Żacy krakowscy w roku 1549/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
Pogrzeb i dziewczyna.
Był to sobie braciszek i siostrzyczka.
Bajka.

Czas był średni między południem a wieczorem, czyli podług owczesnego rachunku zegarowego godzina 21sza[1], a dzień stał się pochmurny, tak że się prawie jesienne popołudnie zbliżaniem nocy wydawało; — gdy mimo okropnego wichru i co chwila mogącej spaść ulewy, wyszli studenci grześć trupy pobitych braci swoich. Najbogatszy mieszkaniec Krakowa, choćby sto płaczek najzdatniejszych do krzyku, jęczenia i lania łez najął, nie byłby miał pogrzebu, na którymby tyle lamentu było, jak ten któren mnóstwo zgromadzonego prowadziło ludu z ubolewaniom i żałością.
Szli ku Bernardyńskiemu cmentarzowi wszyscy a naprzód powstępowali księża uproszeni do tego obrzędu, w żałobnych kapach z krzyżem i chorągwią na której z jednej strony powiewała w powietrzu śmierć z kosą i klepsydrą, z drugiej wizerunek Jezusa ukrzyżowanego.
Po za niemi niesiono w otwartych trumnach okrytych z boku całunami, ciała czterech ubitych przybrane w suknie, których im pobożni mieszczanie dostarczyli. Na wiekach trumien osobno niesionych leżały wieńce, a twarze blade umarłych spoczwarzone uderzeniami od których polegli, patrzały w niebo zamkniętemi oczyma. Na piersiach złożone mieli ręce, a w ręku krzyżyki i obrazki świętych patronów, z których nie jeden dłużej przetrwał w ziemi cały od ich nędznego ciała. Za trumnami szły tłumy niezliczone studentów śpiewając pieśni, przeklinając, pchając się i krzycząc. W pośród nich ukazywały się gdzie niegdzie łyse głowy mieszczan i okryte czółkami białychgłów, które ocierając fartuchem łzy z oczu szły z wolna za konduktem.
Błyszczały zatulane od wiatru niedogasłe świece i lekki dym kadzidła porwany wichrem unosił się i rozpływał w powietrzu.
Z okien, ze drzwi domów ukazywały się głowy mieszczan ciekawych wąsatych i gołowąsych, i kobiet w czółkach i z kosami. Tym sposobem przeszedł kondukt, a z ust do ust powtarzano w tłumie coraz dziwniejsze o zabiciu i zgonie tych studentów pogłoski. Jeden z współczesnych pisze że pełen był Kraków tego narzekania.
W chwili kiedy do przygotowanego dołu spuszczać miano ciała pobitych, wśród powszechnej cichości szumem tylko wiatru i gwarem ciżby przerywanej, Lew Maciejowski wstąpiwszy na kamień grobowy zwrócił powszechną uwagę wykrzyknikiem, głośno wymówionym, prowadzący do mowy na pamięć pobitych.
— Niech im Bóg da wieczny spoczynek!
— Amen!! — Krzyknęli wszyscy tak, że słowo to niepodobne do słowa, złożone z tysiąca głosów, zdawało się jakimś okropnym wrzaskiem, odbitym w grobach.
...... Niech ten ostatni widok bladych twarzy naszych towarzyszów i braci rospali w nas, jeżeli w kim ostygła, chęć pomszczenia się za nich. Acz nie chrześciańska jest rzecz mścić się, przystałoż jednak puszczać zbrodnię płazem, aby broiła nie zatrzymana w pędzie? Bóg świadek nasz żeśmy nic nie popełnili, czem byśmy na tak srogą karę i gwałt zasłużyć mogli. Jakież jest biedne życie nasze? — z rana do wieczora tułactwo i nędza. Nikomu złego nie czynim, a sami łaską żyjąc życzym wszystko dobrze, bo czynić nie w naszej mocy. I za to nas biedne sieroty jak plugawe robactwo pobito? - O! wy dusze pomarłych, jeżeli z nieba słyszycie nas jeszcze, jeśli wam Bóg do swego tronu nie odmówił przytułku, jak nas król ziemski odepchnął, zanieście tam skargi swoje przed Niego, bo On ojciec i król sieroty, on się pomści i ukarze, gdy ludzie nie chcą.
Dotąd cicho było w tłumie, lecz gdy tych słów domawiał, zdala dał się słyszeć głos płaczliwy, jęczący, głos kobiety, tak różny od głosu męzkiego żalu i rozpaczy.
Dźwięk ten rósł co chwila, zbliżał się i wyraźniejszym stawał, utknął się mówca w mowie, stanęli wryci słuchacze, grabarze podnieśli głowy, tłum przerzedzać się i rozstępować zaczął - ukazała się dziewczyna. Blada, nędzna, schorzała choć młoda, w lekkiem, poszarpanem i zbłoconem płóciennem odzieniu, z rozpuszczonemi po ramionach włosami, z obłąkanemi oczyma, z wychudłemi i załamanemi rękoma, boso, z roztwartą, suchą i nagą piersią. Młoda dziewczyna znędzniała w kwiecie wieku, jak przymarzły zawiązek owocu, schwycony mroźnym wiatrem na rozwijaniu, której liczbę dni nędznych każdy mógł z twarzy wyczytać, której widok wzbudzał westchnienie i litość, młoda, biedna dziewczyna.
Usta jej jeszcze były otwarte, ale już nie krzyczała — wielość osób, księża, trumny, krzyże, lud, cała ta pycha z którą idziem do grobu, nie zastanowiły ją, nie widziała nic. — Spojrzała tylko obłąkanem okiem po trumnach, odepchnęła milczących ludzi od siebie i padła krzycząc przeraźliwie ku jednej z trumien.
— Oddajcie mi brata! zawołała tarzając się po ziemi, porywając piasek chudemi rękoma, ciągnąc róg całuna od trumny i cisnąc się ku niej, choć ją odpychali grabarze. — Oddajcie mi brata. Zabiliście go, odżywcie — o! kto mi jutro poda chleba kawałek, kto mi wieczór wspomni o ojcu i matce? Oddajcie mi brata! — Ojciec i matka w grobie, nie bierzcie jego, niech żyje! on żyje, on patrzy na mnie, on śpi tylko. — Potem zaczęła płakać i jęczeć, księża nawet patrzali i dziwili się w duszy, że im żal było tego biednego stworzenia, którego połowę życia brat niósł do grobu. Patrząc na nią w istocie zdawało się że pół tylko życia miała, tak blada, chuda i zbiedniona, tak włosy jej krótkie i zbłocone zdawały się trupią, z ziemi wydobytą okrywać głowę. — Księża go zabili — wołała — księża go zabili — przybiegłam jak konał — mówił mi ostatniem tchnieniem że go zabili — któren z was odda mu życie jego i moje, moje! — Odżywcie go, odżywcie.
I znowu rzucała się na ziemię i chwytała kamienie, pierś jej lała się krwią czarną, nogi krwią były zbroczone, twarz kroplami krwi pokryta jakby łzami rozpaczy — kamienie i piasek rozszarpały ją.
— Sama jedna! wołała znowu jęcząc — nie chcę, o! nie chcę zostać sama jedna, pójdę lepiej z tobą braciszku do ojca i matuni — oni dawno nas opuścili! — Weź mnie z sobą mój drogi!
Grabarze nie mieli siły odpychać biednej sieroty, księża z otwartemi usty stojąc śpiewać nie śmieli, tłum cały zapomniał swoich boleści, a żył i czul żal sieroty, żal ten tak gwałtowny, tak okropny, który z otaczającego go świata nic nie widział, prócz ciała zabitego brata i grobu.
Leżąc tuż przy stojącej na ziemi trumnie, poglądała na blade jego ciało i grób tuż otwarty osłupiałemi oczyma, a z ust jej wyrywały się słowa, które nie są z żadnego języka ziemi, lecz je dusza każdego człowieka zrozumie, słowa, których zimnemi usty powtórzyć nie można, ani uczuć zimną piersią, ani pojąć zimną głową.
A z tłumu wystąpił jakiś człowiek nizki i otyły, z namarszczoną brwią i wydętemi policzkami; chwycił ją za rękę i zawołał tak zimno jak gdyby stali przy kominie w domu, nie na cmentarzu przy grobie otwartym i trupach.
— Chodź Halko — chodź — czy nie widzisz, jak się z ciebie śmieją?
— Śmieją? Kto się śmieje — zawołała głośno dziewczyna, chyba ten kto nie miał brata, ani matki, ani ich pamięta. Kto się śmieje? Dawniej i ja się śmiałam jak byłam mała, jak mnie biedna matunia nosiła żebrząc chleba na ręku, ale lepszy był w ówczas płacz mój, jak wasz śmiech dzisiejszy!
To powiedziawszy smutnie spojrzała na trumnę i zdawała się spokojniejsza, łzy jej zmięszały się z krwią na twarzy i płynęły po piersi. A gruby mieszczanin targał ją za rękę i wołał:
— Chodź Halko do domu, chodź — kto umarł wieczny mu pokój. Tyś sługa, idź służ, nie czas tu krzyczeć jak opętana, na dziwowisko miastu. — Za nim wystąpiła przedzierając się przez tłum, kobieta z czarnem okiem i zapadłą twarzą suchą i pomarszczoną, i ta ciągnęła z drugiej strony dziewczynę, która trzymała się trumny i jakby nie czuła targania i głosu nie słyszała, płakała patrząc na brata.
— Mówiłam ci Florku, odezwała się jejmość czarnooka do grubego jegomości, że z tej dziewczyny nic nigdy nie będzie — zawsze miała skłonność do warjacji. — A pan Florek z panią Florkową lamentując napróżno starali się przyciągnąć dziewczynę, gdy — ktoś trzeci z tłumu wystąpił.
Ten przeciąg czasu dał się nieco widzom uspokoić, ustało przedłużone pierwsze wrażenie boleści, zaczęto szeptać, gdzie niegdzie ozwały się głosy i księża z grabarzami rozmawiać, nakłaniając ich aby odprowadzili dziewczynę, gdyż czas było przedewszystkiem kończyć nabożeństwo i iść do domu.
Trzeci także wyszedłszy z tłumu przystąpił do dziewczyny — był to prosty parobek, silny, duży, z czołem pogodnem, z wielkiemi niebieskiemi oczyma w koszuli i siermiędze, z rydlem w ręku. Ten pchnął panią Florkowę i pana Florka i przystąpił do dziewczyny, która ciągle leżała twarzą na piasku, krwawiła i rozdzierała piersi i jęczała boleśnie.
— Halko, rzekł cicho, nie płacz po bracie — on teraz w niebie. Pójdziem my wszyscy do niego — a tymczasem idź ze mną, będę ci bratem.
— A toż co za drągal? odezwała się pani Florkowa — musisz Waść wiedzieć — rzekła do niego, że ja ją na rok cały zapłaciłam i ona u mnie służy.
Parobek spojrzał nic nieznaczącym, obojętnym wzrokiem na panią Florkowę, wziął dziewczynę za rękę, szepnął jej jakieś słowo na ucho i jęczącą jeszcze podniósł z ziemi, Na ówczas pokazała się jej twarz znowu, twarz zalana krwią i łzami, poczerniona ziemią i błotem, na której nic prócz oczu i zębów rozeznać nie było można. Halka już nie krzyczała, była spokojna, a parobek niezważając na wyrzekania państwa Florków trzymał ją na ręku i płachtą jakąś twarz jej krwawą ocierał. — Ona jak osłupiała, zgrzytała tylko zębami i dzwoniła jak w gorączce, przewracała oczyma i drżała jak kropla wody na liściu.
— Przysięgłabym, zawołała w tej uroczystej chwili pani Florkowa, że ta szalona zostawiła garnek z kaszą na ławie, a pies wyjeść ją gotów. Postój no tu mężu, żebyś ją do domu odprowadził, a ja pobiegnę.
To rzekłszy zaczęła się nazad przez tłum zapalczywie przeciskać i znikła. Ostatnich jej słów prócz bliżej stojących nikt nie słyszał, bo śpiewy księży zaczęły się znowu rozlegać po nad grobami a krzyki pospólstwa odpowiadać im.
Księża święcili trumny i ciała, grabarze trzymali sznury — Halka stała nieruchoma. Cztery trumny razem ruszyły się do dołów, a gdy jedna z nich, w której było ciało biednego brata Halki znikła jej z oczu, — ona zebrała sił ostatek, krzyknęła całą duszą, wyrwała się z rąk parobka i rzuciła się za nią w dół. Trumna i ona stanęły razem u dołu, bo ciężar niespodziewanie przybywający jej ciała, wyrwał grabarzom sznury. — Głośny krzyk rozlegał się po cmentarzu — potem cichość oczekiwania i wszyscy posunęli się po nad grób, szepcząc i krzycząc. — A nikt nie miał łzy w oku tylko jeden parobek, a nikt nie stał bliżej jak pan Florek, oba mieli przyczynę — lecz tak różną!! — Wśród powszechnej cichości dały się słyszeć jęki na dnie dołu i uderzenia o trumnę.
Halka rzucała się na dnie dołu i głos jej słabnął co chwila. Prędko spuścił się parobek po sznurze i podjąwszy jej ciało uwiązał je do sznura. Wyciągniono na brzeg biedną Halkę, ale ona już nie żyła, czoło miała świeżo rozbite o trumnę, a twarz zeszpeconą poznałby chyba ten ktoby jej żałował — jej jeden żałował tylko.
Pogrzeb się skończył, doły się zasypały. W piątym małym, nikczemnym dole leżała Halka bez trumny, tuż koło brata. Dół jej kopał parobek, i sam nad nią mówił modlitwę — jedną, bo jedną umiał tylko. Państwo Florkowie mocno jej żałowali, bo była na cały rok zapłacona.




Przypisy

  1. Tym sposobem liczą na 24 godzin we Włoszech, zachod słońca jest pierwszą i ostatnią.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.