Wieki katakombowe/Odczyt Trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieki katakombowe
Podtytuł Odczyty w Dreznie
Pochodzenie Kronika Rodzinna, 1870 nr 23—24
Wydawca Aleksandra Borkowska
Data wydania 1870
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Odczyt Trzeci.

Wracamy teraz od grabarzy, o których mówiliśmy, do wyszczególnienia innych społeczności chrześcijanskiéj stanów; a naprzód do kobiét, które przewodniczyły swéj płci, szczególną odznaczając się gorliwością, i wyróżniając ściśle przytém obowiązkami surowszemi.
Duchowieństwo, o którego wysokiém stanowisku społeczném mówilismy, przez osoby niższych święceń i skromne sługi ołtarza, łączyło się i zlewało w gromadkę chrześcijańską, dla któréj było ojcowską władzą i starszém braterstwem. Tak samo jak męzkiéj części téj społeczności przewodniczyli duchowni, na czele niewiast stały kobiety, wyłączniéj, całkowicie poświęcone Bogu, modlitwie, i w imię Boże posłudze sióstr i braci. Ich rodzinę stanowili ci, co jéj nie mieli; były one matkami, siostrami, córkami osieroconych przez męczeństwa, osamotnionych i biednych... Taką była naprzód instytucya Dyakoness, odnosząca się do pierwszych wieków Kościoła.
Dyakonessy wszystkie, wedle Tertuliana, musiały, nim przyjęły to zobowiązanie, być wdowami, matkami, i mieć najmniéj lat 40. Warunkiem téż było aby nie więcéj jak jednemu mężowi ślubowały. Dyakonessy przewodniczyły kobietom w obrządkach pobożnych, strzegły drzwi kościoła któremi one wchodziły, uczyły katechumenki, pomagały biskupom przy chrztach kobiécych, naostatku poświęcały się służbie i opiece ubogich i chorych. Ilekroć biskupi i księża potrzebowali tajemnie mówić z kobiétami, Dyakonessy używano za nieme świadki.
W czasach prześladowań srogich, gdy do więzień nie można było wysłać Dyakonów, one chodziły na usługi męczenników.
W drugim wieku, Dyakonessy, przez naśladownictwo westalek pogańskich, dopominały się pewnych posług u ołtarzów, w czasie ofiar; ale papież Soter energicznie przeciwko temu wystąpił, i zakazał kadzenia przy ołtarzach i dotykania poświęconych sprzętów kościelnych.
Grobowce Dyakoness po katakombach są bardzo częste i dowodzą wielkiéj ich liczby. Instytucya ta wzbronioną została za naszych czasów u protestantów, a u katolików zastąpiły ją zakony ze ściślejszemi regułami.
Oprócz Dyakoness, w społeczeństwie pierwotném niewiasty, które się poświęcały wyłączniéj życiu ofiary i modlitwy, składały jakby osobne stowarzyszenia dziewic i wdów. Prezbyterkami zwano niewiasty, które Kościół utrzymywał swym kosztem dla dozorów i porządku; zwykle były to wdowy lub żony tych, którzy późniéj zostali kapłanami. Ś. Prakseda była mianowaną presbyterką przez Piusa I. Obowiązki te były najpokorniejsze a najmniéj ponętne, bo schodziły niemal do stróżowania i oczyszczania miejsc poświęconych; ale w tych wiekach pokora była jedną z najpowszechniejszych cnót chrześcijańskich, i uważaną za podstawę innych.
Po osobach płci niewieściéj, do kościołów stale przywiązanych, wymienić jeszcze należy te, które od pierwszych wieków wyrzekły się świata, i żyły na nim tylko dla zbudowania go. Za czasów apostolskich jeszcze niektóre z dziewic ślubowały Bogu, odbierały błogosławieństwo i wiodły życie poświęcone pobożności i dobrym uczynkom.
Pobożność owych czasów była bowiem przedewszystkiém czynem i ofiarą. Zaparcie się siebie, musiało nie tylko być przykładem, ale korzyścią dla społeczeństwa. Dziewice poświęcone Bogu, zwano kwiatem Kościoła. Już w wiekach prześladowania mnogie są przykłady tych ślubów na całe życie składanych. Nie szły owe poświęcone dziewice do osobnych domów, ale żyły we własnych, i w walce ze światem, unikając tylko towarzystw zbyt lekkich.
Wiemy że kilka z tych dziewic, wziętych w niewolę przez Sapor’a, w czasie jego wojny z Rzymianami w Mezopotamii, około połowy III wieku, zostały przez niego poszanowane, i dozwolono im było uczęszczać na nabożeństwa, do których się zobowiązały. W aktach męczeńskich zowią się one same gołębicami Bożemi, owieczkami Pana i t. p.
W IV wieku, gdy Kościół został uspokojony, liczba dziewic tych zwiększyła się niezmiernie, i dopiero naówczas zaczęły się tworzyć klasztory i osobne reguły. Śluby dopiero po 25 leciech składane być mogły, chociaż są przykłady poświęceń pierwszych w 12 leciech. Przy ślubach wkładano na znak ich zasłonę poświęconą.
Na grobach wzmianki o dziewicach są dosyć w znacznéj liczbie. Obok dziewic szły poświęcone Bogu wdowy, matrony, jak Marcella, która była pierwszą założycielką klasztoru. I one składały śluby, odbierały błogosławieństwo, zobowiązywały się wieść życie poświęcone Bogu; przyczém wkładały poświęconą zasłonę i wdowie szaty. Wymagano po nich kilku lat życia przykładnego po owdowieniu. Z tych wdów wybierano Dyakonessy, pełniące ważne obowiązki, które szczególniéj miewały sobie powierzone nauczanie katechumenek. Zasiadały one w katedrach, podobnych do biskupich, które się spotykają w katakombach, a z obrazów widzimy że miały, oprócz zasłony, włosy przepaską ujęte, i suknie surowszego kroju, okrywające je całkiem.
Otóż stoimy już w progu, na którym schodzi się świeckie społeczeństwo z duchowném, wyszłém z jego łona; ale nim skreślim obraz obyczajów instytucyi, musimy jedno słowo powiedzieć o prześladowaniach, które uważamy za jeden z głównych czynników, tworzących nową tę społeczność.
Wyżéj napomknęliśmy już o prześladowaniach za Nerona, których opis Tacyt zostawił. Z tego powodu mówiliśmy o potwarzach, miotanych na chrześcijan. Tu się o nich jeszcze rozpisać nieco musimy, bo one w porównaniu do cnót, jakiemi jaśnieli chrześcijanie, dadzą nam miarę nienawiści i obaw, jakie wzbudzali. Nie nazywali inaczéj chrześcijan poganie, jak ateuszami, czarownikami, oszustami, sofistami i szatanami złemi. Imion tych wymyślonych, a było ich mnóstwo, wyliczyć niepodobna. Sami Izraelici w początkach, na wyszłych z ich łona chrześcijan, pierwsze miotali potwarze, rozsyłając po całym świecie listy przeciwko Chrystusowi i jego uczniom, jak świadczy Tillemont.
Głównemi zarzutami przeciwko nim były, że nauka ich nie uznawała swobody czynu, bo wszystko przypisywała Bogu, nic nie zostawiając człowiekowi; — że do niczego nie byli zdatni, i społeczeństwu szkodliwi, infructuosi in negotiis — to jest, że sprawy świeckie ich nie obchodziły; że się nie kłaniali bałwochwalczo władzy świeckiéj, i ulegać jéj nie chcieli, a więc byli buntownikami; naostatek, że się przyczyniali do rozbicia społeczeństwa, na które ściągali nieszczęścia. Oskarżano ich o czary, o oddzielanie się od świata; zwano trzeciemi ludźmi, bo ani Rzymianami ani Żydami być nie chcieli; malowano jako barbarzyńców gardzących nauką, jako bezwstydników i rozpustników. Męztwo ich zwano uporem kary godnym; cześć Boga mianowano bałwochwalstwem; przypisywano im że czcili słońce; szydzono że Bogiem ich był haniebnie ukrzyżowany, że cześć oddawali głowie ośléj, Serapitowi, i t. p.
Nie możemy się powstrzymać od obszerniejszéj wzmianki nad tą szczególniéj potwarzą o czci, jakoby przez chrześcijan oddawanéj głowie ośléj. Wieść o niéj była tak rozpowszechnioną, iż ją liczyć należy do najpospolitszych. Minutius Felix, o którego książce w obronie chrześcijan kilkakroć wzmiankowaliśmy, tak odpycha tę baśń pogańską.
„Całe to szatanów zajęcie siać najfałszywsze wieści. Z tego to źródła pochodzi owa brednia, że dla nas ośla głowa jest rzeczą świętą. A któżby był tak szalonym, aby podobne sobie bóstwo utworzył; kto tak nieroztropnym, aby czci jego mógł uwierzyć? chyba wy poganie, którzyście poświęcili wszystkie obór waszych osły, przez boginię Eponę; wy, co czcicie głowy byków i baranów.“
Tertulian przypisuje wszakże powstanie niedorzeczności téj Izraelicie, który miał puścić w obieg rysunek głowy ośléj z podpisem: Bóg Chrześcijan.
Że ta potwarz musiała być nader upowszechniona, dowodem jest wyryty na murze wizerunek, który znaleziono na górze Palatyńskiéj, w ścianie pałacu Cezarów. Znalazł go pono sławny starożytnik X Garucci, i otrzymał pozwolenie zdjęcia tynku, na którym jest wyrysowany, i który dziś zachowuje się w muzeum Kirchera w Rzymie. Rysunek ten wystawia niezgrabnie przez ulicznika nabazgraną postać człowieka z głową oślą na krzyżu, przed nim figurka oddająca mu cześć obyczajem pogan, to jest całująca swą rękę, i podpis (po grec. ku): Alexamenes czci swojego Boga. Nadzwyczaj ciekawy ten pomnik w wielu dziełach jest powtórzony.
Niektórzy archeologowie przypuszczają, że wjazd do Jerozolimy na osiołku, o którym mogli coś zasłyszeć poganie, albo baśń przywiedziona przez Tacyta, o żydach czczących osła, są w związku z tym wymysłem.
Cecilius poganin pisząc o chrześcijanach, tak się wyraża. „Opisy w jaki sposób odbywa się przyjęcie do ich stowarzyszenia, są okropne, ale prawdziwe. Podają nowo przybyłym dziecię okryte ciastem, aby nie postrzegli się że mord popełnić mają, a neofita oszukany, kilka ciosów nożem zadaje dziecięciu; krew płynie, obecni wysysają ją chciwie, i dzielą się rozszarpaném ciałem. Tak się wiąże ich stowarzyszenie i zapewnia tajemnica wzajemna. To są ich ofiary, okropniejsze nad wszystkie inne.“
Łatwo jest pojąć z czego taka potwarz powstać mogła, na którą wymownie odpowiada Octavius: „Myślicież, pisze on, żeśmy tak okrutni, iżbyśmy mogli przelewać i napawać się krwią istoty słabéj, i zaledwie na świat przyszłéj? Takiemu okrucieństwu zaprawdę uwierzyć mogą łatwo ci, co są w stanie je popełnić. Wy to poganie wyrzucacie dzieci wasze nowonarodzone zwierzętom dzikim i ptastwu drapieżnemu. Wy to dzieciobójcy, nimeście ojcami zostali, mordujecie w łonie matek zatrutemi napojami wasze potomstwo. Od waszych to bogów pochodzi ten zwyczaj barbarzyński, boć Saturn pożerał swe dzieci. Dla tego i w niektórych krajach Afryki poświęcają mu dzieci, dusząc je w pocałunkach i uściskach, aby nie mogły płakać, a jemu aby nie dawano ofiary bolejącéj. W Taurydzie, nawet w okolicach Pontu, poświęcano obcych ludzi Bogom, przychodzących prosić o gościnność. Buzyrys wprowadził ten zwyczaj w Egipcie, a Gallowie niemniej okrutni, poświęcali Merkuremu ofiary ludzkie, nieludzkie raczéj. — Rzymianie zakopywali parami żywcem Greków i Greczynki, Gallów i ich żony.
„Dziś jeszcze mężobójstwem czcicie waszego Jupitera Latiaris, i co godném jest dzieci Saturna, napawacie się krwią skazanych. Ten to który zapewne nakazał Katylinie i jego wspólnikom, związek ich krwią zapieczętować; przykładem tego boga rozlewacie krew na cześć Bellony, a w waszéj medycynie krwią leczycie epileptyków, lekarstwem od choroby gorszém. Nie mniéj winni są ci, co się karmią ciałami zwierząt zabitych na igrzyskach, jeszcze zmazanemi krwią, wykarmionemi trupy ludzkiemi. Co do nas, nam nawet zakazano jest patrzéć na widowiska zabójstw i mordów ludzi; opowiadać nam o nich nie wolno; tak dalecy jesteśmy od przelewania krwi człowieka, że krwi nawet zwierząt, co na pokarm nam służą, nie pożywamy.“
Potwarzy cynicznych i obrzydliwych nie szczędzono chrześcijanom, co dowodzi, że nauki ich nie znano wcale, lub głucho o niéj tylko zasłyszano.
Ale ta spółeczność rosnąca codzień, podkopująca pogańską, rozszerzająca się, nabierająca siły, niepochwychona, niezwalczona, potężna siłą ducha, przerażała tych, w których łonie się niewidomie wyrabiała. Usiłowano ją potępić bezczeszcząc naprzód, aby przystęp do niéj uczynić wstrętliwym.
Naostatek w krwi chciano utopić nową wiarę. Po prześladowaniach Nerona i Domicyana, nastąpiło Trajanowe.
Trajan nie ogłosił, jak się zdaje, żadnych nowych praw przeciwko chrześcijanom, bo nie ma o nich nigdzie wzmianki, ale się nie krył ze swym wstrętem dla chrześcijan, malującym się szczególniéj w liście jego do Pliniusza, w którym pochwala postępowanie prokonsula Bitynii. Pro-konsul ten, z logiką godną naszych czasów, uznawał wprawdzie chrześcijan zupełnie niewinnymi, ale tych co się bogom pogańskim kłaniać nie chcieli na śmierć jednak skazywał. Upór ich obudzał przeciw nim tłumy i urzędników, którzy go pojąć nie mogli.
Niechęć Trajana tłómaczą także znanym jego wstrętem do wszelkich stowarzyszeń oddzielnych, do tak zwanych bractw (sodalitia), kollegiów i korporacyi, nawet pogańskich. Zdaje się że za jedno z tajemnych takich bractw uważał on chrześcijan, i lękał się ich z tego powodu. Za Trajana ponieśli śmierć i mẹczeństwa: Ś. Symeon Jerozolimski, Ignacy z Antyochi, i Domicylla, siostrzenica tego Flaviusza Klemensa, którego Domicyan, choć był jego bratem stryjecznym, zamordował. Prześladowanie szczególniéj się szerzyło w Bitynii i Syryi; nie było ono powszechném w całém państwie, ale wedle Grotius’a, więcéj krwi kosztowało niż dwa poprzednie. Jeden szczególniéj fakt poświadcza o srogości tych ucisków; jest to znany raport złożony Trajanowi przez Tiberianusa, rządcę Palestyny, w którym mu się uskarżał na smutne i ciężkie obowiązki swoje; męczyło go bardziéj wysyłanie na śmierć chrześcijan niż ich męczeństwo, na które ochotnie spieszyli.
Prześladowanie za Adryana, 118 do 129 roku, było bardzo gwałtowném, chociaż nie on sam był jego powodem, ale gorliwość pochlebców i chcących mu się zasłużyć ludzi, którzy znali jego przywiązanie do pogańskich zabobonów i fanatyzm. Przyczyną prześladowań być też mogły nadużycia sekciarzy, karpokratami zwanych, odkrytych za tego panowania, których winę na wszystkich chrześcijan zrzucono. — Adryan odznaczał się, jak świadczą napisy, szczególną gorliwością o wiarę bałwochwalczą. Baronius utrzymuje, że ucisk spowodowany był buntem Izraelitów.
Apologie Ś. Quedrata i Arystyda wstrzymały wymównemi swemi argumentami ten ucisk. Męczennicy z tego czasu są lịczni: Alexa I. papież, Ś. Eustachy z żoną i dziećmi, ŚŚ. Serafia i Sabina. Na wschodzie także jest wielu. Nie wyliczyliśmy nawet celniejszych.
Nastąpiło potém nowe prześladowanie za Marka Aureliusza, którego jednak jemu samemu również przypisywać nie można. Był to panujący łagodny z charakteru i dobry w duszy, i chociaż powstrzymać nie mógł gorączki fanatycznéj w odległych prowincyach, jednak skłoniony do pobłażania apologją Ś. Justyna, usiłował położyć tamę uciskom w Azyi, w Tessalonice, w Laryssie i t. d. Prześladowanie to przypisują filozofom, którymi się otaczał, a nadewszystko jednemu z nich Crescensowi, zajadłemu wrogowi i przyczynie śmierci Ś. Justyna.
Marek Aureliusz nowych praw nie wydał przeciw chrzescijanom, ale stare potwierdził i utrzymał. Prześladowanie rozciągało się aż do Gallii.
Za Septyma Sewera, który z razu był chrześcijanom przychylny, póżniéj tak okrutnie ich ścigać poczęto, iż sądzili że się zbliżyło panowanie antychrystowe. W ogóle, z małemi wyjątkami, nie tyle Cezary ile tłuszcza podżegały do tych ucisków. Lud ciemny przypisywał wszystkie nieszczęścia chrześcijanom, i za lada pobudką, wołał i domagał się aby ich lwom na pożarcie wydano. W r. 201 Cezar Septym Sewer, znajdował się w Palestynie, z powodu nowego buntu żydów, i naówczas najsurowiéj zakazał poddanym swym, aby żydami lub chrześcijanami się nie czynili, jedną lub drugą wiarę przyjmując. Rozciągniono to i do już dawniej nawróconych. Prześladowanie było straszliwe, w Aleksandryi szczególniéj. Ś. Klemens Aleksandryjski, który na nie patrzał i widział męczeństwa zadawane, pisze, że krew męczenników płynęła jako wody źródła niewyczerpanego. Temu to prześladowaniu winniśmy najwspanialsze dwie obrony chrześcijaństwa, Tertuliana i Minuciusza Felixa: napisane bowiem były z tego powodu.
Szeregiem za tém idą inne prześladowania za Maxymina. Uwierzyć trudno, ale przyczyną ich były trzęsienia ziemi na Wschodzie, które czarom chrześcijan przypisywano. W tym czasie umęczony był ś. Ksawery, przyjaciel Origenesa.
Pomimo to wiara Chrystusowa rozszerzała się coraz więcéj, tak że Filipa Cezara posądzano już o jéj przyjęcie tajemne. Następca jego Decyusz, który go zabił, przez nienawiść dla poprzednika postanowił wytępić całkowicie chrześcijan. Krwawe edykta, ogłoszone po całém państwie, rozniosły po niém przestrach i zgrozę; męczeństwa były niezliczone, okrutne, barbarzyńskie do nie opisania. Szczególniéj ścigano duchownych, starszyznę, ludzi wyżéj położonych, zmuszając gwałtem wszelkiemi sposoby do apostazyi. Ś. Cyprian powiada: że na ten cel wymyślano męki, o jakich nigdy nikt wprzódy nie słyszał, i niestety, srogość ta istotnie wiele umysłów zastraszyła, wielu zmusiła uledz i zachwiać się, ale nie zachwiała wiary saméj.
Chwilą żałoby dla Kościoła i zgromadzenia wiernych było to przerażenie, spowodowane okrucieństwem prześladowania, w skutek którego mnóstwo słabszych, w obawie śmierci i męczarni, powróciło do pogaństwa.
Przestrach był tak wielki, że niektórzy, nie czekając aby ich zmuszano nawet, lub zapytywano, biegli składać bogom ofiary. „Żołnierzami zwyciężonemi bez walki“ nazywa ich ś. Cyprian. Znajdujemy smutne szczegóły z téj epoki o ludziach, co sami naglili urzędników, aby ich apostazyą co rychléj przyjęli. Ale jakiż terroryzm nie wyradza chwilowo tych samych skutków? Chrześcijańska wiara nie upadła przez to, nie zachwiała się, że kilku, a choćby i seciny wylękłych i osłabłych, zaparli się jéj i siebie samych spodlili. Tych odstępców zwano Lapsi, upadłemi, a Kościół wahał się długo, czy mógł ich nazad przyjąć na swe łono. Jedni byli za surowością nieubłaganą, drudzy za przebaczeniem; przeważyło zdanie ś. Cypriana, który z pewnemi nieustannemi ostrożnościami, nie odpychał powracających. Idąc za jego zdaniem, czyniono między niemi różnice, roztrząsając którzy upadli bez przymusu, z dobréj woli, lub pokonani zostali długą męczarnią. Trzy lata pokuty naznaczano za upadek ostatnim; wszyscy upadli musieli surową odbywać pokutę, i okazać poprawę.
Apostazya wszakże zapierała drogę do kapłaństwa na zawsze, a kapłani, którzy upadli, nie spełniali już swych obowiązków. Wielu z takich nieszczęśliwych, którzy się z Kościołem pojednali, szli potém z podwójną gorliwością na męczeństwa.
W żadnym razie nie przypuszczali chrześcijanie, aby z przekonaniami i sumieniem można było wchodzić w jakieś układy, kłamać czynem przeciwko myśli, co innego mówić i działać, dla uchronienia się od prześladowań, a zachować w sercu wiarę. Jedno z dwojga, albo człowiek trwał aż do męczeństwa, albo upadał aż do znikczemnienia; ludzi o twarzy podwójnéj, jakich dzisiejsze nasze obyczaje i obojętność przyjmują, nie znano naówczas jeszcze.
Ciekawy mamy dowód, jak podobnych ludzi uważano, w ś. Cyprianie. Znani oni byli pod nazwaniem libellatyków; albowiem nie składając ofiary, nie kadząc bałwanom, nie popełniwszy istotnie odstępstwa, wyrabiali sobie u Cezarów i urzędników za pieniądze świadectwa fałszywe, które ich broniły od prześladowań.
Te libelle cesarskie, poświadczające spełnienie nakazanego bałwochwalstwa, choć ono czynem nie było dokonane, zawsze dla pogan były zwycięztwem, a dla chrześcijan upadkiem; dla tego też ludzi, co się do takich środków uciekali, i pozyskiwali sobie świadectwa dobrze myślących i nieposzlakowanych, ś. Cyprian kładzie na równi z odstępcami.
Różne jeszcze stopnie tych libellatyków wymieniają, rozróżniając ich winę; ale w ogóle Kościół, w jakikolwiek bądź sposób zaparcie się prawdy, musiał potępiać jako fałsz i jako zdradę.
W czasie tych ucisków na Wschodzie, ś. Paweł Eremita uszedł na pustynie Tebaidy, i tu pierwszym był założycielem pustelni, późniéj rozszerzonych po całym świecie.
Toż samo działo się za Waleryana, chociaż wielu chrześcijan było nawet na jego dworze, a Denys Alexandryjski powiada, że dwór ten wyglądał jak kościół; ale wkrótce się to zmieniło. Marcyan nieprzyjaciel chrześcijan, zyskał jego zaufanie i skłonił go do prześladowania. Wydano edykt, zaczęto ścigać. Niedaleko Konstantyny w Afryce znaleźli niedawno oficerowie francuzcy na skale cały szereg imion męczenników, w tym czasie za wiarę zamordowanych.
Ciągnęło się to i za panowania Galliena, chociaż on sam chciał powstrzymać uciski; za Klaudyusza i za Aureljana, i w czasie sześciomiesięcznego bezkrólewia. Cóż dopiero powiedziéć o Dioklecyanie i Maxymjanie! Dioklecyan wahał się podobno długo z zaczęciem krwawego dzieła. Zrazu wydał tylko edykt odsądzający chrześcijan od praw obywatelskich, a raczéj od wszelkiego prawa, jakiego inni ludzie używali. Kazano zburzyć kościoły i spalić ich księgi. Potém drugim i trzecim edyktem do więzienia wtrącono i osądzono na śmierć tylko biskupów i duchownych, aż nareście wydany został czwarty, wymierzony na cały lud.
W drugim roku prześladowania Dioklecyanowego, została umęczoną Św. Agnieszka, dla któréj cześć w Kościele pierwiastkowym była tak rozpowszechnioną i wielką, iż niemal równała się czci apostołów. Mnóstwo wyobrażeń z godłami różnemi i jej imieniem znaleziono w katakombach; w pismach apologików i chrześcijańskich autorów, pełno jest wzmianek o niéj. W istocie ta dziewicza pełna wdzięku postać, życie Ś. Agnieszki, śmierć jéj, męczeństwo, musiały wielkie na umysłach uczynić wrażenie. Ś. Agnieszka była rzymianką, i jak się zdaje z rodziny znakomitéj. Od dzieciństwa poślubioną została Bogu i chciała pozostać w stanie panieńskim. Młody człowiek, zdaje się syn prefekta Rzymu, starał się o nią napróżno, a przez zemstę wydał ją jako chrześcijankę, mając nadzieję, że z obawy kary wyrzecze się religii i pójdzie za niego. Ale Ś. Agnieszka nie dała się przemódz ani groźbami, ani ohydnym środkiem, użytym przez pogan, którzy ją gniewnie rzucili między najwyuzdańszą tłuszczę. Na tém miejscu, gdzie 13 letnia dzieweczka pełna siły i męztwa bohatersko przetrwała próbę męczeńską, wznosi się dziś jéj kościół na placu Navone. Późniéj została świętą. Ciało jéj rodzice nieszczęśliwi uzyskawszy pochowali w grobie nad drogą Nowentańską, niedaleko murów Rzymu, i od niéj poczęła się pieczara, zwana katakombą Ś. Agnieszki.
Prześladowanie to jedno z najsroższych, chociaż się przeciągnęło za Maxymina, a nawet jeszcze za Konstantyna, dopóki rządził z nim wspólnie, było już ostatniém; Kościół zwyciężył i został uspokojony. Ale erą męczeńską najszczególniéj zowie się Dioklecyanowa, tak była straszliwą i okrutną.
W liczbie Cezarów prześladowców, którzy wydawali owe edykta i dozwalali spełniać okrucieństwa, wedle słusznéj uwagi Martigny’ego, są ludzie uchodzący w historyi za łagodnych, za dobroczynnych, za filozofów, jak Trajan, Marek Aureliusz, Antonin pobożny, nareszcie Aleksander Sewer. Czémże się więc to działo, że pod panowaniem tych ludzi, tak sławionych z dobroci, spełniano jednak okrucieństw tyle? To się tłómaczy łacno, naprzód fanatyzmem ludu, tłuszczy, którą gdy raz na chrześcijan oburzył Neron, powstałą jéj nienawiść do nich, podsycano ciągłemi potwarzami. Cokolwiek nieszczęśliwego zaszło w imperjum, jakeśmy mówili o trzęsieniu ziemi na Wschodzie; — czy Tybr wylał, czy posucha paliła pola, czy Nil opóźnił się z wylewem; czy głód przyszedł, czy zaraza; skupiano się w ulicach wołając; Christianos ad leones! (Chrześcijan lwom), bo oni mieli być wszystkiemu winni. Smutno jest dodać, że i filozofowie przyczyniali się do obudzenia nienawiści przeciwko chrześcijanom. Słynne są z tego imiona Celsa, Porfyrego, Arrjana, Frontina, Lucyana i Filostratesa. Chrześcijanie odbierali im chleb i powagę nauczycielską; dwie rzeczy, o które nawet filozofowie bić się gotowi.
Mamyż wystawiać jak rozliczne, jak srogie, jak nieludzkie były męczeństwa? Należy to do obrazu wieku. Materyały wszakże nie są liczne, gdyż za Djoklecyana niszczono księgi i akta; martyrologii nie wiele dawnych ocalało; ale pozostały żywe ślady, groby i narzędzia męczarni. Często męczenników spisać nie było podobna, bo ich bez sądu, nieliczonych, tłumnie, jak trzody gnano na śmierć. Ofiar było tyle, że grzebiąc je ledwie miano czas palmę narysować na wieku grobowém.
W jedném z prześladowań w Lyonie, o którém pisze Ś. Grzegorz Turonenski „tak wielka liczba chrześcijan została zabitą, że na placach i rynkach krew rzekami płynęła“. W Hiszpanii za Dioklecyana zdawało się że już ani jeden chrześcijanin nie pozostał; na kolumnach marmurowych kładziono napisy chlubiące się, że imie nawet chrześcijan zgładzoném zostało.
A jednak w chwili gdy tak pogaństwo tryumfowało, najbliżéj był Kościół zwycięztwa.
Świadectwa pisarzy chrześcijańskich nie dopuszczają wątpić, a katakomby w jednym tylko Rzymie dozwalają obrachowywać, ile to ofiar padło na rozległych przestrzeniach państwa rzymskiego, które cały prawie ówczesny świat ogarniało.
Poeta Prudencyusz, którego często przytaczamy, powiada o samym Rzymie. „Wysłowić niepodobna jak on jest pełen ciał męczenników, jak bogatym w święte zwłoki.” — „Imiona ich zapisane są w księdze żywota“, powiada martyrolog jeden. Indziéj nazwani są: tłumem białym (massa candida).
Obchodząc kościoły Rzymu, każdy z podróżnych, choćby tylko ciekawością wiedziony, zajrzeć może do tak zwanego: San Stefano Rotondo, na Monte Celio. Kościół ten krągły, podobny do świątyni i zbudowany w V. wieku ze szczątków dawnych świątyń, jest żywym jednym obrazem straszliwym wszystkich męczeństw wycierpianych za wiarę. Nie każdemu daném jest nawet wszystkie te malowania, otaczające kościół, obejrzéć, tak przerażające one robią w końcu wrażenie. Jest cóś niewysłowienie okropnego w tych kartach, z których każda coraz się okropniejszą wydaje; dusza słabnie, serce się ściska, głowa zawraca, naostatek ucieka człowiek pod wrażeniem tych scen, ścigany jest on ich widmem.
A jednak są to dzieje prawdziwe, są to przecierpiane męki, jest to historya chrześcijaństwa.
Obrazy te z rozkazu Grzegorza XIII wykonał dosyć dobry artysta Pomerancia, niektóre są Tempesty. Obaj oni studjowali, pod przewodnictwem x. Michała Jezuity, akta i martyrologie. Obrazy te są tylko wcieleniem opisów dawnych.
W dawnych téż kościołach, jak się okazuje ze wzmianek po różnych pismach, podobne obrazy się trafiały od VI wieku.
Jedne w końcu XVI wieku obrazy z kościoła S. Stefano Rotondo były sztychowane przez Tempesta, i służą za illustrację do ciekawego pisma Gallonio o męczeństwach. Były one w istocie tak okrutne, że ich wszystkich wymieniać niepodobna. Zawieszano jednych za nogi, za ręce, za włosy, i tak trzymano aż do skonania; bito i odzierano ze skóry żelaznemi szponami, które widzimy zachowane do dziś dnia w muzeum Watykanu; odrąbywano ciało kawałami, palono i pieczono w najróżniéjszy sposób, tarto i rozdzierano, jak Ś. Hipolita, który był roztargany końmi na sztuki, a krew jego oblała plac męczeństwa.
Było obyczajem chrześcijan, szczególniéj kobiét, że po tych krwawych ofiarach, nocą, z lampami szły na pola i zbierały najmniejsze szczątki zwłok, chustami i gąbkami krew wybierając przelaną.
Do niższych stopni duchownych należeli tak zwani Martyrarii, stróże grobów męczenników; szli oni przed pod-dyakonami. Papież Sylwester rozkazał, aby wszyscy chcący być uczestnikami wojującego Kościoła, poczynali od tego, żeby pełnili obowiązki odźwiernych, potém lektorów, potém exorcystów przez czas pewien, akolytów przez lat pięć, poddyakonów lat 5, stróżów męczenników lat 5, kapłanów lat 3, a dopiero potém mogli być wyniesionymi na biskupstwo.
Pozostaje nam jeszcze choćby napomknąć, w jaki sposób doszły do nas tradycye o męczennikach i cierpieniach Kościoła, nad których zatratą, jakeśmy to już mówili, ubolewał Prudencyusz. Nie ma bowiem wątpliwości, że poganie prześladując i nękając chrześcijan, chwaląc się że imię ich nawet zgładzili, starali się zatrzeć ślady, pamięć, imiona męczeńskich swych oflar. Kościół natomiast od pierwszych czasów starał się, czuwał, aby dzieje te najświetniejszéj jego epoki, przeszły do wiadomości przyszłych pokoleń. Wiemy naprzykład, że Ś. Klemens ofiarował siedmiu pisarzy do zbierania opisów akt męczeńskich, a Ś. Fabjan siedmiu poddyakonów dla nadzoru i sprawdzania tych dziejów.
Przywiązywano do tego taką wagę, że akta czasem spisywano na ołowianych sztabkach, które wkładano ze zwłokami do grobów. Tak wiemy, że Cyrus pewien spisany akt męczeństwa Leontiusza włożył z nim do grobu. Podobny znaleziono także przy zwłokach Ś. Walentyna, biskupa Padewskiego, a Roldelt daje rysunek ołowianego zwitka, który, gdy go rozwinąć chciano, cały się pokruszył, tak że choć litery były znaczne, wyczytać go już nie było podobna.
Pisarze którzy sobie mieli powierzoném zbieranie aktów podobnych, musieli to czynić kryjąc się, gdyż poganie karali ich za to srodze. Z prześladowania Neronowegɔ i innych, akta wszystkie prawie zniszczone zostały za Domicyana; późniéj książki chrześcijan i ich pomniki kazał spalić Dioklecyan. Ztądto do pierwszych trzech wieków zabytki te prawie całkiem zostały zgładzone.
Doszły nas tylko szczątki, a jednak i to jeszcze jak wymówne, jak straszliwe! Pierwszy Euzebiusz Pamfilus przedsięwziął zebrać akta męczenników i czerpał do nich ze wszystkich ówczesnych bibliotek.
W czasie napadu barbarzyńców na Rzym, zniszczone znòwu zostały wszelkie prawie księgozbiory i akta, i musiano w wiekach średnich poszukiwać ich na nowo, na Wschodzie i gdziekolwiek się uchowały. Nie będziemy wymieniać dzieł późniéjszych w tym przedmiocie już powszechniéj znanych, aż do Ruinart’a, który krytycznie obrobił i wydał akta pozostałe zbioru wielkiego Bollandystów, dotąd nieukończonego.
Akta najstarsze jakie nas doszły dzielą się: na opisy urzędowe, prokonsularnemi zwane, to jest oficyalne protokóły indagacyi i processu — i te są najautentyczniejsze, (jest ich dość wiele); na własne autobiograficzne opowiadania samych męczenników, które zwykle dokończali po ich zgonie świadkowie; na opisy przez notaryuszów ustanowionych sporządzane, i naostatek na treść processów i t. p.
Do własnych opowiadań autentycznych należy pamiętnik Ś. Perpetui i Felicyty, pomnik tak ciekawy, zajmujący, rozrzewniający, a noszący na sobie takie cechy niezmiennéj prawdy, iż go do najpiękniejszych dzieł tych czasów policzyć można.
W innych, kreślonych z opowiadań, ze słuchów czasem, mogły się wcisnąć niedokładności, omyłki; z tych to korzystając krytyka w epoce swéj młodzieńczéj drażliwości, nieraz odrzucała całość gdy szczegoł znalazła niedokładnym. Szczęściem tę gorączkę Baylów przeżyliśmy już; krytyka sprawdza, poszukuje, ale nie tak już dziś pragnie obalać i wywracać jak niegdyś. Jéj zadaniem prostować i szukać prawdy, nie burzyć.
Otóż w takich cierpieniach i boleści ukształcała się społeczność nowa. Prześladowanie skupiało ją, podnosiło ducha i mnożyło wiernych.
Wiemy czém było zepsute społeczeństwo pogan w ostatnich czasach; do jakiego stopnia rozpusty i bezbożności doszło ono za panowania Tyberyusza, Kaliguli, Nerona i jego następców. Samo jednak to rozerwanie wszystkich węzłów, wzgarda wszystkiego szlachetniejszego, zużycie się rozpustą, wycieńczyło ludzkość, która szalała, ale szalejąc czuła się nieszczęśliwą — i upadłą.
Odrodzenie nową wiarą znajdowało w tych znękanych nicością żywota biednych ludziach, namiętnych i rozpragnionych, gotowość tém większą do przyjęcia go, że po ludzku, aż do ostateczności wyczerpano wszystko a nie nasycono się niczém.
Nowa wiara przynosiła nie tylko objawienie nowego i jedynego Boga, ale całą nową zupełnie moralność, prostą, jedną, i połączoną z religją najsilniejszemi węzłami.
W religii pogan nie było związku pomiędzy nią a życiem; wiara była państwa podstawą, mistycznym węzłem który je sprzęgał; najwyższy władzca był razem arcykapłanem, choćby był Neronem, a bogów robiono z jego faworytów stajennych, jak Jacitatus, lub pokojowych, jak ów Antinous Cezara. Prawo świeckie kładło granice występku, cnota była dowolną i niczém nie nakazaną, a przynajmniéj przykład ubóstwianych postaci do niéj nie skłaniał. Tylko wyższe umysły i czystsze serca w starożytności, jak Sokrates, jak Plato, przeczuwali związek obowiązków moralnych człowieka z ideą Bóstwa i nadziemskiemi rzeczami.
Religia nowa burzyła całe bałwochwalstwo pogan, cały gmach ich mytologii, zlepionych z najdzikszych podań różnych narodów; potém wskazywała jedność Boga, szlachetny cel człowieka i zbliżanie się do niego; życie zaświatowe, a w ziemskiém, pole zasługi i próby. W całéj téj nowéj budowie była prostota, logika, związek, zamionujące prawdę, tak, że umysły co ją przeczuwały, olśnione się czuły tém światłem nowém, i jak Saul po chwilowéj ślepocie przejrzały dopiero. Nowy świat się odkrywał: ludzie braćmi, Bóg ojcem wszystkich, skruszone więzy niewoli, podniesienie ducha kosztem ciała, które wprzód całe w sobie zamykało życie.
Zastosowanie wielkich prawd do nowéj budowy społeczeństwa było łatwe, wypływało ono z nich samo. Nowy porządek nie burzył co było zdrowego; niszczył złe, oczyszczał a utwierdzał co przeczuciem zachowało się w ludziach dobrego.
Społeczność chrześcijańska, jakeśmy to już wspomnieli, składała się w pierwszych wiekach z najrozmaitszych żywiołów i narodowości, z ludzi téż wszystkich stanów i powołania. Od senatorów i mężów konsularnych, do wyzwoleńców i niewolników, skupiali się w niéj wszyscy, co do rzymskiego państwa ludności należeli. Widzimy chrześcijan na dworze Cezarów pełniących nawet wysokie urzędy i piastujących godności. Nauka chrześcijańska nie zabraniała im żadnego zajęcia, oprócz tych, które miały związek z bałwochwalstwem i jemu wprost posługiwały. Z tego powodu musieli się chrześcijanie wyrzec mnóstwa rzemiosł i powołań, które dotykały świątyń pogańskich, ich ozdób, i dostarczały materyałów do nich. Tak naprzykład: nie mógł żaden z nich być rzeźbiarzem i wyrabiać posągów bóstw, ani malować mytologicznych przedmiotów.
Mamy tego przykład, gdyż znalazł się właśnie nawrócony artysta rzeźbiarz, który się tém tłómaczył, że wprawdzie rzeźbił posągi, ale im czci nie oddawał. Na to prześliczną mu dał odpowiedź Tertulian: „Czcisz je, pisze, ty, co czynisz że je czczą drudzy; nie oddajesz im czci kadzidłem jakiéjś pospolitej ofiary, ale wonią siebie samego. Nie poświęcasz im życia zwierzęcia, ale własną duszę. Na ofiarę zarzynasz im twój gienjusz, a pot pracy twéj jest dla nich libacyą. Twego umysłu siła, oto kadzidło które spalasz przed niemi. Tyś więcéj dla nich niż kapłanem, bo oni ci winni, że kapłanów mają“.
Zakazaném więc było sprzedawać i kupczyć wszelkim przedmiotem do czci bałwanów potrzebnym, szczególniej kadzidłem. Oprócz tego zakazaną była chrześcijanom lichwa, powołanie skoczków, mimów, kuglarzy i komedyantów. Wiemy bowiem czém był teatr rzymski i jak ściśle dramat przesiąkł bałwochwalstwem. Było to naówczas konieczném.
Pomiędzy chrześcijany znajdujemy za to wielu pierwszych prawników, chociaż niewiadomo czy wyznający otwarcie nową wiarę mieli sobie dozwoloném spełnianie publiczne obowiązków rzeczniczych.
Imiona najznakomitsze chrześcijan juryskonsultów są: Minucjusz Felixa, który zostawił dyalog apologetyczny w obronie wiary; senatorów Hipolita i Apolonjusza, i tego Cajanusa, którego Konstantyn wybrał do swego boku. Wymieniają także chrześcijan lekarzy, jak Ś. Łukasz, Koźma i Damian, którzy ubogich leczyli szczególniéj. Napisów grobowych w katakombach z tytułami temi mnóstwo. Są lekarze zarazem kapłani; takiego jednego przywodzi nagrobek kardynał Wiseman.
Wielu także chrześcijan służyło w wojsku, gdyż wiara im tego nie wzbraniała, zalecając tylko aby nadużyć nie popełniali i płacą swą się zadawalniali. Całe nawet legje, jak Tebańska, składały się z samych chrześcijan niekiedy.
Ze słów Tertuliana, broniących chrześcijan od zarzutów że do niczego nie byli zdatni i że się nie trudnili interesami, widać że kupiectwo także nie było im obce. „My także mamy swe forum, mówi wymieniony pisarz, mamy swe targi, sklepy i jarmarki. I my téż kupcami jak wy być umiemy”. Ale gdzieindziéj dodaje, że kupcy chrześcijanie nie byli chciwymi i z serc miłosierdzia nie wygnali. Euzebiusz także pisze, iż pierwsi chrześcijanie nie wzgardzali ani rolnictwem ani handlem, ale we wszystkiém byli umiarkowanymi, unikając chciwości i żądzy zbytniéj zbogacenia się. Na dworach Cezarów, znajdujemy chrześcijan na rozmaitych posługach, jako pisarzy, sekretarzy (commentariensis), bibliotekarzy, posłańców, skarbników, pokojowych (cubicularii). Z tych pokojowców cezarskich wielu cierpiało męczeństwo, między innymi Hyacynt, Trajana pokojowiec, który przetrwawszy różne męki, z głodu umarł w więzieniu. Za Dioklecyana, Lucian starszy nad pokojowcami, których wielu nawrócił, także został skazanym.
Nazwania wyszukane różnych dworskich urzędów mnogie są na grobowcach męczenników. Spotykamy tam silenciaryuszów (silentiarii) rodzaj przybocznéj służby, stróżów cesarskiéj purpury, która się zwała aż świętą, vestis sacra! kursorów co biegali z listami; scrivarius’a archiwisty, i jednego princeps medicorum, naczelnego lekarza przy Cezarze i t. d. Wszystko to potwierdza tylko, że chrześcijaństwo wciskało się tam nawet, gdzie mu największe groziło niebezpieczeństwo, gdzie ono mogło być poczytywane za zdradę.
W Katakombach niezliczona jest rozmaitość wymienionych powołań różnych urzędników od poboru, rachmistrzów. Rękodzielników także nie brakuje, jako to, tarczowników, sprzedających purpurę, rzeźbiarzy, malarzy, kamieniarzy, garncarzy, grabarzy, których długi szereg znajdujemy w dziele uczonego Lami. X. Marchi i Kaw de Rossi z napisów dobyli ich więcéj jeszcze i zbogacili naukę starożytności całkiem nowemi odkryciami rzemiosł i handlów prawie nieznanych.
Godném jest uwagi, że najcięższych i najbiedniejszych rzemiosł i powołań musieli się podejmować chrześcijanie z powodu swego położenia i ubóstwa, i że ich z tego powodu Juvenalis zowie wyrazem cerdones, to jest przekupniami lichemi.
Na grobach w katakombach, oprócz napisów oznaczających rzemiosła, jakiemi się zmarli zajmowali, ryte są i malowane godła ich i znaki, narzędzia. Są to dziś nader ciekawe wizerunki, na których znajdujemy, naprzykład na grobowcu Entroposa, rzeźbiarza sarkofagów u Ś. Heleny, zajętego robotą tego grobowca w którym spoczywał. Na kamieniach pokrywających rzeźbiarzy, jako godła znajdują się rylec, pion i iglica; na grobach malarzy cyrkiel, igła i dwa pędzle; pisarza odznacza tabliczka, styl, pióra trzcinowe i t. p.
Już z listów Ś. Pawła i całéj Ewangelii widzimy jak u chrześcijan pojęte było małżeństwo, w tym właśnie czasie, gdy ta instytucya, na któréj spoczywa rodzina, od któréj zależy cały organizm społeczny, u Rzymian była tylko czczą formą, pokrywającą najzupełniejsze obyczajów rozprzężenie. Dość jest czytać Juvenalis’a aby się o tém przekonać. Dla odrodzenia społeczeństwa ten węzeł musiał być na nowo ściśniętym silniéj, — i u chrześcijan małżeństwo stało się sakramentem. W pismach ojców kościoła i historykach pierwszych wieków, widzimy chrześcijańską rodzinę taką, jaką ją Kościół utworzył; jest ona w istocie obrazem wzniosłéj i czystéj piękności pełnym. Ojcowie Kościoła i koncylja, natchnieni słowy Chrystusowemi i pismami Ś-go Pawła, określili jak najszczegółowiéj wzajemne obowiązki małżonków w rozmaitych życia okolicznościach, tak, aby między niemi pokój i zgoda niezachwiana panowały. Mąż powinien był być dla żony przyjacielem i opiekunem pełnym czułości; żona była mu uległą, ale ta uległość nie była niewolniczą; była w niéj i chrześcijańska pokora i serdeczna miłość. Z tém dwojgiem łatwą się ona stawała. Kościół chcąc uchronić w tych czasach ciężkich walki od wszelkich sporów rodzinę, nawet w rzeczach nie tyczących wiary i religii, dawał władzę mężowi do stanowczego rozstrzygania. Tak koncyljunm Arlezyjskie w r. 330 zastrzegło, że żona bez zezwolenia męża nie mogła iść do spowiedzi i odprawiać pokuty. X. Martigny przywodzi także koncyljum w Elwirze, które wzbraniało kobiétom bez wiedzy mężów pisania listów, odbierania ich, nawet w sprawach religijnych.
W historyi tych wieków przykłady małżeństw, które do prawdziwéj chrześcijańskiéj doszły doskonałości, są liczne. W wielu z nich, za wspólną zgodą, stosunki te kończyły się świętém a czystém braterstwenm. Pomników odnoszących się do pożycia małżeńskiego jest mnóstwo w katakombach, pełne są one czułości — pełne rzewnego smutku. Na szkłach także znajdowanych w katakombach, obrazy przedstawiające męczeństwa i śluby, w których Chrystus wieńczy parę, są dosyć pospolite. Był zwyczaj wieńczenia koronami przy ślubie, który się dziś tylko w kościele wschodnim zachował gdy we Francyi, starego rzymskiego obyczaju zabytkiem, nowożeńców rodzajem zasłony okrywają, a raczéj trzymają ją nad ich głową. Na grobach małżonków, pochowanych razem, dwa baranki, dwa gołębie skubiące winne grona, są zwykłém godłem. W Arles, we Francyi, przed dwudziestu laty odkryty sarkofag chrześcijański przedstawia całą historję małżonków w nim pochowanych; naprzód żołnierza z koniem; potém tegoż z kobiétą, (prośba o rękę) zaślubiny; daléj tegoż samego rycerza już starszego podającego rękę żonie. Obojga postacie stoją w środku sarkofagu. Na jednéj stronie jest napis: „Tych, których z cnoty równych, Pan wszechmogący złączył słodkim małżeństwa węzłem, grób zachowuje zwłoki do wieków ostatka. Cater vinci Severina cieszy się, że jest z tobą połączona w jednym grobie. Obyście za łaską Chrystusową, zmartwychwstali równie szczęśliwi.” Pełno jest wizerunków tego rodzaju na pomnikach. Na jednym z nich widać matkę karmiącą dziecię z napisem: „Żyj dla twych rodziców”, na innym ojca uczącego czytać synów; na innym jeszcze ojciec uczy śpiewu dziecię, a matka, może siostra, (Venerosa), wybija takt nogą. Napisy są choć w krótkich słowach często przejmujące uczuciem. Czytamy na jednym grobie: „Alicyi Sewerze, matce i karmicielce, najsłodszéj niewieście.” Na innym wspomniano, że biedna matka, dziecięcia swego, choć je odumarła w 6-ciu miesiącach, nigdy nie widziała: „Zostawiła syna, którego oblicza nie oglądała”.
Pochwały cnót na nagrobkach tych są lakoniczne, ale jeden tu wyraz więcėj mówi, niż gdyby ich było zbyt wiele: „Żyła bez sporu”. „Najczystsza z niewiast, najlepsza z towarzyszek” „Żyła ze mną w poszanowaniu i niezakłóconéj niczém zgodzie” i t. p.
Już z tego co poprzedza wnosić było można, jak staranném było wychowanie dzieci i ich stosunek do rodziców. Obyczaj stary, tradycye, sam duch chrześcijańskiéj nauki wymagał od nich poszanowania, posłuszeństwa, przez miłość łatwego, i nierozerwanego związku z rodziną, od któréj nawet już osobną stanowiąc, syn się jeszcze nie odrywał. Patryarchalna władza ojcowska trwała tyle co życie rodzica. Córka tylko przechodziła z domu idąc pod władzę męża i stanowiła nowe ogniwo tego łańcucha, który wiązał społeczność. Ale nie tylko dziećmi własnemi zajmowali się czynnie chrześcijanie, było ich obowiązkiem czuwać i opiekować się każdém dzieckiem sierotą, które rodziny było pozbawione. Chociaż od najpierwszych wieków znaną była u chrześcijan instytucya szpitali dla sierot, dla chorych, których chroniono od pogańskich xenodochiów Eskulapa, bo w nich się z pogańskiéj wiary obrzędami stykaćby musieli: Kościół wymógł od pojedynczych osób aby sieroty przyjmowały na wychowanie. Tak zwani alumni, przybrane dzieci, są na grobach i napisach wspominani bardzo często. Opiekunowie stawili groby alumnom, a alumni swym rodzicom przybranym — niektóre są pełne wdzięczności i uczucia.
Dzieci sieroty składano zwykle u drzwi kościołów głównych, a koncylja określały warunki, w których wiernym wolno je było przyjmować. Ten co się podejmował wychowywać sierotę, składał w ręce duchownych rodzaj pismiennego zobowiązania (epistola contestationis), wymieniając w niém wiek, dzień, miejsce gdzie ją znalazł, ażeby w przypadku odkrycia rodziców oddaną być im mogła. Późniéjsze nadużycia i potwarze rzucane na chrześcijan z powodu ich miłosierdzia, zmusiły w VI wieku obostrzyć formy tego przyjęcia; ogłaszano z ambony, lub od ołtarza, o każdém dziecku przyjętém, a potwarców miłosierdzia zrównano z zabójcami.
Chociaż w wiekach prześladowania, chrześcijanie od wszelkich praw nie tylko obywateli ale człowieka byli odsądzeni, i działalności ich równie prawo jak fantastyczne usposobienie tłumów stały na przeszkodzie; wcześnie jednak czuli oni potrzebę oświaty i zakładów, które by ją rozpowszechniały. Szkoły więc, o ile dozwolił ucisk, otwierano nietylko po miastach, ale przy wiejskich kościołach. Naówczas wszystko od kolebki do grobu koło nich się skupiało. Starożytnicy przypuszczają że uczono w baptysterjach, w budynku do chrztu odprawiania przeznaczonym, albo w innéj może części bazylik. W małych szkółkach nauka nie sięgała daleko, dawano początki; w wyższych, przy głównych katedrach, nauczano przedmiotów, jakie wówczas w innych zakładach tego rodzaju wykładano: grammatyki, retory ki, filozofii. Juljan Apostata, chcąc zabić chrześcijaństwo ciemnotą, zabronił nauk świeckich uczyć chrześcijan. Trudno uwierzyć żeby w XIX wieku oświatę z rozmysłem tamowano; ale Julian Apostata znalazł naśladowców.
Szkoły istniały od końca pierwszego wieku; o podobnéj pisząc historyk kościoła Euzebjusz pod r. 180, nazywa ją już starą. Mowa tu o szkole Aleksandryjskiéj która wielu znakomitych mężów wydała. Znane są szkoły w Rzymie, Konstantynopolu, Antyochii, Cezarei. Oprócz tych wielu biskupów i ludzi pobożnych nauczali prywatnie po domach. Późniéj ustanowiono szkoły osobne dla lektorów i śpiewaków kościelnych. Ale początkowo, to niewyczerpane miłosierdzie chrześcijańskie, które ożywiało wszystkich, najlepszą ze szkół było. Każdy się dzielił z dziecięciem nie tylko chlebem ale i nauką swą chętnie; nauczali rodzice, kapłani, bracia. Gorliwość o oświatę mogła jedna chrześcijanom zapewnić: zwycięztwo nad temi, których sofiści, retorowie, filozofowie, greccy argumentatorowie, aż nadto byli wykształconymi; trzeba było powagi, wymowy, nauki aby takich przeciwników zwyciężyć, nie tylko cnotą, ale słowem, które dla nich zrozumialszém było może od cnoty.
Dodam tu jeszcze słówko i o bibljotekach, mówiąc o oświacie. Gorliwość o nią obudzała do zbierania pomników pismiennych. Od najpierwszych lat, i w czasie najsroższych prześladowań, Ś. Aleksander, biskup Jerozolimski, zgromadził jedną z najgłówniejszych bibljotek, z któréj czerpał Euzebiusz. Wiemy o drugiéj w Cezarei, zebranéj przez Ś. Pamfila i darowanéj swemu kościołowi; liczono ją do 30,000 zwitów, a chociaż volumina pargaminowe ówczesne znacznie mniéj niż nasze tomy zawierały — zawsze był to zbiór na swój czas wielki.
Za Dioklecyana zniszczono wiele bibliotek chrześcijańskich, i akt tyczących się pierwszych wieków.
Większa część tych zbiorów przeznaczona była dla kształcenia duchownych i młodzieży, a składała się z nowego i starego Testamentu i wykładów, których mnóstwo zaginęło, z pism ojców kościoła, szczególniéj apologistów i obrońców jego, a naostatek i ze znakomitszych pisarzy starożytnych, nawet pogańskich, których gieniuszowi oddawano cześć należną, i często ich cytowano, a zbytnia i źle zrozumiana gorliwość nie wypędzała ich z półek. Nadto byli chrześcijanie pewni prawdy swéj i jéj wyższości, aby się współzawodnictwa obawiać mieli. Wiemy naprzykład, że biblioteka Orygenesa zawierała w sobie najstaranniéj kaligrafowane arcydzieła klassycznéj starożytności, których on z konieczności tylko musiał się pozbyć. Zbiór to być musiał znaczny i szacowny, gdy mu zań obowiązano się dożywotnie płacić po 4 obole dziennie. Ojcowie kościoła, znakomici pisarze chrześcijańscy pierwszych wieków, pełni są cytat z dzieł klassycznych; widoczna w nich i znajomość ich, i wykształcenie na nich. Gdy Juljan Apostata zakazał uczyć literatury świeckiéj chrześcijan, starano się na wzór klassyków stworzyć książki dla młodzieży, ale późniéj do nich samych powrócono. Zdaje się że od pierwszych wieków, przy każdym kościele była biblioteka, po lewéj stronie absidu, w tak zwanéj sekretaryi. Na drzwiach w jednéj z nich, napisał Ś. Paulin dwa wiersze, świadczące że była otwartą dla wszystkich wiernych.
„Jeśli kto z was ma święte pragnienia, rozmyślania nad prawem w tém miejscu przejąć się może księgami świętemi.”
W tych zbiorach leżał, jak świadczy Sidonius Apolinaris, Horacyusz obok Prudencyusza. Tolerancya była wielka, bo wiara była potężną. W wiekach to sceptycyzmu zazwyczaj rodzi się fanatyczna wyłączność, bo strach ogarnia, gdy własną wymierzy się słabość.
Winniśmy szczegóły te o biblijotekach uczonéj rozprawie Lami, wielekroć przez nas przywodzonéj. Wiemy z niéj, że lektorowie duchowni byli stróżami zbiorów, że księgi mogli brać nawet do domów, i t. p.
Biblioteki ciągnęły za sobą kaligrafów i przepisujących, którzy się zwali librarii, i dla ogółu wypisywali w całości, co stenografowie, których starożytni mieli tak dobrych jak my, w skróceniach zebrali. Takich pisarzy, pod różnemi nazwiskami, wspominają grobowce w katakombach. Na jednym z nich wyryto pugilares, styl i wiązkę piór, naówczas robionych ze trzciny. Przy każdym kościele były pisma święte, księgi liturgiczne, a w wieku X-ym noszono jako amulety ewangelie pisane. Wysoko ceniono pracę kopistów, a zasługę ich niemal równano z kaznodziejami; był to bowiem sposób rozpowszechnienia zdrowéj nauki. Wielu znakomitych ludzi, jak Ś. Pamfil męczennnik, Ś. Lucyan z Antyochii, byli wprzód kopistami nim zostali kapłanami. Późniéj w klasztorach było to zajęciem mnichów. Wiemy że w zgromadzeniach dziewic chrześcijańskich także się zatrudniano tą kaligrafią. Rzym miał nauczycieli pisania ozdobnego i poprawnego, i jest prawo Dioklecyana, które oznacza ich płacę za naukę. Potrzeba było pewnego stopnia wykształcenia, aby się temu powołaniu oddawać.
Wspomnieliśmy już o szpitalach. Wyraźne słowa Chrystusa nakazywały chrześcijanom jak najtroskliwszą nad ubogiemi pieczę, Chrystus sam porównał się do jednego z nędzarzy, i wyrzekł: że co im daném będzie, jakoby jemu daném było. Kościół téż zajmował się zawsze ze szczególną pieczołowitością ubogiemi. Osobna instytucya w łonie społeczności téj czynna, nieutsannie czuwała nad zapomożeniem nędzy. Dyakonowie nad mężczyznami, Dyakonessy nad kobietami, mieli powierzoną opiekę nad kalekami i choremi.
Codziennie Dyakonowie i Dyakonessy szli szukając tych, którzyby pomocy potrzebować mogli, i zawiadamiali o nich biskupa, który w towarzystwie kapłana, udawał się potém sam, odwiedzając nędzarzy i chorych.
To miłosierdzie niewyczerpane, było istotném bogactwem Kościoła. W trzecim wieku dyakon Wawrzyniec Św., którego prefekt zmuszał aby mu odkrył skarby, jakie miały być u niego złożone, pokazał przed kościołem tłum starców zgrzybiałych, ślepych, niemych, kaleków, trędowatych, sierot i wdów z całego zebranych miasta. „Oto są, rzekł, skarby nasze.”
W czasie prześladowań, gdy się ukrywać musiano z miłosierdziem nawet, Dyakonowie odwiedzali ubogich po mieszkaniach. Późniéj za Konstantyna już, można było zakładać szpitale, rosocomia. Obowiązkiem było biskupów budować je i zarządzać niemi: stawiano je w pobliżu ich mieszkań, i zwyczaj ten przetrwał aż do średnich wieków. Szpitale te inaczéj, a daleko miléj dla biednych, niż dzisiejsze urządzonemi były; wiemy o tém z Prokopa, iż nie budowano jednego gmachu, w którymby się cisnęli po celach ubodzy, ale stawiano dla nich pojedyncze domki i chatki, w których mieszkali. Budowano liczbę tych domków taką, jaka dla biednych była potrzebną. Szpitale wyglądały jak małe mieściny. Takie pod Cezareą wzniósł Ś. Bazyli, a Ś. Jan Złotousty w Konstantynopolu. Przy tych osadach ubogich, zwykle mieścili się lekarze.
Przyjmowano do nich nie tylko chorych i ubóstwo miejscowe, ale obcych i pielgrzymów, co nazwisko xenodochiów tłómaczy. Szpitale jednak tego rodzaju, głównie na Wschodzie były we zwyczaju; na Zachodzie, zamiast nich, biskupie mieszkania były przytułkiem ubogich. Ś. Augustyn, jak wiemy, zasiadał do stołu ze swemi ubogiemi i choremi.
Biskupi jednak w czasach wielkiego trudu i pracy, z pomnożeniem się społeczeństwa i liczby chorych i ubogich, musieli zdać opiekę nad szpitalami i instytucyami miłosierdzia, osobnym do tego postanowionym urzędnikom, którzy się zwali prefektami. Godłem szpitalów, które długo i u nas zachowano, był Duch Święty; jego opiece powierzano je wyłączniéj.
Mieli téż chrześcijanie i swoje łaźnie odrębne. U starożytnych używanie łaźni i kąpieli, było aż do przesady upowszechnioném; nie obchodził się bez nich nawet najuboższy lud, dla którego bogatsi zakłady tworzyli, gdzie kąpiel umyślnie jak najtańsza była. Bogaci nadużywali łaźni wytwornych. Klimat gorący, strój jakiego używano, czynił kąpiel hygieniczną potrzebą, i stawała się ona późniéj nałogiem. Rzymianie brali kąpiele codziennie, i przesiadywali w nich długo. Thermy zawierały w sobie to wszystko, czego można było do wygody wymagać, i całe dnie w nich téż spędzano. Chrześcijanom naganiano zbyteczne roskoszowanie się w kąpielach, ale obejść się bez nich całkowicie nie było podobna. Wiemy z Euzebiusza, że w czasach prześladowania, niemożebność używania kąpieli, uważała się za jedną z najcięższych prywacyi. Tertulian pisze: „Nie kąpię się w nocy o saturnaliach, abym nie stracił nocy i dnia; kąpię się w godzinie przyzwoitéj i dogodnéj, abym ciepło krwi utrzymał. Dość być zlodowaciałym i bladym, gdy mnie po śmierci mojéj obmyją.” Ś. Augustyn po zgonie śwéj matki, dla uśmierzenia boleści, musiał wziąć kąpiel.
Oprócz kąpieli dla zdrowia, były i te we zwyczaju, które można nazwać oczyszczeniem, przed obrzędami religijnemi, przed chrztem naprzykład, przed uroczystości wielkich obchodem dla kapłanów. Przy kościołach były urządzone dla nich łaźnie, a także i przy cmentarzach. Taka łaźnia liturgiczna w szczątkach z pierwszych czasów, pozostała dotąd w Puzzoli pod Neapolem. Niektóre przyozdabiano dosyć wytwornie, a zwykle założycielami ich byli biskupi.
Z tego pobieżnego zarysu, widzimy, że nawet w czasach najcięższych, chrześcijańska nauka wydała czynem świadectwo swojéj siły odradzającéj. Już przed Konstantynem i uspokojeniem Kościoła, zrodziły się w niéj zarodki tych instytucyi, które do utrzymania społeczności, z jéj charakterem nowym, nieodzownie były potrzebne. Głównie uderzać musi to, że cała ludzkość ochrzczona, czuła się jedną, solidarną, obowiązaną do wspólnéj pomocy, i choć się hierarchicznie dzieliła, łączyła się bratersko przed ołtarzem, jednym łamiąc się chlebem. Widzimy już opiekę nad sierotami, nad wdowami, nad ubóstwem; chętne udzielanie się nie z nakazu, ale przez miłość, zamożniejszych dla biednych; szpitale, domy przytułku, szkoły, biblioteki, towarzystwa wzajemnéj pomocy, ratunek dla więźniów i prześladowanych; słowem miłość braterską w czynie, zastosowaniu, gorącą, niezmordowaną. Czy dziś zaszliśmy daléj na téj drodze, czy zacofaliśmy się pod parciem egoizmu pogańskiego, jest przynajmniéj wątpliwém.
Dziełom naszym dobroczynnym, jakkolwiek rozumniéj określonym, brak może tego nacechowania, tego ciepła serdecznego, które samo wartość im nadać może.
Chrześcijanie stronili pilnie od zabaw i biesiad pogańskich, ale mieli je téż pomiędzy sobą. Ze wszystkich zaś tych uczt najmilszemi pobożnemu spółeczeństwu były obchody dni uroczystych, pamiątkowych, odnawiające żywo wspomnienie wielkich wypadków, które nowy świat stworzyły.
Te dni świąteczne, (które i my po dziś dzień jeszcze obchodzimy tradycyjnie, z obrzędami jakie im towarzyszyły od wieków), już w bardzo dawnych czasach, naprzód dobrowolnie przez pobożne uczucia, potém z prawa kościelnego ustanowionemi były jako uroczystości.
Przebieżymy je wedle następstwa miesięcy, mówiąc tylko o świętach nieruchomych. Najpierwszém z nich, w Styczniu dnia 1-go obchodzoném, od którego my Nowy Rok poczynamy, było święto obrzezania Chrystusa, ustanowione przez Leona Wielkiego, papieża.
Ten dzień, który poganie poświęcali Janusowi, uświęconym został pamiątką Chrystusową dla zatarcia wspomnienia bałwochwalczych obrzędów. Aż do IX wieku był zwyczaj dzień ten obchodzić postem.
Dnia 6 go Stycznia, przypada Epifania, czyli Objawienie. Oprócz pamiątki hołdu trzech króli, złożonego Nowonarodzonemu, dzień ten uważa się za rocznicę chrztu Chrystusowego w Jordanie, i ztąd pochodzą obrzędy zachowujące się we wschodnim kościele, święcenia wody i kąpieli w wodzie poświęconéj. Dzień ten obchodzono bardzo uroczyście zawsze w obu kościołach, wschodnim i zachodnim. Bardzo ciekawą jest wzmianka o Epifanii w pogańskim pisarzu Amianie Marcellinie, który wspomina, że to święto obchodził w Vienne Juljan Apostata, który już był chrześcijańską wiarę porzucił, ale powierzchownie jeszcze zachowywał jéj zwyczaje.
Oprócz hołdu Trzech Króli i chrztu Chrystusa, na dzień ten przypada jeszcze i pamiątka godów w Kanie Galilejskiéj. Od IV-go wieku w ten dzień obchodzono razem trzy święta, a w kościołach Afryki, jak pisze Ś. Augustyn, dodawano jeszcze czwartą pamiątkę, pomnożenia chlebów na puszczy.
Od IV-go i V-go wieku, w dzień ten zwykle odbywano chrzty neofitów. Na pamiątkę godów w Kanie, Grecy mieli zwyczaj iść w nocy poprzedzającéj święto Epifanii, o północku czerpać ze źródeł wodę, która się niezepsuta lat kilka zachowywała.
W ten dzień biskupi mieli zwyczaj rozsyłać listy pasterskie, oznajmujące wiernym, którego dnia święto Wielkiéj Nocy w roku tym obchodzone być miało.
W Lutym przypadały: Oczyszczenie, dnia 2-go, z którém łączyło się spotkanie Symeona z Chrystusem w świątyni; ztąd dawne nazwanie dnia tego Hipopante (Spotkanie). Święto to jest bardzo starożytne; znajdujemy o niém wzmianki w IV wieku. Litanje śpiewane i procesye są także obyczajem dawnym.
W Marcu, dnia 25-go, obchodzono Zwiastowanie N. P. Maryi, zwane także Initium Redemptionis: (Początek odkupienia). Odnoszą to święto Bollandyści do czasów apostolskich. W IV wieku już jasne są dowody że je obchodzono, ale w innym dniu, na Wschodzie.
Dnia 3-go Maja przypada Znalezienie Krzyża Ś-go, ustanowione w początkach VIII wieku u katolików łacińskich, późniéj jeszcze u Greków.
Nie podpada wątpliwości fakt zņalezienia krzyża przez Ś. Helenę, matkę Konstantyna. Ś. Cyryll Jerozolimski pisze w IV wieku, że świat już był pełen szczątków tych i relikwii.
Obchodzono także w Maju święto Konstantyna i Heleny, które nie we wszystkich się kościołach zachowało. Dawniéj było ono uroczystością wielką, a Konstantyn i Helena zwali się od Boga uwieńczonemi, — Teosteptus, i równemi apostołom — Isoapostolos. Obchodzą to święto jeszcze w Czechach, Flandryi, w Grecyi, Kalabryi, i w Neapolu.
W Czerwcu, dnia 21, Ś-go Jana Chrzciciela, bardzo starożytne. Ś. Augustyn uważa je za jedno z najdawniejszych. W niektórych kościołach dawniéj odprawiano w dzień ten po trzy msze, jak na Boże Narodzenie; był téż zwyczaj odbywania chrztów.
Święto Piotra i Pawła apostołów, dnia 29-go Czerwca, od II-go wieku stale święconém było. Wspomina o niém Prudencyusz. Z najdalszych stron pielgrzymi na ten dzień śpieszyli do Rzymu. Papież odprawiał dwie msze, jedną u Ś. Piotra, drugą u Ś. Pawła, nad drogą Ostyjską.
Dnia 25-go, a późniéj 26-go Lipca, obchodzono pamiątkę Ś. Anny, którą także razem z Joachimem święcono dnia 9-go Września.
Dnia 6-go Sierpnia, Przemienienie Pańskie — święto nie starsze nad wiek X, a przyjęte powszechnie dopiero w XV wieku.
Wniebowzięcie, dnia 15-go Sierpnia, jest jedném z najstarożytniejszych, ale obchodzono je początkowo dnia 18-go Stycznia, a przeniesiono na Sierpień w VI wieku. W najstarszych martyrologach o téj uroczystości są wzmianki.
We Wrześniu, dnia 8-go, Narodzenie N. Panny, nie dawniejszém jest nad wiek VIII.
Od IV-go wieku obchodzono Podwyższenie Krzyża Ś. dnia 14, na pamiątkę widzenia Konstantyna.
W Październiku nie mamy żadnego znaczniejszego święta nieruchomego.
W Listopadzie, dzień WW. Świętych poczęto uroczyście święcić za Bonifacego IV. Ustanowienie tego dnia nastąpiło z powodu obrócenia Panteonu rzymskiego na kościół chrześcijański, poświęcony Bogu prawdziwemu, N. Pannie i wszystkim męczennikom i wyznawcom. Jest to prześliczna świątynia starożytna, na placu della Rotonde, między Corso i piazza Navone, którą wystawił Agryppa, zięć Augusta, na lat 26 przed erą naszą, a która się przez 1592 lat, mimo wielu drobnych zmian, zachowała całą i z charakterem dawnych świątyń.
Dnia 2-go Listopada Kościół święci pamięć wszystkich zmarłych chrześcijan. Już w Tertulianie i innych pisarzach pierwszych wieków są wzmianki o obchodzie Zaduszek, wedle starożytnego obyczaju, a zatém z czasów apostolskich pochodzącego.
Ś. Augustyn pisze w swéj xiędze o pieczy nad zmarłemi, iż Kościół postanowił modlitwy i wspomnienie powszechne, bez wypowiedzenia żadnego imienia, za wszystkich zmarłych w spółeczności chrześciańskiéj i katolickiéj, aby ci, co nie mają rodziny, dzieci, krewnych i przyjaciół, coby się za nich modlili, od wspólnéj dobréj Macierzy posługę tę odebrali.
W kościele wschodnim dzień zaduszny obchodzono podobno co piątek. Dopiero od X wieku dzień umarłych oznaczono na 2-go Listopada.
W Grudniu przypada Narodzenie Pańskie, dnia 25, wedle stałéj tradycyi kościelnéj. W téj mierze jednak, chociaż najpowszechniéj przyjętą jest data 25-go Grudnia, były w początku różnice zdań. Kościoły w Azyi obchodziły to święto późniéj, w dniu 6-go Stycznia, a nawet 19-go lub 20-go Kwietnia. Od IV-go wieku zgodziły się dopiero na 25-go Grudnia. Było to zawsze jedno z najuroczystszych świąt roku. Dzień ten zwano Natale. Rozpoczynano obchód już za czasów Ś. Augustyna nocą, w wigilją, i wszyscy wierni obowiązani byli znajdować się w kościele głównym, a wzbronione były osobne nabożeństwa po kaplicach i kościołkach wiejskich. Biskup odprawiał liturgję, od czego u nas jéj nazwanie Pasterki. Wszyscy przystępowali do kommunii pod karą trzech lat exkomuniki t. j. wyłączenia z Kościoła.
Najstarsze xięgi liturgiczne mają już trzy msze na ten dzień oznaczone, chociaż nie we wszystkich kościołach. Od XIV i XV wieku zwyczaj się ten upowszechnił.
W dzień Bożego Narodzenia sługi uwalniano od ich obowiązków zwykłych; post był surowo zakazanym, ale zarówno i widowiska.
Od IV-go wieku, na drugi dzień po Bożém Narodzeniu, obchodzono pamiątkę Ś. Szczepana Męczennika, następnie Ś. Jana Ewangelisty. W niektórych kościołach kapłanie odprawiali po dwie msze w ten dzień.
Naostatek, we trzy dni po Bożém Narodzeniu, przypadało święto Młodzianków. W Menologu greckim i liturgii Ethiopskiéj liczba ich podaną jest na 15, 000. Kościół pamięć ich miał zawsze w wielkiém poszanowaniu, ale niewiadomo kiedy dzień ten mianowicie został oznaczonym. Obchód tego dnia był uroczysty, ale smutny i żałobny. W kościele Te Deum, Alleluja, i inne radosne formy nie brzmiały dnia tego. W średnich wiekach przyłączyły się zabobonne obchody.
Uroczystość Wielkiéj Nocy, zwykle w dawnym Kościele nie dniem jednym, ale obchodzono w dniach piętnastu, obemujących wspomnienia: wydania Chrystusa, sądu, męczeństwa i zmartwychwstania.
Rozróżniano w tych dniach piętnastu dwie Paschy: Paschę męczeńską, Pascha Staurosimon, i Paschę chwały, Zmartwychwstanie, Anastasimon.
Wiadomo wszystkim, że o dzień, w którym się Wielkanoc obchodzić była powinna, kościoły gorące zrazu wiodły spory, w których szczegóły wchodzić nie możemy. Koncylium Nicejskie w IV wieku ostatecznie ten spór rozstrzygnęło, nakazując obchodzenie Zmartwychwstania w niedzielę najbliższą po 14-tym dniu nowiu marcowego. Dzień to był wesela, i niedziela ta nazywała się Niedzielą Radośną, Dominica Gaudii.
O rannym brzasku wierni zbiegali się do kościoła i ściskali się całując bratersko, przy wymawianiu słów: Surrexit Dominus de Sepulcro (powstał Pan z grobu). U Greków obyczaj ten się zachował. Biskup uroczystą mszę odprawiał, a gdy się obrócił dyakon do ludu mówiąc: Venite populi — przyjdźcie ludy, wszyscy szli do stołu Pańskiego. W dni te Cezarowie wypuszczali więźniów na wolność i przebaczali skazanym, z wyjątkiem kilku najcięższych zbrodniarzy; uwalniano także niewolników, a choć wszystkie sądy były zamknięte, tylko oswobodzenie ich przyjmowały w te dni. Chrześcijanie rozdawali obfite jałmużny. Konstantyn po całém państwie rzymskiém rozsyłał bogate dary.
Święto Zesłania Ducha Św. — Pentecostes, oznaczało całe 50 dni od Wielkiéj Nocy, do dnia Ducha Ś-go, i w tém rozumieniu jest początkowo używane. Cały bowiem ten przeciąg czasu był jakby jedném świętem i weselem. Spędzano go na czytaniu i rozważaniu akt apostolskich; niewolno było pościć i modlić się klęcząc, tak samo jak w niedzielę nie klęczano także przy modlitwie.
Koncylium Nicejskie postanowiło to wyraźnie, mówiąc: „Są osoby, które uginają kolana w dzień Niedzielny, i w dnie Zielonych Świąt. Zdało się właściwém świętemu Koncylium, aby we wszystkich kościołach panował obyczaj jeden, postanowić, aby w te dni ofiarowano Bogu modlitwę stojąc.”
Nie było to jednak powszechnie przyjętém w Afryce i w Syryi.
W dnie te 50, nie wolno było sprawiać igrzysk, widowisk cyrkowych i. t. p. Wprawdzie sądy odbywały swe czynności, i praca ręczna zakazaną nie była.
Kończył się ten peryod dni 50, w dniu zesłania Ducha Świętego.
W najdawniejszych czasach obchodzono ten dzień tak uroczyście jak Wielkanoc. O szóstéj godzinie nocy, (to jest około północy) zbierali się do kościoła wierni i katechumeni, którym w nocy Biskup chrzest administrował. Zaczynało się nabożeństwo od nauki dla katechumenów, trzech litanii jak w sobotę; potém święcono świecę, chrzcielnicę, i udzielano chrzest. To było nabożeństwo nocne, po którém następowała msza św. W wielu kościołach obyczaj był w czasie mszy św. sypać z góry na kościół kwiaty, oznaczające dary Ducha Św., lub maleńkie zapalone kawałeczki przędziwa, ulatujące w powietrzu.
Są to mniéj więcéj wszystkie starożytniejsze uroczystości naszego Kościoła.
W czasach prześladowania, gdy chrześcijanie ukrywać się musieli, a szło o to wielce, aby nie podać na złośliwe pośmiewisko nauki Chrystusowéj, musiano zachowywać tajemnicę jak największą, i przy nawróceniach nawet, stopniowo dopiero i powolnie odkrywać najważniejsze prawdy.
Z potwarzy, jakie miotano niedorzecznie, widać, że rzadko tajemnica została zdradzoną.
Dla tego nawet Katecheci i Neofici, którzy objawili chęć przyjęcia wiary, z ogólnych tylko poznając ją zasad, nie byli od razu całkiem wtajemniczani. Nie mówiono im nic o wielkiéj tajemnicy, o sakramencie Eucharystyi, i dopiero ochrzczonych do niéj przypuszczano. Tajemnica Trójcy Świętéj należała téż do ukrywanych, i dopiero przy chrzcie objaśnianych. Ś. Cyryll Jerozolimski powiada: „Nigdy żadnemu z pogan nie mówiono o tajemnicy wielkiéj Ojca, Syna i Ducha Św. Nie mówimy o tém nawet otwarcie przed katechumenami, ale mówimy w sposób taki, aby wtajemniczeni nas zrozumieli, a nieprzypuszczeni przedwcześnie nie domyślali się.”
Przygotowanych także dopiero uczono Ojcze nasz. (Modlitwy Pańskiéj).
Stosowało się to do sakramentów; w ogóle zaś, o czém profanom nie wolno było wiedzieć, o tém téż w czasach prześladowania nie pisano.
Szczególniéj wielka tajemnica Eucharystyi była pilnie strzeżoną; a katechumenów dopiero po wyprobowaniu, do zgromadzenia wiernych i wspólnéj ofiary dopuszczano, tak, że w czasie mszy wychodzili po pewnéj jéj części i reszcie przytomnymi być nie mieli prawa. Stosuje się to, jakeśmy rzekli, do wszystkich sakramentów.
W malowaniach téż, rzeźbach, obrazach pierwszych wieków, wszystko jest tak obmyślane, aby poganin nawet wypadkiem je znalazłszy, nic z nich dowiedzieć się nie mógł; wszystko było w symbolach, znakach pewnych, lub scenach allegorycznych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.