Zwierciadło morza/XXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Zwierciadło morza
Data wydania 1935
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Mirror of the Sea
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


KOLEBKA RZEMIOSŁA
XXXVII

Kolebka zamorskiego handlu i morskiej sztuki wojennej, morze Śródziemne, przemawia tkliwie do marynarza, niezależnie od nasuwających się skojarzeń z awanturniczemi wyprawami i chwałą, wspólnem dziedzictwem całej ludzkości. To morze dało schronienie dziecięctwu żeglarskiego rzemiosła. Marynarz spogląda na nie jak na obszerny pokój dziecinny w starym, starym domu, gdzie niezliczone pokolenia jego rodu uczyły się chodzić. Mówię: jego rodu, ponieważ w pewnym sensie wszyscy marynarze należą do jednej rodziny; wszyscy są potomkami tego żądnego przygód kudłatego przodka, co siadł okrakiem na bezkształtną kłodę, i wiosłując koślawą gałęzią, dokonał pierwszej przybrzeżnej podróży w osłoniętej zatoce, rozbrzmiewającej pełnem zachwytu wyciem jego szczepu.
Jest rzeczą godną pożałowania, że wszyscy ci bracia w rzemiośle i uczuciu, którzy od pokoleń uczyli się chodzić na pokładzie statku w tym pokoju dziecinnym, niejednokrotnie zajmowali się tam również dzikiem podrzynaniem sobie gardła. Ale widać życie tego wymaga. Bez ludzkiej skłonności do mordu i innych rodzajów nieprawości nie byłoby nigdy historycznego bohaterstwa. Jest to myśl pocieszająca. A przytem jeśli spojrzymy bezstronnie na czyny gwałtu, wydadzą się mało ważne. Od Salaminy aż do Actium, przez Lepanto i Nil aż do morskiej rzezi pod Navarino, pomijając inne zbrojne spotkania mniejszej wagi, cała krew, wylana po bohatersku do Śródziemnego morza, nie splamiła ani jedną smugą purpury głębokiego lazuru klasycznych wód.
Można oczywiście dowodzić, że bitwy ukształtowały przeznaczenie ludzkości. Kwestja czy ukształtowały je dobrze, pozostałaby jednak otwarta. Ale niewarto chyba tego roztrząsać. Bardzo być może, iż gdyby bitwa pod Salaminą nigdy się nie odbyła, oblicze świata byłoby bardzo zbliżone do dzisiejszego, które zostało ukształtowane przez słabe natchnienie i krótkowzroczny ludzki trud. W następstwie długoletnich, nieszczęsnych doświadczeń wypływających z cierpienia, zła, hańby i napastliwości, narody ziemi rządzone są głównie przez strach — tego rodzaju strach, który zapomocą taniego krasomóstwa łatwo przemienić we wściekłość, nienawiść i gwałt. Niewinna, naiwna trwoga była przyczyną wielu wojen. Oczywiście nie trwoga przed samą wojną, którą wskutek ewolucji uczuć i idej zaczęto w końcu uważać za nawpół mistyczny i chlubny obrzęd o pewnego rodzaju ustalonym przez zwyczaj rytuale i przedwstępnych zaklęciach; zatraciło się w nich pojęcie o jej rzeczywistej naturze. Aby zrozumieć prawdziwą istotę, siłę, prawdziwą moralność wojny jako przyrodzonej funkcji ludzkości, trzeba mieć pióra zatknięte we włosach i kółko w nosie, albo — jeszcze lepiej — spiłowane zęby i wytatuowaną pierś. Powrót do tego rodzaju ozdób pełnych prostoty jest niestety niemożliwy. Jesteśmy przykuci do rydwanu postępu. Niepodobna się cofnąć; i jak chciał zły los, nasza cywilizacja — która uczyniła tak wiele dla komfortu i przyozdobienia naszych ciał oraz dla podniesienia naszego ducha — sprawiła że zabijanie uznane przez prawo stało się najniepotrzebniej w świecie strasznie kosztowne.
Sprawę doskonalenia zbrojeń podjęły rządy na tej ziemi ze zdenerwowaniem i bezmyślnym pośpiechem, a tymczasem właściwa droga leżała wyraźnie przed nami, i trzeba było tylko trzymać się jej ze spokojną stanowczością. Czuwanie po nocach i uczony trud pewnej kategorji wynalazców należało wynagradzać zaszczytami i hojnością, jak wymagała tego sprawiedliwość, a ciała rzeczonych wynalazców należało wysadzać w powietrze zapomocą ich własnych udoskonalonych środków wybuchowych oraz ulepszonej broni, i to z jaknajwiększym rozgłosem, co zalecała zwykła przezorność. Zapomocą powyższej metody zapał do badań w tym kierunku zostałby powściągnięty bez naruszenia świętych przywilejów nauki. Wskutek braku chłodnej rozwagi u naszych przewodników i władców nie poszło się tą drogą; poświęcono metodę piękną i prostą, nie osiągając żadnych realnych korzyści. Skromny umysł nie może się oprzeć uczuciu głębokiej goryczy na myśl, że w bitwie pod Actium — która rozgrywała się o stawkę nie mniejszą niż panowanie nad światem — flota cezara Oktawjana i flota Antonjusza, włączając w to egipską dywizję i galerę Kleopatry o purpurowych żaglach, kosztowały przypuszczalnie mniej od dwóch współczesnych okrętów wojennych, czyli podług żargonu współczesnych książek marynarskich, dwóch jednostek bojowych pierwszej klasy. Ale żaden prostacki żargon książkowy nie zasłoni powyższego faktu, który martwi niechybnie każdego ekonomistę o zdrowych poglądach. Nie zanosi się na to aby morze Śródziemne było kiedy świadkiem bitwy o donioślejszych następstwach; ale gdy przyjdzie czas na drugą bitwę historyczną, dno tego morza wzbogaci się jak nigdy mnóstwem poszarpanego żelastwa, opłaconego prawie na wagę złota przez obałamucone narody zamieszkujące wyspy i kontynenty naszej planety.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.