Zimowe palto

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Zimowe palto
Pochodzenie Próba ogniowa
Data wydania 1907
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Jan Rowiński i Adam Sobieszczański
Druk Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wincenty Szatkowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Zimowe palto.



Między papierami zmarłego przed kilku laty burmistrza Holst, znaleziono zapieczętowaną kopertę z następującym napisem: „Niniejsze pismo po moim zgonie ma być opublikowane w urzędowej gazecie królestwa Danii.”
Pismo to jednak, o ile mi wiadomo, dotąd opublikowane nie zostało.
Treść tegoż jest następująca:
„Życzę sobie — dla nauki naszych sądów, prawodawców i moralistów — aby zwrócili uwagę na kradzież, jakiej dopuściłem się w czterdziestym roku życia, a na rok przed powołaniem mnie przez Jego Królewską Mość na stanowisko burmistrza, w cichem, poczciwem miasteczku w którem przy wielkim udziale ludności mój dwudziestopięcioletni jubileusz urzędowania obchodziłem.“
Było to na zebraniu męzkim u landrata, dawno już zmarłego szambelana Lilje. Po obiedzie zasiedli do wista: szambelan, baron Ornehjelm, lekarz powiatowy dr. Colbein i ja.
Nastrój panował wesoły, gdyż przy stole wypiliśmy sporo, a po obiedzie... jeszcze więcej. Przy grze w karty protegowaliśmy szczególniej koniak i delikatny stary Charente.
Szczególniej silnie zamglony był baron. Podczas gry zachowywał się zbyt swobodnie, co nie licowało nawet z jego stanowiskiem społecznem, i wypowiadał zbyt szczerze swoją nadzwyczajną działalność w handlu końmi. Jeszcze dziś — mówił on — wkręciłem nieznającemu się na koniach pastorowi wiejskiemu parę starych szkap, za które najmniej sto talarów więcej zapłacił, aniżeli te chabety były warte.
Wyjął następnie wypchany pugilares z kieszeni i z tryumfem pokazywał nam pieniądze, zdobyte nieuczciwie od sługi Bożego, przyczem śmiał się z jego naiwności.
Zapaliwszy cygaro, sapiąc, grał dalej w karty zachowując się gorzej od stróża.
Ja byłem nieco zdenerwowany. Piłem, mówiąc między nami dużo i nawet przy kartach nie pozwalałem koniakowi wypoczywać; mózg mój jednak funkcjonował prawidłowo i dokładnie zdawałem sobie sprawę z tego co mówiłem i czyniłem.
Na mnie nadeszła kolej wyjścia, gdyż graliśmy z „dziadkiem”; odsunąłem więc nieco krzesło od stolika i... w tejże chwili zauważyłem na podłodze pod stołem pięćdziesięciotalarówkę. Byłem najpewniejszy i nieulegało żadnej wątpliwości, że ją baron zgubił, gdy wydobywał pugilares. Już byłem gotów do schylenia się, podniesienia banknotu i zwrócenia go właścicielowi... Nagle jednak ogarnęła mnie nieprzeparta chęć przywłaszczenia go sobie. Nie posiadałem nic więcej prócz mojej pensji. Była ona wystarczającą aby pędzić bez kłopotu życie kawalerskie, a przecież tak szczupłą, że dobrze liczyć musiałem, aby zadość uczynić wszelkim obowiązkom reprezentacyjnym, wymaganym od urzędnika.
w dodatku ciążyło na mnie uiszczenie pewnych długów z czasów studenckich; krótko mówiąc, pięćdziesiąt talarów stanowiły dla mnie poważną sumę.
Przebiegło mi przez myśl, że z pomocą tej sumy będę mógł sprawić sobie konieczne dla mnie palto zimowe.
Nie była to myśl odosobniona, gdyż jednocześnie nasunęła mi się uwaga, aby uniknąć podejrzenia kradzieży.
Błyskawicznie ułożyłem plan, który z zimną krwią wykonałem.
Pozornie zwracając uwagę na grę, wyjąłem świeże cygaro z kieszeni i obcinając koniuszczek upuściłem scyzoryk. Padł szczęśliwie, tuż przy piędziesięciotalarówce. Pozostali panowie byli tak zajęci grą i piciem koniaku, że nie zwracali na to żadnej uwagi.
Udając gniew, zakląłem, schylając się z pewną trudnością, podniosłem upuszczony przedmiot i jednocześnie schowałem banknot do kamaszka; przytem naturalnie baczną zwracałem uwagę aby go dostatecznie głęboko wcisnąć, i następnie nogawkę do należytego porządku doprowadzić.
Po operacji tej — która zaledwie kilka sekund trwała — wyciągnąłem się wygodnie w krześle, zapaliłem cygaro i puszczając z zadowoleniem kółka dymu, przysłuchiwałem się spokojnie krytyce gry, w czasie której baron nie przebierał w słowach.
Nadszedł pełen naprężenia moment przy obrachunku. Baron przegrał około dwunastu talarów. Wyjął pugilares, banknoty wyrzucił na stół i... począł w nich przebierać.
„A to miljoner!“ zagadnąłem z uśmiechem, temu należało trochę krwi upuścić... W tejże chwili ująłem kieliszek i przepiłem do doktora, prosząc go jednocześnie aby złożył moje uszanowanie małżonce. Jeszcze nie zdążyłem kieliszka wychylić, gdy usłyszałem głos barona: „Co u licha! brak mi piędziesięciu talarów!.. Wychyliłem spokojnie kieliszek, poczem zagadnąłem z uśmiechem: Widzisz baronie, za gorszego się przedstawiasz aniżeli jesteś. Widocznie okpiłeś księdza o piędziesiąt talarów mniej, albo też koniak landrata wywiera na ciebie inny skutek, aniżeli na innych.
Nam naprzykład wszystko się dwoi i zdaje nam się jak gdybyś pan był podwójnie pijany jak jest w rzeczywistości, gdy panu w oczach wszystko się przepołowią!...
Dowcip mój przyjęli wszyscy śmiechem, nawet baron. Po chwili jednak, gdy poraz drugi przeliczył zawartość pugilaresu, powtórzył: „Nie, jak pragnę zbawienia, brak mi piędziesięciu talarów.”
— Panie szambelanie, uczyń mi tę łaskę i przelicz raz jeszcze. Wychodząc z hotelu miałem ośm piędziesięciotalarówek, obecnie jest ich tylko siedm.
Ku ogólnej wesołości graczy, wziął landrat paczkę banknotów od barona i począł je liczyć na nowo.
Lekarz powiatowy a serdeczny mój przyjaciel, przyglądał się z tajemniczym zaciekawieniem scenie liczenia pieniędzy. Po chwili landrat oświadczył: Nie, tu jest tylko siedm biletów piędziesięciotalarowych; poczem zapytał poważnie: Czy pan tylko zupełnie jesteś pewny, że ośm ich być powinno?
„Tak, pijany nie jestem, na Boga, żebym nie wiedział co posiadam“ — odparł stanowczo baron. Gdy wychodziłem z hotelu, przeliczałem pieniądze, było wówczas ośm piędziesiątek; liczyłem je poraz drugi, gdym tu szedł bezpośrednio.
Powstała grobowa, nieprzyjemna cisza... Landrat po długiej, nieznośnej pauzie zabrał głos: „Przykro mi bardzo baronie, ale jeżeli pieniądze te tutaj były, to tutaj znaleźć się muszą.”
Przypominam sobie, że jakiś moment żałowałem nie barona, ale zacnego landrata, któremu wielce nieprzyjemnie było, że w jego tak powszechnie szanowanym domu coś podobnego się stało. Już miałem na języku sprawę całą w żart obrócić, wyjaśnić ją i zaginiony banknot zwrócić, lecz w ostatniej chwili powstrzymałem się; raz dla tego, że pieniądze zgubione pragnąłem przywłaszczyć, to znowu, że coś niewytłómaczonego podniecało mnie do przestępstwa o tyle ciekawego, że przestępcą i wykonawcą sprawiedliwości byłem ja w jednej osobie.
Powstało gorączkowe poszukiwanie zguby; zapytania i przypuszczenia krzyżowały się nieustannie.
Czy pan czasem banknotu tego nie włożył oddzielnie do kieszeni?... Czy pan po drodze nie wstępował do jakiego sklepu? Czy pan w hotelu dobrze liczył? A może banknot znajduje się w kieszeni innego tużurka?
Baron, który zazwyczaj był nieco szorstki, odpowiadał i to nie słodkim tonem, że o pomyłce nie może być mowy.
W końcu odezwałem się ja z źle ukrytą ironią w głosie, pozatem jednak zimno i praktycznie: „Ponieważ baron jest pewny swego, nie pozostaje nam, jego partnerom, nic więcej, jak poddać się ścisłej rewizji. Ja w tym wypadku, jako pierwsza bezpośrednia władza policyjna w mieście, proszę o bliższe rozkazy, panie baronie”.
Słowa moje nie wywarły zamierzonego skutku. Baron zrozumiał, że w takim domu, jak landrata, nie można stawiać kwestji zbyt ostro. Z miną magnacką odparł, że cała ta historja, to bagatelka i jutro na pewno sprawa się wyjaśni. Z pewnością, albo tutaj, albo w hotelu pieniądze się znajdą. Wogóle pięćdziesiąt talarów nie odgrywają u niego żadnej roli.
W nieco przykrym nastroju rozchodziliśmy się do domów. W przedpokoju szepnął mi landrat, że nazajutrz pragnie zemną pomówić.
Udałem się z doktorem do domu. W drodze ubolewaliśmy, że baron tak niewłaściwie się zachowywał. Gdyby nie był tak pijany, byłby wiedział, co czyni i mówi i z pewnością zajście całe nie przybrałoby tak drażliwego charakteru.
W rzeczywistości obraził on całe towarzystwo landrata, oskarżając je o kradzież.
Ja mówiłem o tej sprawie obszernie i z oburzeniem; przyjaciel mój przeciwnie, starał się całe zajście w żart obrócić.
— Gdyby tak nawet było, powiedz pan, gdyby w rzeczywistości pan, albo ja, wziął tę pięćdziesiątkę, nie byłoby to nawet moralnem tego głupca barona z jego mamony oskubać? Czy nie bylibyśmy narzędziem sprawiedliwej Nemezis? Czy oszukany pastor nie rozgrzeszyłby nas z tej winy?
— Nie sądźmy tych spraw tak powierzchownie — odparłem — ja z mej strony uważam kradzież za najwstrętniejsze przestępstwo. Pojmuję, że ktoś w uniesieniu zabije drugiego; w zbrodni takiej ukrywa się nieraz szlachetne, podniosłe uczucie. Usprawiedliwić też można kradzież popełnioną z głodu, ale kradzież, której motywem jest tylko chęć zdobycia, to zbrodnia pospolita!
W czasie wypowiadania tych frazesów, radowałem się z czystości głosu, który ani zadrgał przy wygłaszaniu tych wzniosłych zasad. Jednocześnie myślałem o tem, żeby czasem pięćdziesięciotalarówka nie wysunęła mi się z kamaszka.
Na rynku rozeszliśmy się z doktorem. Jak tylko sam pozostałem, schyliłem się, aby sprawdzić, czy pieniądze w bucie się znajdują i wydobyłem je, aby w bezpieczniejszem miejscu ukryć.
Wesoły, pogwizdując, wracałem do domu, planując, że prędzej banknotu nie zmienię, aż pensji nie podniosę z kasy. Co trzy miesiące będę kilka grubszych banknotów zmieniał w banku miejskim, aż do wymiany pięćdziesiątki.
W domu poleciłem rzęsiście oświetlić mieszkanie, wydobyłem buteleczkę wspaniałej madery i zapaliłem wyborne cygaro. Teraz z pewnością baron pali jedno z tych cygar, które w oczach moich zabrał z pudełka landrata. Czy w rzeczywistości jest on lepszym odemnie?...
Czułem się w wybornym humorze, przyglądając się pięódziesięciotalarówce, leżącej na stoliku obok kieliszka z winem. Ogarnęło mnie uczucie zadowolenia, jakie objawia się przy wygranej na loterji, albo przy otrzymanym spadku.
Zanim udałem się na spoczynek, schowałem banknot między paczkę listów, które na strychu w niezamkniętej walizie leżały. Kryjówka ta, dla tego, że wszystkim dostępna, wydawała mi się najpewniejszą.
Dnia następnego najpierw udałem się do krawca i obstalowałem sobie palto zimowe. Miało być podbite jedwabiem. Palto to było jakby darowane, dlaczego więc nie miałem zadysponować sobie zbytkowniejszego okrycia grzbietu?
Od krawca udałem się wprost do landrata, którego zastałem w biurze. Powitał mnie serdecznie, choć z nieco nachmurzoną miną.
— Kochany burmistrzu! powiedz sam, czy to nie fatalna była wczoraj historja? Co mi pan radzi uczynić? Nie można sobie tego inaczej tłómaczyć, jak tylko skradzeniem pieniędzy przez służbę. Dopuścił się tego albo mój stary Lars, albo lokaj najęty. Doprawdy, rzecz trudna do pojęcia... znam obu, jako z gruntu uczciwych ludzi, a przecież podejrzenie pada na nich. Przykra to rzecz, bo obu za żadną, cenę niechciałbym w jakikolwiek kłopot wprowadzić, obaj są ojcami rodziny i obaj oddani memu domowi. Życzę więc sobie, aby całe zajście pokryć milczeniem. Dlatego postanowiłem napisać do barona, iż po rozejściu się gości banknot się znalazł i w liście pieniądze odeślę. Pan na moim miejscu z pewnością uczyniłbyś to samo. Jedyne to wyjście. Czy tu może jeszcze zachodzić jakie podejrzenie? Powiedz sam, drogi przyjacielu?
Tu nadmienić należy, że szambelan Lilje nie był zbyt świetnie sytuowany; nie posiadał też osobistego majątku, któryby mu ułatwiał prowadzenie domu na wyższej stopie, co koniecznem jest na stanowisku landrata.
Przykro mi się zrobiło na myśl, że on bogatemu baronowi chce zwracać pięćdziesiąt talarów; sumę, która dla tego karciarza nic nie znaczyła, a w każdym razie w budżecie jego żadnej roli nie odgrywała.
Dla tego też odezwałem się:
— Drogi szambelanie, pan sprawę tę zbytnio bierze do serca. Ja przynajmniej nie jestem pewny, czy baron rzeczywiście jakie pieniądze zgubił. Nawet wszyscy się na jedno zgadzamy, że był zbytnio podchmielony i nie wiedział, co plótł. Kto wie, czy on wogóle co zgubił? Radzę panu z listem jeszcze się nie spieszyć. Zobaczymy, jaki obrót sprawa przybierze.
Uspokoiłem w ten sposób nieco szambelana, poczem natychmiast pospieszyłem do hotelu.
Baron, jak się tego spodziewałem, nie wstał jeszcze, zastałem go w łóżku.
— Mówiąc między nami baronie, obaj jesteśmy kawalerami. — Czy pan, naturalnie jeżeli dojdzie do śledztwa, będziesz mógł stwierdzić, że po dokonaniu tranzakcji z końmi, to jest po wyjściu od pastora, a przed obiadem u szambelana nie byłeś w jakim miejscu, gdzie ta nieszczęsna piędziesięciotalarówka mogła zginąć?
Ja nie tylko jestem kawalerem, ale także burmistrzem, a w czasie mego urzędowania dowiedziałem się o pewnym buduarze w „Grapengiesser”.
Baron zrozumiał mnie, utrzymywał jednak stanowczo, że na ulicy „Grapengiesser” nie mógł pieniędzy zgubić; dla zapobieżenia jednak plotkom małomiejskim i dalszym nieprzyjemnościom, wreszcie ze względu na osobę zacnego landrata, którego pragnął zasłonić od drwinków i jakichkolwiek przykrości, napisał list, w którym donosi, że zgubiony banknot znalazł się w hotelu i za całe zajście przeprasza serdecznie.
Tak zakończyła się powyższa sprawa, ku ogólnemu zadowoleniu naszego towarzystwa. Nowe palto, nabyte za pieniądze barona, było świetne i oddawało mi przez długie lata wyborne usługi. Gdy już podstarzało się i na spacery używać go nie mogłem, służyło mi jako szlafrok, gdy było zimno w sali sądowej.
Przyczyniło się ono do niejednego łagodnego wyroku w drobnych przestępstwach, popełnianych z biedy.
Ono też, w czasie gdy było nowe i wspaniałe, przysłużyło się do zdobycia ręki najukochańszej mojej małżonki, z którą przez dwadzieścia lat najszczęśliwiej żyłem. Niewiasta ta wniosła w dom posag, który mi ułatwił życie i powstrzymał od powtórzenia kradzieży, która, przysięgam, jedyną była w życiu.
Jestem pewny, że po mojej śmierci wszyscy mówić będą, że zachowywałem się na urzędzie wzorowo i byłem czysty jak łza. Tak było... z tym jednym tylko, tu opisanym wyjątkiem.
Wyjątek ten nie powinien jednak pozostać tajemnicą. Bo czyż on nie jest pouczający, że człowiek na urzędzie taką drogą zdobywać musiał palto i żonę?...
Czy w tych warunkach źle uczyniłem, dopuszczając się kradzieży, niech surowy czytelnik sam osądzi.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Wincenty Szatkowski, Peter Nansen.