Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/020

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozkazywania, pobłażliwym sędzią upodobań niewieścich? Dumie Tullii pochlebiał mąż, nieubłagany dla siebie i innych; ale samowolę kobiety rozpieszczonej, wykwintnej zatrważał waleczny żołnierz, u którego czyn szedł bezpośrednio po myśli, szybki i gwałtowny.
Trzeba będzie jego szorstkość złagodzić podstępem, a potem...
Tullia zmarszczyła się, z grobowca bowiem wyszła Mucya, blada, zmęczona, z głową pochyloną.
O niej, o tej niespodziewanej rywalce zapomniała, zajęta myślami o Publiuszu.
— Gdyby ona?... Ale nie...
Prokonsulowa podniosła głowę dumnie. Nie wierzyła w zwycięztwo synowicy.
— Możemy wracać — wyrzekła, otulając się płaszczem.
Już siadała do lektyki, kiedy na progu piramidy Kwintyliów ukazał się Publiusz. Zstępował wolno po marmurowych stopniach, lejąc naokoło siebie wino z naczynia srebrnego. Gdy stanął na ziemi, oddał dzban niewolnikom i zwrócił się twarzą ku górom Albańskim. Tam, wśród tych ciemnych olbrzymów, owianych mgłą błękitną, panowali niegdyś jego przodkowie, starej Alby władcy, zanim ulegli młodej sile Romy. Tam unosiły się nad lasami jodłowemi duchy ich, czuwając nad bezpieczeństwem trzód i pasterzów, jak wierzył lud zabobonny.
Wiarę tę podzielał widocznie Publiusz, bo wy-