Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Anastazya.djvu/030

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzieć powinien i nie podlatywać wcale, lub raz podleciawszy, nigdy do niego nie powracać!
Przy tych słowach piękne swe szafirowe oczy, z marzącą zadumą, w kominie domostwa najbliższego utkwił.
— Wyleciałem ja był stąd, — mówił — jak ptak wolności żądający, daleko i wysoko. Dziesięć lat prawie mnie tu nie było. Świata widziałem wiele, a na nim różnych bogactw i piękności napatrzywszy się, oczy, pełne ich, tu z sobą przyniosłem, i trudno już, aby mogły one z upodobaniem na takie oto igrzyska spoglądać. Kiedy na Wołyniu u pana hrabiego Oresteckiego służyłem, nie raz, ale może i dwadzieścia razy, widziałem, jak panowie w pałacach tańcują.
— I cóż pan tam więcej na dalekim świecie widział?
— Com widział? Łatwiej przyszłoby wyliczyć to, czegom nie widział. Wszystko widziałem. Widziałem pałace i dwory wielkie, arystokracyę i inteligencyę, jak weselą się i jak pracują, jak na wysokie góry wspinają się, albo też z wysokich gór spadają. Panny hrabianki przy mnie z Paryża, gdzie na edukacyi były, do domu popowracały, starsza, Maryeta, wpierw, a młodsza, Henryeta, nieco później. Panna Maryeta niezbyt ładna jest, ale panna Henryeta cud piękności. Kiedy z Paryża powracała, jak