Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/019

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiec Kwintyliów wznosił się tuż obok wieży Korneliów.
Publiusz, stanąwszy przed wysoką piramidą z nieciosanego kamienia, wszedł do jej wnętrza z całym dworem. Zaledwo znikł, uwolniła Tullia głowę od płaszcza i opuściła ręce. Wiedziała, że ją trybun spostrzegł, bo patrzył na nią przez kilka chwil, a potem szepnął coś Serwiuszowi. Była zadowolona z dzisiejszej wyprawy.
Przejrzysty zrazu zmrok wieczorny południa stawał się coraz gęstszym. Jasne barwy szarzały w jego półcieniach, ciemne czerniały. Nieruchome cyprysy stały się jeszcze cichszemi, smutniejszemi, odcinając się wyraźnie od bladego tła nieba.
Tullia oparła się znów o mur grobowca, i splótłszy ręce na łonie, patrzyła przed siebie... Będzież ona szczęśliwą z Publiuszem, którego młodość, spędzona w obozie, nie zapowiadała uległości?... Słyszała tyle od Marka i od innych senatorów o stanowczości trybuna, graniczącej z okrucieństwem. W czasie ostatniej wyprawy wojennej na Wschodzie zmuszał on niesfornych legionistów mieczem i krzyżem do posłuszeństwa, straszny dla zuchwałych, niemiłosierny dla tchórzów. Cały Rzym opowiadał sobie o surowości Publiusza, a motłoch sarkał na niego, że męczył żołnierza od świtu do nocy ćwiczeniami, skąpiąc mu godziny wytchnienia. On i Awidyusz Kassyusz, pogromca Partów, byli postrachem wszystkich, którzy uważali służbę w legionach za szkołę przygotowawczą do przyszłych dostojeństw.
Będzie-li taki dziki wojownik, przywykły do