Zwierciadło morza/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Podtytuł oryginalny Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PAJĘCZYNY I BABIE LATO
X

Ze szczytu głównego masztu na okręcie średniej wielkości widzi się horyzont zakreślający koło o promieniu wielu mil, w którem można ujrzeć drugi statek, zagłębiony po swą linję wodną; oczy śledzące niniejsze pisanie naliczyły swego czasu przeszło sto żagli, unieruchomionych rzekłbyś w magicznym kręgu niedaleko Azorów — statków większych i mniejszych. Nie wiem czy były między niemi choćby dwa zwrócone dokładnie w jednym kierunku, jakby każdy z tych okrętów rozmyślał o wyrwaniu się z zaczarowanego koła w inną stronę świata. Ale czar ciszy ma w sobie wielką potęgę. Następny dzień ujrzał jeszcze owe statki, widzące się nawzajem i zwrócone w przeróżne strony; gdy zaś wreszcie pojawiała się bryza a wraz z nią ciemniejące zmarszczki, które przeciągnęły głębokim błękitem po bladem morzu, wszystkie statki ruszyły razem w tym samym kierunku. Były to bowiem okręty wracające do kraju z dalekich krańców ziemi, a szkuner z ładunkiem owoców, najmniejszy z nich wszystkich, wysforował się naprzód. Można było sobie wyobrazić że bardzo jest piękny choć wcale nie duży, i że zostawia za sobą woń cytryn i pomarańcz.
Nazajutrz mało już statków było widać ze szczytu naszych masztów — najwyżej z siedem, poza kilku bardziej odległemi plamkami o kadłubach ukrytych za magicznym pierścieniem widnokręgu. Czar silnego wiatru włada chytrą mocą, która rozprasza białoskrzydłą kompanję statków patrzących w jedną stronę — wszystkich z białemi wstęgami piany kotłującej się pod dziobem. Cisza zbliża tajemniczo okręty, a wiatr je rozdziela.
Im większy okręt, z tem większej odległości można go dostrzec; pierwszą zapowiedzią rozmiarów statku jest jego biały ogrom, w który dmie wiatr. Wyniosłe maszty trzymające w górze białe płótna, rozpostarte jak sidła do chwytania niewidzialnej siły powietrza, wyłaniają się stopniowo z wody, żagiel za żaglem, reja za reją i rosną wciąż, aż wreszcie pod spiętrzoną budową okrętowego mechanizmu dostrzega się nieznaczną, drobną plamkę kadłuba.
Wysokie maszty są słupami utrzymującemi w równowadze płaszczyzny, co — nieruchome i bezgłośne — chwytają z powietrza siłę pędną okrętu, niby dar niebios udzielony łaskawie człowiekowi za jego śmiałość; i tesame wysokie maszty, ogołocone, wyzute z białej swej wspaniałości, chylą się pod gniewem zachmurzonego nieba.
Kiedy się gną w poddaństwie przed szkwałem, smukłe i nagie, wówczas długość ich uzmysławia się najlepiej nawet marynarzowi. Człowiek, który widział swój statek przechylony nadmiernie, zdaje sobie sprawę z niesłychanej wysokości masztów. Te złocone jabłka, które można było widzieć tylko jeśli się zadarło głowę do góry, teraz dostały się niżej w zasięg wzroku, i wydaje się niepodobieństwem aby nie zawadziły aż o skraj widnokręgu. Takie przeżycie daje człowiekowi lepsze pojęcie o wyniosłości masztów niż choćby najczęstsze wspinanie się po wantach. A jednak w moich czasach wielkie reje przeciętnego handlowego statku znajdowały się dobry kawał nad pokładem.
Zapewne, i w maszynowni parowca ruchliwy człowiek może się nabiegać porządnie po żelaznych drabinach, ale pamiętam chwile, kiedy mimo giętkich członków i dumy ze swej zwinności odniosłem wrażenie, iż mechanizm żaglowca sięga do samych gwiazd.
Albowiem to jest mechanizm, który pracuje w zupełnem milczeniu i wdzięcznym bezruchu, i zdaje się kryć kapryśną, niezawsze uległą siłę nie zawdzięczającą nic materjalnym zasobom ziemi. Ta siła nie ma w sobie dokładności stali wprawionej w ruch białą parą, oddychającej czerwonemi płomieniami i żywionej czarnym węglem. Żaglowiec czerpie siłę jakby z samej duszy świata, swej potężnej wspólniczki, okiełznanej przez najkruchsze z więzów niby dziki duch, schwytany w sidła delikatniejsze od jedwabnej przędzy. Gdyż wobec potężnego tchnienia nieskończoności czemże jest przyrząd z najsilniejszych lin, najwyższych masztów i najtęższego płótna, jeśli nie badylami ostu, pajęczyną i nićmi babiego lata?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.