Wykolejeniec/Część IV/Rozdział piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Wykolejeniec
Pochodzenie Pisma zbiorowe Josepha Conrada (Józefa Konrada Korzeniowskiego) z przedmową Stefana Żeromskiego
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ PIĄTY

Willems odwrócił się od niej trochę i zniżył głos.
— Niech pan na nią spojrzy — rzekł, kiwnąwszy głową prawie niedostrzegalnie w stronę Aissy, do której stał bokiem. — Niech pan na nią spojrzy! Nie trzeba jej wierzyć. Co ona panu mówiła? Spałem. Musiałem wyspać się wreszcie. Czekałem na pana trzy dni i trzy noce. Przecież trzeba było trochę się przespać. Kazałem jej czuwać, i pilnować pana przyjścia, i natychmiast mnie zawołać. Czuwała. Ale nie można jej wierzyć. Nie można wierzyć żadnej kobiecie. Któż zgadnie co świta im w głowie? Nikt. Nic wiedzieć nie można. Wie się tylko jedno: inaczej myślą a inaczej mówią. Żyją obok nas. Wydaje się że nas nienawidzą albo kochają; pieszczą nas albo dręczą; porzucają nas albo lgną do nas z niesłychaną uporczywością dla jakichś swoich niezbadanych i strasznych przyczyn — których się nigdy nie pozna! Niech pan spojrzy na nią i niech pan spojrzy na mnie. Na mnie — piekielne jej dzieło. Co ona panu mówiła?
Głos jego zniżył się do szeptu. Lingard słuchał bardzo uważnie, wsparłszy podbródek na ręce, którą obejmował białą brodę; łokieć jego spoczywał w dłoni drugiej ręki. Patrzył wciąż w ziemię. Szepnął, nie podnosząc wzroku —
— Jeśli chcesz wiedzieć, błagała mię o twoje życie, jakby to było coś co warto wziąć lub darować!
— A mnie przez trzy dni błagała abym pana sprzątnął — rzekł szybko Willems. — Przez trzy dni nie miałem ani chwili spokoju. Gadała bezustanku. Obmyślała zasadzki. Szukała wciąż tu naokoło miejsca, gdziebym mógł się ukryć i powalić pana niezawodnym strzałem, kiedy pan będzie się zbliżał. To jest prawda. Daję panu na to słowo.
— Twoje słowo! — mruknął Lingard z pogardą.
Willems nie zwrócił na to uwagi.
— Och, cóż to za dzikie stworzenie — ciągnął dalej. — Pan nie wie... Kiedy pan odjechał, chciałem zabić czas — coś robić, zająć czemś myśli — zapomnieć o wszystkich troskach póki pan nie wróci. I... niech pan na nią spojrzy... Wzięła mnie jakbym do siebie nie należał. Wzięła mnie. Ona, ta dzikuska. Nie wiedziałem że jest we mnie coś czego ona może się uczepić. We mnie, w europejczyku cywilizowanym i mądrym! Ona, która ma tyle rozumu co dzikie zwierzę! Ale wynalazła coś we mnie. Wynalazła to, i byłem zgubiony. Wiedziałem że jestem zgubiony. Dręczyła mnie. Byłem gotów na wszystko. Opierałem się — ale byłem gotów. I o tem wiedziałem także. Przerażało mię to bardziej od wszystkiego, bardziej niż własne cierpienia, a niech mi pan wierzy że cierpiałem strasznie.
Lingard słuchał urzeczony, zdumiony, jak dziecko słucha czarodziejskiej baśni, i poruszył zlekka nogami, gdy Willems zatrzymał się by nabrać tchu.
— Co on mówi? — krzyknęła nagle Aissa.
Obaj mężczyźni spojrzeli szybko na nią a potem na siebie.
Willems zaczął znów mówić z pośpiechem —
— Usiłowałem jakoś sobie radzić. Chciałem zabrać ją od tamtych ludzi. Poszedłem do Almayera: największy dureń, jaki... Potem przyjechał Abdulla — i ona uciekła. Zabrała z sobą coś ze mnie, co musiałem odzyskać. Musiałem. A jeśli chodzi o pana, kapitanie Lingard, zmiana która tu zaszła musiała nastąpić prędzej czy później; nie mógł pan pozostać tu władcą nazawsze. Dręczę się nie tem, co zrobiłem. Dręczę się tem, dlaczego to zrobiłem. Tym obłędem, który pchnął mnie do tego. Tem czemś co mnie napadło. To może jeszcze kiedy wróci.
— Mogę cię zapewnić, że wtedy nikomu to już krzywdy nie wyrządzi — rzekł Lingard znacząco.
Willems spojrzał na niego tępym wzrokiem i ciągnął dalej —
— Walczyłem z nią. Pchała mię do gwałtów, do morderstwa, pchała mię cały czas, wytrwale, rozpaczliwie — niewiadomo dlaczego. Na szczęście Abdulla miał olej w głowie. Inaczej nie wiem cobym był zrobił. Trzymała mnie wówczas w ręku. Trzymała mnie jak zmora straszliwa i słodka. Wkrótce się to zmieniło. Obudziłem się. Znalazłem się obok zwierzęcia złego jak dziki kot. Pan nie wie przez co ja przeszedłem. Jej ojciec chciał mnie zabić — i ona go o mało co nie zabiła. Nie wiem co było okropniejsze. Jestem pewien że nie cofnęłaby się przed niczem aby swoją własność obronić. I kiedy pomyślę że to ja, ja, Willems... Nienawidzę jej. Jutro może będzie chciała mnie zabić. Skąd mam wiedzieć co w niej jest? Może teraz z kolei mnie zechce zabić!
Umilkł rozdygotany i dodał z lękiem —
— Ja nie chcę tu umrzeć.
— Ach tak? — rzekł Lingard w zamyśleniu.
Willems zwrócił się do Aissy i wskazał na nią kościstym palcem.
— Niech pan na nią spojrzy. Zawsze jest przy mnie. Zawsze tuż przy mnie. Zawsze śledzi mnie, śledzi... czegoś wypatruje. Niech pan spojrzy na jej oczy. Jakie wielkie! Jak one patrzą! Nie uwierzyłby pan że umie je zamknąć jak wszyscy ludzie. Chyba nigdy ich nie zamyka. Zasypiam, jeśli mi się uda, pod ich spojrzeniem, a kiedy się budzę, tkwią we mnie nieruchomo niby oczy trupa. Póki leżę cicho, i one się nie ruszają. Słowo daję, nie drgną póki ja się nie ruszę, a wówczas nie opuszczają mnie jak para szpiegów. Śledzą mnie; kiedy się zatrzymam, czekają cierpliwe i błyszczące na chwilę mej nieuwagi, czekają jakby chciały coś popełnić. Popełnić coś okropnego. Niech pan spojrzy na jej oczy! Nic z nich wyczytać nie można. Są wielkie, groźne — i puste. Oczy przeklętej dzikuski, pół Arabki, pół Malajki. Dręczą mnie! Niech pan mię stąd zabierze. Przysięgam panu że tego nie wytrzymam. Jestem biały! Jestem biały!
Krzyczał ku posępnemu niebu, obwieszczając rozpaczliwie pod gęstniejącemi chmurami o swem nieskalanem, wyższem pochodzeniu. Krzyczał z podniesioną głową, wywijał obłędnie rękoma, wychudły, obszarpany, oszpecony — jak warjat szalejący z jakiejś niewiadomej przyczyny, stwór niedorzeczny, wstrętny, żałosny i śmieszny. Lingard, który patrzył w ziemię pogrążony w zadumie, rzucił mu z pod brwi szybkie spojrzenie; Aissa stała ze splecionemi dłońmi. Na przeciwległym końcu dziedzińca stara Malajka — niewyraźna, zgrzybiała zjawa — dźwignęła się bezszelestnie aby zobaczyć co się dzieje, poczem opadła ukradkiem na ziemię i przycupnęła nad małą kupką żaru. Głos Willemsa rozlegał się po dziedzińcu, potężniejąc z każdem słowem i nagle umilkł, niby woda która przestała się lać z przewróconego naczynia. W tej samej chwili grzmot rzekłbyś podchwycił słowa Willemsa i zawarczał głucho od strony wzgórz w głębi lądu. Warkot rósł wśród niewyraźnych pomruków, spotężniał do ryku; zbliżył się, pędząc wdół rzeki, przebiegł tuż w ogłuszającym łoskocie i osłabł natychmiast, zamierając wśród monotonnych, tępych ech między niezliczonemi zakrętami niższego biegu Pantai. Nad wielkim lasem, nad mnogim ludem nieruchomych drzew — nad całym tym żywym ludem olbrzymim, niemym, zastygłym w bezruchu — zawisło milczenie, które nadbiegło wślad za przelotnym hukiem, milczenie tak głębokie i głuche, jakby od prawieków nic go nie zamąciło. Po jakimś czasie skroś tego milczenia dosięgnął uszu Lingarda głos bieżącej rzeki, słaby, dyskretny i smutny, jak uporczywe, łagodne głosy, które wśród ciszy marzeń mówią nam o przeszłości.
Lingard czuł w sercu pustkę. Miał wrażenie że pierś mu wypełnia wielka mroczna przestrzeń, a jego myśli błądzą samotnie w tym mroku, nie mogąc uciec, nie mogąc odpocząć, nie mogąc rozwiać się ani zniknąć — i uwolnić go od straszliwego ucisku. Słowa, czyny, gniew, przebaczenie, wszystko wydało mu się jednakowo niepotrzebne i daremne, wydało mu się bezskuteczne, niegodne fizycznych lub umysłowych wysiłków. Dlaczegożby nie miał tak stać po wieki wieków w zupełnej bezczynności? Zdawało mu się że jakiś ciężki łańcuch więzi go w miejscu. Dość tego! Odstąpił od Willemsa i Aissy stojących obok siebie i spojrzał na nich. Odstąpił tylko o jakie trzy kroki, ale przez chwilę miał wrażenie że gdyby uczynił jeszcze jeden krok, znalazłby się nazawsze poza obrębem ich głosu. Wydało mu się że stoją znacznie dalej niż stali naprawdę, że są nieco mniejsi niż w rzeczywistości; zarysy ich występowały z niezmierną precyzją, jak u posągów wyrzezanych bardzo dokładnie i wykończonych z artyzmem.
Lingard opanował się. Wróciło mu silne poczucie własnej indywidualności. Doznał wrażenia że przygląda się tym dwojgu z wielkiej, niedostępnej wyżyny. Rzekł powoli:
— Byłeś opętany przez djabła.
— Tak — odpowiedział posępnie Willems, spoglądając na Aissę. — Ładny ten djabeł, co?
— Słyszałem już historje tego rodzaju — rzekł Lingard pogardliwie i urwał; po chwili ciągnął dalej spokojnie: — Nie żałuję niczego. Zabrałem cię z brzegu jak zagłodzonego kociaka — Bóg świadkiem. Nie żałuję niczego; żadnego ze swych postępków. Szpiegował mnie i Abdulla, i dwudziestu innych, pewno i Hudig. Mieli w tem swój interes. Ale żebyś ty... Pieniądze należą do tego, który je znajdzie i dość jest silny, aby je zatrzymać — ale ta sprawa, to było co innego. To była część mego życia... Stary warjat ze mnie.
Miał słuszność. Tchnienie słów, które wymawiał, podsycało w jego piersi iskrę boskiego szaleństwa, sprawiając, że ten uparty awanturnik o ciężkiej pięści wybijał się ponad tłum — tłum plugawy, wesoły, hałaśliwy, pozbawiony skrupułów — tłum ludzi tak do niego podobnych.
Willems rzekł z pośpiechem:
— To nie moja wina. Zło było nie we mnie, kapitanie Lingard.
— A gdzież u licha? Gdzieżby jak nie w tobie? — przerwał Lingard podniesionym głosem. — Czy widziałeś kiedy abym oszukiwał, i kłamał, i kradł? Odpowiadaj! Widziałeś, co? Z jakiejże psiakrew dziury wylazłeś, kiedy się na ciebie natknąłem... Mniejsza z tem. Więcej już szkodzić nie będziesz.
Willems przysunął się bliżej, patrząc niespokojnie w Lingarda, który mówił dalej powoli i dobitnie —
— Czego się spodziewałeś, kiedyś prosił o widzenie się ze mną? Czego? Znasz mnie. Jestem Lingard. Żyłeś obok mnie. Słyszałeś co ludzie mówili. Wiedziałeś coś zrobił. No więc! Czegoś się spodziewał?
— Bo ja wiem — jęknął Willems, załamując ręce. — Byłem sam jeden wśród tej przeklętej hordy dzikusów. Byłem wydany w ich ręce. Kiedy to się już stało, czułem się taki słaby, taki osamotniony, że byłbym wezwał samego djabła na pomoc, gdyby to mogło na coś się przydać — gdyby nie był już swego dzieła dokonał. Na całym świecie istniał tylko jeden człowiek, którego obchodziłem. Tylko jeden biały człowiek. Pan! Lepsza jest nienawiść od samotności. I śmierć jest lepsza! Spodziewałem się... wszystko jedno czego. Byle się czegoś spodziewać. Czegoś, coby pomogło mi stąd się wydostać. Coby uwolniło mię od jej obecności!
Roześmiał się. Ten śmiech jakby wyszarpnął się zeń wbrew jego woli, przedarł się przez jego gorycz, jego pogardę dla samego siebie, jego rozpaczliwe zdumienie nad własną naturą.
— Kiedy pomyślę że z początku, gdym ją poznał, wydawało mi się że nie starczy mi całego życia, aby... A teraz, kiedy na nią spojrzę! To ona wszystkiemu winna. Musiałem być szalony. Byłem szalony. Za każdym razem co na nią spojrzę, przypominam sobie swoje szaleństwo. Boję się go... A kiedy pomyślę że z całego mego życia, całej mojej przeszłości, całej mojej przyszłości, mojej inteligencji, mojej pracy, została tylko ona, przyczyna mojego nieszczęścia i pan, którego na śmierć obraziłem...
Ukrył na chwilę twarz w rękach, a kiedy je opuścił, z rysów jego znikł wyraz względnego spokoju i ustąpił dzikiej rozpaczy.
— Kapitanie Lingard... byle co... jakaś bezludna wyspa... gdziekolwiek... obiecuję panu...
— Milcz! — krzyknął szorstko Lingard.
Willems nagle zaniemówił.
Blade światło chmurnego ranka opuszczało zwolna podwórze, polanki, rzekę, jakby uchodziło niechętnie żeby się skryć w zagadkowych głębiach posępnych, milczących lasów. Chmury nad głową zbiły się w niskie, jednostajnie czarne sklepienie. Powietrze było nieruchome i niewypowiedzianie ciężkie. Lingard rozpiął kurtkę, otworzył ją szeroko i przechyliwszy się trochę na bok, obtarł czoło ręką, którą potem strzepnął. Spojrzał na Willemsa i powiedział:
— Żadna z twych obietnic nie ma dla mnie znaczenia. Teraz ja tobą pokieruję. Uważaj na to co powiem. Jesteś moim więźniem.
Głowa Willemsa drgnęła nieznacznie; zesztywniał i znieruchomiał. Zdawało się że przestał oddychać.
— Zostaniesz tutaj — ciągnął Lingard z posępną rozwagą. — Nie można ciebie puścić między ludzi. Kto mógł przeniknąć, kto mógł odgadnąć, kto mógł wyobrazić sobie co w tobie jest? Ja nie mogłem! Jesteś moim błędem. Ukryję cię tutaj. Gdybym cię wypuścił, poszedłbyś między ludzi Bogu ducha winnych i kłamałbyś, i kradłbyś, i oszukiwałbyś za parę groszy albo dla przypodobania się jakiejś kobiecie. Nie chce mi się ciebie zastrzelić. Toby było najbezpieczniej. Ale nie zrobię tego. Nie spodziewaj się że ci przebaczę. Aby komuś przebaczyć, trzeba czuć najpierw gniew a potem pogardę — tymczasem ja nic nie czuję: ani gniewu, ani pogardy, ani rozczarowania. Nie jesteś dla mnie Willemsem, człowiekiem z którym się przyjaźniłem, któremu pomagałem w niejednej potrzebie, po którym spodziewałem się wiele... Nie jesteś ludzkiem stworzeniem, które można zabić, któremu można przebaczyć. Jesteś gorzką myślą, jesteś czemś co nie ma ciała i co trzeba ukryć... Jesteś moją hańbą.
Umilkł i rozejrzał się zwolna. Jakże było ciemno! Wydało się Lingardowi że światło zamiera przedwcześnie na świecie a powietrze jest już martwe.
— Oczywiście — ciągnął dalej — będę pilnował abyś nie umarł z głodu.
— Pan chyba nie chce powiedzieć, że muszę tu zostać? — rzekł Willems jakimś machinalnym głosem pozbawionym wyrazu.
— Czy słyszałeś kiedy, abym mówił coś czego nie myślę? — spytał Lingard. — Powiedziałeś że nie chcesz tu umrzeć — no więc musisz żyć... Chyba że zmienisz jeszcze zdanie — dodał jakby w odpowiedzi na mimowolną myśl.
Spojrzał bacznie na Willemsa i potrząsnął głową.
— Jesteś sam — ciągnął dalej. — Nic ci nie pomoże. Nikt ci pomagać nie będzie. Nie jesteś ani biały, ani brunatny. Jesteś bez barwy i bez serca. Twoi wspólnicy oddali cię w moje ręce, bo muszą jeszcze ze mną się liczyć. Nie masz nikogo prócz tej oto kobiety. Mówisz że zrobiłeś to dla niej. No więc ją masz.
Willems coś mruknął a potem nagle złapał się oburącz za włosy i tak pozostał. Aissa, która spoglądała na niego, zwróciła się do Lingarda.
— Co powiedziałeś, Radżo Laut? — krzyknęła.
Cienkie nitki jej rozrzuconych włosów poruszyły się zlekka, zarośla u brzegu rzeki drgnęły, wielkie drzewo pochyliło się nad nimi gwałtownie z nagłym szelestem, jakby się porwało z niespokojnego snu — i oddech gorącej bryzy przewiał lekki, szybki, palący, pod chmurami które kręciły się w kółko, falując bez przerwy, jak niespokojne widmo posępnego morza.
Lingard spojrzał na Aissę z litością, nim odpowiedział —
— Powiedziałem mu że musi zostać tu całe życie... z tobą.
Wreszcie słońce zagasło niby światło pełgające hen nad chmurami, a w dusznym mroku dziedzińca stały trzy postacie bezbarwne i ciemne, jakby otoczone czarną, rozprażoną mgłą. Aissa spojrzała na Willemsa; tkwił na miejscu bez ruchu, zdawało się że skamieniał w chwili gdy rwał sobie włosy. Aissa zwróciła głowę ku Lingardowi i krzyknęła:
— Kłamiesz! kłamiesz, biały człowieku! Jak wy wszyscy. Ty... którego Abdulla uczynił małym. Kłamiesz!
Jej słowa zabrzmiały ostro, jadowite od tajonej pogardy, od gwałtownego pragnienia żeby zranić, na nic nie bacząc; ogarnęła ją zuchwała kobieca żądza by zadać cierpienie za wszelką cenę, zadać je dźwiękiem własnego głosu — by wszczepić truciznę swej myśli w znienawidzone serce.
Willems opuścił ręce i znów zaczął coś pomrukiwać. Lingard instynktownie nadstawił ucha; posłyszał jak gdyby słowa: „bardzo dobrze“ — potem znów pomruk i wreszcie westchnienie.
— Jeśli chodzi o pozostały świat —— rzekł Lingard, poczekawszy chwilę z czujnym wyrazem twarzy — twoje życie jest skończone. Nikt nie będzie mógł mi wypomnieć żadnej z twoich podłości; nikt nie będzie mógł wskazać ciebie i powiedzieć: „Tego oto łotra wychował Lingard“. Tu jest twój grób.
— Myśli pan że tutaj zostanę... że się poddam? — krzyknął Willems, jakby nagle odzyskał mowę.
— Nie potrzebujesz zostać tu, na tem miejscu — rzekł sucho Lingard. — Tam są lasy — a tu rzeka. Możesz sobie pływać. Piętnaście mil w górę albo czterdzieści w dół. U jednego końca napotkasz Almayera, u drugiego — morze. Wybieraj.
Wybuchnął krótkim, bezbarwnym śmiechem i dodał z surową powagą:
— Jest jeszcze inna droga.
— Pan mnie pcha do samobójstwa, pan chce mię posłać do piekła, ale nic z tego — rzekł Willems w dzikiem podnieceniu. — Chcę żyć. Odpokutuję. Może uda mi się uciec... Niech pan ją zabierze. Ta kobieta jest grzechem.
Grot ognia rozdarł na dwoje ciemność odległego horyzontu i rozjaśnił mrok ziemi olśniewającym, upiornym płomieniem. Potem grom zabrzmiał daleko jak niewiarogodnie potężny głos mruczący pogróżki.
Lingard powiedział:
— Wszystko mi jedno co się stanie, ale powiem ci że bez tej kobiety życie twoje niewiele jest warte — niewarte i szeląga. Tu jest pewien człowiek, który... a i Abdulla nie będzie się z tobą ceremonjował. Rozważ to. Przytem ona odejść nie zechce.
Mówiąc to, zaczął schodzić powoli ku furtce. Nie oglądał się, ale był taki pewny że Willems za nim idzie, jakby go prowadził na sznurku. Gdy minął furtkę i wszedł na wielki dziedziniec, usłyszał za sobą głos, który mówił:
— Myślę że ona miała rację. Powinienem był pana zabić. Gorzej mi być nie może.
— Jeszcze masz czas — odrzekł Lingard, nie zatrzymując się i nie oglądając. — Tylko, uważasz, nie zdobędziesz się na to. Nawet na to ciebie nie stać.
— Niech pan mnie nie wyzywa, kapitanie Lingard! — krzyknął Willems.
Lingard odwrócił się szybko. Willems i Aissa zatrzymali się. Zygzak błyskawicy przeciął znów chmury nad nimi i trysnął na twarze blaskiem gwałtownym, złowróżbnym, przelotnym; w tej samej chwili ogłuszył ich bliski, pojedyńczy huk grzmotu, po którym nastąpił szybki warkot, podobny do trwożnego westchnienia zalękłej ziemi.
— Nie wyzywać ciebie! — powtórzył stary żeglarz z chwilą gdy grzmot przebrzmiał. — Nie wyzywać ciebie! Czyż jest w tobie coś co można wyzwać? I cóż mię to obchodzi!
— Łatwo panu tak mówić, kiedy pan wie że nigdzie — że na całym świecie nie mam przyjaciela — rzekł Willems.
— Czyja to wina? — powiedział ostro Lingard.
Po wstrząsającym, potężnym hałasie głosy ich dziwnie raziły — wydały im się cienkie, nikłe niby głosy pigmejów; zamilkli nagle jakby właśnie z tego powodu. Wioślarze Lingarda schodzili w dół dziedzińcem i przeszli obok nich, idąc gęsiego z wiosłami na ramionach; głowy mieli zwrócone prosto przed siebie a wzrok utkwiony w rzece. Ali, który szedł na ostatku, zatrzymał się przed Lingardem, bardzo sztywny i wyprostowany. Powiedział:
— Ten jednooki Babalaczi zabrał się stąd ze swemi kobietami. Wziął wszystko. Wszystkie garnki i skrzynie. Wielkie. Ciężkie. Trzy skrzynie.
Wykrzywił wargi w uśmiechu, jakby to było coś zabawnego i dodał z niepokojem i troską:
— Będzie deszcz.
— Wracamy — rzekł Lingard. — Przygotujcie czółno.
— Rozkaz, panie kapitanie — wykrzyknął dobitnie Ali i ruszył dalej. Był podoficerem u Lingarda, nim postanowił zostać w Sambirze jako zaufany człowiek Almayera. Kroczył wyniośle w stronę przystani i myślał z dumą, że jest czemś zupełnie innem niż tamci ciemni wioślarze i że umie odpowiedzieć jak się należy największemu ze wszystkich białych kapitanów.
— Pan mnie od początku nie rozumiał, kapitanie Lingard — rzekł Willems.
— Tak? To nic nie szkodzi, o ile wiesz dobrze co myślę o tobie — odparł Lingard, kierując się powoli ku rzece. Willems szedł za nim a za Willemsem Aissa.
Dwie ręce wyciągnęły się aby pomóc Lingardowi przy wchodzeniu do długiej, wąskiej łódki. Wstąpił do niej ostrożnie, ciężko i usiadł na składanem płóciennem krześle umieszczonem w samym środku. Oparł się o tylną poręcz, zwracając głowę ku dwóm postaciom stojącym na brzegu nieco powyżej niego. W oczach Aissy utkwionych w Lingardzie malowało się jawne pragnienie aby jaknajprędzej odjechał. Willems patrzył prosto przed siebie ponad łódką na las u przeciwległego brzegu rzeki.
— Jedziemy, Ali — rzekł Lingard półgłosem.
Twarze Malajów ożywiły się, cichy szept przebiegł wzdłuż ich szeregu. Pierwszy wioślarz odepchnął się od wybrzeża końcem wiosła i wprowadził dziób łódki w prąd; łódź zboczyła zaraz pod naporem brunatnej wody i otarła się łagodnie rufą o niski brzeg.
— Spotkamy się jeszcze, kapitanie Lingard! — krzyknął Willems niepewnym głosem.
— Nigdy! — rzekł Lingard, nawpół się odwracając aby spojrzeć na Willemsa. Jego srogie, zaczerwienione oczy połyskiwały bezlitośnie nad wysokiem oparciem krzesła.
— Musimy przepłynąć na drugą stronę. Tam woda mniej bystra — rzekł Ali.
Z kolei odepchnął łódkę od brzegu ze wszystkich sił, targnąwszy się śmiało całem ciałem na rufę. Cofnął się w samą porę, przykucnął w pozie małpy siedzącej na wysokiej skale i krzyknął: „Dayong!“
Wiosła uderzyły jednocześnie o wodę. Łódka rzuciła się naprzód i sunęła spokojnie wpoprzek rzeki ukośną linją, wypadkową własnej szybkości i prądu dążącego ku morzu.
Lingard patrzył na brzeg za rufą. Kobieta pogroziła mu pięścią i przysiadła u stóp mężczyzny stojącego nieruchomo na wybrzeżu. Po chwili wstała, sięgnęła do jego głowy i wówczas Lingard zrozumiał że zwilżyła rąbek zasłony, że usiłuje zmyć zaschłą krew z nieporuszonej twarzy Willemsa, który zdawał się nic o tem nie wiedzieć. Lingard odwrócił się od nich, rozparł na krześle i wyciągnął nogi, sapnąwszy ze zmęczenia. Pochylił głowę, pod czerwonem jego obliczem biała broda leżała wachlarzowato na piersiach; końce cienkich, długich jej włosów poruszały się w słabym powiewie wywołanym przez szybki ruch łódki, unoszącej Lingarda od jego więźnia — od jedynej rzeczy w życiu, którą chciał ukryć.
Płynąc wpoprzek rzeki, łódka dostała się w zasięg wzroku Willemsa; ujrzał ją i pobiegł za nią chciwie oczami, śledził jak sunęła drobna lecz wyraźna na ciemnem tle lasu. Willems widział dobrze postać człowieka siedzącego pośrodku łódki. Przez całe życie czuł za sobą tego człowieka, jego życzliwe poparcie, jego gotowość do pomocy, do pochwały, do rady; człowieka przyjaznego w naganie, pełnego zapału w uznaniu, wzbudzającego ufność swoją siłą, swem męstwem, nawet słabością swego prostego serca. A teraz ten człowiek odchodził. Trzeba go przywołać z powrotem.
Willems krzyknął, lecz słowa, które pragnął rzucić przez rzekę, zdawały się opadać bezradnie do jego stóp. Aissa, chcąc go powstrzymać, położyła mu na ramieniu rękę, ale ją strząsnął. Chciał przyzwać z powrotem swoje życie, które uchodziło od niego. Krzyknął znów — i tym razem nawet sam siebie nie usłyszał. Napróżno. On nigdy nie wróci. Willems stał w ponurem milczeniu, wpatrzony w białą postać rozpartą na krześle pośrodku czółna i człowiek ten wydał mu się nagle bardzo straszny, pozbawiony serca i zagadkowy — gdy rzekłbyś pędził niesamowicie po wodzie pogrążony w leniwym wypoczynku.
Przez jakiś czas cała ziemia napozór znieruchomiała prócz tego czółna, które sunęło w górę rzeki tak równo i gładko, że wcale to na ruch nie wyglądało. Na niebie tkwiły gęste chmury, zwarte i spokojne, jakby ktoś je trzymał w potężnym uchwycie, lecz na ich nierównej powierzchni tliła się nieustannie drżąca poświata, słabe odbicie dalekich błyskawic burzy, która wybuchła już na morskiem wybrzeżu, a teraz torowała sobie drogę w górę rzeki wśród głuchych, groźnych pomruków.
Willems patrzył, równie nieruchomy jak wszystko wokół niego i nad nim. Zdawało się że żyją tylko jego oczy śledzące bieg czółna, które oddalało się spokojnie, stanowczo, nieodwołalnie, jakby dążyło nie w górę rzeki ku ruchliwemu, podnieconemu Sambirowi, lecz prosto w przeszłość — zatłoczoną lecz pustą jak stary cmentarz pełen zaniedbanych grobów, gdzie leżą martwe nadzieje co nigdy nie wskrzesną.
Od czasu do czasu Willems czuł na twarzy przelotne, ciepłe dotknięcie potężnego tchnienia z za lasu, jakby przyśpieszony oddech ciemiężonego świata. Potem przez ciężkie powietrze przebił się ostry zryw wiatru, przynosząc świeżą, wilgotną zapowiedź deszczu; niezliczone wierzchołki drzew przed oczami Willemsa przegięły się w lewo i odskoczyły z powrotem wśród szumu rozkołysanych gałęzi i wstrząsów listowia. Lekka zmarszczka przebiegła po rzece, chmury zakotłowały się powoli, zmieniając wygląd lecz nie posuwając się naprzód, jakby odwróciły się ciężko na miejscu; a gdy ten nagły rozruch ustał w przyśpieszonem drżeniu najcieńszych gałązek, nastał krótki okres groźnej ciszy w górze i na ziemi. Ciszę tę przerwał głos gromu, który odezwał się przeciągłym, dobitnym, drgającym łoskotem wśród gwałtownych wybuchów potężnego trzasku; zdawało się że to jakiś rozgniewany bóg miota groźby. Na chwilę grzmot zamarł, a wówczas przewiał znowu zryw wiatru, pędząc przed sobą białą mgłę, która zapełniła przestrzeń chmurą wodnego pyłu i skryła nagle przed Willemsem czółno, lasy, nawet rzekę. Wstrząśnięty dreszczem, ocknął się z odrętwienia; rozejrzał się wkoło z rozpaczą, lecz widział tylko kotłujące się opary deszczowych bryzgów pędzonych coraz chłodniejszym wiatrem, a poprzez te opary wielkie krople padały dokoła niego, uderzając głośno i szybko o suchą ziemię. Willems ruszył śpiesznie pod górę dziedzińcem i został zatrzymany przez olbrzymią taflę wody, która spadła na niego, zleciała nagle z chmur i ogłuszyła go, tamując oddech, spływając po głowie, po torsie, po ramionach, po nogach. Stał, chwytając powietrze, a woda biła w niego prostopadłym zalewem, przebiegała po nim ukośnemi falami; czuł krople uderzające z góry i zewsząd; krople wielkie, gęste, które nacierały jakby mnóstwo gniewnych rąk je ciskało. Z pod jego nóg wznosił się gęsty opar rozpylonej wody; Willems poczuł że ziemia staje się miękka, roztapia się pod nim — i ujrzał wodę tryskającą z suchej ziemi na spotkanie wody lejącej się z ponurych niebios.
Obłąkany strach ogarnął Willemsa, strach przed tą wszystką wodą dokoła niego, przed wodą co zbiegała ku niemu dziedzińcem, napadała nań ze wszystkich stron — przed padającą ukośnie wodą, która siekła mu twarz chwiejnemi strugami, lśniącemi bladą czerwienią od migotu przepływających przez nie błyskawic — jakby ogień i woda, zmieszane potwornie, padały razem na ogłuszoną ziemię.
Chciał uciec, ale gdy ruszył z miejsca, zaczął ślizgać się z trudem po tej ziemi, która stała się tak nagle błotem pod jego nogami. Torował sobie drogę jak człowiek przepychający się przez tłum, z głową pochyloną, z ramieniem wystawionem naprzód, zatrzymując się często, niekiedy zniesiony w tył o parę kroków prądem wody, gdyż brakło mu odwagi by przeciwstawić się jej pędowi. Aissa szła tuż za nim, zatrzymując się kiedy przystawał, cofając się razem z nim, idąc naprzód pod górę znojną jego drogą, śliską pochyłością dziedzińca, skąd wszystko zostało jakby zmiecione przez pierwszy pęd potężnej zlewy.
Nie widzieli nic. Wielkie drzewo, zarośla, dom i płoty — wszystko znikło w gęstwie deszczu. Mokre włosy przykleiły im się do głów, sieczone deszczem odzienie oblepiło ciała; woda lała się z nich, z głów na ramiona. Sunęli powoli naprzód, cierpliwi, wyprostowani, ciemni wśród jasnego lub ognistego migotu padających kropel, pod nieustannym łoskotem grzmotów, niby dwoje topielców, którzy — skazani na wieczną włóczęgę po wodzie — opuścili rzekę aby popatrzeć na świat zalany potopem.
Z lewej strony wielkie drzewo jakby wyszło na ich spotkanie, zamglone, wyniosłe, nieruchome i cierpliwe; skarżyło się, szeleszcząc niezliczonemi liśćmi, przez które każda kropla z osobna przedzierała się z okrutnym pośpiechem. A potem na prawo dom wystąpił z mgły, bardzo czarny, hałaśliwy od plusku ulewy chłoszczącej wysoki dach, plusku górującego nad spokojnym chlupotem wody lejącej się z okapu. Po deskach pomostu spływał płytki, przejrzysty strumień i rozprysnął się o nogi Willemsa, który wstąpił na deski i szedł jakby stromem zboczem w łożysku bystrego potoku. Za piętami Willemsa dwie płynne smugi błota plamiły przez chwilę przejrzystość bieżącej wody; rzucił się naprzód wśród plusku i stanął na bambusowym tarasie przed otwartemi drzwiami, pod osłoną wystającego okapu — nareszcie!
Cichy jęk, zakończony urywanym, żałosnym pomrukiem, zatrzymał Willemsa na progu. Rozejrzał się w półcieniu pod dachem i zobaczył starą Malajkę, która osunęła się bezkształtną masą na ziemię pod ścianą; w chwili gdy na nią patrzył, poczuł dotknięcie dwojga rąk na ramionach. Aissa! Zapomniał o niej. Odwrócił się szybko; chwyciła go natychmiast za szyję i przytuliła się do niego mocno, jakby lękając się że Willems wybuchnie gniewem lub ucieknie. Zesztywniał cały ze wstrętu, z odrazy, czując tajemniczy bunt w sercu, a ona przywarła do niego, jakby był ucieczką od niedoli, od burzy, od znużenia, od strachu, od rozpaczy; przywarła do niego w uścisku straszliwym, zażartym, żałosnym, wytężając wszystkie siły aby go spętać, aby go utrzymać nazawsze.
Nie powiedział nic. Patrzył w oczy Aissy, mocując się z rękami splecionemi na swoim karku; nagle rozerwał jej ręce, chwyciwszy je mocno w przegubie i rzekł, przysuwając blisko spuchniętą twarz do jej twarzy.
— To wszystko przez ciebie. Ty...
Nie zrozumiała go — ani słowa. Mówił w języku swego plemienia — tego plemienia, które nie zna litości ani wstydu. Gniewał się. Niestety! zawsze się teraz gniewał i zawsze mówił słowa, których nie mogła zrozumieć. Stała w milczeniu, patrząc na niego cierpliwemi oczyma, a on wstrząsnął jej rękami i odrzucił je.
— Nie idź za mną! — krzyknął. — Chcę być sam — rozumiesz?
Wszedł do domu, zostawiając drzwi za sobą otwarte.
Nie poruszyła się. Poco rozumieć słowa wypowiedziane takim głosem? Głosem brzmiącym nie jak jego głos, tamten głos którym mówił do niej przy strumieniu, wówczas kiedy się nigdy nie gniewał i zawsze był uśmiechnięty! Utkwiła wzrok w ciemnym otworze drzwi, ręce jej podniosły się machinalnie; zgarnęła włosy, i przechyliwszy zlekka głowę, wyżymała długie czarne sploty, skręcając je uparcie raz po raz, smutna, zatopiona w myślach, jak ktoś, kto przysłuchuje się wewnętrznemu głosowi daremnego gorzkiego żalu. Grzmot ucichł, wiatr się uspokoił a deszcz padał prostopadle i spokojnie wśród wielkiej bladej jasności — wśród blasku odległego słońca wracającego zwycięsko z poza czerni rozpraszających się chmur. Stała blisko drzwi. Był tam w głębi — sam. Słyszała jego oddech w mrocznej izbie. Był sam. Nic nie mówił. Co było teraz w jego duszy? Jaki strach? Jakie pragnienie? Nie było to pragnienie jej ciała, jak w owych dniach kiedy się uśmiechał... Skąd mogła wiedzieć co się w nim dzieje?
Westchnienie dźwigające się z głębi serca popłynęło w świat przez rozchylone wargi Aissy. Westchnienie ciche, urywane, głębokie, pełne bólu i jęku, jak u tych co stoją wobec nieznanego — stoją w samotności, w zwątpieniu, wyzbyci z nadziei. Puściła włosy, które rozsypały się po jej plecach jak żałobny welon i nagle opadła u drzwi na podłogę. Objęła nogi splecionemi rękoma, złożyła głowę na podciągniętych kolanach i trwała bez ruchu pod spływającym kirem włosów. Zatopiła się w myślach o nim, o dniach przy strumieniu, o wszystkiem co było ich miłością i siedziała w pozie pełnej żałości, jak ci co opłakują umarłych — jak ci co czuwają przy zwłokach pogrążeni w żałobie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.