Wyspa tajemnicza/XLI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLI.

Wspomnienia. — Czy powrócą? — Projekt zwiedzenia brzegów wyspy. — Odjazd 16 kwietnia. — Półwysep Wężowaty. — Widok od morza. — Bazalty brzegu zachodniego. — Słota. — Noc nadchodzi. — Nowy wypadek.

Dwa lata minęły! Przez ten czas koloniści żadnej nie mieli wiadomości ze stron rodzinnych.
Co się działo w kraju rodzinnym? Nieustannie tkwiło w ich myślach wspomnienie ukochanej ojczyzny, szarpanej straszną wojną domową w chwili, gdy ją opuszczali. Czy ta wojna skończyła się nareszcie, jak tego pragnęli, to jest upokorzeniem Południa?
Żaden okręt nie przepłynął, lub przynajmniej nie dojrzeli go z wyspy, co utwierdzało ich w przekonaniu, że wyspa Lincolna była zupełnie nieznana, że żadne statki nigdy nie zdążały w tę stronę, że więc na siebie tylko mogą liczyć i muszą koniecznie obmyśleć sposób wydostania się stąd i powrotu do kraju.
W początkach kwietnia koloniści, zgromadzeni w salonie Granitowego pałacu, rozmawiali o Ameryce, której ujrzeć już prawie nie mieli nadziei; wtem Gedeon zawołał:
— Jeden tylko jedyny mamy środek wydostania się z naszej wyspy: trzebaby zbudować statek takich rozmiarów, aby mógł odbyć kilkusetmilową podróż morską. A przecież nie jest to znów nic niepodobnego; zbudowaliśmy szalupę, możemy zbudować okręt.
— I popłynąć do wysp Pomotu, jak dopłynęliśmy do wyspy Tabor — dodał Harbert.
— Dlaczego nie — odpowiedział Penkroff, który w kwestjach, dotyczących marynarki, miał zawsze głos poważny. — Dlaczego nie, choć nie powiem, aby to było wszystko jedno puścić się w krótką lub długą podróż. Gdyby, naprzykład, burza spotkała nas w drodze do wyspy Tabor, wiedzielibyśmy, że tak z jednej jak z drugiej strony niedaleko mamy do portu; gdy tymczasem tysiąc dwieście mil, to przestrzeń ogromna, a bliżej nie znaleźliśmy nigdzie ziemi.
— Więc nie odważyłbyś się, Penkroffie, na taką wyprawę? — zapytał reporter.
— Odważyłbym się na wszystko w razie potrzeby — odrzekł marynarz — wszakże pan wiesz, że nie cofam się przed niebezpieczeństwem.
— Trzeba pamiętać i o tem — odezwał się Nab że mamy teraz drugiego marynarza.
— Kogo? — zapytał Penkroff.
— Ayrtona.
— Prawda — rzekł Harbert.
— Tak, tylko nie wiemy, czy chciałby popłynąć z nami.
— Trudno o tem wątpić — odpowiedział reporter. — Lękałby się pozostać znów samotnym.
— Teraz — odezwał się Cyrus — chodzi nam głównie o to, czy możemy rachować na powrót statku szkockiego. Otóż, co do mnie, pewny jestem, że skoro lord Glenarvan przyrzekł Ayrtonowi, że go zabierze z wyspy Tabor, gdy już odpokutuje za przewinienia, to dotrzyma słowa.
— Tak — rzekł reporter — a co więcej, przybędzie niedługo, skoro Ayrton już dwanaście lat temu został opuszczony.
O! — zawołał Penkroff — zgadzam się zupełnie z panem, że lord powróci i zapewne niedługo, ale gdzież się zatrzyma?
— Chyba przy wyspie Tabor, a nie przy naszej.
— O tem nie możemy wątpić już przez to samo — rzekł Harbert — że wyspa Lincolna nie jest oznaczona na mapie.
— Dlatego też — odezwał się inżynier — musimy postarać się o to, aby lord, w razie wylądowania na wyspie Tabor, znalazł jakimkolwiek bądź sposobem dokładne zawiadomienie w chacie, zbudowanej przez kapitana Granta, że tu jesteśmy i czekamy pomocy.
— Tak, tylko, że wówczas, gdy tam byliśmy, nie sądziliśmy, aby się to zdać na coś mogło. Zdawało nam się, że Ayrton jest rozbitkiem. Gdy nas uwiadomił o wszystkiem, nadeszła pora roku, niedozwalająca nam puścić się w powtórną podróż.
— Masz słuszność, Harbercie — odpowiedział Cyrus — teraz już za późno, musimy czekać do przyszłej wiosny.
— A jeżeli też jacht szkocki przybije do wyspy Tabor właśnie w tym czasie? — rzekł Penkroff.
— To nieprawdopodobne — odpowiedział inżynier. — Lord Glenarvan nie chciałby się puszczać w zimę na tę tak mało uczęszczaną część oceanu: albo był na wyspie w ciągu tych pięciu miesięcy pobytu Ayrtona u nas i odpłynął, albo też przybędzie tam dopiero później. W takim razie będziemy mieli czas udać się na wyspę Tabor zaraz w początku października i zostawić tam zawiadomienie.
— Trzeba przyznać — rzekł Nab — że byłby to dla nas bardzo niepomyślny zbieg okoliczności, gdyby Duncan znajdował się już na tych wodach w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
— Mam nadzieję — rzekł Cyrus — że Niebo nie pozbawiło nas prawie jedynej sposobności powrócenia do rodzinnej naszej ziemi.
— W każdym razie dowiemy się o tem z pewnością, bo w razie, gdyby Duncan zatrzymał się przy brzegach wyspy Tabor, poszukujący Ayrtona musieliby tam zatrzymać się przez czas pewien i pozostawić ślady swego pobytu.
— Bez wątpienia — odpowiedział inżynier. — Dlatego też czekajmy cierpliwie, a jeżeli nadzieje nasze będą zawiedzione, pomyślimy wtenczas, co nam czynić wypada.
— W każdym razie — rzekł Penkroff — nie ulega wątpliwości, że choćbyśmy opuścili kiedyś wyspę Lincolna, to nie dlatego, aby nam źle było.
— Tak, Penkroffie — odrzekł Cyrus. — Powodem naszego oddalenia byłoby to jedynie, że tu jesteśmy zdala od wszystkiego, co najdroższe na świecie, od rodziny, przyjaciół i ojczystej ziemi.
Wskutek powyższej rozmowy zaniechano jak na teraz zamiaru zbudowania statku, zdatnego do dalszej podróży, i zajęto się przygotowaniem potrzebnych zapasów na zimę. Prócz tego postanowiono jeszcze opłynąć dokoła wyspę, dla dokładniejszego zbadania jej zachodniego i północnego wybrzeża, od ujścia rzeki Spadku do przylądka Szczęki, oraz wpadającej w nią wąskiej zatoki.
Czas był zmienny, lecz barometr nie wskazywał nagłych zmian, można było zatem bez niebezpieczeństwa puścić się w podróż nadbrzeżną. Zaopatrzono więc statek w żywność na kilka dni i 16 kwietnia rano koloniści wraz z Topem puścili się w drogę. Ayrton przeniósł się natenczas do Granitowego pałacu, a dla rozrywki pozostawiono mu Jowa.
Wiatr dość silny wiał z południo-wschodu i Bonawentura musiał lawirować, opuszczając swoje stanowisko w porcie Balonu, aby się udać do przylądka Gadu. Na dziewięćdziesiąt mil obwodu wyspy, dwadzieścia przypadało na wybrzeże południowe, począwszy od portu aż do przylądka; trzeba było te dwadzieścia mil płynąć, o ile możności, najbliżej brzegów, gdyż wiatr wiał przeciw statkowi.
Podróż do przylądka trwała dzień cały, gdyż statek, wyszedłszy z portu, mógł korzystać tylko przez dwie godziny z odpływu morza, a z przypływem musiał walczyć przez sześć godzin. Było już zupełnie ciemno, gdy opłynęli przylądek.
Cyrus Smith kazał zarzucić kotwicę o kilkaset sążni od lądu, aby w dzień przyjrzeć się lepiej tej części wybrzeża. Ponieważ głównym celem wyprawy było staranne zwiedzenie brzegów wyspy, postanowiono i nadal zatrzymać się na noc, choćby wiatr pomyślny zachęcał do podróży.
Nazajutrz Penkroff już o świcie rozwinął żagle, i Bonawentura zaczął posuwać się wzdłuż zachodniego wybrzeża. Koloniści znali już tę część wyspy, pokrytą pysznemi drzewami, gdyż przebiegli ją dawniej, a jednak przyglądali się z zachwytem, podziwiając jej piękność. Płynęli o ile można było najbliżej ziemi, aby żaden szczegół nie uszedł ich uwagi. Kilka razy nawet zarzucali kotwicę. Gedeon Spillet ustawiał przyrząd fotograficzny i zdejmował najbardziej malownicze widoki.
Około południa znajdowali się już przy ujściu rzeki Spadku. Tu jeszcze rosły drzewa, lecz rzadko rozsiane, a o trzy mile dalej widać było tylko odosobnione kępy, tulące się do wzgórz, podpierających od zachodu górę Franklina, której grzbiet nagi spuszczał się stopniowo aż do brzegów morza.
Jakaż rażąca zachodziła różnica między południowem i północnem wybrzeżem; o ile pierwsze było wesołe, urocze i bujną pokryte zielonością, o tyle drugie posępne, straszne i dzikie.
Statek płynął wolno i blisko lądu, mogli więc przekonać się, że całe wybrzeże było skaliste, postrzępione w najróżnorodniejsze kształty. Niektóre ze skał wznosiły się na trzysta stóp, inne zaledwie na dwadzieścia, a były między niemi okrągłe, czworokątne, proste i krzywe, jakby lada chwila przewrócić się miały. Tu odłam skały, wsparty na dwóch wierzchołkach, tworzy most, wznoszący się paręset stóp nad ziemią, tam ciągną się arkady, jak w nawie kościoła, dalej widać głębokie sklepione jaskinie, a dalej jeszcze zdaje się, że widzisz gotycką świątynię, najeżoną mnóstwem większych i mniejszych wieżyczek różnorodnego kształtu.
Przez całe dziewięć mil podróżni przyglądali się w milczeniu tym groźnym a zarazem wspaniałym dziełom przyrody; widać jednak, że Topowi znudziło się patrzeć ciągle na skały, bo zaczął kręcić się na pokładzie i szczekał zupełnie tak samo, jak to czynił nieraz, biegając około studni w Granitowym pałacu.
— Zatrzymajmy się — zawołał Cyrus. — Kto wie, czy niema tu jakiej jaskini, którąby wypadało poznać dokładnie.
Penkroff doprowadził statek, o ile się dało, najbliżej brzegu, ale nie znaleziono nigdzie jaskini, w której możnaby znaleźć schronienie, gdyż skały wynurzały się z wody; a że Top wkrótce uspokoił się zupełnie, podróżni popłynęli dalej.
W północno-zachodniej części wyspy wybrzeże było płaskie i piaszczyste, a drzewa ukazywały się tylko gdzie niegdzie woddali, ale zato mirjady ptaków wodnych ożywiały całą tę okolicę.
Wieczorem Bonawentura zarzucił kotwicę w malutkiej ale tak głębokiej zatoce, leżącej na północ wyspy, że można było przybić prawie do lądu... Noc przeszła spokojnie, gdyż wiatr uciszył się o zmroku, i wznowił się dopiero, gdy już świtać zaczęło.
Ponieważ w tem miejscu łatwo było dostać się na ląd, uprzywilejowani strzelcy kolonji, Gedeon i Harbert, wyszli raniutko na polowanie i w parę godzin wrócili obładowani trofeami.
O godzinie ósmej Bonawentura, popychany wzmagającym się ciągle wiatrem, posuwał się szybko ku północnemu przylądkowi Szczęki.
— Kto wie — odezwał się Penkroff czy wicher nie zerwie się od zachodu. Wczoraj słońce zachodziło krwawo, a dziś te drobne chmurki nie wróżą nam nić dobrego.
Chmurki, o których wspominał marynarz, podobne do rozrzuconych kawałków waty, unosiły się najmniej o pięć tysięcy stóp nad poziom morza i zapowiadały zbliżającą się burzę.
— Ha! rzekł Cyrus — rozwińmy żagle i śpieszmy szukać schronienia w zatoce Rekina; sądzę, że tam Bonawentura będzie zupełnie zabezpieczony.
— Tak, panie Cyrusie — odpowiedział marynarz. — Zresztą całe wybrzeże północne składa się z wydm piaszczystych, którym przyglądać się nie warto.
— Prócz tego — dodał inżynier — chciałbym przepędzić nietylko noc, ale i dzień cały w tej zatoce, gdyż wartoby ją poznać dokładnie.
— Sądzę — odpowiedział marynarz — że nawet wbrew naszej woli musielibyśmy pozostać tam dłużej, gdyż niebo na zachodzie coraz groźniejszą przybiera postać.
— W każdym razie — odezwał się reporter — możemy się spodziewać, że przy tak pomyślnym wietrze, jak teraz, dopłyniemy przed nadejściem nocy do przylądka Szczęki.
— Tak, panie reporterze, lecz trzeba lawirować, wpływając do zatoki, i nie chciałbym puszczać się pociemku na te całkiem nieznane wody.
— Tem więcej — dodał Harbert — że cała ta przestrzeń musi być zasiana skałami, jak przynajmniej wnosić wypada ze znanej nam już od wybrzeża południowego części zatoki Rekina.
— Penkroffie — rzekł Cyrus — czyń, jak ci zdaje, że będzie najlepiej. Spuszczamy się zupełnie na ciebie.
— Bądź pan spokojny, panie Cyrusie, nie będę się narażał bez potrzeby. Wolałbym, aby mnie kto uderzył nożem w serce, niż żeby Bonawentura miał uderzyć o skałę. Która godzina, panie Spilett?
— Dziesiąta — odpowiedział reporter.
— Ile mil mamy jeszcze do przylądka, panie Cyrusie?
— Około piętnastu — odpowiedział Cyrus.
— To znaczy dwie i pół godziny drogi, a zatem pomiędzy dwunastą a pierwszą znajdować się będziemy naprzeciwko przylądka. Nieszczęściem w tymże samym czasie rozpocznie się odpływ morza, i fale będą ustępowały z zatoki; zdaje mi się więc, że trudno do niej będzie wpłynąć, mając przeciwko sobie wiatr i morze.
— Zwłaszcza — dodał Harbert — że mamy dziś pełnię, a przypływy kwietniowe są bardzo silne.
— Czy nie możnaby zarzucić kotwicy u cypla przylądka? — zapytał inżynier.
— Zarzucać kotwicę blisko lądu, gdy się zbiera na burzę! — zawołał marynarz. — A! panie Cyrusie, byłoby to tak samo, jakby ktoś dobrowolnie szukał nieszczęścia.
— Cóż więc zamyślasz?
— Będę się starał utrzymać na pełnem morzu aż do następnego przypływu, to jest do siódmej wieczorem, a jeżeli jeszcze będzie dość widno, spróbuję wpłynąć do zatoki. W przeciwnym razie musimy pływać przez całą noc w tę i ową stronę, a dopiero o wschodzie słońca skierować statek do zatoki Rekina.
— Dobrze, Penkroffie, powtarzam ci raz jeszcze, że spuszczamy się na ciebie.
— A! — zawołał Penkroff — co za szkoda, że tu nie mamy latarni morskiej!
— Tak — odpowiedział Harbert — zwłaszcza, że tym razem pan Cyrus jest z nami, nie zapali więc nam ognia jak wówczas, abyśmy się według niego mogli kierować.
— Rzeczywiście, kochany Cyrusie, nie podziękowaliśmy ci dotąd, bo gdyby nie ten ogień, zabłądzilibyśmy.
— Jaki ogień? — zapytał Cyrus zdziwiony.
— Ten, panie Cyrusie — rzekł Penkroff — który zapaliłeś na płaszczyźnie Pięknego Widoku w nocy z 19 na 20 października, gdyśmy wracali z wyspy Tabor.
— A! tak, tak!... W istocie był to dobry pomysł — odpowiedział inżynier.
— Teraz zaś Ayrtonowi nie przyjdzie to na myśl, a prócz niego niema tam już nikogo.
— Tak, niema nikogo — powtórzył Cyrus.
W kilka minut później, gdy reszta towarzystwa zajęta była rozmową, Cyrus zbliżył się do reportera i rzekł do niego cicho:
— Mogę ci zaręczyć, Gedeonie, że w nocy z 19 na 20 października nie zapaliłem ognia ani na płaszczyźnie Pięknego Widoku, ani na żadnej innej części wyspy!
— Któż go zatem rozniecił?

— Nie wiem. Jest to nowa tajemnica bardzo zdumiewająca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.