Zenit i Nadir

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Zenit i Nadir
Pochodzenie Ziemia, siostra daleka
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1936
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub Pobierz Cały tomik jako PDF Pobierz Cały tomik jako MOBI
Indeks stron
ZENIT I NADIR

Jak narciarz, który zawisa nad stokiem
u szczytu, zanim spłynie długo, płasko,
w niedotykalny cel — przestwór go chłonie,
śniegu strunami sunący naprzeciw,
smagając ciszą, widną pustką blasków
(płótno rozpięte zbyt czujnie, by przetrwać};
poczem zerwane ramy: malowidło,
narysowane kredą i kobaltem,
smugami wukos krajane śniademi,
wypukle ku źrenicy kotłowiskiem
czarno-zielonem okapuje, złocąc
boleścią twarze, obrane ze skóry;
podobnie zenit snu, gdy padasz martwy.
Harmonjo! — budzisz się ku ślepej jawie,
niechętnie kontur wydzielając ciała,
kreśląca palcem, odłamanym szaro,
linje napozór ostre (których niema),
by runąć w lustro, w chlupot triumfalny;
okaleczałą wyłamujesz wargę,
rąbek posągu, a on gada obco.
Powracać dokąd? Nieswojemi dłońmi
jak kształt wyciosać, by trwał podobłoczny,


uchwytny jak melodja na krawędzi
czystości? Drapiąc paznokciami mury,
otynkowane tęczą, z piór i szczebli
wybudowano ciało, żłopiesz, jęcząc.
Niewiedzieć jaka twarz, to tylko Maska,
z tysięcy oblicz przemieszana w całość,
tak przeraźliwie ułamkową w stopie,
jak płocha woda. Ku czemu odrywasz
usta, napchane gładkością, po skórze
błądzące słono, po stromym marmurze?
Chrupiące kolan kolumny, ramiona
odrąbywane toporem zachwytu,
tułowia przygwożdżone, trące płasko
piersi o piersi, by zrodzić potwora.
Tak Venus wschodzi, ze śliny złączonej
w pianie i w locie, puginałem drwiącym
przeszywa. Oto zabójcza prostota,
muzyka, która plwa, niesfałszowana,
nareszcie z wzniosłych ciał zlepiona Muza,
pod bielą spazmu niezaspokajalna
doskonałości żądza, śmierć przeźrocza.
Jesienną słychać piszczałkę, Harmonjo,
wilgotne rzęsy, wywinięte z rtęci,
lustrzaną rosą skraplają murawę,
która rozpływa się obłocznie w zenit,
w oko, wyżarte ulewą pogodną.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.