Wigilja Bożego Narodzenia (Junosza, 1875)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wigilja Bożego Narodzenia
Podtytuł Gawęda zimowa
Pochodzenie „Kolce“, 1875, nr 52
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1875
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Wigilja Bożego Narodzenia.
GAWĘDA ZIMOWA
przez Klemensa Junoszę.




— Panowie, mówił pan Antoni do licznie zebranych gości, przedewszystkiem śniadanko a potem marsz do lasu, trzeba sprobować szczęścia.
— Tak, tak, trzeba, szanowny gospodarz ma rację, ozwał się głos jakiś gruby, — jeżeli się dzisiaj powiedzie, to i cały rok będzie się wiodło, inaczej biada nam.
— Rozgrzewajmy się tedy kochani panowie, żebyśmy w lesie nie zmarzli — wnoszę zdrowie pana radcy.
— Wiwat! wiwat! niech żyje radca!
Na te życzliwe okrzyki, podniosła się figurka maleńka i tak zaokrąglona jak gdyby kształty jej wykończone były w pracowni tokarza.
Pan Radca rzeczywiście wyglądał jak bąk drewniany na cienkiej nodze, którym dzieci się bawią.
Zacny dygnitarz, powstał i dziękując całej kompanji za życzenie przemówił:
— Panowie! jestem do łez wzruszony dowodem waszej dla mnie życzliwości — dziękuję wam tedy za nią, i zarazem proponuję toast za zdrowie i pomyślność amfitrjona naszego, pierwszego myśliwego w gubernii, właściciela Zaszarganej Wólki, jaśnie wielmożnego pana Antoniego...
— Brawo radco! niech żyje pan Antoni, wiwat!
I liczne kielichy zabrzęczały na nowo! — Było to w wigilję Bożego Narodzenia.
Pan Antoni, jak to już wiemy, dziedzic Zaszarganej Woli i gospodarz tej licznej kompanji, zapraszał do siebie wielu gości na ten dzień w którym myśliwi probują szczęścia i urządzał owe wspaniałe polowania, o których dziwne dziwy opowiada kronika prowincjonalna. Sąsiedzi, dygnitarze z okolicznych miasteczek, pan radca z guberni, dwóch wybladłych kuzynków z Warszawy, zjeżdżali się co roku, upijali na śniadaniu, dolewali na polowaniu, i kończyli przy kolacji, ażeby nazajutrz zacząć przy obiedzie.
Pan Antoni sławnym był z gościnności, pani Antoniowa zaś znakomicie przyrządzała smakowite potrawy, a Abram, poczciwy Abram, dostarczał zawsze wina i różnych innych potrzeb z miasteczka, nie żądając za to gotówki, lecz kontentując się kwitkiem, który stosownie do pory roku realizował się sianem, okowitą, grochem lub kartoflami.
Nieoceniony był ten Abram, prawdziwy podskarbi, w swoim jak mówił powiecie „pomiędzy mojom szlachtom“.
Dziś było zupełnie to samo, a ponieważ prawa kościelne nakazują 24 Grudnia zachowywać wstrzemięźliwość od niektórych pokarmów, przeto raczono się śledziami, kawiorem, sardynkami, konfiturami, wybornem masłem i winem; bo trzeba przyznać że nasza szlachta jest bardzo nabożna, w post nie spojrzy na mięso, umartwia ciało i zaledwie da się namówić na kilka funtów szczupaka, i pół garnca wina.
O błogosławiona wstrzemięźliwości, o nabożności niesłychana, tylko w ciszy wiejskiej znaleźć cię jeszcze można...
Ostatnie toasty wznoszono, kiedy sześcioro sanek zajechało na dziedziniec, psy skomlały na sforach, gajowi w zimowych kostjumach przypominali samojedów a jeden z nich dął w trąbę drewnianą ile mu sił starczyło...
— Do broni panowie! marsz, wołał gospodarz biorąc w ręce dubeltówkę, która jeszcze Szwedów pamiętała podobno.
Zabójczy ten instrument nie jeden gwoźdź nosił w swojem łonie, nie jeden drut oplatał jego nadwerężone członki.
— Ale bije szelma cudownie, mówił jej właściciel, na dwieście kroków w oko trafię zająca, panie dobrodzieju i to kulą, żebym tak miał z dzieci pociechę...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Stanęli na stanowiskach, dwóch gajowych z psami weszło w łuzę...
Pan Antoni umiał urządzać polowania, chciał żeby radca strzelał i chciał żeby zabił, w tym więc celu w krzakach obok radcy postawił Pawełka, sławnego wisusa, swego „nadwornego“ jak go nazywał ober-strzelca.
Niedaleko pana radcy, stał młody pan Hilary referent z guberni, aspirant do jednej z trzech cór pana Antoniego...
— Uważasz panie Hilary, mówił gospodarz, jeżeli byś uważał że dzik raniony idzie na ciebie to wskakuj na pieniek.
W odpowiedzi na to ostrzeżenie, pan Hilary z dumą wskazał na swoją dubeltówkę, jakby chciał powiedzieć:
— Niech przyjdzie... nie ulęknę się...
— Huź go ha! krzyczeli gajowi, psy zaczęły ujadać, a w miarę tego, jak głosy te zbliżały się ku strzelcom, pan Hilary i pan Radca zbliżali się ku sobie...
Obadwa robili przejście swobodne dzikowi, sądząc że lepiej nie zaczepiać tego bardzo zkądinąd, miłego zwierzęcia...
Nareszcie ujrzeli obadwa jak czarna jakaś massa przedziera się przez łuzę.
Radca padł twarzą na ziemię, zataiwszy w sobie oddech.
Pan Hilary zaś daremnie szukał pieńka. Wtem spojrzy, a tu za krzakiem, leży ogromna kłoda.
Nie namyślając się, wskakuje na nią szukając ocalenia... lecz o dziwo, kłoda krzyknęła tak strasznym głosem, że pan Hilary upadł zemdlony...
Pan Hilary sądził że stanął na dziku, Radca był pewny, że dzik po nim depcze...
To co p. Hilary wziął za kłodę, było grzesznem ciałem pana radcy...
Dzik i zgraja panów przebiegły o dziesięć kroków obok. Rozległ się strzał i biedne zwierzę padło od kuli Pawełka...
Radca zerwał się na równe nogi — po strzale był śmielszy.
— Niech pan radca strzela, krzyknął Pawełek.
Radca zmierzył do zabitego dzika, wypalił... i tryumf dnia do niego należał...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O zmierzchu wracano do domu.
— Jak Boga kocham, okropnie mnie podeptał, mówił radca, z przyjemnością wpakowałem mu kulę.
— Ja zaś nastąpiłem na jakiegoś potwora sądząc że to kłoda, rzekł pan Hilary...
— To, rzekł Pawełek, była maciora w legowisku...
— Ale ja miałem rok temu lepsze zdarzenie — odezwał się gospodarz, polowaliśmy w tym samym lesie, psy przytrzymały dzika, okrutnego odyńca, ja chwytam kordelas, skoczę dzikowi na grzbiet, już mam go przebić, w tem bestja pies zobaczywszy mnie, zaczyna mnie lizać po ręku — inne robią to samo, puszczając dzika, który pędzi galopem unosząc mnie na grzbiecie. Trzymam się za szczecinę i wołam: Jezus Marja! a dzik pędzi po gościńcu... Dopiero na skręcie jak się zawraca do Wólki, patrzę... Pawełek pędzi na drugim dziku...
— Ratuj Pawełku, wołam...
Chwyciliśmy się za ręce... i padli na ziemię... dziki poszły...
— Żebym ja tam był — mówił radca.
— Ba! odpowiedział grzeczny gospodarz, mielibyśmy szynki na Wielkanoc.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przy kolacji, pito za zdrowie kochanego radcy, goście uraczyli się porządnie, o służbie nie zapomniano, a o północy jakieś dwa cienie, przesuwały się około zabudowań folwarcznych.
— Sprobujmy Walek na szczęście.
— Sprobujmy, mój Ignacy, tylko ty pilnuj odedwora, żeby kto nie wyjrzał...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz, gdy goście jeszcze spali, stary ekonom, nie zważając na uroczyste święto, pisał ogromnemi literami:
„Specyfikacia lewentarzu ukradzionego, bez niewiadomych złodziejów, w dominium Zaszarganej Woli, w nocy z 24 na 25 grudnia 18... kiedyśmy wszyscy spali, a Onufer stróż spił się przez urazy, jak ćtyry dziewki.

Krów pachciarskich 
 2.
Ogierek buławy 
 1.
Źrebiętów dwuletnich 
 3.
Kobyła co ją J. W. dziedzic kupił od W. proboszcza 
 1.
 
—————
Razem lewentarza sztuk
7.

uździennic 5 i chomontów gościnnych 4 pary.
dnia 25-go grudnia 18..
Roch Kąkolewicz.
Ekonom Dominjum Zaszargana Wola z przyległościami.“






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.