Wyznania (Augustyn z Hippony, 1847)/Księga Ósma/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Augustyn z Hippony
Tytuł Wyznania
Część Księga Ósma
Wydawca Piotr Franciszek Pękalski
Data wydania 1847
Druk Drukarnia Uniwersytecka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Piotr Franciszek Pękalski
Tytuł orygin. Confessiones
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

KSIĘGA ÓSMA.


ROZDZIAŁ I.
Udaje się Augustyn do Symplicyana z prośbą o doradzenie mu sposobu życia.

Mój Boże, niech to przypomnienie życia mojego będzie tobie dziękczynieniem, i niech wyznam twoje nade mną miłosierdzie. Niech twoja miłość napełni wszystkie kości moje i niech powiedzą: Panie, któż podobien tobie[1]? „potargałeś pęta moje; tobie ofiaruję ofiarę chwały[2].“ Opowiem jakim potargałeś je sposobem: i wszyscy którzy ciebie czczą, słysząc to moje wyznanie powiedzą: „Błogosławiony niech będzie Pan w niebie i na ziemi: wielkie i cudowne imie jego.“
Słowa twoje przypoiły się do serca mego, a obecność twoja zewsząd mnie otaczała. O wieczném życiu twojém byłem pewny; „aczkolwiek widziałem je pod zasłoną i w zwierciadle[3].“ Téj wątpliwości żadnego we mnie szczętu już nie pozostało: że nieskazitelna twoja istota jest każdéj istoty początkiem; i nie pragnąłem być o tobie pewniejszym, ale stalszym w tobie. Względem atoli doczesnego życia mojego wszystko się chwiało, i było już moje serce przygotowane do oczyszczenia „z kwasu starego;“ tedy podobała się „droga“ którą jest sam Zbawiciel; alem się jeszcze lękał iść wązką jego ścieszką, cierniem nasterczoną. Natchnąłeś tajemnie myśl moję i uznałem to dobrem dla mnie, aby iść do Symplicyana, który mi się wydawał wiernym sługą twoim, bo i łaska twoja w nim jaśniała. Dowiedziałem się niemniéj, że od najmłodszych lat swoich w gorącéj ku tobie pobożności przebiegł życie swoje. Już wtedy starzał się, a długi przeciąg swojego wieku na gorliwéj robocie około drog twoich strawiony, upewniał mnie o jego obszernéj nauce i doświadczeniu; i nie byłem zawiedziony. W rozmowie z nim wystawiłem mu duszę moję nawałą powątpiewań miotaną; chciałem się od niego dowiedzieć, jakim sposobem burzliwość jéj ukoić, i na twoję niemylną drogę ją sprowadzić; bom widział twój kościół napełniony, lecz każdy w nim za inną szedł ścieszką.
Jużem sobie obrzydził prowadzenie takiego żywota na świecie, nieznośnym byłem dla siebie ciężarem; bo zapał żądz moich przygaszony, nie znajdował już więcéj w nadziei sławy i majątku swojego żywiołu do znoszenia cierpliwie twardego jarzma tak ciężkiéj niewoli. Już te nadzieje utraciły cały swój powab i roskosz dla mnie ceniącego wyżéj twoję słodycz „i ozdobę domu twojego, który umiłowałem[4].“ Témi atoli więzami, któremi jeszcze silnie byłem zkrępowany: była to niewiasta; ile że i Apostół nie zabraniał mi małżeństwa, chociaż zachęca nas do stanu doskonalszego, gorąco pragnąc, aby wszyscy ludzie takiemi byli, jak on, bezżenni. Ale czując się jeszcze słabym, obierałem dla siebie stan łagodniejszy, i z tego jedynie powodu słaby i wynędzniały utrapieniami, wlokłem się ku reszcie innych trosk, których ciężaru unikając indziéj, tu przyznać byłem zpowodowany, przeto, że one przystoją życiu małżeńskiemu, które wszystkie moje zamiary wiązało. Słyszałem z ust wiecznéj prawdy: „że są rzezańcy, którzy się sami otrzebili dla królestwa niebieskiego: ale kto to może pojąć, niech pojmuje[5];“ mówi Zbawiciel. Nikczemni są zapewne wszyscy ludzie, w których nie masz znajomości Bożéj i z tych rzeczy dobrych, które widzą, nie mogli zrozumieć tego „który jest.“ Lecz wtedy już wyszedłem z téj nikczemności; prowadzony świadectwem całego ogółu twojego stworzenia, znalazłem cię Stwórcę naszego, i u ciebie Słowo twoje Boga, z tobą i z Duchem św. jednego Boga „przez które stworzyłeś wszystko[6].“
Inny jeszcze jest rodzaj bezbożnych; „którzy poznawszy Boga, nie chwalili go jako Boga, ani mu dziękowali[7]“ nasiąknąłem i ja zasadami takich ludzi: „ale potężna prawica twoja broniła mnie[8];“ ztamtąd wywiodłeś mnie i na drodze bespiecznéj postawił. Boś ty powiedział człowiekowi: „Oto bojaźń Pańska jest prawdziwą mądrością[9]“ i nie bądź sam u siebie mądrym[10]“ albowiem powiadają się być mądrymi, a głupiemi się stali[11].“ „Znalazłem już wtedy owę kosztowną perłę, którą wypadało mi zakupić za cenę sprzedanéj mojéj całéj majętności[12]“ a jeszczem się wahał.




ROZDZIAŁ II.
Symplicyan opowiada mu, nawrócenie Wiktoryna wielkiego mowcy rzymskiego.

Poszedłem więc do Symplicyana, który przez udzielenie chrztu ś. był ojcem duchownym w ówczas biskupa Ambrożego, który go téż jako ojca prawdziwie miłował. Opowiedziałem mu cały labirynt moich błędów. Skorom mu napomknął, żem czytał niektóre dzieła platońskie na język łaciński przełożone przez Wiktoryna sławnego niegdy krasomówcę w Rzymie, który, jak mi mówiono, na łonie chrześciańskiéj religii żywota dokonał: winszował mi, żem nie wpadł na pisma innych filozofów, pełnych kłamstwa i omamienia, nauczycieli „podług elementów tego świata;“ ile że te księgi napomykają nam i prawie wszędzie zalecają Boga i Słowo jego. Potém, aby mnie do pokory Chrystusa, „zakrytéj przed mądremi, a objawionéj maluczkim “ skutecznie zachęcił, odświéżył sobie w pamięci wszystko o tymże Wiktorynie, którego on znał w czasie swojego w Rzymie pobytu w zażyłéj z nim będąc przyjaźni; co mi o nim opowiadał, tego nie zamilczę, gdyż to jest nieocenionéj twéj łaski dowodem. Wiktoryn, szanowny ten starzec tak wysoko uczony, i we wszystkich nadobnych umiejętnościach najbieglejszy, który tak wiele pism filozofów czytał, roztrząsał i wyjaśniał; mistrz tylu szlachetnych i oświeconych senatorów; któremu chwała jego nauczania, wysłużyła nader rzadką sławę w oczach obywateli miasta całego świata: wystawienie dlań posągu na rzymskim rynku; aż do schyłku wieku swojego czciciel bałwanów, ucześnik ofiar świętokrackich, którym wtedy wszyscy prawie rzymscy patrycyuszowie z nadętością cześć oddawali; a lud haniebnie był uniesiony hołdem ku ubóstwionym potworom: ku Izie i wszechrodnemu bogu, i Anubisowi szczekaczowi, którzy pewnego czasu broń przeciw Neptunowi, Wenerze i Minerwie podnieśli, a zostawszy zwyciężeni, Rzym zwycięzki czynił im błagalne ofiary. Tych tedy obrzydliwych bogów Wiktoryn przez wiele lat ziemsko–brzmiącemi usty szumnie obraniał; rzadki to nader dziw! że ten szanowny starzec nie wstydził się zostać uczniem Chrystusa, i jakby dziecięciem do przyjęcia źródła chrztu ś., skłonił on swoję głowę do jarzma pokory ś., a dumne swoje czoło pod obelżywość krzyża!
O Panie, Panie „któryś nakłonił niebios i zstąpiłeś, dotknąłeś gór, a dymem się zakłębiły[13];“ przez jakież to pobudki wemknąłeś się do téj duszy? Czytał on, jak mi mówił Symplicyan, Pismo ś. i wszystkie pisma chrześcian z wielką pilnością i głęboką rozwagą przeglądał i ściśle roztrząsał; mówił tedy do Symplicyana, nie jawnie ale skrycie i w szczéréj zażyłości: „wiédz o tém, że już chrześcianinem jestem.“ Odpowiedział mu jego przyjaciel: „dotąd nie uwierzę, ani cię pomiędzy chrześciany policzę, dopóki cię nie obaczę w kościele Chrystusowym.“ Rzekł mu z uśmiechem: „więcże to mury kościelne czynią chrześcian?“ I często powtarzał, że niezawodnie został chrześcianinem; ale mu Symplicyan to samo odpowiadał, i nawzajem ów uśmiech o murach kościelnych od niego słyszał. Wzdrygał się Wiktoryn obrazić swoich przyjaciół, dumnych czcicieli djabła, i mniemał że ich gniéw i nieprzyjaźń, ze szczytu babilońskiéj wyniosłości, jakby z wierzchołka cedrów Libanu, „których Pan jeszcze nie złamał[14]“ całym ciężarem na niego spadnie. Lecz, gdy coraz głębiéj zanurzał się w owém czytaniu, nabrał w niém odwagi i stałości, a lękając się „aby Chrystus nie zaprzał go się przed aniołami ś., jeżeliby on obawiał się wyznać Chrystusa przed ludźmi[15];“ uczuł się od razu winnym ciężkiego występku, jeźliby się sromał świętych tajemnic pokory Słowa twojego, kiedy się nie wstydził świętokrackich ofiar dumnych szatanów, które on dumny ich naślednik, sobie czynione przyjmował; wyzuł się z próżności sromania, a przywdział skromny wstyd prawdy; nagle i niespodzianie mówił Symplicyanowi; jak to opowiadał: „Pójdźmy do kościoła, chcę zostać chrześcianinem.“ Symplicyan nieopowiedzianą radością uniesiony, od razu z nim poszedł do zgromadzenia wiernych twoich. Skoro tylko został objaśniony pierwszemi zasadami o tajemnicach wiary ś., niebawnie potém zapisał swoje imie w poczet katechumenów, chcąc przez chrzest zostać odrodzonym, z podziwem całego Rzymu z wielką radością kościoła ś. Dumni roziskrzonémi wściekłością patrzyli oczyma na ten rzadki widok, złością oddychali, grzytali zębami i od szaleństwa więdnęli, ale ukorzony sługa twój, o Boże! ufność swoję w tobie Panie pokładał; i już więcéj „nie oglądał się na marność i na szaleństwa omylne[16].“
Kiedy nakoniec już nadeszła godzina, w któréj uczynić miał wyznanie wiary, które według pewnego układu wyrazów w pamięci zatrzymanych, z wyższego miejsca w obec zgromadzenia wiernego ludu w Rzymie odmawiać zwykli, którzy przystąpić mają do przyjęcia Chrztu ś.; mówił Symplicyan, że kapłani dozwolili Wiktorynowi to wyznanie odmówić prywatnie, według zwyczaju pozwolonego tym osobom, które w tak publicznéj uroczystości zawstydzenia obawiać się zdawały; ale on wolał w obliczu świętego zgromadzenia publicznie wyznać swoje zbawienie. Wszakże nie było dla niego zbawienia w sztuce wymowy, któréj w Rzymie nauczał, a jednak śmiało i publicznie ją wykładał. Jakże daleko mniéj obawiać się był powinien łagodnéj i pokornéj trzody twojéj, gdy miał jawnie wyznać słowo twoje, skoro nie lękał się tak wielu bezrozumnych swéj nauki słuchaczów.
Gdy na wyższe miejsce wystąpił, by wyznał wiarę świętą: imie jego wnet się rozeszło, wznieciło winszowny i radosny szmer pomiędzy wszystkiemi, którzy go znali. Ale komuż on w téj okolicy nie był znany? Zabrzmiała imie jego z ust wszystkich wspólną radością: Wiktoryn! Wiktoryn! Nagły zapał ich radości, ujrzawszy go, przerwał ich milczenie, a pragnienie słyszenia go, nagle ich uśmierzyło. Odmawiał skład prawdziwéj wiary z podziwiającą ufnością, wszyscy obecni porwać go chcieli i do serca swojego przytulić; wszyscy go téż przygarnęli rękoma miłości i uciechy.




ROZDZIAŁ III.
Jak wielka radość wynurza się z nawrócenia grzeszników.

Boże nieskończenie dobry, czém dzieje się w człowieku, że się więcéj raduje ze zbawienia duszy, o któréj już zwątpiono, i wyrwanéj z większego niebespieczeństwa, aniżeli, gdyby zawsze miano o niéj mocną nadzieję, i w mniejszém zostawała niebespieczeństwie? Wszakże i ty litościwy Ojcze dajesz nam podobny przykład: „więcéj weselisz się nad jednym pokutującym, niżeli nad dziewięciądziesiąt dziewiącią sprawiedliwymi, którzy nie potrzebują pokuty[17].“ Ale i my z wielką pociechą słyszymy, że „dobry pastérz z radością przynosi na barkach swoich zbłąkaną owieczkę[18]“ że i grosz do skarbu twojego jest zaniesiony, który znalazła niewiasta ze wspólną sąsiadek radością[19] „a uroczyste wesele domu twojego, łzy radosne z oczu wyciska, w kościele twoim czytane o młodszym synie twoim, że zamarł, ale ożył, zaginął, ale znalezion został[20].“ Radujesz się bowiem w nas i w aniołach twoich, świętą miłością poświęconych. Boś ty zawsze jest tym samym, i rzeczy, które ani zawsze, ani te same są, wszystkie zawsze i jednako poznajesz. Czém się dzieje w duszy, że więcéj cieszy się znalezionemi lub oddanemi rzeczami, które miłuje, niźli gdyby je ciągle posiadała? Wszystko téj prawdy dowodzi, wszystko jest pełne świadectw głośno wołających: tak jest, niezawodnie. Wódz zwyciężca powracając tryumfuje; i nie byłby zwyciężył, gdyby nie był mężnie walczył, a im większe było w boju niebespieczeństwo, tym większa jest radość w tryumfie. Burzliwość morska miota okrętem żeglujących, zagraża rozbiciem okrętu, i każdy na widok przyszłéj śmierci blednieje; niebo i morze się uspokaja, wszyscy bardzo radują się, bo się bardzo lękali. Ukochany przyjaciel ciężko choruje; jego puls wróży złe, wszyscy którzy jego zdrowia szczerze pragną, społem na serce chorują; odzyskuje polepszenie zdrowia, ale jeszcze dawnych sił do chodzenia nie nabrał, a już się z serc wszystkich takie szczęście i radość wynurza, jakiéj nigdy nie okazali, gdy przedtém całéj swego zdrowia używał czerstwości.
Same nawet ludzkiego życia przyjemności i roskosze, nie tylko przeciwnościami, które niespodzianie uprzedzają i napotykają naszę wolę, ale jeszcze jakby za cenę wymyślonych i dobrowolnych przykrości zakupujemy. I tak: w jedzeniu i napoju żadnéj nie masz roskoszy, jeżeli nie poprzedzi ucisk głodu i pragnienia. Ale i pijacy jedzeniem słonych potraw drażnią pragnienie, które ulubionym napojem uśmierzając, roskosz sobie czynią. Taki niemniéj zaprowadzono obyczaj, że po dziewosłębinach, zwłóczą oblubienic wydanie, aby mąż przyszły nie pogardzał żoną, do któréjby, jeszcze jako oblubieniec przez czas niejaki jéj oczekując, nie wzdychał. Widzimy to równie w obrzydliwéj i haniebnéj roskoszy, jak w przyzwoitéj i dozwolonéj uciesze, to samo w szczeréj i czystéj przyjaźni, jako i w powrocie owego syna, „który umarł ale ożył, zaginął, a znalezionym został“ bo wszędzie i zawsze wielką radość wielkie utrapienie lub smutek poprzedzić musi.
Ale jakże Panie Boże mój, kiedyś ty jest sam dla siebie wieczną radością i roskoszą, i niektóre istoty z ciebie, w około ciebie wiecznie się weselą? dla czegóż to ta część świata ciągłéj ulega przemianie, ubytku i wzrostu, sporu i pokoju? Czyliż taka jest jéj istót posada? lub takoweś udziałał? kiedyś ty od wysokości niebios aż do głębokości ziemi, od początku aż do końca wieków, od anioła aż do najdrobniejszego robaczka, od piérwszego ruchu aż do ostatniego, wszelki rodzaj dobra, na własném ich umieścił siedlisku, wszystkie doskonałe dzieła twoje, we własnych czasach urządził. O wielki Boże! jakżeś na wysokościach wzniosły, w przepaściach głęboki! nigdzie nie oddalasz się, z trunoscią jednak do ciebie wracamy.




ROZDZIAŁ IV.
Dla czego nawrócenia wielkich ludzi, wielką natchnąć nas powinny radością.

Prowadź Panie, działaj, obudź nas ze snu niedbalstwa i przywołaj do siebie; porwij, pochłoń nas, ty sam bądź dla nas prawdziwą słodyczą: byśmy ciebie kochali, biegli do ciebie. Jakże wielu z głębszego jeszcze piekła ślepoty, niźli Wiktoryn, do ciebie powraca! zbliżają się ku tobie i twego światła promień odbierają? a jeźli go odbierają, udzielasz im zarazem mocy „że się stają synami twoimi[21].“ Lecz jeżeli mniéj są znani ludziom, radość ich nawrócenia się, jest mniéj żywa w sercach tych nawet, którzy ich dobrze znają. Kiedy się z wielu osobami razem cieszymy, radość przeto w sercu każdéj osoby, szerzéj roztacza swoje władanie; bo nawzajem zagrzewają się i żywszym zapalają płomieniem. Prócz tego, że wielu ludziom są znajomi, wiele téż ludzi zagrzewa się ich powagą do zbawienia, i wielkiéj liczbie do nawrócenia przywodzą. Dla tego ich nawet poprzednicy już nawróceni cieszą się niemi, i przewidują nowe za ich przykładem nawrócenia. Niech daleką będzie ode mnie ta myśl, aby w przybytku twoim bogate osoby nad ubogie, i szlachetne nad prostaczków, wyższym szacunkiem nacechowane być miały: ponieważeś ty „wybrał mdłe świata, abyś zawstydził mocne; i podło urodzone na świecie i wzgardzone wybrałeś, i te których nie masz, jakoby były, abyś zniszczył te które są [22].“ A jednak ten sam najmniejszy z twoich Posłanników, którego językiem te słowa twéj mądrości zabrzmiały; ów zwycięzca dumy Prokonsula Pawła Sergiusza, którego wprowadził w łagodne jarzmo Chrystusa twojego, i pod chorągwie króla najwyższego przywiódł i zapisał: on niemniéj wolał nazwać się „ze Szawła Pawłem[23]“ na pamiątkę tak sławnego zwycięztwa. Bo sławniéj pokonany bywa nieprzyjaciel zbawienia w tym, którego silniéj opanował, i przez którego wielu innych posiada. Mocniéj on trzyma wielkich ludzi pychą ich sławy, a przez nich trzyma pospólstwo, powagą ich przykładów.
Jakoż, z im większą przyjemnością wyobrażano sobie nawrócone serce Wiktoryna, w którém jakby w niedobytéj twierdzy zamknął się szatan; i język Wiktoryna, którym jakby mocnym i ostrym pociskiem tak wiele dusz pozabijał: tym więcéj weselić się przystało synom twoim, „że nasz król związał mocarza, i że widzieli jego sprzęty onemu wydarte do oczyszczenia i poświęcenia ku czci twojéj[24]“ aby się stały użyteczném narzędziem Panu, zgotowaném na wszelką sprawę dobrą[25].“




ROZDZIAŁ V.
Zły nałóg jego życia był mu do nawrócenia się główną przeszkodą.

Kiedy mi twój sługa Symplicyan opowiadał to wielkie zdarzenie o Wiktorynie, żywo zapaliłem się pochopem do naśladowania tak budującego przykładu; bo ten był opowiadającego zamiar. A gdy dodał że za czasów Juliana cesarza, jego edyktem zabroniono Chrześcianom nauczać literatury i sztuki wymowy, Wiktoryn został posłuszny temu prawu, i wolał opuścić raczéj wymowną szkołę, niżeli słowo twoje „którém języki niemowląt czynisz wymowne[26]“ nie tyle wydawał mi się mężnym, ile szczęśliwym, że taką znalazł sposobność odpoczynku, w którym się cały tobie poświęcił.
Do takiego to odpoczynku wzdychałem, skrępowany nie cudzéj ręki więzami, lecz méj własnéj woli kajdanami. Szatan trzymał w swoich ręku moję wolę, i z niéj ukuł mi łańcuch, którymi mnie mocno związał. Bo z przewrotnéj woli rodzi się uparta namiętność; z dogadzania namiętności rośnie nałożny zwyczaj, a pobłażaniem zwyczajowi dojrzewa konieczna potrzeba. Te to węzły nieprawości, były jako nawzajem pospajane ogniwa łańcucha, którym otoczyła mnie twarda niewola. Wszakże nowa wola, która się niedawno we mnie zjawiła, abym tobie darmo i wiernie służył, ciebie wzywał Boże, jedyna i prawdziwa roskoszy: jeszcze nie była dość silną do pokonania siły, dawnéj i przez tyle lat zastarzałéj méj woli. Tak więc dwie moje wole, jedna dawna druga nowa, tamta cielesna ta zaś duchowna, srogą pomiędzy sobą wiodły walkę, a ta niezgoda ich, duszę moję rozpraszała.
Tym tedy sposobem przez własne moje doświadczenie zrozumiałem dawniéj czytane słowa, jak to: ciało pożąda przeciwko duchowi, a duch przeciwko ciału![27]. Byłem wprawdzie za tą i ową stroną, więcéj mnie było za tém, com w sobie kochał, aniżeli za tém, com w sobie ganił; za tém com ganił już prawie nie byłem, bom to powiększéj części mimowolnie znosił, niżelim dobrowolnie działał. A jednak mój nałóg przeze mnie, do zaciętéj walki przeciw mnie był przysposobiony, ponieważ moja wola, gdziem nie chciał tam mnie przywiodła. Jakimże więc prawem przeciwić się mógłem sprawiedliwéj karze tuż za grzéchem moim idącéj?
Nie miała już wtedy miejsca ta wymówka, wedle któréj dla tego zdawało mi się przedtém rzeczą niepodobną, abym pogardził światem a tobie samemu służył: że w pośród moich wątpliwości nie zajaśniała mi jeszcze pewność prawdy. Jużem w ten czas o prawdzie był upewniony, ale z ziemskością jeszcze uwikłany, na twój żołd przejść nie chciałem, i tylem się lękał wybawienia z przeszkód, ile ich niewoli lękać mi się należało.
„Tak tedy brzemie świata, jakby słodkie we śnie omdlenie, ciążyło na mnie, a rozmyślania, którem podnosił ku tobie, podobne były usiłowaniom człowieka, który chce obudzić się, ale głębokością twardego snu przewyższony, znowu się weń zanurza. A jako nikogo nie ma, coby sobie zawsze spać życzył, i zdrowy rozum, według powszechnéj zgody, czuwanie przekładać doradza (ale człowiek często ociąga się ztrząsnąć z siebie to jarzmo snu, jeżeli ciężka gnuśność jego członki nabawia, a jednak obmierzłość snu ustępuje przyjemności jaką w nim znajduje, chociaż godzina wstania nadeszła): tak niemniéj nie wątpiłem, że to daleko jest lepiéj, abym zupełnie oddał się twéj miłości, aniżeli méj żądzy hołdował. Podobała mi się piérwsza uwaga, lecz nie zwyciężała, polubiłem drugą, zostałem zwyciężony. I nie wiedziałem już, co odpowiedzieć na twoje słowa: „ocuć się który spisz, i powstań z martwych a Chrystus cię oświeci[28].“ Otoczyłeś mnie Boże zewsząd widocznemi świadectwy; a jasną prawdą przekonany, nie miałem czém wymówić się przed tobą, jedynie pełnemi niedbalstwa i gnusności jakby przez sen wyrazami: zaraz, za chwilkę, dozwól jeszcze trochę; lecz niestety! to zaraz i za chwilkę, zamieniło się w nigdy: a dozwól jeszcze trochę, zawsze trwało.
Na próżno „rozmiłowałem się w prawie twojém według wewnętrznego człowieka, ponieważ inne prawo w ciele mojem walczyło przeciwko prawu mojego umysłu, i podawało mnie w niewolę prawu grzéchu, które w członkach moich było[29].“ Bo prawo grzéchu jest gwałt nałogu, który ciągnie umysł człowieka i trzyma go nawet mimo chęci, lecz słusznie, ile mu wola bez oporu, opanować się dozwala. „Któż mnie nieszczęsnego człowieka wybawi od ciała téj śmierci, jeżeli nie łaska twoja przez Jezusa Chrystusa Pana naszego[30]




ROZDZIAŁ VI.
Powieść o Potycyanie i ś. Antonim egipskim.

Jakim sposobem uwolniłeś mnie z kajdan żądzy zmysłowéj, któremi ściśle byłem okuty, i z niewoli światowych zabiegów: opowiem to ku chwale Imienia twojego Panie wspomóżco mój i zbawicielu. Prowadziłem życie według dawnego nałogu w pośród wzrastających codziennie ucisków, zawsze do ciebie wzdychając: uczęszczałem do kościoła twojego ile mi zostawało czasu od zatrudnień, pod których ciężarem jęczałem udyszany. Alipiusz bawił przy mnie zażywając odpoczynku po sprawowanym po raz trzeci już prawnego assesora urzędzie, i oczekiwał kupców na swoje sądowe rady, podobnie jak ja sprzedawałem sztukę wymowy: jeżeli tylko wymowa jest towarem którąby nauczaniem sprzedawać można? Nakłoniliśmy naszą przyjaźnią i Nebrydyusza, aby w ścisłéj zażyłości będącego z nami Werekunda grammatyka i medyolańskiego obywatela zastępował w nauczaniu; który bardzo potrzebując zastępcy, prosił mnie usilnie, na mocy przyjaźni naszéj, o użyczenie mu jednego z pomiędzy nas wiernego pomocnika.
Żadna chciwość zysku nie powodowała Nebrydyuszem; jego nauki większe nierównie byłyby mu przyniosły korzyści, gdyby ich był żądał, lecz przyrodzona dobroć jego, stała się dlań obowiązkiem, że nie mógł pogardzić naszą prośbą ten słodki i zacny przyjaciel. Jego rozwaga w tym względzie była wzorem roztropności; chronił on się przezornie tego, aby się nie dał poznać wyższym według świata osobom, unikając wśród nich wszelkiéj niespokojności dla swojego umysłu, który chciał wolnym i spokojnym zachować, oszczędzając wiele godzin dla odpoczynku do szukania i nabywania mądrości czytaniem, rozmową i rozwagą.
Pewnego tedy dnia, nie przypominam sobie powodu dla którego Nebrydyusz nie był obecny, przyszedł do naszego pomieszkania do mnie i do Alipiusza niejaki Potycyan nasz spółobywatel ile Afrykanin, jeden z piérwszych urzędników gwardyi cesarskiego pałacu; jużem prawie wypuścił z pamięci czego od nas żądał; zasiedliśmy razem do rozmowy. Postrzegł on przypadkiem na stoliku do gry, który stał przed nami, książkę leżącą, wziął ją do rąk, otworzył, trafił na listy Pawła apostoła, niespodzianie wprawdzie; mniemał bowiem że trafi na jakie dzieło potrzebne do mojego powołania, które trawiło moje siły. Wtedy uśmiechnął się i uprzejmie spojrzawszy, winszował mi zadziwiony, że to pismo, i samo tylko znalazł przede mną; był on gorliwym chrześcianinem, i często w kościele przed tobą Boże, pod czas częstych i długich modlitw krzyżem leżał. A gdym wyznał przed nim, że szczérze i żywo zajmuję się tego pisma czytaniem: rozpoczął mowę, opowiadając nam o Antonim żywot pustelniczy w Egipcie wiodącym, którego sławne imie pomiędzy twojemi sługami, nie było nam dotąd jeszcze znane. A postrzegłszy w nas tę niewiadomość, przedłużył swoję mowę, oznajmiwszy nam nieświadomym tak wielkiego męża, dziwiąc się oraz bardzo że ta wieść do nas jeszcze nie doszła.
Zdumiewaliśmy się bardzo, słysząc za tak świéżéj pamięci i za naszych prawie czasów tak jawne dziwy twoje w prawéj wierze i katolickim kościele zdziałane. Wszyscy byliśmy w podziwie; my, że to były rzeczy niezwykłe i wielkie; on, że nas jeszcze o tém żadna wieść nie doszła. Z tego też powodu wytoczyła się daléj jego mowa o świętych orszakach klasztornych, o wonnościach cnót unoszących się ku tobie, i obfitych stepach pustyni, o których nic nie wiedzieliśmy. W Medyolanie nawet był za murami miasta klasztor pełen dobrych braci, staraniem i opieką Ambrożego biskupa żywionych, i o tém wiadomo nam nie było. Potycyan coraz daléj prowadził swoję mowę, myśmy w milczeniu pilnie słuchali; i przytoczył nam w opowiadaniu zdarzenie: że pewnego dnia w Trewirze, gdy cesarz na popołudniowe cyrcejskie widowisko odjechał; trzej towarzysze jego i on, wyszli na przechadzkę do ogrodów do murów miasta przyległych, a gdy po dwaj razem chodzili, jeden z nim, a drudzy dwaj społem, rozeszli się po dwóch w inną stronę oddzielnie. Lecz tamci chodząc trafili za ścieszką do pewnéj chaty, w któréj mieszkali niejacy słudzy twoi: „ubodzy w duchu, jakich jest królestwo niebieskie[31];“ i w tém ustroniu znaleźli rękopism, w którym żywot Antoniego był skréślony.
Jeden z nich czytać począł to pismo, dziwił się; jego serce zapalało się, i w ciągu czytania zamyślał obrać sobie taki sposób żywota, a opuścić świecką służbę, by twéj służbie wiernie i stale się poświęcił. Był on jednym z agentów, czyli pełnomocników spraw cesarskich. Nagle przeto miłością Bożą i roztropnym wstydem napełniony, oburzył się na siebie, rzucił oczyma na swojego przyjaciela i mówił do niego: powiédz mi proszę cię, dokąd te wszystkie zabiegi i prace nasze zmierzają? czego szukamy? Dla jakiegóż celu te urzędy sprawujemy? Jakaż może być większa dla nas na dworze cesarskim nadzieja, jedynie byśmy zostali przyjaciółmi cesarza? A w tém śliskiém szczęściu, jakże wszystko bardzo kruche i pełne niepewności! Przez ileż to niebespieczeństw przechodzić musim, aby do większego jeszcze dojść niebespieczeństwa? i kiedyż to będzie? Jeżeli zaś zostać zechcę przyjacielem Boga, w téj chwili nim jestem.
Tak mówił w owém przesileniu odrodzenia nowego żywota; zwrócił potém oczy na święte karty, czytał daléj, a serce jego coraz więcéj zmieniało się przed twemi oczyma i umysł jego wyzuwał się ze świata, jak się to wkrótce okazało. Gdy daléj czytał, a jego serce toczyło nawałności częstych westchnień; rozważył, obrał lepsze rzeczy, i od razu już sługą twoim został, mówiąc do swojego przyjaciela: odrywam się od wszelkiéj nadziei naszych widoków, postanowiłem służyć Bogu, i to niezwłocznie téj godziny i na tém miejscu poczynam; jeżeli ty ociągasz się iść za moim śladem, nie odwodź mnie od zamiaru. Odpowiedział i drugi, że i on szczérze towarzyszyć mu pragnie w tak chwalebnéj służbie i do tak wielkiéj nagrody. Od razu więc obaj słudzy twoi budować zaczęli wieżę wznoszącą się razem z ich nakładem, który w naśladowaniu ciebie wyłożyli opuszczeniem wszystkiego.
Potycyan tedy i jego towarzysz, przy końcu swéj przechadzki w innéj połaci ogrodu, szukając swych towarzyszów, przyszli do tego ustronia i upomnieli ich, że już nadszedł czas powrotu, ponieważ dzień ku wieczorowi się nachylał. Lecz oni opowiedzieli im swój zamiar i życia upodobanie, oraz jakim sposobem taka wola w nich wznieciła się i ugruntowała; prosili przyjaciół, aby się nie opiérali ich postanowieniu jeżeli dzielić nie chcą z niemi spólnego życia. Ci atoli nie zmieniając dawnego zawodu swego życia, rozrzewnili się jednak do łez nad niemi; mówił Potycyan, nabożnie powinszowali im, modlitwom ich polecili się: „a sercem po ziemi pełzając“ odeszli do pałacu; owi zaś serca swoje do nieba przywiązując w ubogiéj klasztornéj chacie zamieszkali. Obaj byli zasłębieni, których oblubienice, skoro tę wieść usłyszały, podobnie poświęciły tobie swoje dziewictwo.




ROZDZIAŁ VII.
O mocnem wzruszeniu jego duszy w czasie Potcyana powieści.

Potycyan opowiadał to zdarzenie, ale ty Panie w czasie jego mowy obracałeś mnie naprzeciw mnie samemu[32], zasłoniłeś mój grzbiet, przed który siebie stawiałem, kiedym   widzieć się nie chciał, a stawiłeś mnie przed moje oblicze, abym całą moję zgrozę i szpetność obaczył, jak jestem wykrzywiony niekształtny i nieczysty; jakie są skazy i wrzodliwość méj duszy. Widziałem się niestety! a ten widok sromotny całego mnie przeraził; nie było ustronia, do któregobym uszedł od siebie. A chociażem usiłował odwrócić moje oczy od siebie, ten człowiek ciągle i coraz jaśniéj opowiadał, tyś mnie znowu sławiał przede mnie, i oczy moje mną samym wykłówał, abym tém jaśniéj poznał nieprawość moję. Znałem ją dobrze; lecz pokrywałem ją, pobłażałem jéj i wypuszczałem ją z pamięci. Wtedy atoli, im więcéj czułem w sobie gorącéj miłości ku owym sługom twoim, słysząc o zbawienném ich serc uniesieniu, że z całą ufnością twéj opiece się zupełnie i zaraz pddali, z tym większą obrzydliwością i zgrozą w porównaniu z niemi siebie rozważając, nienawidziłem się i surowo obwiniałem. Ponieważ tak wiele już lat moich ze mną pospołu płocho i napróżno upłynęło (pewnie dwanaście lat skończyło się, od dziewiętnastego roku mojego życia, kiedy czytanie Hortenzyusza Cycerona wznieciło we mnie miłość mądrości), odkładałem przecież poświęcenie ziemskiego szczęścia dla wyśledzenia téj prawdziwéj szczęśliwości, któréj nie już posiadanie, ale nawet samo jéj szukanie przekładać należało nad odkrycie bogatego skarbu i królestwa narodów, i nad wszelkie ciała roskosze, w których miłośnicy ich, każdéj chwili opływać mogą.
Lecz niestety ja, nader nieszczęśliwy młodzieniec, na samém wstępie mojego młodzieństwa nieszczęsny, prosiłem cię o czystość i mówiłem: „daj mi czystość i powściągliwość,“ lecz nie teraz jeszcze. Bałem się, że mnie rychło wysłuchasz i nagle uleczysz z choroby méj żądzy, którą raczéj chciałem nasycić się, niżeli ją w sobie wygasić. Błąkałem się więc po nieprawych i krętych drogach świętokrackiego zabobonu; a chociażem nie widział w nim nic pewnego, miałem go jednak jakby przewodniem pomiędzy innémi naukami, których nie byłem pobożnym i szczérym uczniem, ale zapalonym i nieubłaganym ich prześladowcą.
Mniemałem więc, żem nie dla innego powodu spóźniał ode dnia do dnia ów zbawienny zamiar, który doradzał mi wzgardzić wątłą nadzieją świata, a do ciebie ściśle przywiązać się, jedynie, żem nie widział przed sobą jasnéj pochodni, wedle któréjbym bieg życia mojego urządził. Ale już nadszedł ów dzień błogi, w którym ujrzałem się cały przed sobą obnażony, i strofowało mnie sumienie moje, mówiąc mi niejako: gdzieżeś się podział języku? wszakżeś mówił, że dla niepewnéj prawdy, nie chcesz zrzucić z siebie brzemienia próżności. Oto już teraz wszystko pewne, a jeszcze cię twoje brzemie dogniata; oto do swobodnych od świata barków skrzydła wiary przybierają i ku niebu się unoszą, którzy, ani tak ciężkiéj pracy w badaniu sobie nie zadawali, ani dziesiątka lat z górą na głębokiéj rozwadze nie strawili. Tak dręczyłem się wewnątrz i napełniałem się wielkim wstydem i hańbą, gdy Potycyan opowiadał te budujące przykłady.
Po skończonéj mowie i oznajmionym powodzie jego przybycia odszedł. W ówczas to dopiéro, jakichże nie czyniłem sobie wyrzutów? Jakżem srogo méj myśli biczami uchłostał moję duszę, pobudzając ją, aby szła za mną usiłującym połączyć się z tobą; ale się opiérała. Odmawiała mi, ale się nie uniewinniała. Wszystkie jéj dowody i przyczyny już były wyczerpane i rozwiązane, została tylko niema trwożliwość. Lękała się ona jako śmierci, skrócenia wodzów swoich w upajaniu się nałogiem, z którego śmiertelnemi nasiąkła suchotami.




ROZDZIAŁ VIII.
Walczy z sobą wewnętrznie w ogrodzie, w obec Alipiusza.

W czasie tak wielkiéj waśni wewnątrz mojego domu, którą w tajemném zakąciu serca mojego gwałtownie wznieciłem z moją duszą; tak na twarzy jak i umyśle pomieszany, powstałem na Alipiusza wykrzykując: czyliż dłużéj jeszcze wahać się będziem? Cóżeś to słyszał? Nieuczeni podnoszą się i niebo porywają, więc my z naszemi naukami będziemy bez odwagi i serca, dokądże grzęznąć będziemy w ciała i krwi trzęsawiskach! Czyliż dla tego wstydzić się godzi naśladować ich, że nas wyprzedzili? Nie będzież to raczéj dla nas wstydem nie iść nawet za ich śladem? Takie lub tym podobne były moje wyrazy, i nagle uniosło mnie od niego mocne moje poruszenie, gdy milczał patrząc na mnie zadumiony; ponieważ nie było zwyczajne brzmienie méj mowy; moje czoło, lica, oczy, cera twarzy i ton głosu jaśniéj wyrażały moję duszę, aniżeli słowa, które z ust moich wychodziły.
Do naszego mieszkania należał mały ogródek, któregośmy używali, jako i całego domu; bo jego właściciel, nasz gospodarz w nim nie mieszkał. Do niego uniosła mię wrząca burzliwość serca mojego, nikt tam nie zdołał przeszkodzić ani przerwać owéj zapalonéj walki, w którą wszedłem z samym sobą, zakończenie któréj i skutek tobie tylko był wiadomy, lecz nie mnie. Ten atoli nie wstrzymany szał do rozumu mnie przerodził, a ta śmierć do życia; dobrze będąc siebie świadom, jak dalece byłem zły, nie wiedząc jednak, że po krótkiéj chwili dobrym na przyszłość będę.
Odszedłem tedy do ogrodu, Alipiusz szedł za mną krok za krokiem; bo i w jego obecności samotnym uważać się mógłem. Mógłże opuścić mnie takiém uniesieniem nabawionego? Usiedliśmy w oddaleniu ileśmy mogli od naszego domu. Jęczałem w duchu a nieugłaskany mój gniéw powstał przeciw mnie, i uczynił mi nieznośne wyrzuty, żem dotąd jeszcze nie wszedł w umowę i przymierze z tobą mój Boże; popychały mnie do tego wnijścia wszystkie siły méj duszy, i mocnym głosem rzetelne jego szczęście chwaliły! a do téj podróży nie potrzeba było ani okrętu, ani pojazdu, ani nawet tyle uczynić kroków, ileśmy ich z domu idąc na to miejsce uczynili, gdzieśmy siedzieli. Albowiem, nie tylko iść ale i przyjść do ciebie niczém więcéj nie było, jedynie chcieć iść; lecz wolą mocną i zupełną, ale nie wpół zwątloną, na tę i owę stronę chromającą, która w połowie podnosząc się, walczy przeciw upadającéj drugiéj swéj połowie.
W téj ciężkiéj trosce rozmysłu mojego, czyniłem nareszcie wiele poruszeń mojém ciałem, takich, jakie niekiedy czynić chcą ludzie, ale nie mogą, jeżeli są tych członków pozbawieni albo je mają więzami ujęte, lub téż paraliżem zwątlone, albo inną jaką zatrzymane przeszkodą. Jeżelim kiedy wyrwał włos z głowy, jeżelim uderzył się w czoło, jeżelim rękoma z pozaplatanemi palcami ujął kolano, żem chciał, więc to uczyniłem; mogłem atoli chcieć a nie uczynić, jeźliby ruch członków czém zahamowany, nie był méj woli posłuszny. Ileż to czyniłem rzeczy, gdzie chcieć nie było jedném i tém samém co módz; w czasie atoli owego rozmysłu nie czyniłem tego, co z nieporównaném pragnieniem daleko więcéj mi się podobało, a żadna nie zachodziła przeszkoda, jedynie: chcieć aby módz; czyli: chcieć, ale chcieć szczérze. Bo tu władza chcieć jest wolą; zaczém: tak chcieć, już było to samo co działać; a jednak nie stało się: chętniéj daleko posłuszne było moje ciało najnieznaczniejszéj woli duszy, która skinieniem swojém poruszenie członków nakazywała, aniżeli dusza sobie saméj była posłuszną, by w saméj woli, mocniejszą wolę swoję wypełniła.




ROZDZIAŁ IX.
Dla czego rozkazowi umysłu, ciało od razu, jest posłuszne, a dla czego umysł sprzeciwia się swojemu rozkazowi.

Skądże pochodzi ten dziwotwór niezgody? i co właściwą jego przyczyną? Niech mi twoje miłosierdzie zajaśnieje! i niech zapytam się owych tajników kaźni człowieka, jeżeli tylko odpowiedzieć mi zdołają; niech przeniknę te ciemności udręczeń i ucisków, które ogarniają potomków Adama! Skąd pochodzi ten dziwotwór w człowieku i dla czego? Umysł rozkazuje ciału i od razu jest mu posłuszne. Umysł sobie rozkazuje, a sobie się sprzeciwia. Umysł rozkazuje aby się ręka ruszała, a szybka pojętność tego organu zaledwo nam rozróżnić dozwala rozkaz od wykonania; owo umysł jest duchem, ale ręka jest ciałem. Umysł rozkazuje, aby chciał tenże umysł, który jest tym samym umysłem, a jednak nie czyni, zkądże pochodzi ten dziwotwór nieposłuszeństwa, i powód jego? Rozkazuje, mówię, aby chciał, a nie rozkazywałby gdyby nie chciał, to jednak nie staje się co rozkazuje. Ponieważ chce tylko połowicznie, przeto nie zupełnie rozkazuje; o tyle albowiem rozkazuje, o ile chce; a o tyle jest nieposłuszny o ile sam nie chce. Gdyż to wola sobie rozkazuje, aby się wola spełniła, zaczém nie insza ale ta sama. Lecz, że niezupełna jest w swoim rozkazie, przeto sobie nie jest posłuszna, bo gdyby zupełną była, nie nakazywałaby, aby była, bo jużby wtedy była. Nie jest to bowiem dziwotworem, podzielona wola, która częścią chce a częścią nie chce: ale raczéj słabością chorego umysłu, który ręką prawdy podnoszony w połowie tylko powstaje, i znowu pod całym nałogu ciężarem upada. W tém więc rozumieniu dwie są wole, tak że jedna z nich zawsze, nie zupełnie jest całą, i to posiada jedna czego drugiéj niedostaje.




ROZDZIAŁ X.
Że w człowieku dwie są przeciwne sobie wole, ale dusza jedna.

Niechaj się w niwecz obrócą przed obliczem twojém Boże, jak próżnomowcy i jak dusz zwodziciele, którzy w namyślaniu się człowieka, dwie wole postrzegając twierdzą, że dwie są natury i dwie dusze, jedna dobra, druga zła[33]. Sami oni zaiste, są źli ze złemi ich zdaniami; mogliby wprawdzie stać się dobremi, gdyby swoje zdania z nauką prawdy i z jéj nauczycielami połączyli: aby twój posłannik mógł im powiedzieć: „Byliście niekiedy ciemnościami, lecz teraz światłością w Panu[34].“ Ci zaś chcąc być światłością nie w Panu ale w sobie samych, przez nierozważne swoje mniemania, że dusza jest tą samą co Bóg naturą, stali się tém samém gęstszą ciemnością, bo świętokracka ich duma daléj jeszcze odepchnęła ich od ciebie „prawdziwego światła, które oświéca każdego człowieka na świat przychodzącego[35].“ Zważcie co mówicie, a zapłońcie się: „przystąpcie do niego i oświécajcie się, a oblicza wasze nie będą zawstydzone[36].“
Kiedym atoli namyślał się wiernie służyć Panu Bogu mojemu, jak to już od dawna zamierzałem; ja byłem który chciałem, oraz ja który nie chciałem. Jedném i drugiém ja sam byłem, w połowie chcąc i nie chcąc; z tąd więc spierałem się z sobą i rozdzielałem się przeciw sobie samemu. A to rozdzielanie się mimo méj woli, nie dowodziło obecnie natury innego ducha, ale méj duszy ukarania. Nie byłem przeto tego rozdzielania sprawcą ale raczéj grzéch mieszkający we mnie, ile żem był smutną ofiarą grzésznéj wolności ojca mojego Adama. Jeżeli bowiem tyle jest przeciwnych natur w człowieku, ile wol niezgodnych z sobą, przeto nie dwie lecz więcéj natur utrzymywać wypada. Gdyby który człowiek namyślał się, czyli iść ma na schadzki Manicheuszów albo do teatru, ci heretycy zaraz wołają: „oto są dwie natury, jedna dobra tu prowadzi go, druga zła tam go uprowadza; bo z kądżeby ten namysł dwóch przeciwnych sobie wol pochodził?“ Ja zaś mówię, że obie te wole są złe, równie ta która do ich zboru prowadzi, jako i ta która do teatru wiedzie. Lecz oni przyznają, że jedynie piérwsza, która do nich wiedzie jest dobra. Cóż, jeżeli z nas kto dwiema spierającemi się z sobą wolami chwieje się i namyśla, czyli iść ma do teatru, czyli do naszego kościoła; nie wahaliżby się i oni, co odpowiedzieć? Albo przyznają to, co przeczą, że ta jest dobra wola, która do naszego prowadzi kościoła, (jak to do niego uczęszczają, którzy w tajemnicach wiary, jego nauką są oświéceni i w spółeczności się zatrzymują); albo przyznają walkę dwóch złych natur i dwóch duchów złych w jednym i tym samym człowieku; nie będzie przeto prawdziwe ich zwykłe twierdzenie, że jedna jest zła a druga dobra natura. Albo przyznają prawdę, i przeczyć nie będą, że w czasie namysłu, jedna i ta sama dusza jest niestanownością różnych wol miotana.
Niech przeto nie ważą się już mówić, gdy w jednym człowieku dwie wole sobie przeciwne postrzegają, że dwa duchy z dwóch przeciwnych istot, i z dwóch przeciwnych początków pochodzą, jeden zły drugi dobry. Bo ty Boże wieczna prawdo, wyśmiéwasz ich, pokonywasz i zawstydzasz: jak to widzimy w dwóch wolach złych, kiedy się człowiek namyśla, czyli trucizną lub żelazem odebrać ma życie bliźniemu; czyli tę lub owę cudzą dziedzinę ma zagarnąć, jeżeli obudwóch osiągnąć nie może; czyli usłuchać ma rozrzutności, którą sobie roskosz zakupuje, albo téż łakomstwa, co piéniądze chować doradza; czyli ma iść na igrzysko cyrcejskie lub do teatru; jeżeli te dwa widowiska w jednym czasie są otwarte; dodaję trzeci namysł: czyli wnijść ma do cudzego domu na kradzież, jeżeli go sposobność wprowadzi; ale jeszcze i czwarty: albo téż do popełnienia cudzołoztwa, jeżeli mu się łatwość nasunie; w zbiegu więc tych wszystkich okoliczności w jednym czasie, jeżeli te wszystkie wole razem w jedno wcisną się pragnienie, a nie mogą być na raz wykonane, czyliż duch nie jest wtedy rozerwany, przeciwnemi sobie wewnętrznie cztérema wolami, albo jeszcze daleko więcéj ryzywanemi żądzą nader wielu przedmiotami? a jednak Manichejczykowie nie rachują tak mnogiéj ilości istót różnych pomiędzy sobą.
To samo i o dobrych wolach powiedzieć mogę, bo jeżeli ich zapytam czyli to jest dobrą rzeczą mieć upodobanie w czytaniu listów apostoła, i w spiéwie jakiéj pobożnéj pieśni; i czyli to dobrą jest rzeczą zgłębiać i wykładać ewangelię? na każde zapytanie odpowiedzą: dobrą. Lecz jeżeli wszystkie te pobożne ćwiczenia zarówno nam się podobają w jednym czasie, czyliż te rozmaite wole nie rozdzierają serca człowieczego, gdy się namyśla nad przedmiotem, który z pomiędzy innych pożytecznie wybrać należy? Te wole wszystkie są dobre, a jednak walczą ze sobą tak długo, póki nie oznaczy się jeden punkt, do którego skieruje się jedna i cała zupełnie wola, która się na wiele wol rozdzielała.
Tak podobnie, gdy wieczność podnosi nasz umysł ku prawdziwéj swéj roskoszy. a uciecha doczesnego dobra serce nasze do ziemi przywiązuje, ta sama jest dusza, która nie całą wolą chcąc to lub owo, lecz tylko połową, z tąd rozdziera ją dotkliwe udręczenie, kiedy prawda przekładać jéj każe wieczną roskosz nad ziemską, która z nałogu doczesnéj uciechy, wyzuć się nie chce.




ROZDZIAŁ XI.
Ostatnia utarczka jego ducha z ciałem.

Tak nieznośnie cierpiałem i dręczyłem się, oskarżając siebie samego z większą goryczą serca niż dawniéj, kręciłem się i obracał w moich więzach, dopókim do szczętu nie potargał całego łańcucha, którego już tylko jedno słabe trzymało mnie ogniwo, a jednak trzymało. Ale ty Panie nastawałeś na mnie w tajemném méj duszy ustroniu, a surowe twoje miłosierdzie chłostało mnie podwójnym biczem wstydu i bojaźni, zapobiegając nowéj chorobie, która spóźniała zerwanie słabego i ostatniego już ogniwa, aby mu nie dodała nowéj siły do ściśnienia mnie na nowo.
Mawiałem sobie: już teraz rozpocznę życie nowe, już dłużéj nie będę spóźniał! a za tym wyrazem serce moje szło już do zamiaru; zabierałem się do działania, jużem prawie poczynał, alem nie robił; nie wpadałem w przepaść zboczeń przeszłego życia mojego, ale na jéj brzegu stojąc oddychałem. Dokładałem nowych usiłowań, i o mało żem nie doszedł do celu, zdawało się, żem go już prawie dotykał i osiągnął; nie doszedłem atoli anim dotknął i nic nie osiągnąłem; bom się wahał umrzeć tym rzeczom, które dla mnie prawdziwą śmiercią były, a żyć dla życia wiecznego; silniéj mną władało złe od młodości ze mną wzrastające, aniżeli dobre, do któregom nie przywykł. Im bardziéj zbliżał się ów moment czasu, w którym moja istota wewnętrznie odmienić się miała, tym większą przerażał mnie trwogą; ani mnie jednak wstecz odwodził, ani do celu doprowadzał, ale trzymał moje kroki w zawieszeniu.
Te fraszki fraszek! te marności nad marnościami ciągły mnie za suknię ciała mojego, i potrząsały nią, pomrukując mi: czyliż nas opuszczasz wcale? Jakto! więcże od chwili niniejszéj na zawsze już z tobą nie będziemy? I od tego momentu nigdy już nie wolno ci będzie tego lub owego! Wszystko, co mi napomykały wtem, com nazwał: To, lub Owo; co mi podsuwały o mój Boże, niech twoje nieskończone miłosierdzie zmaże to z duszy sługi twojego! Jakie nieczystości i nieprzystojności przywodziły przede mnie! Słuchałem ich jeszcze, ale mniéj daleko niźli w połowie; już one przed moje oblicze swarliwe i śmiało stawić się nie mogły, lecz jakby z tyłu przez moje ramię bojaźliwemi podszepty mrucząc, i odchodzącego mnie ukradkiem szczypając, wymagały abym jeszcze obejrzał się za niemi. Opóźniały one mnie jednak, wahającego się jeszcze, w zupełném oderwaniu się od nich i otrząśnieniu z nich do reszty, i przejściu dokąd mnie wołano; wtedy zwłaszcza gdy gwałtowność nałogu mówiła mi: „Czy mniemasz, że bez nich się obejdziesz?“ Ale od tego czasu słabym już bardzo głosem do mnie przemawiała. Bo z téj strony, ku któréj twarz moję obróciłem, i na którą przejść wzdrygałem się, odsłaniała się czysta świetność powściągliwości, wzywając mnie do siebie, nie z płochym i przyłudnym uśmiechem, ale z przystojném przymileniem: abym się przybliżył do niéj bez wszelkiéj bojaźni, i wyciągała do przyjęcia i przygarnienia mnie do siebie pobożne swoje ręce, napełnione rojami osób, które dobrem i przykładami jaśnieją. Tam bowiem są pacholęta i panienki, tam liczna młodzież i wszelki wiek mężów, poważne wdowy, dziewice w latach podeszłe; a w tych świętych duszach nie była powściągliwość jałowa, ale płodna matka w rodzaje niebieskich roskoszy, które tobie Panie, czyli twej małżeńskiéj miłości dłużna.
Zdawała się mówić do mnie w uprzejméj i upominającéj mnie ironii: Więcże ty nie będziesz mógł tego, co mogą dzieci i niewiasty? Czyliż to same w sobie mogą a nie w Panu Bogu swoim? Pan Bóg ich daje mnie im. Pocóż ty na sobie samym polegasz, przeto się chwiejesz; i to cię dziwi? Rzuć się na jego łono odważnie i z ufnością, nie bój się, nie usunie on się, aby ci upaść dozwolił. Rzuć się śmiało, przyjmie cię i uleczy twoję duszę z choroby. Zawstydzało mnie to bardzo, bom jeszcze słuchał mruczenia owych znikomości; a wahajacy się zostawałem w zawieszeniu. Jeszcze powściągliwość odzywała się do mnie, i mniemałem że słyszę mówiącą: bądź głuchym na bezwstydny głos członków twoich, które cię do ziemi przywiązują, by umartwione zostały. Opowiadają ci swoje roskosze, ale te nie mogą być porównane z roskoszami zakonu Pana Boga twojego? Ten spór wewnątrz mojego serca odbywany, był jakby moim pojedynkiem przeciw mnie samemu. Alipiusz ściśle przywiązany do mojego boku, w głębokiém milczeniu oczekiwał końca tak wielkiego poruszenia umysłu mojego w owym ogrodzie.




ROZDZIAŁ XII.
Te wyrazy: Weź czytaj; Weź czytaj; uważa jak Boskie upomnienie.

Gdy więc z najskrytszego gruntu serca, głęboka moja rozwaga wywiodła całą nędzę moję, i zgromadziła ją przed oblicze sumienia mojego; powstała stąd wezbrana i straszliwa burza przeciążona deszczem łez rzewliwych. Abym dozwolił wylać się jéj z całym grzmotem nawały, wstałem i odszedłem od Alipiusza. Samotność więcéj jeszcze ułatwiała płaczowi mojemu; oddaliłem się w takiéj odległości, aby jego nawet obecność, nie była mi uciążliwą.
Jak opłakany był wtedy mój stan, poznawał to Alipiusz: nie wiem jakie wyrzekłem słowo, którego brzmienie wydało głos już płaczem wezbrany, i tak odszedłem. On zaś w głębokiém zadumieniu pozostał na tém miejscu gdzieśmy siedzieli. Odszedłem pod figowe drzewo, nie wiem jak rzuciłem się na ziemię i rozpuściłem wodze łzom; wytrysnęły więc z oczu moich strumienie łez jakby krew z przyjemnéj tobie ofiary. I mówiłem do ciebie nie w tych wyrazach, ale w tym sensie: „Ale ty Panie dopókiż[37]? Dopókiż o Panie zapominasz mię do końca[38]? Nie wspominaj starych nieprawości naszych[39].“ Czułem dobrze, jak silnie byłem niemi związany. Wołałem wśród rzewnego łkania: O dopókiż? dopókiż tego będzie? Jutro! i jutro?.. Dla czegóż nie teraz? dla czegóż w téj godzinie méj sromoty nie zakończę?
Mówiłem te słowa i płakałem w goryczy skruszonego serca mojego. Owo nagle z sąsiedniego domu słyszę wychodzący głos, jakby pacholęcia lub dziewczynki, który śpiewał i często powtarzał: „Weź, Czytaj! Weź, Czytaj!“ Zaraz zmieniła się twarz, i ukoił się żal, począłem usilnie dochodzić myślą, jeżeliby to nie było powtarzanie strofy przy końcu jakiego wiérsza w grze, pomiędzy dziećmi używanego: alem nic podobnego nie słyszał, anim wzniecił w méj pamięci. Wstrzymałem napływ łez moich i wstałem z ziemi, nic innego w tém nie uważając jedynie Boskie polecenie, abym otworzył księgę apostoła, i czytał piérwszy rozdział na który trafię. Słyszałem o Antonim, gdy przypadkiem wszedł do kościoła i trafił na czytanie ewangelii: że przyjął jakby do siebie powiedziane te słowa: „Idź sprzedaj wszystko co masz i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź i pójdź za mną[40]“ i że takową poradą został zaraz do ciebie nawrócony.
Prędkom więc powrócił na to miejsce, gdzie Alipiusz siedział: bom, wstając z niego, położył na niém książkę apostoła. Wziąłem ją, otworzyłem i cicho czytałem rozdział, na który najprzód rzutem oczu moich trafiłem: „Nie w biesiadach i pijaństwach, nie w łożach i niewstydliwościach, nie w zwadzie i zazdrości: Ale się obleczcie w Pana Jezusa Chrystusa; a starania o ciele nie czyńcie w pożądliwościach[41].“ Nie chciałem czytać daléj, ani tego nie było potrzeba. Zaledwom skończył tych wiérszów czytanie, jakby światłem przekonania w mojém sercu rozlaném, rozproszone zostały wszystkie ciemności powątpiewań moich.
Wtedy założyłem miejsce w książce palcem lub innym jakimś znakiem, czego nie pamiętam, zawarłem ją, i z spokojną już twarzą powiedziałem wszystko Alipiuszowi. On niemniéj oznajmił mi co się w nim działo, czegom nie wiedział. Żądał widzieć ten ustęp, który czytałem; pokazałem mu, a daléj czytając niżeli ja, przyszedł do następujących wyrazów, których nie uważałem: „A słabego w wierze przyjmujcie[42]“ Do siebie on je zastósował, i wyznał to przede mną. Takiém upomnieniem ugruntowany w dobrém i świętém przedsięwzięciu, zgadzającém się z czystemi jego obyczajami, któremi od dawna już bardzo różnił się ode mnie, połączył się ze mną w moim zamiarze od razu, bez namysłu i pomieszania. Spiesznie przychodzimy do méj matki, mówimy jéj o tém zdarzeniu, ona się cieszy, opowiadamy szczegóły jak się stało, unosi się radością, tryumfuje i błogosławi tobie „który możesz daleko obficiéj uczynić dla nas to, o co prosimy albo rozumiemy[43];“ bo widziała żeś daleko więcéj uczynił ze mnie dla niéj, niźli to, o co ona cię z płaczem i westchnieniem nieustannie prosiła. Tak zupełnie nawróciłeś mnie do siebie, żem ani żony nie szukał, i wszelkiéj znikoméj zrzekłem się w świecie nadziei, stojąc już bespiecznie na téj linii wiary, na któréj twoje objawienie przed tak wielu laty mnie stojącego matce mojéj pokazało[44]. „A płacz jéj odmieniłeś w wesele[45],“ daleko hojniéj niżeli się spodziewała, milsze nierównie i czystsze nad owo, którego z wnuków z ciała mojego zrodzonych oczekiwała.

Wyznania świętego Augustyna ornament 3.jpg

Przypisy

  1. Ps. 34, 10.
  2. Ps. 115, 17.
  3. I Kor. 13, 12.
  4. Ps. 25, 8.
  5. Mat. 19, 12.
  6. Jan. 1, 5.
  7. Rzym. 1, 21.
  8. Ps. 17, 34.
  9. Job 28, 28.
  10. Przyp. 3, 7.
  11. Rzym. 1, 22.
  12. Mat. 13, 45-46
  13. Ps. 143, 5.
  14. Ps. 28, 5.
  15. Łuk. 12. 8.
  16. Ps. 39, 5.
  17. Łuk. 15, 7.
  18. w. 5.
  19. w. 8, 9.
  20. Łuk. 15, 24.
  21. Jan 1, 12.
  22. Kor. 1, 27, 28
  23. Dzieje Ap. 13, 9.
  24. Mat. 12, 29.
  25. Tym. 2, 21.
  26. Księ. mądr. 10, 21.
  27. Gal. 5, 17.
  28. Efes. 5, 14.
  29. Rzym. 7, 22.
  30. 23, 24.
  31. Mat. 5, 3.
  32. Tu Augustyn żywo zastanawiał się nad sobą i rozważał niecne uczynki swoje.
  33. W tém miejscu mówi ś. Augustyn o błędach Manichejskich, o których odsyłam do żywota ś. Aug. przy końcu tego dzieła pod rokiem 392 w liczbie trzeciéj o błędach. —
  34. Efes. 5, 8.
  35. Jan 1, 9.
  36. Ps. 33, 6.
  37. Ps. 6, 4.
  38. 12, 1.
  39. 78, 8
  40. Mat. 19, 21.
  41. Rzym. 13, 13–14.
  42. Rzym. 14, 1
  43. Effes. 3, 20. —
  44. Tu namienia Augustyn o owym śnie w księdze trzeciéj rozdz. XI skréślonym, który miała ś. Monika o jego nawróceniu.
  45. Ps. 29, 12.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Augustyn z Hippony i tłumacza: Piotr Franciszek Pękalski.