Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Ósma/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Ósma
Rozdział Rozdział VII
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Cała Księga Ósma
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

ROZDZIAŁ VII.
O mocnem wzruszeniu jego duszy w czasie Potcyana powieści.

Potycyan opowiadał to zdarzenie, ale ty Panie w czasie jego mowy obracałeś mnie naprzeciw mnie samemu[1], zasłoniłeś mój grzbiet, przed który siebie stawiałem, kiedym   widzieć się nie chciał, a stawiłeś mnie przed moje oblicze, abym całą moję zgrozę i szpetność obaczył, jak jestem wykrzywiony niekształtny i nieczysty; jakie są skazy i wrzodliwość méj duszy. Widziałem się niestety! a ten widok sromotny całego mnie przeraził; nie było ustronia, do któregobym uszedł od siebie. A chociażem usiłował odwrócić moje oczy od siebie, ten człowiek ciągle i coraz jaśniéj opowiadał, tyś mnie znowu sławiał przede mnie, i oczy moje mną samym wykłówał, abym tém jaśniéj poznał nieprawość moję. Znałem ją dobrze; lecz pokrywałem ją, pobłażałem jéj i wypuszczałem ją z pamięci. Wtedy atoli, im więcéj czułem w sobie gorącéj miłości ku owym sługom twoim, słysząc o zbawienném ich serc uniesieniu, że z całą ufnością twéj opiece się zupełnie i zaraz pddali, z tym większą obrzydliwością i zgrozą w porównaniu z niemi siebie rozważając, nienawidziłem się i surowo obwiniałem. Ponieważ tak wiele już lat moich ze mną pospołu płocho i napróżno upłynęło (pewnie dwanaście lat skończyło się, od dziewiętnastego roku mojego życia, kiedy czytanie Hortenzyusza Cycerona wznieciło we mnie miłość mądrości), odkładałem przecież poświęcenie ziemskiego szczęścia dla wyśledzenia téj prawdziwéj szczęśliwości, któréj nie już posiadanie, ale nawet samo jéj szukanie przekładać należało nad odkrycie bogatego skarbu i królestwa narodów, i nad wszelkie ciała roskosze, w których miłośnicy ich, każdéj chwili opływać mogą.
Lecz niestety ja, nader nieszczęśliwy młodzieniec, na samém wstępie mojego młodzieństwa nieszczęsny, prosiłem cię o czystość i mówiłem: „daj mi czystość i powściągliwość,“ lecz nie teraz jeszcze. Bałem się, że mnie rychło wysłuchasz i nagle uleczysz z choroby méj żądzy, którą raczéj chciałem nasycić się, niżeli ją w sobie wygasić. Błąkałem się więc po nieprawych i krętych drogach świętokrackiego zabobonu; a chociażem nie widział w nim nic pewnego, miałem go jednak jakby przewodniem pomiędzy innémi naukami, których nie byłem pobożnym i szczérym uczniem, ale zapalonym i nieubłaganym ich prześladowcą.
Mniemałem więc, żem nie dla innego powodu spóźniał ode dnia do dnia ów zbawienny zamiar, który doradzał mi wzgardzić wątłą nadzieją świata, a do ciebie ściśle przywiązać się, jedynie, żem nie widział przed sobą jasnéj pochodni, wedle któréjbym bieg życia mojego urządził. Ale już nadszedł ów dzień błogi, w którym ujrzałem się cały przed sobą obnażony, i strofowało mnie sumienie moje, mówiąc mi niejako: gdzieżeś się podział języku? wszakżeś mówił, że dla niepewnéj prawdy, nie chcesz zrzucić z siebie brzemienia próżności. Oto już teraz wszystko pewne, a jeszcze cię twoje brzemie dogniata; oto do swobodnych od świata barków skrzydła wiary przybierają i ku niebu się unoszą, którzy, ani tak ciężkiéj pracy w badaniu sobie nie zadawali, ani dziesiątka lat z górą na głębokiéj rozwadze nie strawili. Tak dręczyłem się wewnątrz i napełniałem się wielkim wstydem i hańbą, gdy Potycyan opowiadał te budujące przykłady.
Po skończonéj mowie i oznajmionym powodzie jego przybycia odszedł. W ówczas to dopiéro, jakichże nie czyniłem sobie wyrzutów? Jakżem srogo méj myśli biczami uchłostał moję duszę, pobudzając ją, aby szła za mną usiłującym połączyć się z tobą; ale się opiérała. Odmawiała mi, ale się nie uniewinniała. Wszystkie jéj dowody i przyczyny już były wyczerpane i rozwiązane, została tylko niema trwożliwość. Lękała się ona jako śmierci, skrócenia wodzów swoich w upajaniu się nałogiem, z którego śmiertelnemi nasiąkła suchotami.




Przypisy

  1. Tu Augustyn żywo zastanawiał się nad sobą i rozważał niecne uczynki swoje.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.