Żacy krakowscy w roku 1549/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów-Warszawa
Źródło Skany na Commons\
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
Senior.
....po pogrzebie do domu Mikołaja

Szatkowskiego seniora uderzają,
nalegają proźbą i pogróżkami, aby
z kolegami chciał oną sprawę na
siebie przyjąć i nie dopuszczał aby
tak szkaradne zabójstwo ujść miało
bez kary.

Orzechowski Kron.

Senior Mikołaj Szatkowski mieszkał tuż przy onym pobudynku szkolnym, w małych dwóch izdebkach od ulicy, których okna nie wzniosłe jak jego myśli, tuż nad ziemią były.
Mikołaj Szatkowski był szlachcic, a jak samo jego okazywało nazwanie człek już nie młody i doświadczony, który część znaczną swego wieku strawił z młodzieżą, pokochał ją nałogowo i umiał nią kierować. Powolny, rozważny, mocen charakterem lecz nie popędliwy, stał na swojem miejscu jak antidotum żywości dziecinnej swoich podwładnych. Bo na pozór jak lód był zimny, żadnej rzeczy nie brał od razu do serca, ale powoli rozbierał ją w umyśle, na wszystkie strony przewracał, póki mu się nareszcie taką jaką ją chciał mieć nie wydała. Najdrobniejsze szczegóły, najżmudniejsza praca, były mu najulubieńszą zabawą — i dla tego ze wszystkich nauk filologja i języki najlepiej mu się podobały, a szachy zapełniały wszystkie godziny wolne od obowiązku i pracy. W nocy naśladując lucubrationes sławne Cycerona ślepił niedogasłemi oczyma nad grubemi edycjami Hezioda i Ksenofonta, które z szachownicą najdroższy skarb jego składały. W sercu był to dobry człowiek, lecz w obejściu tak nadzwyczajnie powolny, że cokolwiek żywszych od siebie w niecierpliwość wprawował. Chód i mowa jego szły w parze z charakterem, kroki mierzył powolnie i troskliwie, a gdy po długim namyśle ozwał się przecie, mówił tak leniwo i szczegółowie, że nigdy końca doczekać się nie było można. Z twarzy nawet jego sama wyglądała powaga, oczy miał wielkie i nieruchome, czoło pochyłe niskie i zmarszczone i wąs zawiesisty — resztę twarzy golił starannie. — W charakterze jego i to jeszcze było godnem uwagi, że gdy po długiem rzeczy rozbiorze stanął na jakiem ultimatum, żadna w świecie siła moralna nie mogła mu z głowy wywindować jego przekonania, przy którym stał uporczywie, choćby go to cząstkę nawet życia kosztować miało. Zdawało mu się bowiem, że gdy więcej od innych łożył czasu na rozmyślanie o każdej rzeczy, miał prawo znać ją lepiej od tych, którzy ją tylko mimochodem zaczepili.
Do niego to prosto z pogrzebu posunęli się studenci wszyscy ze zwykłym krzykiem, któren jednak cokolwiek poskromiło zbliżenie się do mieszkania osoby, której się więcej od samego króla lękali; bo tamtego władzy bezpośredniej nie czuli nad sobą, tego zaś ciągle mieli przed oczyma i na umyśle.
Pan Mikołaj grał na ówczas w szachy z towarzyszem swoim Aleksandrem Glinką, który podobnyż w innym szkół oddziale miał obowiązek. Było ich bowiem kilku seniorów; Mikołaj Szatkowski szeroki plan rozpocząwszy i zgromadziwszy wszystkie siły swoje na jeden punkt z tej strony króla, z której królowa w początku gry nie stoi, zabrawszy mniej uważnemu przeciwnikowi wiele działających figur i postawiwszy króla w szachu, z którego jeden był tylko krok i ten do matu prowadził — cieszył się już wygraną, gdy nagły krzyk zbliżających się studentów zwrócił uwagę jego przeciwnika.
Zaczęto nareszcie pukać do drzwi.
— Spójrz no Waszmość kto to tam tak łomocze? rzekł gospodarz do kolegi — pewnie studenci.
Pan Aleksander cały w szachach i niefortunnej grze swojej, nieruszając się z miejsca odezwał się tylko.
— Idź Waszmość sam, bo ja ultimus spiro i namyślić się muszę.
— Tylkoż ostrożnie Waszmość, żebyś mi tu co nie poprzewracał, bo czasem umiesz kręcić.
— No! no! bez tych podejrzeń! a kiedy-żem się tego dopuścił?
Mikołaj Szatkowski wstał powoli wyciągając nogi i mało bacząc na hałas powiększający się w sieniach, splunął, potarł czoła i dopiero ze wszelką formalnością drzwi otworzył. Tu pokazały się sieni pełne studentów, których głowy jedna nad drugą wyglądały. — Na przedzie stał Lew Maciejowski, który ukłonem witał seniora i ozwał się:
Laudetur Jezus Christus!
In saecula saeculorum. Mospanie — mój skoczek stał na białem, jużeś go przestawił!?
Mehercle, nie, tak się Waszmości zdało. Lew nie śmiał zaczynać.
Incipe, odezwał się senior, ciągle po łacinie. Quidnam?
— Nic nowego, ani dobrego, odpowiedział Lew po polsku, przybyliśmy wszyscy prosić was i błagać o jedną łaskę.
Optime! rzek senior, odwracając się kolejno ku szachownicy którą niespokojnem okiem mierzył i ku niemu. — Byle nie względem owej sprawy o zabójstwo.
— Właśnie o to rzecz idzie.
— O tem i słyszeć nie chcę, rzekł senior powoli, dużoście już Waszmość narobili i król na was słyszę mocno zagniewany, ja się w to mięszać nie będę.
— Waszmość-że to nas opuszczasz, zawołał student zbliżając się z drugiemi ku niemu, któryś z nami był w dobrem, w złej-że nas porzucisz doli? Alboż Waszmość nie czujesz całej okropności tego zabójstwa, na które się wszyscy wzdrygają?
Optime! Rozważałem nad tem Mospanowie, długo nad tem myślałem, a omacawszy rzecz ze stron wszystkich, zadecydowałem żeście nadto popędliwie we wszystkiem postąpili sobie.
— Ale.
— Proszę chwilę posłuchać. Pro primo należało (mój chłopek nie tu stał, panie Glinka, cóż to znowu?) pro primo należało się przedewszystkiem udać do sądu, a gdyby ten po rozwadze z jakiejkolwiek przyczyny owej sprawy nie przyjął, na ówczas dopiero, z uszanowaniem i łagodnością, wyuczywszy się oracji — iść błagając do króla; ale nie takim tumultem i wrzaskiem, który króla mocno słyszę rozgniewał. Summa summarum w tę się sprawę nie wmięszam, raz że to nie jest moja rzecz i świadkiem tego nie byłem, a zatem sądzić nie mogę kto winien — powtóre (posunąłeś Waszmość oczywiście chłopka panie Glinka — ja grać nie będę), powtóre że Waszmościom moja prezencja mało pomoże, a mnie wiele zaszkodzić by mogła. Wszystko rozważyć wprzódy trzeba niżeli się robić zacznie, tak tedy.
— Nie spodziewaliśmy się tego nigdy po Waszmości, rzekł Lew, abyś to mógł uczynić. Chyba może jesteście przyjacielem zbójcy tego Czarnkowskiego.
Notabene zbójcą zwać kogoś, bez scrutinium i przekonania, nie godzi się; powtóre ksiądz Czarnkowski znany i mnie i wszystkim, że tego ani robić, ani rozkazywać nie mógł; na ostatek wiadomo że to słudzy jego pobroili, na cóż jego obwiniać?
— Jego słudzy, słudzy! — krzyknęli wszyscy.
— Jesteś Waszmość źle uprzedzony, rzeki Lew, widzieliśmy oczyma swemi, jak krzyczał i zachęcał aby nas bito — któż go nie zna?
Ksiądz prawda wielkiego rodu, ale czyż ród jest tarczą od występku? — popytajmy się księży jak go w nienawiści mają.
— Nic dziwnego, księża mają swoje przyczyny — rzekł senior (Boże mię skarz! ty tam znowu figlujesz lewą ręką od rogu) księża go nienawidzą że się cnotami swemi prędko wyniósł, bo zwykle tych niecierpim, którym sprostać i zazdrościć nie możem. Jest tu wnet i pozór dla księży w tem niewinnem obwinieniu; będą nań walić góry, ale ja umywam ręce.
— Pożałujesz tego Waszmość, jeżeli to zrobisz — rzekł Lew. Waszmość bronisz księdza Czarnkowskiego tożby nas przecie bronić przystało, nie tego co aż nadto ma obrony, choć jej nie wart.
— Waszmość prędko, popędliwie a bez rozwagi rzecz bierzecie.
— Żal nie zna uwagi...
Optime, ale cóż ksiądz winien że się Waszmość powaśnili, że was pobito. Żałuję ja mocno tych co polegli, znałem ich dobrze, choć ubodzy, ale pięknych nadziei chłopaki.
Wieczny im pokój.
Amen! zawołali wszyscy.
— A Waść ciągle przestawiasz szachy — krzyknął znowu pan Mikołaj — panie Glinka oznajmuję — że się ta partja nie liczy. Toż moją królowę oczywiście postawiłeś w szachu — ona tak nie stała. — Co się tycze tej sprawy panie Maciejowski, jakem już raz mówił ręce umywam.
— Aleć my Waszmości nie odstąpim tak — zawołali wszyscy i Lew przed niemi, Waszmość z kolegami sprawę naszą przyjąć i popierać musisz. Któż nam pomoże jeśli nie wy, my dzieci, sieroty — ty bądź ojcem naszym.
I hurmem sypnęli się do izby i padli przed nim na kolana. Na tak niespodziane błaganie cofnął się pan Mikołaj podejmując tego, który ukląkł najbliżej i rzekł:
— Fe! fe! nieprzystoi Waszmościom padać przedemną, ani myślcie aby to upokorzenie, któreście mi dobrowolnie uczynili, na mnie co wpływać mogło. — Podnieście się z ziemi, ja jakem raz rzekł, a wiadomo, że nie rad zmieniam zdanie, tak i teraz go nie odstąpię.
— Posłuchaj nas jeszcze, zawołał Lew nagle chwytając go za połę u sukni, nie waż lekce tego zabójstwa. Odpowie za krew niewinną Polska cała i król także jeżeli je płazem puści. — Z tobą lżej nam będzie dopomnieć się swego, tyś starszy od nas i znasz świat lepiej i ludzi, na ciebie większe będą mieć baczenie, jak na liche dzieci sieroty. Jest tuż sędzia, zbrodzień, król, Samuel w tąż biskup, szkoły obrońca pod bokiem, ujmijcie się tylko Waszmość śmiało z kolegami, a Bóg sam płazem tego zabójstwa nie puści.
Cóż jeśli się ociągać będziemy, albo na łaskę Czarnkowskiego się zdamy? — w ówczas wszystko się uciszy; ale my tego nie zniesiem dłużej, i nie pozostaniem tu aby nas lada pachoł na ulicy miał zabijać, aby się ludzie śmiali żeśmy próżno ujęli się za swoich i odepchnięci zostali, jako sprawiedliwości nie godni. Któż jest tak nędzny i lichy ktoby na nią nie zasłużył? Żebyśmy i zbrodniarze byli, ukarać by nas potrzeba, ale i tych razem co nam przewinili. Jeżeli i Waszmość z kolegami odepchniecie nas tak jak wszyscy, niech na głowę księdza Czarnkowskiego spadnie krew niewinna, a my pójdziem ztąd. Nie nam nauki, kollegja i szkoły, rzucim wszystko, pójdziem z Krakowa kędy nas oczy poniosą. A cóż Waszmość w ówczas poradzicie, co żyjecie z dozoru, gdy nikt wam pod dozór nie zostanie?
Optime! ale to próżne słowa — Waszmość tego zrobić nie możecie, żebyście i chcieli. — Żal się ukoi, pójdą rzeczy jak zwykle a zbrodniarze ukarani zostaną i pokój wróci.
— Nigdy! nigdy! zawołali wszyscy — będziem-że mogli chodzić z zimną krwią po ulicy, gdzie się lała krew braci naszych niepomszczona — pójdziem, pójdziem w świat.
Optime — jednakże zważcie Waszmość jeśli możecie, że byleście do tej sprawy z należytą powolnością i rozwagą pilną przystąpili i bez nas tam się obejdzie, a wszystko się szczęśliwie ukończy.
Primo. Sąd wyszuka zbrodniarzy i ukarze.
Secundo, tem samem występek będzie pomszczony.
Tertio, przekonacie się Waszmość że ksiądz Czarnkowski nic w tem nie winien, jeno tylko tyle, że jego słudzy to uczynili, chociaż on samby najmniej w tem nie był, ani im nakazywał.
— I ty na nas! i ty nasz nieprzyjaciel! nie nasz kto broni księdza Czarnkowskiego, on winien, on odpokutuje!
Optime, a ja od tego umywam ręce i siadam grać. Ustawiam de noviter panie Glinka.
— Niech was Bóg broni, abyście tem gardzić mieli i opuszczać nas, zawołał Lew, pożałujecie tego mocno kiedyś.
— Więc mi Waszmość grozisz?
— Grożę karą Boga i ludzi, bo kto się za niewinnym nie ujmuje, sam winny jest. — Pan Szatkowski namarszczył brwi jakby się rozgniewał, ale on nie miał gniewu w sercu, kiwnął tylko potem głową powolnie i rzekł:
— Nie więcej groźbą jak prośbą zrobicie na mnie, wiem ja co począć.
— Jeżeli się nie ujmiesz Waszmość za nas, będziemy wołali że cię za seniora nie chcemy, ciebie i twoich kolegów. Toż to dozorca i pasterz pilny, co swe owieczki patrząc wilkom daje na pastwę!
Pan Szatkowski namarszczywszy się znowu powstał i rzekł: Idźcie Waszmości odemnie — żal was bezrozumnymi czyni, przyjdziecie jak ochłodniecie z niego.
Ja wam ani przyrzekam, ani odmawiam. Pójdziem z panem Glinką naradzić się u innych kollegów, co czynić należy; lecz nie myślcie, by to groźby wasze zrobiły. Czuje sam sobą że potrzeba rzecz tę rozważyć jeszcze należycie. Jeśli się zaś kollegom i mnie okaże rzeczą przyzwoitą wziąść obronę waszą, choćbym ja in persona nie stanął, oni dopomogą ile będą mogli. Wiecie dobrze, że nic bez pomiarkowania nie czynię. Dixi.
Chwilkę jeszcze stali studenci, lecz widząc nieporuszonego seniora i znając jego nieprzełamany charakter, poszli nareszcie narzekając i roznosząc żal swój po Krakowie.
Dwaj gracze usiedli do nowej partji, wśród śmiechu pana Glinki a milczenia Szatkowskiego, niewiadomo czy o szachach, czy o owej sprawie rozmyślającego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.