Wyspa tajemnicza/XL

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XL.

Rozmowa. — Cyrus Smith i Gedeon Spilett. — Myśli inżyniera. — Telegraf. — Druty i baterje. — Ciepła pora. — Rozwój kolonji. — Fotograf. — Dwa lata minęło.

— Nieszczęśliwy człowiek! — zawołał Harbert, gdy Ayrton oddalił się.
— Ale jak to wytłumaczyć, panie Cyrusie? Skoro Ayrton nie wrzucił tej butelki, więc musiał ją wrzucić ktoś inny? — zapytał zdziwiony niewymownie Penkroff.
Przyznać trzeba, że pytanie to nasuwało się każdemu.
— Eh! on wrzucił butelkę niezawodnie, tylko biedak musiał już wtedy być nawpół nieprzytomny — odrzekł Nab.
— Zapewne — dorzucił Harbert — sam nie wiedział, co robi.
— Rzeczywiście, tylko tym sposobem fakt ten wytłumaczyć można — rzekł inżynier. — Przecież Ayrton tylko mógł tak dokładnie oznaczyć położenie wyspy Tabor, skoro znał ją dobrze jeszcze przed owemi opowiedzianemi nam wypadkami, które skazały go na samotny na niej pobyt.
— Jednakowoż — rzekł Penkroff — nie był jeszcze zdziczały, gdy układał ów dokument. Jeżeli jest temu lat siedem lub osiem, jak się to stać mogło, że wilgoć go nie uszkodziła?
— Widać — odparł Cyrus — znacznie później, niż sądzi, utracił pamięć i rozum.
— Czy tylko Ayrton powiedział nam prawdę? — zapytał marynarz.
— O tem nie można wątpić — odparł reporter. — Historja, którą nam opowiedział, jest najzupełniej prawdziwa. Doskonale przypominam sobie, że dzienniki podawały ją z najdrobniejszemi szczegółami, opisując zarazem przedsiębrane przez lorda Glenarvana poszukiwania i ich wyniki.
— Bądź pewny, Penkroffie, że Ayrton mówił prawdę; niktby nie kłamał, aby o podobne oskarżać się zbrodnie — rzekł inżynier.
Nazajutrz, 21 grudnia, koloniści udali się na płaszczyznę, lecz nie zastali tam Ayrtona, który w nocy oddalił się do swej samotnej chaty. Postanowili zostawić mu zupełną swobodę, licząc na to, że czas dokona reszty. Harbert, Penkroff i Nab wrócili do zwykłych zajęć, a inżynier i reporter pracowali razem w Kominach.
— Wiesz co, Cyrusie — rzekł Gedeon Spilett. — Wczorajsze objaśnienia twoje co do znalezionej butelki bynajmniej mnie nie zadowoliły. Czy można przypuszczać, żeby ten nieszczęśliwy, który teraz, oprzytomniawszy, tak doskonale pamięta całą przeszłość, nic nie wiedział o tem, że wrzucił w morze butelkę z dokumentem?
— To też nie ulega wątpliwości, że nie on ją wrzucił.
— A więc sądzisz...
— Dotąd nic nie sądzę, bo nic nie wiem — przerwał Cyrus. — Zaliczam to wydarzenie do rzędu tych, których także nie mogliśmy jeszcze dotąd rozwiązać.
— Doprawdy, Cyrusie, dzieją się rzeczy niepodobne do uwierzenia. Twoje cudowne ocalenie, skrzynia znaleziona na piasku, owe przygody Topa i nareszcie ta butelka... Czy nigdy już nie rozwiążemy tych niepojętych zagadek?...
— Rozwiążemy niezawodnie, choćby mi przyszło rozkopać całą wyspę — odrzekł inżynier.
— Ha! może szczęśliwy wypadek wyjaśni nam nareszcie te dziwne tajemnice.
— Mój drogi, nie wierzę ani w wypadki, ani w nierozwiązane tajemnice. Wszystko, co nam się wydaje niewytłumaczonem, ma swój powód i przyczynę, które nauka i praca wykryć pozwala. Będziemy pracowali wytrwale i dojdziemy do celu.
Nadszedł styczeń, a z nim rok 1867, Harbert i Gedeon poszli ku owczarni i przekonali się, że Ayrton zajął przygotowane mieszkanie i troskliwie pilnował powierzonej sobie trzody. Tym sposobem oszczędzał kolonistom trudów; nie chcąc jednak przyzwyczajać go do samotności, odwiedzali go dość często. Nadto — ponieważ Gedeon i Cyrus mieli pewne zamiary, które wymagały nader bacznego zwrócenia uwagi na tę część wyspy, polecono więc Ayrtonowi, aby zawiadomił ich niezwłocznie, gdyby wydarzyło się coś niezwykłego.
Nadto, ponieważ mogły się wydarzyć wypadki rozmaite, jak np. pojawienie się woddali okrętu, ukazanie się rozbójników i t. p., coby wymagało prędkiej obecności wszystkich kolonistów, przeto Cyrus postanowił zaprowadzić bezpośrednią komunikację między chatką przy owczarni a Granitowym pałacem.
O zamiarze tym zawiadomił towarzyszów dnia 10 stycznia.
— Ciekaw jestem, jak tego dokażesz! — zawołał Penkroff. Czy czasem nie zamierzasz urządzić telegrafu?
— Właśnie — odrzekł inżynier.
— Co? Zamierzasz zaprowadzić telegraf elektryczny? — rzekł Harbert.
— Tak, mój młody przyjacielu. Mamy przecież wszystko, co może być potrzebne do wytworzenia prądu elektrycznego; najtrudniej będzie z wyrobem drutu, ale i temu zaradzimy.
— No, kiedy tak — zawołał marynarz — to bardzo być może, iż niezadługo będziemy pędzili po naszej wyspie koleją żelazną.
Zabrano się do pracy, poczynając od rzeczy najtrudniejszej, to jest wyrobienia drutu, bo, gdyby to się nie udało, nie byłoby potrzeby pracować nad innemi przyrządami.
Żelazo, znajdujące się na wyspie Lincolna, było, jak wiemy, w najlepszym gatunku, zatem łatwo dało się ciągnąć. Cyrus urządził najpierw blachę stalową, w której porobił otwory stożkowe różnej wielkości, aby stopniowo doprowadzać drut do pożądanej grubości. Zahartowawszy tę blachę, przymocował ją do pnia, utwierdzonego w gruncie, o kilka stóp od spadku wody, którego siłę inżynier zużytkować postanowił.
Kilka dni czasu wystarczyło na przygotowanie drutów, i zaraz potom inżynier postanowił urządzić baterję nader prostą.
Dnia 6 lutego zaczęto ustawiać słupy z okrytemi szkłem hakami do podtrzymywania drutu, który miał być wyciągnięty nad drogą, prowadzącą do chaty. W kilka dni później drut był przeprowadzony.
Urządzono dwie baterje; jedną w Granitowym pałacu, drugą w chatce przy owczarni, aby w każdej chwili można się było porozumiewać z sobą.
Dnia 12 lutego cały przyrząd był już wykończony, i zaraz Cyrus zapytał Ayrtona, czy co złego nie zaszło w owczarni; w kilka minut odebrał zadowalającą odpowiedź. Penkroff nie posiadał się z radości i codziennie rano i wieczór wysyłał telegramy do owczarni, na które zawsze odbierał żądane odpowiedzi.
Urządzenie telegrafu zapewniało podwójną korzyść: najpierw mogli zawsze wiedzieć, czy Ayrton nie opuścił chaty, a powtóre nie pozwalali mu zostawać w zupełnem odosobnieniu. Oprócz tego Cyrus odwiedzał go regularnie przynajmniej raz na tydzień, a ilekroć Ayrton przybywał do Granitowego pałacu, przyjmowano go życzliwie.
Piękna pora roku upłynęła wśród zwykłych zajęć. Zasoby kolonji, szczególniej pod względem jarzyn i zboża, zwiększały się nieustannie, a rośliny, sprowadzone z wyspy Tabor, udały się jak najlepiej. Czas był prześliczny; we dnie temperatura była bardzo gorąca, ale wieczorami wietrzyk, wiejący od morza, mile chłodził powietrze. Niekiedy jednak nadchodziły burze i, choć krótkie, były przecież bardzo gwałtowne: czasami błyskawice trwały po kilka godzin, sprowadzając za sobą grzmoty i pioruny.
W owym czasie stan kolonji dosięgał wysokiego stopnia rozwoju. Drób tak się rozmnożył, że go mieli prawie za wiele. Onagi także doczekały się potomstwa, a dwoje ich dzieci służyło za wierzchowców dla reportera i Harberta, który dzięki Gedeonowi był doskonałym jeźdźcem. Oprócz tego zaprzęgano młode onagi do wozu, aby zwoziły węgiel i drzewo, oraz rozmaite minerały, których inżynier ciągle potrzebował.
Kilkakrotnie odbywano wycieczki do lasów, leżących na Dalekim zachodzie. Koloniści nie obawiali się zbyt wysokiej temperatury, bo promienie słoneczne zaledwie gdzie niegdzie zdołały sę przedrzeć przez nadzwyczaj gęste sklepienie lasu. Zwiedzili cały lewy brzeg Mercy. Wybierając się na te wycieczki, zawsze dobrze się uzbrajali, gdyż często zachodziły im drogę dziki nadzwyczaj zuchwałe, z któremi musieli uparte staczać walki.
W tej także porze roku Gedeon i Harbert rozpoczęli z jaguarami straszną wojnę. Obaj myśliwi uzupełniali się wzajemnie. Harbert był nadzwyczaj odważny i śmiały, reporter odznaczał się zimną krwią i przezornością. Dzięki tym zapalonym myśliwym już przeszło dwadzieścia prześlicznych skór jaguarów zdobiło ściany wielkiej sali Granitowego pałacu, z czego można było wnosić, że potrafią dojść do zamierzonego celu i oczyszczą wyspę z tych niebezpiecznych zwierząt.
Inżynier często towarzyszył w wycieczkach w nieznane okolice wyspy i rozpatrywał się w nich nadzwyczaj bacznie. Nie szukał jednak ani roślin, ani zwierząt, lecz innych śladów; dotąd jednak nie natrafił na nic godnego uwagi.
W owym czasie Gedeon z pomocą Harberta zdjął kilka widoków najpiękniejszych części wyspy, dzięki przyrządowi fotograficznemu, który znaleźli w skrzyni. Aparat ten, zaopatrzony w doskonałe szkła, był nadzwyczaj dokładny.
Reporter i Harbert wkrótce tak się wprawili w zdejmowanie widoków, iż otrzymali ładne odbicia krajobrazów tak pojedynczych miejscowości jak i całej wyspy. Prócz tego zdejmowali portrety wszystkich bez wyjątku mieszkańców wyspy, a Penkroff, patrząc na odbicia, wesoło zacierał ręce, mówiąc:
— Gdy widzę nas wszystkich raz w Granitowym pałacu, a potem na obrazkach, wydaje mi się, że nasza wyspa jest gęściej zaludniona.
Z radością przyglądał się swemu portretowi, zawieszonemu na ścianie, przechodził do innych, wpatrując się z takiem zajęciem, jakgdyby się znajdował w najbogatszej galerji obrazów.
Trzeba jednak przyznać, że najlepiej może udał się portret Jowa; orangutang wybrał pozę nadzwyczaj poważną i stał tak spokojnie, iż obraz odbił się doskonale.
— Tylko patrzeć, jak się na nas wykrzywi! — wołał Penkroff.
To też jegomość Jow poznał się na doskonałem podobieństwie portretu i najzupełniej był z niego zadowolony, a gdy mu się przypatrywał, małpia jego fizjognomja przybierała wyraz pychy i zarozumiałości.
Z końcem marca minęły upały. Deszcze zaczynały padać, ale mimo to powietrze było duszne. Miesiąc ten odpowiadał wrześniowi w szerokościach północnych; obecnie nie był tak pięknym jak przedtem i zdawał się zapowiadać ostrą i wczesną zimę. Raz nawet koloniści mniemali, że już śnieg zawitał do nich. Harbert dnia tego wstał najwcześniej i, zbliżywszy się do okna, zawołał:
— Patrzcie! wysepka pokryta jest śniegiem!
— Co! śnieg o tej porze? — rzekł reporter, podbiegając do okien.
Spostrzegli z zadziwieniem, że nietylko wysepka, lecz całe wybrzeże poniżej Granitowego pałacu pokryte było białym pokładem.
— Istotnie śnieg — rzekł Penkroff.
— A przynajmniej coś bardzo do niego podobne — odparł Nab.
— Ależ termometr okazuje pięćdziesiąt osiem stopni (14 stopni C. wyżej zera) — zrobił uwagę Gedeon.
Cyrus przyglądał się w milczeniu białemu całunowi, pokrywającemu ziemię, bo sam nie wiedział, jak wytłumaczyć to zjawisko w obecnej porze roku i przy takiej temperaturze.
— Kroć sto tysięcy bomb i kartaczy! — krzyknął Penkroff plantacje nasze zmarzną!
I chciał wybiec na wybrzeże, ale Jow go uprzedził, i o dziwo, za jego ukazaniem się cały pokład śniegu uniósł się i rozleciał w powietrzu na tak liczne płatki, że przez kilka minut całkiem zasłoniły światło słoneczne.
— To ptaki! — zawołał Harbert.
Jakoż rzeczywiście były to niezliczone stada ptaków morskich, których upierzenie jest lśniącej białości. Rozsiadły się setkami tysięcy na wysepce i na wybrzeżu i w mgnieniu oka znikły woddali, a zdumieni koloniści patrzyli na ich pojawienie się i zniknięcie, jakby na zmianę dekoracji w czarodziejskiem przedstawieniu, w którem po lecie w jednej chwili następuje zima. Na nieszczęście ptaki odleciały tak nagle, że ani reporter, ani Harbert nie mogli zabić nawet jednego a tem samem przekonać się, do jakiego należały gatunku.

W kilka dni później koloniści nasi obchodzili drugą rocznicę spadnięcia z balonu na wyspę Lincolna.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.