Mirtala/III

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


II Mirtala • III • Eliza Orzeszkowa IV
II Mirtala
III
Eliza Orzeszkowa
IV

Jonatan torbę swą i kij sękaty na ziemię rzucił i, na klęczki runąwszy, długo twarz swą ukrywał w sukni Menochima, który, osunąwszy się na stołek, drżącemi rękoma obejmował jego szyję, dotykał ramion i twarzy, głowę swą, okrytą ciężkim turbanem, do czarnowłosej głowy jego przykładał. Ani jedno słowo z ust ich nie wychodziło; milczenie panowało w izbie, w której najciemniejszym kącie niewyraźnie szarzała, do drewnianych krosien haftarskich przytulona, postać niewieścia. Knot w lampie zatrzeszczał, karta pergaminowa z szelestem zsunęła się ze stołu, Menochim zdławionym szeptem wymówił:

— Synu mój! bohaterze! chlubo Izraela i boleści moja! Jonatan ręce jego od ust swych odjął.

— Chwalę i wysławiam Pana, że pozwolił mi, zobaczyć cię jeszcze, ojcze!

— Wstań, wyprostuj się, ukaż mi twarz swoję! Niech ujrzę, żeś jest tym samym, który przed czterema laty odszedł ode mnie, aby z piersi swej dla ojczyzny naszej uczynić wał obronny! Niech ujrzę, co uczyniła z ciebie wojna straszliwa i tułaczka długa! Wstań, synu!

Jonatan podniósł się z klęczek, ale przez sekund parę chwiał się, jak człowiek, śmiertelnie znużony i posługujący się ostatkami sił swoich. Wzrost miał wysoki i znać było, że kiedyś barczystym i silnym być musiał. Teraz jednak, tunika rzymska ciemnej barwy, zszarzana i niedbale opadająca mu prawie aż do stóp, obutych w grube płytkie sandały, ukryć nie mogła niezmiernej chudości i wynędznienia ciała jego. Kości ramion i bioder jego sterczały; szyja wychylała się z podartych brzegów tuniki, koścista i okryta ciemną, zgorzałą od skwarów, skórą; twarz, o pięknych, podłużnych rysach, ciemna także, spalona, krótkim, czarnym zarostem obrosła, uderzała wklęsłością policzków, uwydatniającą długość przygarbionego nosa i wypukłość warg, tak prawie białych, jak pergaminy, pokrywające stół Menochima. Widać było, że postać tę i twarz długo i bezlitośnie rzeźbiły: głód i bezsenność, trudy ciała i rozpacze ducha, wiatry, mróz i upały pustyń. Lecz ani dnie głodowe i noce niespane, ani męczarnie mozołów i bólów, ani ostrza wichrów i płomienie skwarów, nie mogły zagasić w tej wynędzniałej piersi ognia, który w niej płonął i wyglądał na zewnątrz przez oczy, głęboko zapadłe, ciemnemi kołami objęte, czarne jak noc i czarnemi, gęstemi brwiami ocienione. Stanął, wyprostował się i na Menochima patrzał, aż ponurość twarzy jego rozwidniła się uśmiechem i suchy ogień oczu ochłódł w zapływającej je łzie. Przez uśmiech ten i tę łzę, która nie spłynęła na policzki, lecz tylko oszkliła źrenice, przejrzało coś z przeszłości człowieka tego, dalekiej, dalekiej, pacholęcej, niewinnej, może wesołej...

Menochim dłońmi twarz zakrył; cienka postać jego, przewiązana grubym pasem, i głowa, ocieniona zwojami turbanu, zakołysała się powoli w strony obie.

— O! biedne, nieszczęsne, zniweczone dziecko moje! — zawołał. — Pocoś ty tu przyszedł? pocoś przybliżył się do jastrzębich szponów? Lepiej-by ci było z głodu na pustyni umrzeć, albo w jaskini lwa oczekiwać godziny zbawienia, niż tu schwytanym zostać przez wrogów i zginąć pod ich toporem, albo zgorzeć w płomieniach stosu. Wiedziałem, że żyjesz, i z sercem trzęsącem się od trwogi, myślałem często: on tu przyjdzie! zechce zobaczyć starego Menochima i młodą oblubienicę swoję, i — przyjdzie! Kiedym stróżował tam, u gaju Egeryi, liście drzew szeptały mi: przyjdzie! gdy usypiałem, widziałem anioła z żałobnemi skrzydłami, który, płacząc z litości, szeptał mi: przyjdzie! Wyciągałem ręce ku niebiosom, żebrząc u pana: niech nie przychodzi! I oto przyszedłeś, jesteś tu, a ja czemże zasłonię cię przed oczyma wrogów, czem cię przed pociskami ich obronię? Ubogi jestem i nieznany, siły nie mam żadnej i porwą cię ztąd ode mnie, jak jastrząb u gołębicy małe jej porywa!...

Jonatan uśmiechał się znowu, ale inaczej już, niż wprzódy: niedbale, prawie wyzywająco.

— Nie trwoż się, ojcze, — rzekł, — przebyłem drogi długie i ludne, a nikt mnie nie poznał. Ubiór Edomitów przybrałem i językiem ich umiem mówić tak dobrze, jak oni...

— Rysy twarzy twojej zdradzą cię...

— Jak trzoda kóz, spędzonych z pastwiska swego, tak rozsiani są teraz Izraelici po całym przestworze rzymskiego państwa. I w samym Rzymie mieszka ich mnogość wielka...

— Ciebie szukają... Nie darmo byłeś przyjacielem najmilszym i nierozłącznym towarzyszem Jana z Giszali; nie darmo w bojach ściągałeś na siebie sławę nieustraszonego wojownika; nie darmo, uparty i niepokonany, należałeś do szczupłej garści tych, którzy, zamknąwszy się w świątyni, opuszczeni przez wszystkich, bronili świętości Izraela, aż dopóki bezbożne usta Tytusa nie rozkazały rzucić na nie główni pożogi! Cezar sam wie o tobie, pamięta cię Tytus, pamiętają pewno rzymscy żołnierze... Jonatan podniósł głowę.

— A więc, — zawołał, — niech mię chwytają, więżą i uśmiercą, jak uśmiercili tylu braci moich, godniejszych i doskonalszych ode mnie!

Ale widząc, że Menochim od stóp do głowy zadrżał, łagodniej dodał:

— Uspokój się, ojcze! pod dachem twoim przebędę tylko dni kilka. Niech oczy moje napatrzą się na twarz twoję, która była dobroczynnem słońcem mego dzieciństwa;, niech uszy moje nasłuchają się głosu twego, którego nauki uczyniły mię tem, czem jestem. Potem odejdę ztąd tak niepostrzeżenie, jak tu przybyłem, i skryję się w pewnym zakącie Gallii, gdzie kilku przyjaciół moich bezpieczny znalazło przytułek i gdzie mnie także odkryć nie zdoła wzrok prześladowców. Bądź spokojny. Starać się będę, by cię nie ugodził ten cios, na myśl o którym drży z bojaźni twoje dobre, ojcowskie, sterane serce!...

Uspokojony nieco, Menochim odsłonił twarz i, spojrzeniem szukając kogoś w głębi izby, zawołał: Mirtalo!

Na dźwięk imienia tego, twarz młodego Izraelity stała się znowu twardą i posępną, czarne brwi zbiegły się nad oczyma jego, które pół-badawczem, pół-srogiem wejrzeniem ogarnęły wysuwającą się z mrocznego kąta dziewczynę. Oderwała się od krosien swych, do których dotąd zdawała się być przykutą, i wyszła na światło lampy powolnym, trwożliwym krokiem. Widać było, że scena i rozmowa, których świadkiem była, silne na nią wywarły wrażenie. Twarz jej oblewał gorący rumieniec; nieśmiały wzrok to chylił się ku ziemi, to z miękkim, rozrzewnionym wyrazem spływał na Menochima, to zwracał się ku Jonatowi, a spotkawszy się z badawczem wejrzeniem jego, zmącony spływał znowu na glinianą podłogę. Chudy ten, od nędzy zczernialy człowiek, z rysami stwardniałemi w walkach, z ponurym płomieniem w zapadłych oczach, budził widoczną trwogę w dziewczynie tej, o wątłem, delikatnem ciele i duszy artystycznej, rozkochanej w pięknościach linii i barw, w całej radośnej i świetnej promienistości rzymskiego świata. Ze spuszczonemi powiekami, milcząc, wysłuchała rozkazów Menochima, który mówił jej, aby wnet poszła do domu Symeona i Sary, oznajmiła im o przybyciu Jonatana i prosiła ich o wieczerzę dla drogiego gościa. Potem, posłuszna i cicha, wyszła, bez najlżejszego szelestu drzwi za sobą zamykając.

— Bracia nasi nie zdradzą nas, — po odejściu jej mówił Menochim, — wszyscy oni kochają cię i wysławiają imię twoje...

Jonatan, z brwią ściągniętą, chmurny i roztargniony, wpatrywał się w znajdującą się u stóp jego wklęsłość glinianej podłogi.

— Ojcze! — zaczął z cicha, — odkąd odszedłem ztąd, Mirtala dorosła.

Wzajemnie Menochim, zajęty jedną, najważniejszą dla niego w tej chwili myślą, na słowa jego nie zważał.

— Symeon, — ciągnął dalej, — powinien koniecznie dziś o przybyciu twojem wiedzieć. Mąż to jest z ponurem obliczem, lecz mądrą głową i sercem gorąco kochającem swych braci. Jako ojciec synagogi, zwoła on jutro do domu modlitwy Moade-El, święte zgromadzenie, na którem opowiesz całej kehili, (gminie) naszej drogi, jakiemi cię Pan prowadził. Opowiadania takie nieraz rozlegają się w ścianach synagogi, rozgrzewają ostygających i pocieszają tych, którzy cierpią najsrożej — wątpiąc!...

— Ojcze!... gdym odchodził, była ona jeszcze małą dziewczynką... teraz rozkwitła, jak Jerychońska róża, i Sulamitka Salomonowej pieśni wdzięczniejszą od niej nie była!...

— Małżonka Symeona, Sara, przemyślną jest i mądrą niewiastą. W domu swoim ustawiła ona dwanaście haftarskich krosien, przy których pracuje dwanaście robotnic i wielka korzyść spływa ztąd na dom Symeona. Bogaci są, i w wędrówce, która cię czeka, pomocnymi ci być mogą...

— Szczęśliwi, którzy w pokoju i radości serca wić mogą gniazda rodzinne i wprowadzać do nich oblubienice swoje!

— Ufam też hojnej ręce Goryasza. Wyrabia on wonne maści i płyny, które pomocnicy jego rozprzedają po ulicach Rzymu i, zaprawdę, wierny ten wyznawca słodkiej nauki Hillela uczci przecież tego, który, jeżeli przelewał krew, to tylko w obronie ziemi ojców naszych i pod hasłem Pana Zastępów...

— Ojcze! dlaczego pozwalasz, aby Mirtala sama jedna i w późnej porze dnia wracała z tamtej strony Tybru? Poco wysyłasz ją do Edomskiej jaskini? Dlaczegoś ją nauczył mówić językiem wrogów?

Tym razem Menochim usłyszeć i odpowiedzieć musiał, bo Jonatan, schylony, silnie pociągnął go za suknią i wlepiał w niego oczy, pałające gniewem.

— Synu mój! — odpowiedział łagodnie, — alboż ja i ona nie zapracowujemy wspólnie na odzież i pożywienie nasze? A jakimże mógł-by być jej zarobek, gdybym ją na Transtiberim, jak ptaka w klatce, trzymał, a usta jej wobec obcych, pośród których żyjemy, niememi uczynił?

— Niechaj-by lepiej umarła z głodu i niemą nazawsze została, niżeli... Wstrzymał się, umilkł, patrzał na zmarszczki, okrywające twarz Menochima, na zmęczone, krwistą obwódką otoczone, jego powieki, na usta jego zwiędłe; umilkł; po chwili dopiero rzekł ciszej:

— Ojcze! nie odejdę ztąd bez Mirtali. Zabiorę ją z sobą, do Gallii zawiodę, i tam, w bezpiecznym zakącie, uścielę sobie gniazdo ubogie, w którem ukryję ją od cudzych oczu...

Menochim myślał długo, wstrząsał głową, po chwili uroczystym głosem rzekł:

— Przyrzeczona ci od dzieciństwa, Mirtala, jest oblubienicą twoją. Uprowadź ją i zaślub, i niech błogosławieństwo Pana będzie z Wami i potomstwem waszem. Lękam się tylko...

— Lękasz się, aby obecność jej ucieczki mej nie utrudniła, niech zginie ona lepiej u boku mego, niżeli...

I znowu wielkim wysiłkiem woli powściągnął się i umilkł. Po grubych zmarszczkach, fałdujących policzki Menochima, spływały dwie łzy.

— Sierocą będzie starość moja, jako cedru, od którego siekiera drwala odrąbała wszystkie latorośle jego...

Podniósł jednak głowę, zarumienił się, oczy jego strzeliły błyskawicą. — Ale — zawołał — Pan w dobroci swojej dał mi pociechę nieprzebraną... Dłoń jego opadła na pergaminy, stół okrywające.

— Z niemi — domówił ciszej — wytrwam do końca... niemi do chwili ostatniej służyć będę sprawiedliwości... Z nich biją promienie, które oświecą i ogrzeją dni mojej starości!...

— Pergaminy te, ojcze, były zajęciem i szczęściem twojem już przedtem, nim ztąd odszedłem. Ale co na nich kreślisz...

— Dowiesz się o tem jutro. Jutro, po raz pierwszy, przed ludzkiem okiem całą duszę moję ukażę, a oko to będzie twojem...

Kilkaset tylko kroków oddzielało malutki domek Menochima od obszerniejszego niż wiele innych i pokaźniej wyglądającego mieszkania Sary. Wewnątrz mieszkania tego widać też było dostatek, z zamożnością graniczący. W izbie obszernej, choć nizkiej także i z ciemnemi, chropowatemi ścianami, wesoło paliły się dwie spore lampy, przy których świetle trzy młode dziewczyny, wysmukłe, bladawe, z grubemi kosami zarzuconemi na plecy, z przywiązanej do przęśnicy, śnieżno białej wełny, wiły na wrzeciona cienkie nici, a dwaj poważni, brodaci mężowie, w długich chitonetach i ciężkich turbanach, nad wielką rozwartą księgą wsparci, wiedli ze sobą cichą, częstemi giestami rąk i głów ożywioną, rozmowę. Prządki były córkami Sary; twarze miały pogodne i, często uśmiechając się ku sobie, zamieniały się wesołemi szepty. Jeden z dojrzałych mężów był Goryaszem, owym bogatym perfumiarzem i łagodnym Hillelistą, o którym wspominał Menochim, drugi — Symeonem, małżonkiem Sary, ojcem Transtiberańskiej synagogi, srogim i twardym zwolennikiem nauk Schamaja, mistrza zaciętej walki Izraela z obcemi narody. Dokoła ciemnych ścian stały drewniane ławy, stołki i skrzynie, tu i owdzie przyozdobione dość kosztownemi okryciami; stół, przy którym siedzieli dwaj mężowie, zasłany był cennym kobiercem wschodnim, w kącie izby połyskiwał srebrny, ciężki, siedmioramienny świecznik, otoczony misami, dzbanami i czarami z drogiego metalu. Wprawdzie nie było tu nigdzie, na ścianach, sprzętach ani w naczyniach, najlżejszego podobieństwa do czegoś, coby nazwanem być mogło dziełem sztuki: żadnego malowania, żadnych ozdób, żadnej nigdzie wesołej, wdzięcznej gry barw lub linii. Wszystko tu było surowe, poważne, monotonne, niemniej przecież dostatnie i prawie bogate. W izbie tej panowała cisza, bo dziewczęta szeptały, a dwaj mężowie rozmawiali cicho, częste w rozmowie swej czyniąc przerwy. W jednym tylko z jej kątów, w pobliżu srebrnego świecznika, rozlegał się od chwili do chwili donośniejszy nieco wybuch młodzieńczego głosu, lecz milkł natychmiast, skoro tylko Symeon, jakby dla poskromienia wesołości, która go raziła, zwracał w tę stronę twarz swą surową i chmurną. A jednak własny to syn jego, zaledwie dorastający młodzieniec, jedyny pozostały mu po zabiciu przez Rzymian starszego w murach Jerozolimy, rozmawiał tam z przyjacielem swoim, młodziutkim także synem Goryasza. W drugiej dopiero izbie, obszerniejszej jeszcze niż poprzedzająca, oświetlonej we dnie małemi, lecz licznemi okienkami, a teraz kilku jasno palącemi się lampami, panował ruch i gwar wielki. W jak najlepszem możliwie oświetleniu, stało tam dwanaście krosien haftarskich, od których właśnie w tej chwili powstawały robotnice Sary. Były to kobiety różnego wieku, młodziutkie i stare już prawie, ale wszystkie ubogo odziane, ze stroskanemi, chudemi twarzami, córki lub matki ubogich widocznie i ciężko pracujących rodzin. Pomiędzy niemi, żwawa pomimo znacznej swój tuszy, z rumianemi policzkami i bystrym, roztropnym, energicznym wzrokiem małych oczu, mówiąc wciąż i gestykulując, od krosien do krosien przechodząc, uwijała się Sara. Jednym z robotnic udzielała ona pochwał, innym przygan i napomnień. Tu, dobrodusznie uderzając po ramienia mizerną i bladą dzieweczkę, zapytywała o zdrowie jej dziada, biednego kochanego starca,. który po mieście roznosił perfumy Goryasza. Tam, całując głośno pomarszczone czoło siwej już kobiety, wołała z żartobliwym zachwytem:

— Ach! jakie to oczy! jakie to jeszcze u ciebie oczy, Miriam! Jak ty ten ładny kwiat dziś wyhaftowałaś! — Gdzieindziej przyrzekła wdowie jakiejś, że przez rok cały żywić będzie dwoje jej dzieci; a tam znowu ładnej dzieweczce o błyszczącym naszyjniku, do wyrazu surowości nastrajając dobroduszne swe rysy, groziła, że odprawioną przez nią zostanie, jeżeli, tak jak dotąd, więcej myśleć będzie o przyozdabianiu się naszyjnikami i naramiennikami, niż o ćwiczeniu się w sztuce haftarskiej. Przytem, z nadzwyczajną zręcznością i wprawą licząc asy i sestercye, dzienną ich płacę rozdawała robotnicom, które, odchodząc, całowały poufale twarz jej, albo nizkim ukłonem chyliły przed nią głowy i, przechodząc w milczeniu przez izbę poprzedzającą, stopniowo znikały za drzwiami, na ulicę prowadzącemi.

Od lat kilkunastu już Sara kierowała haftarskim zakładem swym, w podobnie czynny i roztropny sposób, a dostatek, napełniający mieszkanie jej rodziny, z tej-to przeważnie pracowitości i zabiegliwości pochodził. Symeon, biegły niegdyś w sztuce szlifowania i oprawiania drogich kamieni, oddawna już zarobkową pracę zaniedbał, oddając się całkiem prawie czytaniu i rozważaniu ksiąg potrójnie świętych, bo zawierających w sobie dzieje narodowe, ustawodawstwo i wykład religijnej wiary Izraela. Ciało tylko jego w ścianach tych przebywało, dusza ulatywała wciąż daleko, na Wschód, do miasta Jabue, dokąd, po strasznych i ostatecznych klęskach Izraela, udali się najznakomitsi jego mężowie, na przekor wszystkim prawdopodobieństwom, naradzając się tam nad przechowaniem plemiennej i religijnej odrębności Izraelskiego ludu. I teraz także, kiedy Sara w izbie robotnic gasiła lampy, a potem, otwierając skrzynie, starannie wkładała w nie świeżo ukończone roboty i, z błogim uśmiechem na ustach, myślą liczyła ilość znajdującego się już w skrzyniach cennego towaru, Symeon donośniejszym nieco głosem i ze wzrastającym zapałem do Goryasza mówił:

— Z każdej litery świętych ksiąg naszych wyciągnąć korzec przepisów, które wypełniać będzie zmuszony każdy prawy syn Izraela. Oto zadanie Bethdinu, mądrego zgromadzenia, które nad przyszłością naszą obraduje w Jabue. Tak, Goryaszu! z każdej litery korzec przepisów! One-to, jako płot niewzruszony, odgrodzą zewsząd Izraela od obcych narodów. Niech każdy czyn swój pełni inaczej i każdą godzinę życia swego przepędza inaczej" niż synowie, ludów cudzych; a nie zmiesza się z nimi i nie utonie pośród nich, jak marna kropla w ogromie Oceanu. Z każdej litery korzec przepisów! a ktokolwiek jednego z przepisów tych, najdrobniejszego choćby, wypełniać nie zechce, przekleństwo nań! przekleństwo srogie, nieubłagane, wykluczające go z pomiędzy żyjących, a ciało i duszę jego oddające na pastwę aniołów śmierci i pomsty! Dzieła tego dokonać zadaniem jest Beth-dinu, zasiadającego w Jabue... dlatego-to dusza moja przebywa częściej tam, niżeli tu...

Goryasz trząsł zwolna głową, okrytą płowemi, siwiejącemi włosami, a na białej, drobnemi zmarszczkami pooranej twarzy jego malował się łagodny smutek. Po chwili wskazujący palec wyciągnął w górę i przyciszonym głosem mówić zaczął:

— Kiedy poganin pewien przybył do Hillela, prosząc go, aby mu wytłómaczył wiarę Izraela, Hillel odpowiedział: "Nie czyń bliźniemu twemu, czego nie chcesz, aby czyniono tobie." A mędrcom w Jabue, na wykład wiary naszej, wkrótce już i lata całe starczyć nie będą...

— Nie czyń bliźniemu twemu, czego nie chcesz, aby czyniono tobie! — z goryczą powtórzył Symeon. — O, Goryaszu! Goryaszu! a jakoż nam przez obce narody uczynionem zostało!

— Grzesznemi są one zapewne — odparł Goryasz — lecz Hillel mawiał także: "Nie sądź bliźniego twego, zanim zważysz: co sercem i myślą jego kierowało."

— Bliźniego! — zawołał Symeon — niech w tej chwili prawica Przedwiecznego w marny proch rozsypie kości moje, jeżeli kiedykolwiek Greka lub Rzymianina bliźnim moim nazwę!Łagodny Goryasz żywym jednak ruchem ze stołka powstał.

— O, Symeonie! — zawołał — oby usta synów naszych nie powtarzały słów, które wyrzekłeś!

— Usta i serca synów naszych — krzyknął już prawie Symeon — ż pokolenia w pokolenie powtarzać je będą; ale zaprawdę, Goryaszu, miękka nauka Hillela ciebie i podobnych tobie prowadzi wprost ku... odstępstwu!

Goryasz zarumienił się z razu gwałtownie i drżącemi ustami szepnął:

— Odstępstwo!... ja, ja... ku odstępstwu!...

Lecz wkrótce, wierny zasadom swoim, powściągnął gniew, uśmiechnął się pobłażliwie i, biorąc rękę rozgniewanego przyjaciela, a twarz do pałającej jego twarzy przybliżając, szepnął:

— Symeonie! ojcem synagogi naszej mianował cię lud... a Hillel mawiał: "Ten, kto pozwala gniewowi, aby go unosił, nie może nauczać ludu. "

Symeon ponuro nad pałającemi oczyma ściągnął krzaczyste brwi i, usiadłszy, zatopił dłonie w gęstwinie kruczych, krętych, siwiejących włosów. W tejże chwili, Sara, która przyzwyczajoną była do sporu i utarczek dwóch przyjaciół, i nigdy w nich żadnego nie brała udziału, donośnym i wesołym głosem wezwała rodzinę swą na wieczerzę. Pośrodku izby stał długi stół, z gładko wyheblowaną deską z cyprysowego drzewa, obficie zastawiony misami i dzbanami, w których znajdowały się ciasta, harbuzy gotowane z mlekiem, ryby, silnie zaprawne cebulą, pierniki z maku i miodu smażone, lekkie i tanie gatunki win. Zastawa ta objawiała także panujący w domu dostatek, z gospodarską skrzętnością złączony. Po chwili, kilkanaście. osób, przy wesołem świetle lamp i z gwarem przyjacielskich rozmów, stół ten obsiadło. Lecz zaledwie, po odmówionej przez Symeona modlitwie, ręce biesiadników wyciągnęły się ku misom i dzbanom, drzwi, wiodące na ulicę, otworzyły się cicho, i do izby weszła Mirtala. Wchodzącą powitał głośny okrzyk trojga dziewcząt, uprzejmy uśmiech Goryasza, ciekawy, choć nieśmiały, wzrok dwóch młodzieńców, i pieszczotliwe cmoknięcie pulchnych ust Sary. Ale ona, roztargniona i milcząca, nie patrząc na nikogo, szybko przeszła dużą izbę, stanęła przed Sarą i, obie dłonie na ramionach jej opierając, schylona, długo jej coś na ucho szeptała. Sara, słuchając, szeroko otwierała swoje małe oczy, wydawała urywane okrzyki, bladła i rumieniła się naprzemian; aż gdy dziewczyna szeptać jej do ucha przestała i wyprostowała się, klasnęła w pulchne dłonie, zerwała się ze stołka i, wyciągając ręce do obecnych, krzyknęła:

— Słyszycie! słyszycie! co ta dziewczyna mi powiedziała! Ach! co ona mi powiedziała! Jonatan przyszedł! Jonatan znajduje się w domu ojca swego, Menochima! Jonatan, który poszedł był tam... razem... z moim Enochem...

Enoch, był to ten syn jej pierworodny, który na polu bitwy zginął... tam! Usłyszawszy o powrocie Jonatana, kobieta tylko o synu swym pierworodnym wspomniała, i z twarzą w dłoniach, rozpłakała się rzewnie. Ale wieść, przez nią ogłoszona, na wszystkich obecnych silne i różnorodne wywara wrażenie. Symeon powstał szybko i wymówił z cicha: — Jonatan... towarzysz Enocha mego!

I w ponurem oku jego błysnęła łza, niby krótka, męzka odpowiedź na długi, niewieści płacz Sary. W zamian, błękitne, łagodne oczy Goryasza zapaliły się iskrami.

— Jonatan! słodkie pacholę, którego w lwa zamieniła miłość ojczystej ziemi!

Dwaj młodzieńcy powstali i z pałającemi twarzami przybliżyli się do Mirtali; poskoczyły też z siedzeń swych dziewczęta i, pobrzękując dzwonkami, zdobiącemi ich sandały, otoczyły rówieśnicę wieńcem ramion i zarzuciły ją gradem szczebiotliwych pytań. Sara, płacząc jeszcze, bezładne też pytania zadawała Mirtali. Młodzi chłopcy wołali:

— Pragniemy zobaczyć go! chcemy go słyszeć!

Goryasz, pomimo dojrzałego wieku swego, żywy, i którego łagodność naiwnym niekiedy czyniła, mieszał też głos swój ze szczebiotem niewieścim i młodzieńczym. Gwar nietylko nie ustawał, ale zwiększał się, gdy niecierpliwy Symeon surowym i nakazującym głosem zawołał:

— Uciszcie się! Niewiasty, pozamykajcie gadatliwe usta! Pacholęta, ustąpcie na stronę! Języki wasze podobne są do młynów, a głowy do pustego pola, z którego wiatr ciekawości zmiata ziarna rozumu!...

Głosu ojca rodziny, tego srogiego głosu, który nie znał pieszczoty ani śmiechu, usłuchali wszyscy. Wśród ogólnego milczenia, Symeon zapytał Mirtali, z czem przybywała i czego żądała? W ogniu rumieńców cała, ze spuszczonemi oczyma, bo nigdy jeszcze nie ośmieliła się spójrzeć w twarz Symeona, Mirtala poselstwo swe opowiedziała. Symeon, po chwilowym namyśle, zwrócił się do żony:

— Saro, daj dzieweczce wszystko, co najsmakowitszego i najposiłniejszego w domu swym posiadasz... Nalej do dzbana najlepszego wina, wyjm ze skrzyni pościel najmiększą... Niechaj posili się i spocznie obrońca Syonu... towarzysz Enocha.

Potem do Mirtali rzekł:

— Powiedz temu, który dziś nawiedził progi wasze, (niech błogosławieństwo Pana towarzyszy każdemu krokowi jego i każdej chwili jego życia!) że pojutrze, wnet po zachodzie słońca, zwołane będzie do domu modlitwy Moade El Święte Zgromadzenie najlepszych członków Kehili (gminy), któremu bojownik i wędrowiec boje i wędrówki swe opowiadać będzie. A teraz weź to, co w ręce twoje włoży Sara, i odejdź w pokoju!

Wkrótce Mirtala była już z powrotem w ojcowskim domu i, stawiając na stole misy i dzbany, któremi Sara nietylko ją, ale i jednę z córek swych obciążyła, usługiwała dwom mężczyznom, pogrążonym w milczącej zadumie. Po pierwszych wybuchach powitania, po pierwszych krótkich i urywanych zwierzeniach, Jonatan umilkł. Znać w nim było znużenie wielkie, na długie rozmowy nie dozwalające, lecz nie przeszkadzające myślom męczyć dalej zmęczoną już głowę. Uważnie, uparcie przypatrywał się wszystkim kątom małej izby, i widać było, że wspomnienia dzieciństwa i pierwszej młodości strugami biły do pamięci jego, że w sercu jego dwie przeszłości, całkiem do siebie niepodobne, walczyły z sobą, dobijając się o pierwszeństwo. Menochim milczał także i wpatrywał się w przybranego syna z czułością i niepokojem. Mirtala podała im misę z wodą, którą omyli sobie ręce, a potem misy z potrawami i dzbany, z których do glinianych kubków nalewano wino. Jonatan przestał przypatrywać się izbie i zaczął ścigać wzrokiem każde jej poruszenie. Teraz, gdy ochłonęła nieco ze wzruszeń, wieczoru tego doznanych, a gorliwie i cicho krzątała się około stołu, ktoś, znający ją przedtem, dostrzedz mógł-by zaszłe w niej zmiany, subtelne, lecz nadające jej pozór, dziwnie z otoczeniem jej niezgodny. Niedawno jeszcze, każdy poznał-by w niej od razu Izraelitkę, mieszkankę żydowskiej na Transtiberim dzielnicy; teraz, w ruchach jej, postawie i nawet w wyrazie twarzy było coś, od czego wiał inny świat jakiś, coś, niby echo dalekiej jakiejś muzyki. Ogniste kędziory jej, splątane dawniej w gąszcz nierozwikłany i ciężkim wieńcem otaczające jej głowę, teraz spływały na szyję jej i plecy w jedwabistych, spokojnie falujących zwojach. Spłowiała suknia jej układała się w fałdy nieruchome, w malownicze węzły splatał się jej u stanu pas, wyszyty w jaskrawe palmy; a gdy prosta i lekka, cichą stopą przebywając izbę, w podniesionej ręce niosła dzban z czerwonej gliny, dziwnie podobną była do tych postaci greckich i rzymskich dziewic, które, z marmuru ukute, zaludniały place i portyki Rzymu. Jak we wnętrzu posągów, spokojnych i białych, zdaje się gorzeć ukryty, a źródłem czaru ich będący, ogień namiętności, tak po bladawej, milczącej jej twarzy, grały i migotały błyskawice blizkiej burzy uczuć. I jak oczy posągów zdają się nieruchomo tkwić w nieskończoności, tak jej źrenicę, głębokie i zadumane, po-przez wszystko, co ją otaczało, patrzały kędyś daleko...

Jonatan jadł mało. Długa nędza odzwyczaiła go od obfitego używania pokarmów. Lecz, niosąc do ust czerwony kubek z winem, zatrzymywał go przy bladych wargach i, wzrokiem płonącym wśród ciemnych kół, otaczających powieki, nieustannie ścigał Mirtalę. Gdy po ukończeniu wieczerzy otworzyła ona wązkie, niewidzialne prawie drzwiczki, i zniknęła na ciemnych schodkach, wiodących do izdebki, znajdującej się na górze i mającej być mieszkaniem Jonatana, zwrócił się on do zamyślonego Menochima.

— W dzieweczce — rzekł — czuję coś obcego... Rzym wieje od niej.

Menochim odpowiedział:

— Dobrą jest, uległą i pracowitą. Nigdy, przez nią nie zapłakało oko moje. Sara uważa ją za pierwszą swoję robotnicę. Będzie ci ona żoną wierną, niewiastą, która buduje dom męża...

Po chwili milczenia, wstając, Jonatan rzekł:

— Powiedz jej, ojcze, aby nie odchodziła ztąd nigdzie. Moją jest. Nie zostawię jej tu za żadne skarby świata. Minął dzień krwi i tułaczki. Pożądam dnia radości. Mirtala żoną moją zostanie i powiodę ją do Gallii, aby tam była ozdobą życia mego.

Wkrótce potem cicho i ciemno było w domu Menochima. Na tarasie, za trójkątną przybudówką, co mieściła w sobie górną izdebkę, zakryty ścianą przed wzrokiem tych, którzy by wczesnym rankiem przechodzili ulicą, Jonatan leżał na miękkiej pościeli, przez Sarę mu przysłanej, i z twarzą zwróconą ku nocnemu niebu, szeroko otwartemi oczyma wpatrywał się w gwiazdy. Usta jego poruszały się od chwili do chwili, jakby modlił się, lub z kimś niewidzialnym rozmawiał. Raz głośniej nieco wymówił:

— Panie Zastępów! czemuś nas opuścił?

W tej samej chwili, cicho otworzyły się drzwi domu, i na zmrok nocy wysunęła się z nich szczupła niewieścia postać. Kamień duży leżał w blizkości progu; usiadła na nim, wciągnęła w pierś ciepłe powietrze, wzruszane rzeźwiącemi podmuchami wiatru, ale twarzy nie podniosła ku niebu, owszem, schyliła ją nizko i ukryła w dłoniach.

— Biedny on, biedny! biedni oni! — szepnęła.

Myślała o Jonatanie i Sarze, opłakującej zabitego syna, o ponurym Symeonie, łagodnym Goryaszu, o dwóch młodzieńcach, którzy dziś, na wieść o przybyciu obrońcy Syonu, takie wzburzone mieli twarze i załzawione oczy.

— Biedny on! — powtarzała — zczernialy od nędzy, ze zbielałemi usty! Biedni oni wszyscy, smutkiem, ubóztwem i gniewem trapieni! biedni my wszyscy!

Podniosła twarz smutną i, osłupiałym wzrokiem wpatrując się w mroczną przestrzeń, pod dotknięciem jakby wspomnienia jakiegoś, drgnęła.

Powiedział: "Przyjdź jutro do portyku!" A ja... nie przyjdę! O, Artemidorze!