Dawid Copperfield/VIII

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Dawid Copperfield
Data wydania 1927
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wydania Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł oryginalny David Copperfield 1849-1850
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Link do strony indeksu

VIII. NA WŁASNYM CHLEBIE.

Wiele rzeczy przeżyłem i widziałem na świecie, jednakże dziś jeszcze nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt z przyjaciół matki nie zapytał ojczyma, jakiem prawem wyrzucił mnie z domu i zaprzągł do ciężkiej pracy zarobkowej wątłe i zdolne dziesięcioletnie dziecko.
„Interes“ Murdstone i Grinby mieścił się w wąskiej uliczce nad rzeką, w bardzo starym, zniszczonym, kamiennym budynku. Uliczka prowadziła wprost do rzeki i kończyła się schodami, podczas przypływu zalewanemi wodą, podczas odpływu rojącemi się od szczurów. Sam budynek był starą, okropną ruderą, brudną, zadymioną i wilgotną, w której dziś jeszcze słyszę, kiedy myślę o niej, pisk, chrobotanie i bieganie szczurów.
Zadanie „interesu“ polegało głównie na rozsyłaniu wina w różne strony świata. Ogromne piwnice zastawione były beczkami, w innych odbywało się mycie butelek, w innych jeszcze nalewanie, korkowanie, naklejanie znaków, pakowanie i odwożenie do przystani na statki, które je zabierały.
Pracowało przy tem kilkunastu ludzi, mnie przeznaczono do mycia butelek, czem już zajmowali się dwaj inni chłopcy: Mick Walker, syn rybaka, i Mealy Kartofel, syn strażnika, obaj dobrzy, poczciwi, ale zupełnie prości, bez nauki i wychowania.
Byłem najmłodszy, musiałem ich słuchać. Cały dzień siedząc w tej wilgotnej norze, drżąc z zimna, zachlapany brudną wodą, słuchałem ich rozmów, opowiadań, żartów, niezawsze przyzwoitych, a często wymysłów i kłótni.
Pan Quinion sam wprowadził mię tutaj za rękę i oddał pod opiekę Micka. Nie umiem dzisiaj jeszcze opisać wrażenia, jakie sprawiło na mnie w pierwszej chwili całe to otoczenie. Zdawało mi się, że mię wrzucono do grobu. Więc tu miała upłynąć moja młodość, a może całe życie? Bez nauki, bez towarzystwa, bez słońca?
Wspomniałem o kolegach: Steerforcie, Traddlesie, czyżby mię który poznał w dzisiejszej postaci? A gdyby poznał, czyby nie odwrócił głowy, ażeby mię nie widzieć?
I gdzież moje marzenia, które snułem potajemnie, czytając o bohaterach, podróżnikach i sławnych ludziach, którym chciałem kiedyś dorównać? Zginę w nędzy, nieuctwie, zapomnieniu i nikt nawet nade mną nie zapłacze.
Ogarniała mię rozpacz, poczucie niemocy, a nie chciałem wybuchnąć płaczem pod czujnemi spojrzeniami towarzyszy. Oni przecież nie rozumieli, że dzieje mi się krzywda.
O wpół do pierwszej, kiedy pracownicy wychodzili na obiad, pan Quinion kazał mię wezwać do siebie. Zastałem go przy biurku w trochę czyściejszym pokoju, obok stał wysoki i łysy jegomość, z dosyć łagodną twarzą, opartą na wysokim, sztywnym kołnierzyku. Spojrzał na mnie, zabawnie mrużąc oczy.
— To on — rzekł pan Quinion — ten chłopiec.
— Pan Copperfield? — zapytał nieznajomy.
Ukłoniłem mu się w milczeniu.
— Pan Murdstone pisał do mnie — odezwał się wysoki człowiek — ponieważ mam do odnajęcia pokoik, a pan masz zostać moim lokatorem. Ale mieszkam dosyć daleko i mógłbyś pan łatwo zabłądzić, dlatego przyjdę dzisiaj wieczorem po pana. O której?
— O ósmej — oznajmił pan Quinion.
— W takim razie do zobaczenia o ósmej. Bardzo mi przyjemnie, panie Copperfield, mam nadzieję, że będziemy w przyjaźni.
Spojrzałem na niego ze szczerą wdzięcznością za te łagodniejsze wyrazy, lecz on uśmiechnął się tylko dość dziwnie i śpiesznie wyszedł.
Wówczas pan Quinion położył przede mną sześć czy siedm szylingów, nie pamiętam dobrze i oznajmił, że jest to moja płaca tygodniowa za sumienną robotę w „interesie“, którą powinienem spełniać z całą gorliwością.
Zarabiałem więc dziennie około szylinga i to miało mi wystarczać na życie i wszelkie inne wydatki. Dziś np. musiałem zaraz wydać kilka pensów za przeniesienie rzeczy, gdyż jakkolwiek mój kuferek był mały i lekki, nie mogłem go sam zanieść, zwłaszcza dość daleko.
O godzinie ósmej zjawił się mój gospodarz, prowadził mię i objaśniał nazwy ulic, żebym mógł jutro trafić. Ale droga była daleka i nie umiałem zapamiętać jej odrazu.
W domu zastałem chudą i bladą kobietę, otoczoną gromadką dzieci, która powitała mię przyjaźnie. Mój pokoik był na poddaszu, bardzo mały, malowany na biało i niebiesko, z niezbędnemi tylko sprzętami.
Ale czułem się tutaj między dobrymi ludźmi i oddychałem swobodniej.
Byli to rzeczywiście ludzie dobrzy, ale obciążeni długami i w ciągłych kłopotach o pieniądze. Serdecznie ich żałowałem i staliśmy się wkrótce przyjaciółmi. Kiedy nie mieli za co kupić chleba, dzieliłem się z nimi swoją szczupłą pensją i sam nie jadłem obiadu, lecz wiedziałem, że po powrocie do domu spotka mię życzliwe spojrzenie i serdeczne a szczere słowo, że w chwilach odpoczynku jestem tu mile widziany.
Żywiłem się nędznie. Rano kubek mleka z chlebem, kawałek chleba z serem brałem z sobą, a wieczorem bułka i szklanka herbaty. Jeśli mi wystarczało, kupowałem sobie na obiad porcję puddingu, czyli ryżu gotowanego, ale czasem, przechodząc koło straganu z ciastkami, złakomiłem się na ten przysmak i wtedy już nie było za co kupić obiadu, lub musiałem w sobotę żyć o suchym chlebie.
Żałowałem zawsze takiego łakomstwa, bo ciastka były liche, ale miałem przecie dopiero lat dziesięć i jedzenie nietylko stanowiło dla mnie bardzo ważną potrzebę organizmu, ale budziło dziecinne zachcenia.
Pamiętam, że upatrzyłem sobie zczasem dwa sklepy, w których sprzedawano pudding: jeden przy kościele, droższy, tam za dwa pensy dostawałem kawałek dosyć duży wybornego ryżu z powidłami. Cóż, kiedy rzadko mogłem wydać dwa pensy na ten przysmak. W drugim sklepie dostawałem za pensa kawał suchego ryżu z rodzynkami i to właśnie stanowiło najczęściej mój obiad, jeśli na co innego nie wydałem pieniędzy.
Czasem ogarniało mię takie pragnienie prawdziwego obiadu, że przez trzy dni żyłem chlebem, a w niedzielę fundowałem sobie ucztę. Coprawda, zdarzyło się to zaledwie kilka razy. Dostawałem wtedy kawałek gorącej kiełbasy z chlebem, czerwony kawałek mięsa, lekko osmażony, butersznit z serem i szklankę piwa. Smakowało mi wszystko wyśmienicie, a licha garkuchnia „Pod dzikim lwem“ w moich oczach była najdoskonalszą jadłodajnią.
W sklepach, gdzie bywałem częściej, przyzwyczajono się do mnie, do nowych jednak nie lubiłem wchodzić, gdyż zwracano na mnie uwagę, zapytywano naprzód, czy mam przy sobie pieniądze, a chłopiec posługujący nieraz sobie z mej „wielkości“ zażartował. Razu jednego nie chciał mi dać piwa, którego zażądałem, mówiąc, że dla mnie za mocne. Usłyszał to z za lady sam gospodarz i skinął na mnie. Obok niego siedziała jego żona, robiąc coś prędko na drutach. Zaczęli mię pytać, kto jestem, co robię, ile zarabiam, wreszcie podali mi piwo, a kiedy zapłaciłem, kobieta położyła na stole robotę, wyszła z za lady, oddała mi pieniądze i pocałowała mię w głowę.
Odtąd nie śmiałem więcej wejść do tego sklepu.
W „interesie“ spełniałem swoje obowiązki niezawodnie gorzej od innych z powodu mego wieku, lecz choć nie miałem ani iskierki nadziei, aby cokolwiek mogło się zmienić w moim losie, nie pogodziłem się ani na jedną godzinę z obecnem położeniem. Nie mówiłem o tem nigdy i nikomu, ani panu Quinion, ani moim gospodarzom, ani chłopcom, ani innym pracownikom, cierpiałem nad tem sam w zupełnej tajemnicy i cierpiałem coraz boleśniej. Za nic w świecie nie chciałbym teraz spotkać nikogo z dawnych kolegów, a tak głęboko czułem się upokorzony, że nawet w listach do Peggotty, które pisywałem często, nie narzekałem ani skarżyłem się na nic. Poczęści może nie chciałem jej martwić, ale poczęści był to wstyd i skrytość: niech choć nikt nie wie, w jakiej nędzy zginę.
Na towarzyszów pracy nie mogę narzekać, o ile umieli, byli dla mnie dobrzy. Kartofel czasem burknął, lecz Walker mię lubił i uśmierzał go zaraz. Starsi robotnicy nazywali mię żartobliwie „młodym gentlemanem“ lub „młodzieńcem“ i jedynie woźnica, który odwoził paki do przystani, wołał niekiedy „Dawid“, ale z takim ojcowskim akcentem, że mi to prawie sprawiało przyjemność.
W domu państwa Micawber zaprzyjaźniłem się z dziećmi, które jednak w niedzielę tylko widywałem, a więcej jeszcze z samą gospodynią. Zwierzała mi się ze swoich kłopotów i rozmawiała jak z dorosłym przyjacielem. Ja to znalazłem sposób na opędzanie głodu, sprzedając różne rzeczy w sklepach ze starzyzną, które mijałem rano i wieczorem w swojej dalekiej podróży do pracy. Najpierw poszła tak zwana bibljoteka, to jest kilkanaście książek, które zauważyłem na półce, przeważnie w nieświetnym stanie. Ale zawsze dostawałem za nie po kilka pensów. Gdy zabrakło książek, dawała mi do sprzedania części garderoby swojej, męża, a nawet dzieci, i choć prawdopodobnie oddawałem to za pół darmo, ze łzami w oczach dziękowała mi za tę przysługę. Pan Micawber — jak dzisiaj sądzę — był zacnym i trochę śmiesznym niedołęgą, który ciągle szukał zajęcia, a znaleźć go nie umiał, lecz żona go kochała i wierzyła, że jest człowiekiem genjalnym, tylko „nie ma szczęścia“.
Wędrując kawał drogi rano i wieczorem, stroskany kłopotami moich gospodarzy, ze wstrętem odsuwając myśl o „interesie“, wynalazłem sobie rozrywkę bardzo zajmującą: zacząłem snuć powieści z własnej wyobraźni. Były to szczątki rzeczy przeczytanych, które zapominałem i mieszałem, część własnych wspomnień, przeżyć, a może nadziei, nieśmiało i niewyraźnie budzących się już w mojej duszy. Ta rozrywka zastępowała mi wszelkie towarzystwo, gdyż nietylko przy pracy, ale i w życzliwem otoczeniu w domu, byłem jednakże zupełnie samotny, obarczając się dobrowolnie troskami moich gospodarzy, nie dzieląc z nimi własnych.
Zczasem pochłaniało mię to coraz bardziej: twarze ludzkie zaczęły sprawiać na mnie dziwne wrażenie, wiele z nich domagało się historji, inne mówiły mi swe tajemnice. Idąc, szukałem tych ciekawych twarzy, a ich widok napełniał moją wyobraźnię nową, bogatą treścią.
I stało się, że jednocześnie żyłem jakby dwoma życiami: jedno — to wstrętna praca, nędzny obiad na kamieniu na ulicy, cudze troski i obce otoczenie, drugie — to świat ciekawy i wspaniały, świat głębokich wzruszeń i cudownych zdarzeń, świat nadzwyczajnych ludzi i bohaterskich czynów.
Tymczasem oczekiwał mię cios nowy: państwo Micawber opuszczali Londyn.
Kiedy zawiadomili mię o tem, zdawało mi się, że spadł na mnie kamień i tak przytłoczył mię swoim ciężarem, iż nie mogłem wymówić słowa. Czułem, że pozostanę sam na świecie w tem obcem, wielkiem mieście, bez życzliwej duszy, bez opieki, rady ani pomocy w potrzebie. Cierpiałem z nimi biedę, martwiłem się ich kłopotami, dzieliłem nieraz swym skromnym zarobkiem, ale teraz dopiero zrozumiałem, że byli dla mnie jedynym promieniem światła w ciemnej nocy, że bez nich — nie wiem, co się ze mną stanie.
A miało to nastąpić już za tydzień. Pan Quinion uprzedzony porozumiał się z naszym woźnicą, człowiekiem żonatym i dzielnym, i oświadczył mi, że u niego będę miał mieszkanie.
Milczałem, lecz buntowałem się w duszy. A więc mam nowym, nieznanym mi ludziom prezentować znów swoją nędzę, słuchać ich ciekawych pytań, stosować się do ich zwyczajów i humoru? Prawdopodobnie nawet nie będę tu miał swojego pokoju, ale wstawią mi łóżko do izdebki dzieci. Nie, na to się nie zgadzam, nie wytrzymam.
Nie mogłem zasnąć w nocy, podniecony postanowieniem ucieczki. Tak. Nie zostanę dłużej w „interesie“, nie zostanę w Londynie. Poco? Ucieknę. Dokąd? Nie wiem, ale ucieknę stanowczo, gorzej nigdzie mi być nie może.
Lecz rano zjawiła się konieczność oznaczenia celu ucieczki. Muszę przecież wiedzieć, w którą stronę pójdę!
I nagle błysnęła mi myśl niespodziewana: mam na świecie cioteczną babkę. Jest moją jedyną krewną. Do niej się udam i niech, co chce, będzie.
Tylko — gdzie jej szukać?
Tegoż dnia napisałem list do Peggotty, zapytałem tak sobie od niechcenia, czy nie pamięta, gdzie mieszka babka Betsy, bo chciałbym wiedzieć, czy to o niej mówią często moi znajomi. Wreszcie prosiłem, żeby mi pożyczyła pół gwinei na pewne przedsiębiorstwo, obiecując niedługo odesłać pieniądze.
Odpowiedź była prędko wraz z pieniędzmi, dowiedziałem się, że babka Betsy mieszka czy w samym Duwrze, czy gdzieś w okolicy. Zdawało mi się, że taka wskazówka wystarczy do jej odszukania.
Zbliżała się chwila stanowcza. Żaden z dni upływających nie miał się już powtórzyć w tych warunkach. Ostatniej niedzieli byłem zaproszony przez moich gospodarzy na pożegnalny obiad. Pani Micawber, blada i wzruszona, podała doskonałą wieprzowinę, jadłem pieczone jabłka, rozdałem dzieciom drobne upominki, pan Micawber przyrządził małą wazę ponczu i wygłosił piękną przemowę o przyjaźni i nietrwałości rzeczy ziemskich. Podziwiałem jego wymowę, kochająca małżonka była do łez rozczulona, a dzieci przypatrywały się nam z ciekawością. Potem dni tygodnia biegły jak szalone i nadeszła sobota. Ze ściśniętem sercem odprowadziłem ich do dyliżansu. Raz jeszcze pożegnaliśmy się serdecznie, pani Micawber uściskała mię jak syna, pan Micawber zapewnił, że uważa mię za przyjaciela.
Wieczorem miałem się przenieść do woźnicy, tak przynajmniej myślał pan Quinion. Co do mnie, ponieważ byłem płatny zgóry, więc jako człowiek uczciwy uważałem za swój obowiązek pracować tego dnia do końca, a wieczorem nie wziąć pieniędzy na następny tydzień. Dlatego pożyczyłem pół gwinei od Peggotty, aby nie zostać bez grosza.
Kiedy nadeszła godzina wypłaty, szepnąłem Walkerowi, że idę zabrać swoje rzeczy, więc żeby wytłumaczył mię przed panem Quinion, że nie mogę czekać na pieniądze.
I wyszedłem.
Rzeczy musiałem zabrać z dawnego mieszkania, ale postanowiłem złożyć je na poczcie, aby zostały wysłane do Duwru. Adres miałem już napisany, trzeba go było tylko przylepić do kuferka. Na nieszczęście kuferka sam nie dźwignę, muszę koniecznie znaleźć kogoś do pomocy.
Rozglądając się wkoło, spostrzegłem na rogu ulicy wysokiego chłopaka z pustym wózkiem ręcznym. Spojrzałem na niego badawczo i nieśmiało, minąłem go i znowu zawróciłem, zdecydowany żądać od niego pomocy.
Zauważył to widać i powziął jakieś podejrzenie.
— Czego się kręcisz tutaj, oberwusie? — przemówił do mnie ostro. — Czy masz zamiar co ściągnąć?
— Niech się pan nie gniewa — odparłem spokojnie — szukam kogoś, ktoby mi przewiózł kuferek na pocztę.
— Czyj kuferek?
— Mój naturalnie, ale mogę za to zapłacić tylko sześć pensów.
— Chodźmy — rzekł długonogi — zobaczymy!
I zaczął iść tak szybko, iż zaledwie mogłem nadążyć.
Wbiegliśmy na górę, porwał mój kuferek, nim zdążyłem przylepić adres, umieścił go na wózku i już był daleko, nim znalazłem się na ulicy.
Dogoniłem go wreszcie i prosiłem, żeby przystanął na chwilę. Spojrzał na mnie, jakgdyby się namyślał. Chciatem wyjąć z kieszeni adres, lecz wypadło mi pół gwinei. Wziąłem ją prędko w usta i rozłożyłem papier na kuferku. A wtem chłopiec tak mocno uderzył mię w brodę, że wypuściłem z ust pieniądz, który upadł na kamienie.
W mgnieniu, oka chłopiec go podniósł i krzyknął na mnie groźnie.
— A co! Skradłeś? Wiedziałem. Pójdziesz do policji.
Chwycił mię za kołnierz i potrząsnął mocno.
Przestraszyłem się wyrazu policja i tłumaczenia, skąd wziąłem pół gwinei, więc zacząłem go prosić.
— To moje. Niech pan puści. Ja nic nie ukradłem.
I wybuchnąłem płaczem.
Wtedy puścił mię szybko i w tej samej chwili prawie zniknął mi z oczu z kuferkiem i pieniędzmi.
Zacząłem biec i krzyczeć z całej siły, lecz odległość pomiędzy nami powiększała się z każdą minutą, wpadłem pomiędzy konie, ktoś mię odepchnął na bok, upadłem, a kiedy się podniosłem, już nie było widać długonogiego chłopaka.
Usiadłem na ziemi i zapłakałem głośno.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.