Wyspa tajemnicza/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXV.

Odjazd. — Wiązy i obrotnice. — Rozliczne rośliny. — Widok lasu. — Eukaliptusy olbrzymy. — Dlaczego noszą nazwę „drzewa febry”. — Stada małp. — Spadek wodny.

Nazajutrz, 30 października, wszystko już było gotowe do wycieczki, którą ostatnie wypadki przyśpieszyć nakazywały. Koloniści znajdowali się teraz w takiem położeniu, iż mogli nabrać przekonania, że nietylko nie potrzebują od nikogo pomocy, lecz jeszcze innym udzielić jej mogą.
Dla zmniejszenia sobie trudu i łatwiejszego przewiezienia broni i żywności postanowiono popłynąć rzeką o ile będzie można najdalej. Cyrus i to miał na względzie, że jeżeli, jak się to niewątpliwem zdawało, jakiś statek rozbił się przy brzegach wyspy, to prócz tego, co zabierają z sobą, znajdzie się wiele szczątków, które wypadnie sprowadzić do Granitowego pałacu.
Nab włożył do łodzi żywności na trzy dni, gdyż wyprawa nie miała trwać dłużej, a w razie potrzeby możnaby powiększyć zapasy świeżo upolowaną zwierzyną. Nie zapomniał także o kilku dzbankach piwa i o przenośnym piecyku.
Koloniści zabrali także dwie siekiery, aby móc w razie potrzeby torować sobie drogę w lesie, a prócz tego lunetę i busolę kieszonkową.
Z broni wzięto dwie strzelby skałkowe, jeden karabin i pięć kordelasów w mocnych, skórzanych pochwach. Tak uzbrojeni, mogli bez wielkiego niebezpieczeństwa zapuścić się w gęste i nieznane im lasy.
O szóstej rano spuszczono na morze łódź, do której wsiedli wszyscy, nie wyjmując Topa.
Wybrzeża były prześliczne. Podróżni musieli podziwiać twórczość przyrody, która prostemi środkami, jak drzewa i woda, umie tworzyć tak piękne krajobrazy. W miarę jak płynęli, ukazywały się coraz to nowe gatunki drzew. Na prawym brzegu wznosiły się pyszne gatunki z rodziny Ulmaceae, tak wysoko cenione przez budowniczych wiązy, posiadające tę własność, że bardzo długo mogą bez uszkodzenia pozostawać w wodzie. Dalej ukazywały się inne, należące do tej samej rodziny, a między niemi obrostnica, znana także w południowej Francji, gdzie ją nazywają pospolicie „drzewem z Perpignan”, które daje materjał twardy, ścisły, ciężki, czarniawy i łatwo dający się politurować.
Od czasu do czasu przybijano, do brzegu w miejscach dogodnych do wylądowania, a wówczas Spilett, Penkroff i Harbert wysiadali ze strzelbami w ręku w nadziei, że może znajdą jakąś użyteczną roślinę. Młody naturalista napotkał gatunek dzikiego szpinaku, jako też wiele innych, jak naprzykład rzeżuchę, chrzan, rzepę, a nareszcie roślinkę, wysoką na jeden metr, obfitującą w ciemne, drobniutkie nasienie.
— Czy wiesz, co to za roślina? — zapytał Harbert marynarza.
— Może tytoń? — zawołał Penkroff, który widocznie znał ulubioną roślinę tylko pokrajaną i zawiniętą w papier.
— Nie, Penkroffie! to jest gorczyca.
— Ha! weź i ją! Ale, jeżeli przypadkiem znajdziesz gdzie krzaczek tytoniu...
— Bądź spokojny, znajdziemy go także kiedyś — powiedział Spilett.
— Doprawdy?! — wykrzyknął Penkroff — a więc w owym dniu już niczego nam brakować nie będzie!
Wszystkie znalezione rośliny wyjmowano z korzeniami i przenoszono do łodzi, aby je zasadzić wpobliżu Granitowego pałacu.
W czasie jednej wycieczki na brzeg udało się Gedeonowi uchwycić żywcem dwie pary ptaków z rodziny grzebiących; te ptaki z długim i cienkim dziobem, krótkiemi skrzydłami i bez ogona Harbert poznał odrazu i nazwał kusakami, a że były blisko spokrewnione z kurami, darowano im życie i postanowiono oswoić, aby rozmnażając się, stanowiły drób domowy.
Około godziny dziesiątej dopłynęli do drugiego zakrętu Mercy, o pięć mil mniej więcej od jej ujścia. Zatrzymano się tu na pół godziny i spożyto śniadanie w cieniu wielkich drzew.
Rzeka w tem miejscu miała jeszcze około siedemdziesięciu stóp szerokości, a pięć do sześciu głębokości; las zaś rozciągał się na niezmierzonej okiem przestrzeni, i tak w nim, jak pod drzewami, pokrywającemi brzegi Mercy, nic nie zdradzało obecności człowieka.
Ponieważ inżynier chciał jak najspieszniej dostać się na zachodnie wybrzeże wyspy, dał hasło do puszczenia się w dalszą drogę. Ustał przypływ, więc Nab i Harbert musieli wziąć się do wioseł, a Penkroff stanął przy rudlu.
Las przerzedzał się stopniowo, a drzewa, mając więcej miejsca i powietrza, rozrastały się coraz wspanialej.
— Eukaliptusy! — zawołał Harbert.
Rzeczywiście były to olbrzymy strefy podzwrotnikowej, pokrewne eukaliptusom Australji i Nowej Zelandji i tak tu jak i tam rosnące pod tym samym stopniem szerokości geograficznej. Wierzchołki niektórych z nich miały dwieście stóp obwodu, a kora, z której wypływała obficie wonna żywica, była gruba na pięć cali. Trudno znaleźć coś piękniejszego nad te ogromne drzewa z rodziny mirtowych, których liście, zwrócone bokiem do słońca, przepuszczają jego promienie aż do żywiącego je gruntu.
U stóp eukaliptusów rosła bujna i świeża trawa, z pomiędzy której wylatywało mnóstwo małych ptasząt, połyskujących w słońcu jak drogie kamienie.
— To mi drzewa — zawołał Nab — ale czy tylko są równie użyteczne jak wielkie?
— Ba! — odpowiedział Penkroff — zapewne można to samo powiedzieć o olbrzymiego wzrostu roślinach, co i o ludziach olbrzymiego wzrostu, że zdadzą się tylko do pokazywania na jarmarkach.
— Mylisz się, Penkroffie, bo drzewo eukaliptusów jest poszukiwane na budowle, a prócz tego wyrabiają z niego kosztowne sprzęty.
— Dodam jeszcze, że należą do rodziny, zawierającej w sobie wiele drzew użytecznych, jak naprzykład: gwajawy, wydające smaczne owoce; drzewa gwoździkowe, dostarczające znanych powszechnie gwoździków; drzewa granatowe, rodzące owoc zwany granatem; Eugenia cauliflora, z której owoców wyrabiają niezłe wino; Mirt ugni, z którego otrzymują wyborny trunek alkoholiczny; Mirt caryophyllus, którego kora zastąpić może cynamon; mirt zwyczajny, którego owoce mogą być używane zamiast pieprzu; Eucaliptus robusta, dostarczający wybornej manny; Eucaliptus Gunei, wydający z siebie sok, który po sfermentowaniu zamienia się w piwo; nakoniec wszystkie drzewa, znane pod ogólną nazwą drzew życia lub drzew żelaznych, należące do rodziny mirtowych, liczącej w sobie tysiąc kilkaset gatunków.
— Wybornie, Harbercie! — rzekł Penkroff, widocznie ucieszony jego uczonością. — Ale gotówbym przysiąc, że te wszystkie użyteczne drzewa nie są takiemi olbrzymami jak te, które tu widzimy.
— Rzeczywiście — odpowiedział Harbert.
— A więc to służy właśnie na poparcie tego, co powiedziałem, że co olbrzymie, to niewiele warte i nieużyteczne.
— Mylisz się, Penkroffie — powiedział inżynier — bo właśnie te olbrzymie eukaliptusy oczyszczają powietrze, a przez to czynią je zdrowszem. Czy wiesz, jak je nazywają w Australji i Nowej Zelandji?
— Nie, panie Cyrusie.
— Nazywają je drzewami febrycznemi.
— Czy dlatego, że sprowadzają febrę?
— Nie, lecz dlatego, że od niej chronią. Jest prawie dowiedzione, że obecność eukaliptusów zobojętnia szkodliwe wyziewy. Sadzono już te drzewa w pewnych niezdrowych okolicach południowej Europy i północnej Ameryki i po pewnym przeciągu czasu stan zdrowia mieszkańców polepszył się widocznie. Zimnica jest nieznana w krajach, posiadających lasy eukaliptusów; jest to fakt, nie podlegający wątpliwości i nader szczęśliwy dla nas, mieszkańców wyspy Lincolna.
— A! jakaż to błogosławiona wyspa! Niczego na niej nie brakuje... wyjąwszy...
— Bądź cierpliwym, Penkroffie, i to znajdzie się kiedyś — odpowiedział inżynier. — Teraz wsiądźmy do łodzi i płyńmy dalej, dopóki tylko rzeka będzie mogła unieść nas i łódkę.
Płynęli jeszcze parę mil pod cieniem eukaliptusów, pokrywających z obu stron rzeki okiem nieprzejrzaną przestrzeń. Wodne rośliny, a miejscami i skały zagradzały im teraz drogę i utrudniały żeglugę; nadto woda coraz była płytsza. Penkroff oznajmił, że lada chwila łódź nie będzie mogła posuwać się dalej. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Cyrus Smith, widząc, że niepodobna im będzie stanąć tego samego dnia na zachodnim brzegu wyspy, postanowił zatrzymać się na noc w miejscu, gdzie brak wody uniemożebni żeglugę.
Łódka płynęła ciągle pomiędzy ścianami lasu, który znów powoli stawał się coraz gęstszy i więcej ożywiony, gdyż dostrzegano w nim zdala gromady małp; a wkrótce kilka tych zwierząt zatrzymało się niedaleko od łódki i przyglądało się podróżnym, nie okazując najmniejszego przestrachu. Można było zastrzelić je z największą łatwością i Penkroff byłby to niewątpliwie uczynił, gdyby Cyrus nie sprzeciwił się tej niepotrzebnej rzezi, przedkładając, że sama ostrożność nie pozwala zaczepiać tak silnych i zwinnych małp, które rozgniewane mogłyby stać się niebezpieczne.
Marynarz oceniał małpy tylko pod względem gastronomicznym, a mięso ich uważane jest za wyborne.
Łódź posuwała się coraz powolniej, gdyż co chwila musiała omijać skały lub przedzierać się między wodnemi roślinami.
— Panie Cyrusie, za kilkanaście minut najdalej będziemy zmuszeni zatrzymać się — rzeki marynarz.
— A więc zatrzymamy się i urządzimy na noc obozowisko.
Wkrótce potem łódka zaczęła ocierać się o kamieniste dno rzeki, której szerokość w tem miejscu wynosiła zaledwie dwadzieścia stóp. Gałęzie drzew okrywały jej łożysko, tworząc zielone sklepienie tak gęste, że prawie nie przepuszczało promieni słonecznych. Silny szum spadającej wody zapowiadał, że o jakie kilkaset kroków dalej, w górze rzeki, musi być wodospad, który też ujrzeli między drzewami, gdy dopłynęli do ostatniego zakrętu Mercy.

W kilka minut później przywiązano łódkę do drzewa.
Ostatnie promienie słońca wciskały się pod konary drzew i zboku oświetlały wodospad, a w drobniutkich kropelkach kurzawy wodnej odbijały się wszystkie kolory tęczy. Dalej, łożysko rzeki znikało już w gęstwinie lasu. Ponieważ miejsce było śliczne, koloniści wysiedli na ląd. Rozpalono ogień pod rozłożystemi wiązami, których gałęzie w razie potrzeby mogły im służyć za schronienie. Głód już dobrze dokuczał, najpierw więc pomyśleli o wieczerzy. Ze zmierzchem dały się słyszeć głosy dzikich zwierząt, przeto przed udaniem się na spoczynek ułożyli wielkie ognisko, aby blask jego płomieni odstraszał niepożądanych gości. Nazajutrz, 31 października, podróżni o piątej rano puścili się w dalszą drogę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.