Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/044

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


teczniej usuniesz ty wszelkie przeszkody, aniżeli to moje sprawią zabiegi.
Na dworze, w ogrodzie huczał wiatr konającej jesieni, wygrywając na obnażonych gałęziach drzew pieśń zniszczenia. To wył przeciągle, to uderzał w ściany domu z wściekłością tłumionego gniewu. Teraz złagodniał, przycichł, kwiląc płaczem skrzywdzonego dziecka.
Tullii zdawało się, że słyszy niemocną skargę żywego stworzenia. Ktoś zawodził, łkał w jęku utulonego wichru, jakby prosił o zmiłowanie.
Tullia zwróciła głowę w stronę drzwi, nadsłuchując. Ucho jej chwytało z zabobonną trwogą cichy płacz wiatru, który zbliżał się coraz więcej. Już był tuż pod ścianą, już wszedł do wnętrza domu i chodził po milczących pokojach.
Tullię przebiegł zimny dreszcz, a serce jej ogarniał strach, nieznany jej dotąd.
Lękała się czegoś... Ale czego? Jakiś głos mówił do niej... Ale co?
Oglądała się podejrzliwie, ostrożnie po za siebie, jakby chciała ujrzeć coś, czego się obawiała.
Z flaszeczki, którą trzymała w ręku, z trucizny Lokusty, przechodził do jej ramienia przykry mróz i rozlewał się wolno po całem ciele, odbierając członkom sprężystość młodości.
A wicher kwilił ciągle...
Coś zaszeleściło za kotarą...
Tullia wyciągnęła przed siebie ręce i krzyknęła. Zdawało jej się, że widzi siebie samą, z bladością śmierci na twarzy, ze zgrozą w zgasłych