Z »Exodus« (Rozdział XIX)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Z »Exodus« (Rozdział XVII) Z »Exodus« (Rozdział XIX) • ze zbioru Poezye T. 2 • Kazimierz Przerwa-Tetmajer Sen rzeczywisty
Z »Exodus« (Rozdział XVII) Z »Exodus« (Rozdział XIX)
ze zbioru Poezye T. 2
Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Sen rzeczywisty

(Rozdział XIX).



A w dzień trzeci ony
Po ranu, błyskawice błysły na niebiosach
I niebo było głowie podobne zmierzwionej
Smoka, gdzie wicher igra w płomienistych włosach.

A kiedy błyskawice pruły nieb sklepienie,
Jak mewy prują morze skrzydeł swoich końcem,
Połyskując piórami pod słońca promienie,
Podobne do pierzastych strzał, olśnionych słońcem:

Grzmot z rykiem się przewalał przez ciche bezmierza,
Jak bawół, co na pustkach stepowych się tarza,
Łbem rogatym potężnie o ziemię uderza,
I rykiem gardła płoche gazele przeraża.

A kędy obłok zawisł gęsty i ponury,
Jak dym chmurą zawisa nad płonącym domem,

Ponad wierzchem Synai, wniebowstępnej góry:
Grały trąby mosiężne z rozgłosu ogromem.

I pruł falę powietrzną rozgłos trąb ze grzmotem,
Jako stado delfinów, co ocean porze,
Z płetw i nozdrzów hałasem, z ogonów łoskotem,
Podobne wichrom, szumem pędzącym po borze.

Jak ciężkie chmury, z za gór wygonione tuczą,
Lecą i na przestworach wiszą widnokręga:
Grzmoty trąb, z nieb wysokich spadające, huczą,
A pokąd jasność słońca sięgnęła, grzmot sięga.

I lękał się lud w trwodze, a Mojżesz z obozu
Wywiódłszy go, naprzeciw Bogu wiódł ku górze
Wśród deszczów niepokoju i przerażeń mrozu —
I szli, kędy płomienne wichrzyły się kurze.

Albowiem na Synai, skąd szedł kurz płomieni
I dym buchał kłębami: zstępował z niebiosów
Pan, wśród błyskawic skrzących i ogniów czerwieni,
Ryczących gromów i trąb mosiężnych rozgłosów.

I drżała wszystka góra od stóp aż do głowy,
I drżała wszystka ziemia, co przyległa w trwodze,
Jak lwica, gdy zobaczy z pustyni stepowej
Las na wzgórzach Libanu w łunie i pożodze.

I drżało słońce krwawe i odmęty w morzu,
I drżąc niebo dzwoniło gwiazdy niewidnemi,
A jako kuropatwy przypadają w zbożu,
Gdy wzleci jastrząb — wichry przypadły ku ziemi.

I gdy trąby ogromne brzmiały coraz dalej
I coraz to potężniej: zstąpił pan na górę
W dymu, ognia i grzmotu wichrzącej się fali,
Otoczony w obłoków siność i purpurę.

I wezwał Pan Mojżesza na wierzch góry onej
I drżał Mojżesz, jakgdyby z przepastnych bezdeni
Wystąpiwszy, ocean ku niebu spiętrzony,
Wsparł się na górze pośród ryczących płomieni.

I drżał Mojżesz, jak gdyby ogień z wnętrza ziemi
Wystąpiwszy, przez chmury okolon ryczące,
Pętał płomienie swoje z blaski słonecznemi
I na głowie położył, jak koronę, słońce.

I w chmurze się ukazał Pan, ścieląc ciemnotę
W źrenicach Mojżeszowych, pod dłoniami skrytych,
Jakoby mu na oczy padło słońce złote,
Wśród trzasku gwiazd, urwanych z śrub w niebiosa wbitych.

I padł Mojżesz na twarz swą przed Pańskiem obliczem,
I w sercu się przed Pańskim korzył majestatem,
I znikł wzrokowi ludu w mroczu tajemniczem,
A lud stał pod sinością nieba i szkarłatem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.