Z legend o Janosiku/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Z legend o Janosiku
Podtytuł Janosik i kupcy
Pochodzenie Mój świat
Pieśni na gęśliczkach i malowanki na szkle
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wydania 1926
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawn. „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
JANOSIK I KUPCY.
II.

Idą takie czasy
Różnemi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.

Bierze Janik wody,
Bez kładki i mostka,
Z nim razem Baczyński
I Napierski Kostka.

Lotem przeskakują,
Jak płomyki skrawe,
I wierszyk i przełęcz,
I staw i siklawę.

Tak szli, rozmyślając,
Jakby też najprędzej
Można świat góralski
Wyrwać z jego nędzy.

I coby uczynić,
By wnet zapomniały
Kozice, co znaczą
Sent-iwańskie[1] strzały.

Tak idąc, swej myśli
Całkiem zaprzedani,

Odrębują sople
Od skalistych grani.

Lód się rozpryskuje,
Słońce przebłyskuje,
Czują radość w sercu
Harnasiowie zbóje.

Tak idąc, tak pędząc
Wśród skoków, hołubców,
Napotkali w drodze
Miszkułackich kupców.

Miszkułackie kupcy
Nawyknieniem starem
Wyruszyli w drogę
Z kosztownym towarem.

W beczkach drogie wino
Wiozą do Krakowa,
W kufrach się niejeden
Altembasik chowa.

Jedwab na żupany,
Atłas na kontusze,
Twarde złotogłowia
I mięciutkie plusze.

„Jakże-ż to być może“,
Janosik zawoła,
„By taka nierówność
Władnęła dokoła.

„Hej-że, hej! — powiadam,
Jakże-ż to być może,

By ten chodził nago,
A tamten w bisiorze.

Niech chodzi, niech chodzi,
Jak mu się podoba,
Jeno niech ma portki
Góralska osoba.

„Miszkułackie kupcy“ —
Tak do kupców powie, —
„Ja pójdę wasz towar
Rozsprzedać w Krakowie.

Wam, panowie kupcy,
Zostać tu wypada,
Od luf szent-iwańskich
Chronić kozic stada.

Jest ich tutaj pełno
Na Hrubym, Krywaniu,
Lubią na tem skalnem
Legiwać posłaniu.“

Co rzekł, to uczynić
Było mu drobnostką:
Pomknął do Krakowa
Z Baczyńskim i Kostką.

Towar pośród mieszczan
Sprzedał należycie
I zakupił wełny
Na chłopskie okrycie.


„Widzę beczki wina,
Zacne to napoje,
Radbym pokosztować,
Ale to nie moje.“

Po niejakim czasie
Powrócił z podróży
Do Ciemnych Smereczyn
Pod krzak dzikiej róży.

Miszkułackich kupców
Zawezwał do siebie,
Obliczył się jasno,
Jak słońce na niebie:

„Zato-m nabył płótna,
Zato-m kupił wełny
Macie tu, kupcowie,
Mój rachunek pełny.

Coś z tego rachunku
I wam się należy,
Jako-żeście dobrze
Strzegli moich zwierzy.

A to wam za drogę,
To mnie za fatygę:
Nikogo nie golę,
Nikogo nie strzygę.

Rozdam między biednych
To swoje grosiwo
I zbuduję w Dębnie
Kościół, istne dziwo.


Wam się tutaj żadna
Krzywda, snać, nie stała,
A już wasza dusza
Będzie bardziej biała.“

Z takich obrachunków
Kupcy byli radzi:
Takiego zbójnika
Spotkać nie zawadzi.

Idą takie czasy
Różnemi drogami,
Kiedy się zrównają
Góry z dolinami.




Przypisy

  1. Sam widziałem na Hrubym i Krywaniu liczne stada kozic i polowania na nie, urządzane przez właścicieli tych okolic, węgierskich magnatów Szent-Iwanji-ch.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.