Wyspa tajemnicza/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVI.

Wycieczka na wybrzeże. — Gromady czwororękich. — Nowy strumień. — Nadbrzeżny las. — Przylądek Gadu. — Harbert zazdrości Gedeonowi. — Trzaskanie bambusów.

Koloniści, przyjrzawszy się okolicy przy świetle dziennem, nabrali przekonania, iż będą zmuszeni torować sobie drogę wśród krzaków siekierą, a może i ze strzelbą w ręku.
Przed wyruszeniem w drogę silniej jeszcze przywiązano łódkę do drzewa. Zabrali żywności na dwa dni, gdyż inżynier zalecił usilnie towarzyszom, aby żaden z nich nie strzelał, choćby spotkali najwyborniejszą zwierzynę, bo hukiem wystrzału mogliby zdradzić obecność swą w tych stronach.
Ominąwszy spadek wody, koloniści musieli już torować sobie przejście siekierą wśród gąszczu leśnego, a Cyrus, idąc naprzód z busolą w ręku, wskazywał drogę.
Napotykali często gromady małp, przyglądających się z widocznem zdziwieniem istotom, dotąd zupełnie nieznanym. Gedeon pytał żartobliwie, czy te silne i zręczne zwierzęta nie uważają tak jego, jak towarzyszów za wyrodzonych i zniedołężniałych współbraci! Prawdę mówiąc, koloniści, przedzierający się z trudnością między zaroślami, mogli pozazdrościć siły i zwinności zwierzętom, tak lekko i łatwo przeskakującym z drzewa na drzewo. Gromady tych małp były liczne, lecz nie okazywały nieprzyjaznego usposobienia.
Raz po raz przesuwały się także dziki, aguty, kangury i parę kaoli, do których Penkroff byłby chętnie strzelił.
— Polowanie stracone — mówił z westchnieniem — więc skaczcie, biegajcie spokojnie. Dopiero wracając, rozmówię się z wami.
Około dziesiątej podróżni spotkali nową przeszkodę, przecinającą im drogę. Był to nieznany im dotąd strumień do czterdziestu stóp szeroki, którego wody toczyły się szybko i z głośnym szumem po spadzistem i zasłanem skałami łożysku. Woda była głęboka i czysta, lecz spuszczona na nią łódka rozstrzaskałaby się wkrótce o skały.
— Droga przecięta! — zawołał Nab. — Musimy szukać innej.
— Poco? Wszakże możemy ją wpław przebyć.
— I to niepotrzebne — rzekł inżynier. — Strumień ten widocznie dąży do morza, idźmy więc ciągle jego brzegiem, a pewny jestem, że wkrótce wyprowadzi nas na wybrzeże. Ruszajmy!
— Zatrzymajmy się jeszcze trochę! — zawołał Penkroff.
— Dlaczego? — zapytał reporter.
— Polowanie wzbronione, lecz sądzę, że rybołóstwu oddawać się wolno — rzekł marynarz — zwłaszcza gdy idzie o smaczne śniadanie.
Rzekłszy to, położył się nad brzegiem, zanurzył ręce w wodzie i zaczął śpiesznie wyrzucać na trawę wielkie raki, których mnóstwo ukrywało się między skałami.
— Wybornie! — zawołał Nab i pośpieszył z pomocą przyjacielowi.
Nim upłynęło pięć minut, napełniono cały koszyk najpiękniejszemi rakami.
Droga nad brzegiem nowoodkrytego strumienia była mniej utrudzająca, i koloniści mogli przyśpieszyć kroku. Nic dotąd nie zwiastowało obecności człowieka, tylko gdzie niegdzie spotykali ślady wielkich zwierząt, przychodzących tu zapewne gasić pragnienie.
Cyrus zwracał baczną uwagę na wartki prąd wody, dążącej ku morzu, i zaczął przypuszczać, że do zachodniego wybrzeża musi być znacznie dalej, niż sądził. Był to właśnie czas przypływu morza, który powinien cofnąć wstecz bieg rzeki, gdyby do jej ujścia nie było więcej nad kilka mil. Otóż tego nie było; woda toczyła się ciągle ku morzu. Zdziwiony tem inżynier spoglądał na busolę, aby się przekonać, czy zakręt rzeki nie cofa ich napowrót ku środkowi wyspy.
Łożysko rzeki rozszerzało się powoli, a jednocześnie bieg wody stawał się spokojniejszym. Drzewa po obu brzegach rosły tak gęsto, że trudno było coś dojrzeć; widać jednak brzegi nie musiały być zamieszkane, bo Top biegł spokojnie.
O wpół do jedenastej Harbert, który szedł żwawo, wyprzedzając towarzyszów, zatrzymał się nagle i zawołał:
— Morze!
W kilka minut później podróżni stali już na skraju lasu i mogli objąć wzrokiem zachodnie wybrzeże wyspy, całkiem odmienne od tego, na które los ich wyrzucił. Nie było tu już ani ścian granitowych, ani skał, sterczących nad powierzchnią morza, ani nawet piaskiem usłanej płaszczyzny; las pokrywał całe wybrzeże, wyniesione znacznie ponad poziom morza, a ostatnie drzewa jego, chłostane falami, pochyliły się ku wodzie.
Koloniści zatrzymali się przy malutkiej przystani, w której nie zmieściłyby się nawet trzy łodzie rybackie: przez nią to wody nowoodkrytego strumienia spływały do morza, nie po lekkiej, jak to zwykle bywa spadzistości, lecz gwałtownie z wysokości, przenoszącej czterdzieści stóp. Inżynier nie dziwił się już teraz, że przypływ morza nie oddziaływał na bieg rzeki, której koryto było tak znacznie wywyższone nad poziom oceanu. Nazwano ją też „rzeką Kaskady”.
Ku północy las ciągnął się jeszcze blisko dwie mile, potem przerzedzał się znacznie, a wdali poza nim ukazywały się malownicze wzgórza, ciągnące się ku północy i południowi.
Po spożytym naprędce posiłku Cyrus Smith dał znak do dalszej podróży.
Dotąd nie znaleźli jeszcze nic, świadczącego o rozbiciu się statku, lecz, jak twierdził Gedeon, morze mogło unieść z sobą wszystkie jego szczątki.
O piątej godzinie koloniści zauważyli, że muszą jeszcze przejść dwie mile, zanim dojdą do przylądka Gadu, i że będą zmuszeni tam noc przepędzić, gdyż niepodobna było przypuścić, aby mogli wrócić przed zachodem słońca do obozowiska przy źródłach Mercy. Zresztą mieli z sobą dość żywności, a choć w nadbrzeżnym lesie nie spotykali zwierzyny, to mogli ją w razie potrzeby zastąpić ptactwem, jak cietrzewie, lory, papugi, kakatoesy, bażanty, gołębie i wiele jeszcze innych. Trudno było znaleźć drzewo, na któremby nie było gniazda, i gniazdo, w którem nie trzepotałyby się ptaszęta.
O godzinie siódmej stanęli wreszcie na przylądku. Tu kończył się już nadbrzeżny las półwyspu, a na południowym jego brzegu widać było tylko skały, rafy i piaszczyste wydmy. Kto wie, może jaki okręt został zagnany do tej części wyspy. Ale noc się zbliżała, więc dopiero nazajutrz będzie można rozpocząć poszukiwania.
Penkroff i Harbert zaczęli natychmiast szukać miejsca, dogodnego na nocleg. Młody naturalista dostrzegł na kraju lasu gęste kępy bambusów.
— A! to nieocenione dla nas odkrycie! — zawołał.
— Doprawdy? — rzeki Penkroff.
— Tak, bo trzeba ci wiedzieć, Penkroffie, że z kory bambusów, pokrajanej w paski, wyplatają kosze, że z tejże samej kory, przyrządzonej stosownie, wyrabiają papier chiński, że sama trzcina, stosownie do swej grubości, służy na laski, cybuchy, rury do przeprowadzenia wody, że wielkie bambusy stanowią wyborny, bo lekki i trwały materjał budowlany, nigdy nie uszkodzany przez owady, że wreszcie, przerzynając tę trzcinę wpoprzek przez środek sęczka, otrzymać można dogodne i mocne naczynia do wody, powszechnie w Chinach używane. Ale to jeszcze niedosyć dla ciebie, więc dodam...
— Że co?
— Że w Indjach jadają bambusy jak szparagi.
— Szparagi, długie na trzydzieści stóp! — zawołał marynarz. — A czy są dobre?
— Wyborne, tylko że nie biorą na ten cel tak wysokiej trzciny, lecz młodziutkie jej pędy.
— Doskonale, musimy kiedy spróbować tej potrawy.
— Prócz tego rdzeń młodych pędów, zamarynowany w occie, stanowi bardzo smaczną przyprawę.
— Bambusy wzbudzają we mnie coraz większy szacunek — przerwał marynarz.
— Nakoniec, zawierają słodki płyn, z którego można przyrządzić bardzo smaczny napój.
— A czy też nie dałoby się z nich urządzić coś podobnego do tytoniu?
— Nie, mój biedny Penkroffie.
— Szkoda, wielka szkoda!
Harbert i marynarz nie potrzebowali szukać długo dogodnego na nocleg miejsca. Bałwany morskie, gnane wiatrem południowo-zachodnim, wyżłobiły w nadbrzeżnych skałach dość głębokie wydrążenia, które mogły służyć za chwilowe schronienie. Wybrali jedno z największych, lecz gdy już mieli wejść do niego, rozległ się wewnątrz ryk straszny.
— Uciekajmy! — zawołał Penkroff — strzelby nasze śrutem tylko nabite.
Mówiąc to, pochwycił Harberta za rękę i wraz z nim ukrył się za skałę w tej właśnie chwili, gdy ogromny zwierz ukazał się przy wejściu do jaskini.
Był to jaguar, dorównywujący wzrostem zamieszkującym Amerykę. Miał więcej niż pięć stóp, licząc od głowy do początku ogona. Płowe jego futro zdobiły czarne duże i okrągłe centki, odbijające pięknie od białego podbrzusza. Harbert poznał w nim strasznego współzawodnika tygrysa, stokroć niebezpieczniejszego od jaguara, którego możnaby porównać z wilkiem.
Jaguar zatrzymał się przed jaskinią, najeżywszy sierść, i spojrzał dokoła błyszczącemi ślepiami, jakby już nie po raz pierwszy zwęszył i widział człowieka. W tejże chwili wyszedł reporter z pomiędzy skał, a Harbert sądząc, że nie dostrzegł jaguara, chciał mu biec na pomoc, gdy Gedeon dał ręką znak, aby pozostał na miejscu, i spokojnie szedł dalej.
Jaguar skurczył się do skoku, chcąc rzucić się na Spiletta, lecz ugodzony kulą w czoło upadł na ziemię. Towarzysze reportera zbiegli się natychmiast, aby przyjrzeć się leżącemu bez życia jaguarowi, którego pyszne futro miało wkrótce przyozdobić wielką salę Granitowego pałacu.
— A! panie Spilett! Podziwiam, a zarazem zadroszczę ci! — zawołał Harbert z uniesieniem.
— Niema czego — odpowiedział reporter — i ty potrafiłbyś to zrobić.
— O! nie, ja nie zdobyłbym się na tyle zimnej krwi...
— Gdy spotkasz jaguara, Harbercie, powiedz sobie, że to zając, a najspokojniej do niego strzelisz i zabijesz.
— Doprawdy! — zawołał Penkroff. — Nie domyślałem się nawet, że to rzecz tak łatwa.
— Teraz, gdy już nie potrzebujemy się obawiać powrotu jaguara — powiedział Gedeon — kryjówka jego może nam posłużyć za schronienie na noc dzisiejszą.
— A jeżeli inne przyjdą? — zapytał Penkroff.
— Rozłożymy ogień przy wejściu do jaskini: nie ośmielą się zbliżyć do nas.
— Więc wejdźmy do groty jaguara!
Nab zajął się zdjęciem skóry, a inni znosili suche gałęzie z lasu i układali wielkie ognisko, do którego Cyrus dołożył dość znaczną ilość zerzniętych przez siebie bambusów.

Po wieczerzy zapalono ogień. Wkrótce rozległ się w powietrzu huk podobny do tego, jaki się daje słyszeć przy puszczaniu rac. Huk ten wydawały bambusy, gdy ogień do nich doszedł, a już sam ten hałas mógł odstraszyć najodważniejsze zwierzęta. Nie był to jednak wynalazek inżyniera, gdyż, jak wspomina Marco Polo, Tatarzy używają go skutecznie już od wieków dla odstraszenia od swych obozowisk krwiożerczych zwierząt.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.