliłaś... za jednym zamachem załatwisz dwie ważne sprawy, uniemożebnisz potwarze i uzyskasz wolność dla biednego młodzieńca.
— To właśnie wraca mi moją wesołość, ta nadzieja...
— W życiu — odrzekł filozoficznie doktór — wszystko zależy od punktu widzenia rzeczy.
Adrjanna tak była nieświadomą w rzeczach, dotyczących rządu i atrybucji władz, tak ślepą pokładała ufność w doktorze, iż nie wątpiła ani na chwilę o tem, co jej mówił.
Dlatego też rzekła z radością:
— Co za szczęście!... więc będę mogła potem jechać do córek marszałka Simon i pocieszyć biedną matkę młodzieńca, która może w największem jest udręczeniu, nie mogąc się doczekać jego powrotu.
— Tak jest, będziesz pani miała to zadowolenie — odrzekł Baleinier z uśmiechem — bo prosić będziemy i działać tak, iżby biedna matka dowiedziała się od pani, że jej syn jest uwolniony, wprzód jeszcze, nim się dowie o jego aresztowaniu.
— Ileż to dobroci i uczynności z pańskiej strony. Prawdziwie, gdybym nie była zmuszona tak ważnemi pobudkami, wstydziłabym się zabierać panu tyle drogiego czasu, ale znam serce pańskie...
— Całem mojem życzeniem jest udowodnić pani moją dla niej życzliwość — mówił doktór, zażywając tabaki.
Zarazem jednak rzucił niespokojne spojrzenie, gdyż powóz przejeżdżał właśnie przez plac Odeonu i pomimo zamieci śnieżnej, widać było oświetlony front teatru; Adrjanna, która w tej chwili spojrzała w tę samą stronę, mogła się zdziwić, że ją wiozą tą drogą.
Aby odwrócić jej uwagę zręcznym manewrem, doktór zawoła! nagle:
— O mało nie zapomniałem!... gdzież ja mam głowę?...
— Cóż to... o oo idzie? — zapytała Adrjanna, żywo się do niego zwracając.
— Przypomniałem sobie o ważnej rzeczy, potrzebnej, aby nasza prośba miała powodzenie.
— Cóż to takiego?.. — zapytała niespokojnie Adrjanna.
— Wszyscy ludzie mają swoje słabości, a minister ma ich więcej, niż inni; mój przyjaciel, zresztą człowiek bardzo rozsądny, niezmiernie lubi swój tytuł, i przyjąłby panią dosyć oschle... gdybyś go nie powitała tytułem: panie ministrze.
— Mniejsza o to, kochany doktorze, jeśli potrzeba, tytułować go będę Ekscelencja — rzekła Adrjanna z uśmiechem. — O ile wiem, taki jest tytuł ministrów.
— Nie teraz... zaniechano już tego tytułu; ale tem lepiej, tem przyjemniej mu będzie, jeśli mówić pani do niego będzie Ekscelencjo.
— Bądź pan spokojny, będę się starała pochlebiać próżności pańskiego przyjaciela.
— Polecam go pani, a protegowany pani w dobre dostanie się ręce — mówił doktór, widząc z zadowoleniem, że powóz przejeżdżał przez ciemne ulice, prowadząc z placu Odeon w okolice Panteonu, — teraz bardzo rad jestem z tej drobnej słabości mego przyjaciela, ministra, gdyż może nam dopomóc.
— Zresztą ten mały podstęp jest dość niewinny — dodała panna Cardoville — i wyznam panu, że nie mam co do tego skrupułu, gdy się do niego uciekam.
Potem, nachyliwszy się do drzwiczek, mówiła dalej:
— Mój Boże, jakże te ulice są czarne i smutne... co za wiatr, jaki śnieg... w jakiej to jesteśmy okolicy?
— Jakto, niewdzięczna, nie poznajesz swej ulubionej okolicy, przedmieścia Św. Germana?
— Myślałam, żeśmy je już dawno minęli.
— I ja tak sądziłem — rzekł doktór, nachyliwszy się do drzwiczek, jakgdyby rozpoznać chciał miejscowość, w której się znajdowali — jednakże jesteśmy jeszcze na tem przedmieściu. Biedny mój stangret, oślepiony śniegiem, który go siecze po twarzy, musiał zabłądzić; ale już wyjeżdżamy na właściwą drogę... tak.. teraz poznaję, jesteśmy właśnie na ulicy Św. Wilhelma, mówiąc nawiasem niebardzo wesoła, zresztą w ciągu dziesięciu minut staniemy przed gmachem ministra, przed poufnem wejściem, dokąd przyjaciele, jak ja, mają przywilej wstępu.
Panna de Cardoville tak mało znała niektóre dzielnice Paryża i zwyczaje ministerjalne, iż bynajmniej nie wątpiła o tem, co jej prawił Baleinier, w którym zresztą zupełne pokładała zaufanie.
Od wyjazdu z pałacu Saint-Dizier, doktór miał na ustach pytanie, które jednak wahał się zadać, obawiając się aby ciekawość nie skompromitowała go w oczach panny de Cardoville.
Gdy mówiła o bardzo ważnych interesach pieniężnych, które przed nią ukrywano, doktór, bardzo zręczny spostrzegacz, zauważył odrazu zakłopotanie i niepokój pani Saint-Dizier i margrabiego d’Aigrigny.
Nie wątpił, że spisek, wymierzony przeciwko Adrjannie (spisek, któremu ulegał przez posłuszeństwo) dotyczy owych interesów i dlatego właśnie pałał żądzą poznania ich, gdyż, jak każdy członek tajemnego stowarzyszenia, do którego należał, czuł rozwijające się w nim wady, nieoddzielne od każdego spólnictwa, to jest zawiść, podejrzliwość i ciekawość.
Łatwo więc pojmiemy, że doktór Baleinier, lubo gotów zupełnie służyć zamiarom margrabiego d’Aigrigny, ciekawy był jednak dowiedzieć się, co przed nim ukrywano; przezwyciężywszy więc wahanie i znajdując dogodną, a nadewszystko naglącą sposobność, rzekł do Adrjanny po chwili milczenia:
— Chciałbym, chociaż to może będzie niedelikatnie z mej strony, zadać pani pewne pytanie. W każdym jednak razie, jeśli je pani uznasz za niedelikatne... nie odpowiadaj na nie.
— Mów pan... bardzo proszę...
— Niedawno... na kilka minut przedtem, gdy dano znać księżnie o przybyciu komisarza, mówiłaś pani o wielkiej wagi interesach pieniężnych, które ukrywano przed panią...
— Tak, w istocie...
— Słowa pani sprawiły widocznie na księżnie Saint-Dizier wielkie wrażenie...
— Wrażenie tak wielkie, iż niepewne domysły moje zamieniły się w przekonanie.
— Nie mam potrzeby mówić pani, droga przyjaciółko, że, jeśli wspominam o tej okoliczności, to jedynie dlatego, aby ofiarować pani moje usługi, jeśli osądzisz, że się na co mogą przydać; w przeciwnym razie, gdybyś pani dla jakiegobądź powodu zwierzyć się nie chciała przedemną... to się nie krępuj wcale mem zapytaniem.
Adrjanna zamyśliła się i odpowiedziała po chwili milczenia:
— Są rzeczy o których ja sama nie wiem... inne zaś wyjaśnić panu mogę... wreszcie są i takie, o których muszę zamilczeć... Pan jesteś dla mnie tak dobrym, iż szczęśliwą się czuję, że mogę mu okazać nowy dowód zaufania.
— A więc o niczem wiedzieć nie chcę — odrzekł doktór tonem szczerości — gdyż wyglądałbym na przyjmującego wynagrodzenie... gdy ja uważam się za stokrotnie wynagrodzonego przyjemnością służenia pani...
— Posłuchaj pan — mówiła Adrjanna, chcąc okazać, że nie zważa na delikatne skrupuły doktora — mam ważny powód do mniemania, że ogromny spadek ma być wkrótce podzielony między członków mej rodziny... a ja ich nie znam wszystkich.... gdyż po odwołaniu edyktu Nantejskiego, przodkowie nasi rozproszyli się po obcych krajach i różnym ulegli losom, tak, że z ich potomków jedni należą do klas najwyższych, inni zaś do najniższych.
— Doprawdy? — zawołał doktór z wielką ciekawością. — Gdzież jest ta spuścizna? po kim spadek? w czyjem jest ręku?...
— Nie wiem...
— A jakże dowieść praw swoich do niej?
— Dowiem się o tem wkrótce.
— A któż panią o tem objaśnił?
— Tego nie mogę panu powiedzieć — odpowiedziała Adrjanna tonem melacholijnym, łagodnym, który dziwnym się wydawał przy jej zwykłem ożywieniu. — To tajemnica... niepojęta tajemnica... i w chwilach egzaltacji, w jakich mnie pan czasami zastawałeś... myślałam o osobliwszych, nadzwyczajnych okolicznościach, mających związek z tą tajemnicą... tak jest... a wtedy budziły się we mnie wielkie i wzniosłe myśli.
Potem panna de Cardoville zamilkła, głęboko zatopiona w myślach.
Baleinier nie chciał jej przerywać.
Adrjanna zadumana nie zwracała uwagi na to, gdzie się znajduje, doktór zaś kontent był z tego, co usłyszał; ze zwykłą przebiegłością domyślił się, że margrabiemu d‘Aigrigny idzie o spadek, postanowił więc zaraz użyć tego za materjał do tajemnego raportu; jedno z dwojga wymykało: albo margrabia działał w tym razie podług zleceń, otrzymanych od zakonu, albo też działał z osobistego natchnienia; w pierwszym wypadku tajemny raport doktora przekonywałby tylko o jego troskliwości o dobro stowarzyszenia; w drugim zawiadomiłby kogo należy o nieznanych okolicznościach.
Pomimo zdradzieckiej przebiegłości i bezczelności, pomimo zaślepienia oszukanej, doktór nie był jeszcze pewien skutków swego planu; zbliżała się krytyczna chwila, a najmniejsze podejrzenie, wzbudzone niezręcznie w Adrjannie, mogło obalić cały jego projekt.
Adrjanna, znużona doznanemi wzruszeniami, drżała co chwila, bo zimno coraz bardziej było przejmującem, a zapomniała wziąć szal lub okrycie.
Od niejakiego czasu powóz toczył się obok długiego i wysokiego muru, który bielał wśród śniegu w czasie ciemnej nocy.
Naokoło była cisza ponura, głucha.
Powóz zatrzymał się.
Lokaj pobiegł do bramy, aby zapukać w szczególny sposób; najpierw uderzył dwa razy prędko raz po raz, a po niejakim przestanku trzeci raz.
Adrjanna nie zauważyła tego wcale, bo uderzenie nie bardzo było głośne, a zresztą, doktór zaraz zaczął mówić, aby głosem zagłuszyć te znaki porozumiewawcze.
— Nareszcie przybyliśmy — zawołał wesoło — starajże się pani być jak najpowabniejszą, taką, jaką bywasz zawsze, kiedy jesteś w dobrym humorze.
— Bądź pan spokojny, starać się będę wszelkiemi siłami — rzekła Adrjanna z uśmiechem, poczem dodała, drżąc od zimna — O! jak zimno!... Przyznam się panu, że, skoro tylko odwiedzę moje biedne sieroty u matki tego młodzieńca, śpieszyć będę co żywo do mego ładnego salonu, który tak ciepły i oświecony, aż miło, bo pan wiesz, jak nie cierpię zimna i ciemności.
— Naturalnie — odrzekł doktór zalotnie — najpiękniejsze kwiaty tylko w cieple i przy słońcu rozkwitają.
Podczas gdy panna de Cardoville i doktór byli zajęci rozmową, ciężka wjazdowa brama zaskrzypiała na zawiasach, i powóz wjechał na dziedziniec.
Doktór wyszedł najpierw dla podania ręki Adrjannie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.