Zbrodniarz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Zbrodniarz
Pochodzenie 20 opowiadań
Data wydania 1937
Wydawnictwo Śląskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze „Polonia” S. A.
Miejsce wyd. Katowice
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Злоумышленник
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Zbrodniarz

Przed sędzią śledczym stoi mały, przeraźliwie chudy chłopak w zgrzebnej koszuli i łatanych spodniach. Jego zarośnięta, dziobata twarz i oczy, ledwo widoczne z poza gęstych obwisłych brwi, mają wyraz posępnej surowości. Gęsta, splątana, dawno nieczesana czupryna nadaje jeszcze więcej surowości jego obliczu.
— Denis Grigoriew, — zaczyna sędzia — podejdź bliżej i odpowiadaj na moje pytania. Siódmego lipca drożnik kolejowy Akimow, obchodząc rano tor, schwytał cię na odkręcaniu nakrętki, jakiemi przymocowuje się szyny. Oto ta nakrętka, zatrzymał cię z nią. Czy tak było?
— Czego?
— Czy tak było, jak mówił Akimow?
— Wiadoma rzecz, że było.
— Dobrze, a po cóżeś odkręcał?
— Czego?
— Daj pokój z tym „czego“, a odpowiadaj na pytania: pocoś to odkręcał?
— Gdyby nie była potrzebna, tobym nie odkręcał. — odpowiada ochrypniętym głosem Denis, patrząc na sufit.
— Na co ci była potrzebna ta nakrętka?
— Nakrętka?... My robimy z nich ciężarki.
— Kto to — wy?
— My, to jest naród... To jest chłopi z Klimowa.
— Słuchaj, nie udawaj idioty i mów do rzeczy, po co masz kłamać o jakichś ciężarkach.
— Nigdy nie kłamałem, a teraz od razu niby kłamię? — mruczy Denis, mrugając oczami. — Czy można bez ciężarka, panie sędzio. Jeżeli osadzić żywca na haczyku, to czy pójdzie od na dno bez ciężarka? Kłamię... — uśmiecha się Denis. — A po diabła żywiec, jeżeli będzie on na powierzchni pływał? Okoń, szczupak, lin, zawsze się na dnie łowią, a na powierzchni to tylko płotka i to bardzo rzadko. W naszej rzece nie ma jej... Ta ryba wymaga dużej przestrzeni...
— Po co ty mi o jakiejś płotwie opowiadasz?
— Czego? A przecież pan sam pytał się. U nas i panowie łowią tak samo. Najmniejszy dzieciak nie będzie łowił bez ciężarka. Kto nie ma o tym pojęcia, ten, rozumie się, łowi bez ciężarka. Na głupców nie ma rady.
— Więc mówisz, że odkręcałeś tę nakrętkę, żeby zrobić sobie z niej ciężarek.
— A po cóżby? Nie dla zabawki przecież.
— Ale na ciężarek taki mogłeś wziąć ołów, kulę jakąś, gwóźdź?...
— Ołowiu na drodze się nie znajdzie, trzeba kupić, a gwóźdź się nie nadaje. Lepszego ciężarka, jak nakrętka, nie ma... I ciężka i dziurkę ma ...
— Udajesz głupiego... Jakbyś się wczoraj urodził, albo z nieba spadł. Czy ty nie rozumiesz, ośla głowo, do czego prowadzi takie odkręcanie? Gdyby drożnik nie spostrzegł, pociąg by się wykoleił, ludzie by się pozabijali. Tybyś ludzi pozabijał!
— Niech Pan Bóg broni, panie sędzio! Po co to ludzi zabijać! Czy to my nie jesteśmy chrzczeni, albo zbóje jacyś! Bogu dzięki, żyliśmy, panie łaskawy, dotychczas i nie tylko nie zabijaliśmy nikogo, ale nawet nam to na myśl nie przychodziło... Niech nas Matka Boska broni!... Co pan gada!...
— A wskutek czego, według ciebie, bywają katastrofy kolejowe? Odkręć dwie i trzy zakrętki i katastrofa gotowa!
Denis uśmiecha się i mruży oczy złośliwie.
— Ale od lat już cała wieś odkręca zakrętki i chwała Bogu nic się nie stało, a teraz od razu — katastrofa.. zabójstwo... Gdybym szynę zabrał, albo dajmy na to, kłodę drzewa w poprzek na szyny położył, wtedy, ma się rozumieć, pociąg by się przewrócił, ale zakrętka — wielka rzecz!
— Zrozumże nareszcie, że tymi zakrętkami szyna jest przymocowana do podkładów.
— To my rozumiemy... Przecież nie wszystkie odkręcamy. Zostawiamy... Nie po głupiemu robimy... Rozumiemy dobrze... — Denis ziewa i robi znak krzyża.
— W zeszłym roku wykoleił się pociąg... — mówi sędzia śledczy. — Teraz rozumiem, dlaczego...
— Co takiego?
— Teraz rozumiem, dlaczego w zeszłym roku pociąg się wykoleił! Rozumiesz?
— Na to wykształceni jesteście, dobrodzieje nasi, żeby wszystko rozumieć. Bóg wiedział, komu dać rozum... Pan też rozpatrzył, co i jak, a ten drożnik, prosty chłop, bez wszelkiego rozumu, łapie mnie za kołnierz i ciągnie... Przedtem rozważ dobrze, a potem ciągnij. Wiadoma rzecz. Chłop i chłopski rozum... Niech pan z łaski swojej zapisze także, że dwa razy dał mi w zęby i w pierś uderzył...
— Przy rewizji znaleziono u ciebie jeszcze jedną zakrętkę... Kiedy i w jakim miejscu ją odkręciłeś?
— To pan mówi o tej mutrze, co to leżała pod czerwoną skrzynką?
— Nie wiem, gdzie leżała, ale znaleźli ją u ciebie. Kiedyś ją odkręcił?
— Ja jej nie odkręcałem, tylko dostałem ją od Ignaca, syna Siemiona... Mówię o tej, co była pod skrzynką, a tę, co była w sankach na dworze, tośmy ją razem z Mitrofanem odkręcili.
— Z jakim Mitrofanem?
— Z Mitrofanem Pietrowym... Nie słyszał pan o nim? Sieci u nas robi i nawet panom sprzedaje. Tych zakrętek potrzeba mu nie mało. Na każdą sieć z dziesięć sztuk...
— Posłuchaj, paragraf tysiąc osiemnasty pierwszej ustawy karnej mówi: „Za każde świadome uszkodzenie kolei żelaznej, jeżeli naraża ono na niebezpieczeństwo idący po torze pociąg i jeżeli winowajca wiedział, że skutkiem tego może być nieszczęście... — Rozumiesz — wiedział? A ty nie mogłeś nie wiedzieć, do czego prowadzi to odkręcanie... — zostaje skazany na zesłanie do katorgi...“
— Rozumie się, pan lepiej wie... My ludzie ciemni... Czy my co rozumiemy?
— Wszystko rozumiesz! Ale kłamiesz, udajesz.
— Po co kłamać? Niech się pan spyta we wsi, jeżeli pan nie wierzy. Bez ciężarka tylko ukleje się łowi, nie ma marniejszej ryby od kiełbia, a i ten nie da się złowić bez ciężarka.
— Jeszcze o płotwie mi zacznij opowiadać. — uśmiecha się sędzia.
— Płotwy u nas nie ma. Zarzucamy wędkę bez ciężarka na powierzchnię na karpie, ale rzadko biorą.
— No, dosyć...
Następuje milczenie. — Denis przestępuje z nogi na nogę, patrzy na stół, pokryty zielonym suknem i gwałtownie mruga oczami, jakby widział nie sukno, lecz słońce. Sędzia śledczy pisze coś pośpiesznie.
— Mogę odejść? — pyta Denis po krótkim milczeniu.
— Nie! Muszę cię zaaresztować i odesłać do więzienia.
Denis przestaje mrugać i podniósłszy swe gęste brwi patrzy pytająco na urzędnika.
— Jak to do więzienia? Wasza Wielmożność! Ja nie mam czasu. Muszę na jarmarku odebrać trzy ruble za masło.
— Milczeć! Nie przeszkadzać!
— Do więzienia... Gdyby było za co... tobym poszedł, a tak ni stąd ni zowąd... Za co?... Przecież nie kradłem, ani się nie biłem... A jeżeli wedle podatków, to niech pan nie wierzy wójtowi. Sumienia nie ma ten wójt...
— Milczeć!
— Ja i tak milczę. — mruczy Denis. — A na to, co wójt nazmyślał w raporcie, to gotów jestem przysiąc... Jest nas trzech braci, Jegor, ja i...
— Przeszkadzasz mi! Hej, Siemionie! — krzyczy sędzia. — Wyprowadzić go!
— Jest nas trzech braci... — mruczy Denis, podczas kiedy dwóch tęgich żandarmów wyprowadza go. — Brat za brata nie odpowiada... Kuźma nie płaci, a ty Denisie odpowiadaj.... Sędziowie, umarł nieboszczyk pan generał... Panie świeć nad jego duszą, on by wam, sędziom pokazał... Trzeba sądzić z rozumem, a nie byle jak... Cóż, bij, jeżeli jest za co, ale wedle sumienia...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.