Wieki katakombowe/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieki katakombowe
Podtytuł Odczyty w Dreznie
Pochodzenie Kronika Rodzinna, 1868—1871
Wydawca Aleksandra Borkowska
Data wydania 1868—1871
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WIEKI KATAKOMBOWE.
Odczyty w Dreznie.
J. I. Kraszewskiego.

ODCZYT I.

Podróżny, który po raz pierwszy zbliża się do wiecznego miasta i zdala wita nad niém kopułę Ś. Piotra, gdy przebędzie umarłą kampaniję, otaczającą je milczeniem, i pustynię, któréj gościńce znaczą na pół rozwalone groby; gdy zbłąka się potém w pośród ruin niezmiernéj potęgi, rozsypanéj w proch i gruzy; mimowolnie uczuje się pociągnionym naprzód ku kolebce chrześcijaństwa, ku wielkiemu cmentarzysku męczenników. Stolica tego państwa rzymskiego, które miało posłannictwo podbojami swemi i cywilizacją przygotować rolę nowéj epoce, zajmuje dziś zarówno może więcéj śladami pozostałemi po narodzinach wielkiéj ery chrześcijańskiéj, niż pamiątkami swéj własnéj dawnéj wielkości. Rzym pogański jest dla nas tylko pracownikiem, który usłał łoże na wielkie gody Bożéj uczty braterstwa i swobody. Dwie epoki najświetniejszego rozkwitu pogaństwa i cudownego powstania Chrystusowego świata, tu się stykają z sobą i łączą. Punkt, w którym one się schodzą, jest największego zajęcia dla dziejów człowieka. Nigdy na podsciole takiego zepsucia nie wykwitł jeszcze kwiat tak wonny i czysty. Historja ta pełna cudów, dziś jeszcze jest żywą, jakby się odbyła wczoraj; każdy czuje ją swą własną; lecz dotąd jest ona jeszcze pełną tajemnic. Mimo prac znakomitych na tém polu, owe narodziny chrześcijaństwa są jeszcze z wielu względów nieprzebitą mgłą pokryte. Suchą formułą zwyczajnych lat żywota ludzkiego téj epoki cudów wytłómaczyć nie można. Rzym, jeśli nie dał życia chrześcijaństwu, pierwsze jego widział brzaski, i był kolebką tego bożego dziecięcia; on je wykołysał na swém łonie, krwią męczenników napoił, wykarmił wszystkiém szlachetném, co jeszcze pod skorupą pogańską niezepsute pozostało.
Jakkolwiek nagłém jest przejście z pogańskiego rozprzężenia i zepsucia, do obyczajowego i religijnego odrodzenia, nie jest ono całkiem nieprzygotowaném ani niespodziewaném. Wiemy, że oddawna przeczucie przyjścia posłannika Bożego, który miał świat stworzyć nowy, odzywało się w wieszczach i w prorokach, — i w téj ogólnéj tęsknocie i oczekiwaniu, które były uznaniem, że to, co istniało, trwać nie mogło.
Wśród powszechnego wyuzdania i upadku; wśród swawoli, nietylko obyczajowéj, ale zarazem filozoficznéj; wśród niewiary we wszystko; szlachetniejsze umysły zgadywały już niejako nowy, mający przyjść rzeczy porządek. Dziwić się nie potrzeba, że nauczyciel Nerona, Seneka, uchodzić może za ucznia i tajemnego zwolennika Ś. Pawła, gdy Tacyt, nieznający chrześcijan, nienawidzący ich i niechętny, całym swojéj historji tokiem, cóż innego dowodzi nad to, że czuł i widział upadek swojego czasu?
Sławny ów wiersz Wirgiliuszowy, zapowiadający narodzenie nowego porządku, nowego świata, czyni autora Eneidy prawie prorokiem, razem z Sybillijskiemi dziewicami. Rozpatrując się w ostatnich czasach dogorywającego i szalejącego stypą pogaństwa, pełno tam ujrzymy tych znamion oczekiwania lepszéj przyszłości. Świat cały przeczuwa, pragnie, spodziewa się; ale zamiast potężnego władzcy, którego, wedle pojęć ówczesnych, oczekiwano; zamiast podbojów i zwycięztw; ta era odrodzenia rozpoczęła się cale różnie, z głębin społecznych, od bezsilnych na pozór, ubogich i prześladowanych, podnosząc się na opanowanie społeczności i świata. Reformy téj nie dokonał ani władzca, ani filozof, ani mąż z panującego naówczas narodu i języka; ale z plemienia wzgardzonego, urodzony w ubóstwie, posłannik Boży, który żywym czynem i słowem obalił pogaństwo. Ten cud dziejowy, jest jeszcze do dziś dnia, czém był od początku — cudem.
Zestawiając epokę, w któréj on się odbywał, obyczaje, filozofię, charakter jéj, z tém, co przynosiło chrześcijaństwo, jeszcze jaskrawszą widzimy różnicę, jeszcze potężniejszą wydaje się owa wielka zmiana i zwrót idei, pojęć, moralności.
Przypomniawszy Tacyta i Swetoniusza, i obraz tych czasów, jaki dają pozostałe po nich pomniki, zaledwie pojąć możemy, jak z téj zgnilizny i próchna, mogło wyjść społeczeństwo tak święte, czyste i wielkie, jakiém było pierwotne chrześcijaństwo.
Oprócz nauki saméj, słowa tego Bożego, którego siła była niezłomną; wielkiém narzędziem i dzwignią odrodzenia, było prześladowanie nowéj nauki.
Tak jest! ono dało jéj siłę; krwią męczenników najpotężniéj urosło chrześcijaństwo.
I w tym Rzymie różnorodnych pamiątek, gdzie na Romulusowych podstawach, stosy gruzów po Cezarach porastają chwastami; gdzie ruiny rosną na ruinach; chrześcijanin szuka przedewszystkiém śladów kolebki swéj — i chciwie wdziera się w czarne podziemia Katakomb. Są one najlepszą kartą wielkiego martyologu pierwszych czterech wieków, które innéj nad tę grobową i krwawą historję nie mają.
Upakarzającém to jest dla człowieka, że przez bardzo długi przeciąg czasu, od najazdów Lombardów i Saracenów do końca niemal XVI wieku, te cmentarze podziemne, te kościoły uświęcone modłami pierwszych chrześcijan, prawie zapomnianemi zostały.
Zatarła się była nawet pamięć miejscowości, w jakich się one znajdowały, choć znaczna część Rzymu cała jest niemi podkopaną; potrzeba było, jak zawsze, wypadku, osypania się ziemi, zapadnięcia sklepień, aby te pieczary zwróciły uwagę pobożnych i znalazły swego Kolumba, który odkryciu ich, zbadaniu, opisowi całe swe życie poświęcił.
Dzisiaj są one już odrysowane, odmalowane, przeszukane i lepiéj znane niż kiedykolwiek. Lecz przez całe długie wieki ledwie o nich głucha wieść chodziła. Chrześcijaństwo pamiętało o krwawych swych pamiątkach, tradycje się utrzymały, ale nie były poparte żywém świadectwem pomników. Można też powiedzieć że życie pierwszych chrześcijan, organizacja społeczeństwa, jego cnoty, charakter, dopiero rozpatrzeniem się w ścianach katakomb, lepiéj poznane i ocenione zostały. Wiadomo, jak wprędce po wielkiéj ofierze, na Golgocie spełnionéj, wiara chrześcijańska przeszła do żyjących w Rzymie izraelitów, a przez nich do pogan. Wprędce téż spotkało nową wiarę prześladowanie, naprzód na téj ziemi, na któréj się ona zrodziła, późniéj w ówczesnéj stolicy świata.
Po męczeństwie, dopełnioném na Synu Bożym, nieprzerwanym szeregiem następowały po sobie coraz nowe. Pierwszym, który padł ofiarą, był Ś. Szczepan, ukamienowany przez dawnych współwyznawców. Śmierć jego zdała się jakby pragnienie krwi rozżarzać. W Palestynie i krajach sąsiednich mnóstwo chrześcijan rzucono do więzień. Kapłani Synagogi i władza świecka łączyli się na najokrutniejsze ich ściganie. Ucisk był z razu tak przerażający, że wierni rozsypać się musieli po Judei i Samaryi; inni przeszli do Fenicji, do Syryjskich miast, na wyspę Cypr. Wkrótce po cudowném nawróceniu Ś. Pawła, który ze srogiego prześladowcy, stał się gorliwym zwolennikiem nowéj wiary, skończyło się prześladowanie w Judei.
Pokój trwał do panowania Klaudiuszowego. Około tego czasu, wskrzesił ucisk Herod Agrippa, który sciąć kazał Jakóba, brata Jana, a Ś. Piotra uwięził. Od śmierci Jakóba nie mamy wprawdzie imion męczenników aż do drugiego Jakóba, biskupa Jerozolimskiego; jednakże namiętności były rozgorzałe. Prześladowanie istniało i objawiało się wybuchami, jak uwięzienie i skazanie Ś. Pawła.
Ale to, co się działo w Jerozolimie, było cale innego znaczenia i rozmiaru, niż wkrótce mające nastąpić okrutne prześladowanie rzymskie... w którém Rzym sam występował z całą swą potęgą przeciw Chrystusowym dzieciom. Potwarz poprzedzić musiała ucisk, jedno nie idzie bez drugiego; naprzód zbezcześcić trzeba ofiarę, aby ją potém poświęcić. Najdziksze téż wieści rozchodziły się o nowéj wierze, którą malowano jako bezbożną, swawolną, zaprzeczającą istnieniu bogów. Wiadomo jak ściśle wiara pogan łączyła się z ich bytem społecznym; Cezar, najwyższy urzędnik, był zarazem Arcykapłanem; należał zwykle do stowarzyszeń religijnych — do kollegiów kapłańskich; targnąć się na wiarę, było to stać się winnym zdrady kraju. Panteizm rzymski nie wzdragał się przyjęcia cudzych bogów do swego Panteonu; ale bogowie rzymscy panować musieli bogom przybyszom. Probowano Chrystusa postawić na równi z innymi ubóstwionymi. Alexander Severus do bogów swych domowych dołączył go, kładąc obok Abrahama, Orfeusza i Apolloniusza z Tyany; ale chrześcianie z zasady nie mogli dopuścić, aby prawdziwego i jedynego Boga, kładziono na równi z fałszywemi; ich Bóg nie mógł stanąć na ołtarzu obok innych; on wydawał wojnę wszystkim; dla tego téż pogaństwo, zagrożoném się czując, powstało przeciwko chrześcijanom. Instynkt zachowawczy tego upadającego i czującego swą zgubę pogaństwa, wiódł je do walki rozpaczliwéj, w któréj wszystko zdawało się być po jego stronie; siła, władza, bogactwo, wojsko, i ślepota tłuszczy zfanatyzowanéj, która była jego narzędziem. Tacyt wspomina o kilku wypadkach nawróconych osób, rozmaicie sądzonych, a niewątpliwie obwinionych o przyjęcie chrześcijaństwa. Cząstkowe prześladowania wszakże nie miały tego znaczenia, co późniejsze łowy na chrześcijan, ściganie ich tłumami, potępianie bez sądu, pastwienie się nad nimi okrutnie.
Pierwszém tego rodzaju było wielkie Neronowe prześladowanie, po owym pożarze Rzymu, niewątpliwie przez niego samego i jego zauszników podłożonym. Nero chciał zburzyć Rzym i na jego miejscu wznieść stolicę nową, któréjby mógł dać swe imie Neropolis. Widać to z Tacyta, widać ze wszystkich, jakie nas doszły, opisów strasznéj pożogi. Mijając już ową powieść, że Nero z wierzchołka wieży na Palatynie opiewał zburzenie Troi, patrząc na swą stolicę w płomieniach; rozporządzenia późniejsze jego dowodzą, dowodzi rozwalanie reszt niedogorzałych przez jego służalców, że chciał tego zniszczenia, pragnął być Romulusem nowym.
Ale lud począł szemrać, klęska wywołała tak ogólne narzekanie, iż potrzeba było owego podpalenia winę zrzucić na kogoś. Przypisano ją chrześcijanom. Każdy wiek ma swe ofiary, na których barki rzuca wszystko, co mu cięży. Pierwsze prześladowanie przeszło okrucieństwem wiele innych i godném było imienia sprawcy. Tacyt je opisał; większa część chrześcijan pookręcanych, pooblewanych smołą, paliła się w męczarniach niewysłowionych w ogrodach Nerona na Watykanie, służąc za pochodnie ludowi, który się z nich najgrawał; inni poodziewani w skóry zwierząt, oddani byli psom rozjuszonym na pożarcie. Tradycja Kościoła święci pamięć tych ofiar, których imiona nie doszły do nas, w dniu 24 Czerwca — był to więc wieczór wiosenny.
Następnego roku przypada śmierć SS. Piotra i Pawła (65 po Chr.) Nowsza krytyka usiłowała, jak wszelkie krytyki, dowieść że to prześladowanie nie rozciągnęło się po za granice Rzymu; jednakże w tymże czasie w Medjolanie, w Ravennie, w Akwilei, w Saragossie, spotykamy męczenników, i pierwszą męczennicę — kobiétę, Ś. Teklę.
Neronowe okrucieństwo otwarło wrota następnym — wskazało drogę. Najdziksi ludzie i epoki nużą się krwi przelewem. Ustępowało więc owo prześladowanie chwilami; chrześcijaństwo używało folgi i spokoju; aż znowu pod najbłahszym pozorem, gdy trzeba było odwrócić uwagę i nasycić namiętności tłumu, chwytano się tego środka; lud, który powtarza rzucone słowo, wołał: „Chrześcijan lwom! Chrześcijan dzikim zwierzętom!”
Drugiém, po Nerona, jest ściganie Domicjana, jego naśladowcy, którego Juwenalis i Ś. Tertulian przydomkiem Nerona piętnują. Domicjan nie tylko się pastwił nad niemi, ale wydał kilka przeciwko nim edyktów; uczynił ich wyraźniéj jeszcze nieprzyjaciołmi porządku publicznego i państwa. Padł pierwszą ofiarą krewny Cezara (brat stryjeczny), niegdyś konsularną piastujący godność, Flavius Clemens, a z nim wielu innych. Otóż w jakich warunkach żyjąc chrześcijanie, którym niewolno było ani ofiar spełniać publicznie, ani się na modlitwę zgromadzać, ani nauczać, ani przyznawać do swego Boga, musieli dla zachowania wiary, któréj siewaczami byli, pomyśleć o schronieniu jéj i siebie. W początkach po domach patrycjuszów, jak u Pudensa naprzykład Apostołowie, odprawiali ofiary, tajemnie sciągali współwyznawców; późniéj, zbyt wielkiém poczęło to grozić niebezpieczeństwem. Rzym, jak wszystkie miasta wielkie, wznosił się na pieczarach, z których dobywano piasek i kamień potrzebny do jego budowy; te lochy podziemne i wyżłobienia byty przytułkiem ludzi najnędzniejszych, włóczęgów i rabusiów, zwano je Arenariae, jakby piaskowe doły.
Cycero mówi o młodzieńcu, który za bramą Eskwilińską, wciągnięty do Arenariów, został zabity, a Svetoniusz powiada, że Faon chciał w nich skryć Nerona, który się wnijść do tego grobu żywych wzdragał.
Nie ma wątpliwości, że pomysł pierwszy późniéj rozgałęzionych katakomb, wzięli chrześcjanie z arenariów owych, ale nie ma téż nic pewniejszego nad to, że katakomby są całe ich dziełem. Sam materjał, w którym są wyżłobione, po większéj części nie dozwala przypuścić, by z nich wydobywano materjał jaki; gdyż są wyżłobione w ziemi i kamieniu lekkim; a głębina ich utrudniała tak robotę, że się jéj tylko pobożność, a nie chęć zarobku podjąć mogła. Zresztą to ukrywanie się pod ziemią w chwilach wielkiego niebezpieczeństwa z najdroższym skarbem, z modlitwą, jest w naturze ludzkiéj. Katakomby Rzymskie nie są jedynemi; bardzo ciekawe również z pierwszéj epoki chrześcijaństwa znajdują się w Medjolanie, w Chiusi (Toskania), na Wschodzie w Antiochii, Cyprze, w Afryce, w Messynie, Syrakuzie, Malcie, w kilku miastach Hiszpanji, w Galii, i na brzegach Renu. Do nich téż zaliczyć można i krypty Kijowskie; pieczary, w których przed chrztem Rusi, pobożni anachoreci odprawiali modlitwy, wiedli życie pustelnicze, i razem składali ciało w grobach, przez siebie wcześnie przygotowanych. Neapolitańskie katakomby, których tylko część dzisiaj jest widoczną w kościele Ś. Genaro dei Poveri, są nawet obszerniejsze, wspanialsze od Rzymskich. Głównie były to cmentarze. Cześć dla zmarłych w Panu, dla męczenników, usiłowała choćby szczątki ich ciał, mających zmartwychwstać w dzień sądu, ocalić od zagłady i rozproszenia. U pogan, groby uciekały w pola, otaczały drogi; łapały przechodniów aby umarli z pamięci nie wyszli; duchom, marom, stawiano gmachy, sprawiano uczty; stosownie do pojęć chrześcijańskich, umarli w Bogu, a wedle wyrażenia katakombowych napisów, ci co w Panu usnęli, gromadzili się około kościoła. Ołtarz stawał na grobie męczennika, który życiem wiarę wyznał (confessio). Wyraz cmentarz, κοιμητήριον, jest czysto chrześcijański; u pogan nie było cmentarzów, ani tego gromadzenia się po śmierci, bo i za życia nie było braterstwa i wspólności między ludźmi. Co do słowa wyraz ten oznacza sypialnią, a często w pierwszych wiekach dormitorium, przekład łaciński, używa się za wyraz z greckiego przerobiony. W napisach na grobach, ta myśl, że śmierć jest snem przechodzącym, powtarza się często bardzo; zasnął w Panu — spoczywa wpokoju, In pace.
Zwyczaj ten grzebania ciał pod kościołem, w kościołach, gromadnie, sięga najdalszych wieków, ale jest wyłącznie chrześcijański.
W czasach prześladowania musiano głęboko ukrywać się w łonie ziemi. Około drogich szczątków męczenników i wyznawców, skupiała się modlitwa, łączyła z nią ofiara, ucisk zmuszał uchodzić; tak do katakomb i grobu zstąpił Kościół i całe niemal pierwszych chrześcijan życie. W czasie wielkich prześladowań, nie raz rozporządzenia Cezarów sięgały aż tych głębin; zasypywano pieczary, broniono do nich przystępu, skazywano na kary tych, co na cmentarze chodzili. Tak wzbronił zbiorowisk tych Walerjan, a Gallien na nowo dozwolił je. Dyoklecian i Maxymian znowu je odebrali, a Maxenciusz powrócił.
Katakomby rzymskie, o których tu głównie mówimy, powstały nieochybnie bardzo wcześnie; badacze miejscowi sądzą, że poprzedziły nawet męczeństwo Ś. Piotra; nigdzie nie ma śladu chrześcijańskich cmentarzów starszych nad nie; z wielu zaś względów co krok spotykamy dowody starożytności, przynajmniéj wielkiéj części tych pieczar.
Zdaje się że zaraz po pierwszém prześladowaniu Nerona, którego teatrem były ogrody jego na Watykanie, chrześcijanie ciała męczenników grzebać poczęli w tém samém wzgórzu Watykańskiém. Tu wkrótce potém, wedle tradycji, złożone było ciało Ś. Piotra, niedaleko od miejsca jego ukrzyżowania; niedaleko téż od pałacu Neronowego. Tu późniéj złożono zwłoki pierwszych jego następców, Ś. Lina i Kleta.
W téj saméj okolicy miasta, na drodze Aureljańską zwanéj, i o tym samym prawie czasie, w swoim domku i ogrodzie, matrona rzymska Lucyna, schroniła nawróconych stróżów więzienia Mamertyńskiego: Processa i Martyniana, i od ich ciał w tém miejscu drugi się cmentarz rozpoczął.
Oprócz tego, wedle świadectw wiarogodnych, nad drogą Salaria zwaną, cmentarz Ostieński założono jeszcze wcześniéj nieco. Chrześcijanie wielką cześć mieli dla męczenników, ich ciał i szczątków; wiadomo, że kobiéty pobożne, narażając się na największe niebezpieczeństwa, szły nocą gromadzić relikwje umęczonych, krew ich zbierać na chusty i gąbki; było i obowiązkiem Kościoła, wszystkich współbraci ciała pogrzebać i od profanacji zachować. Z liczbą rosnących męczenników, których obficie dostarczały pierwsze cztery wieki, powiększała się liczba cmentarzów tych podziemnych; potém pobożni, krewni, rodzina z ciała i z ducha, pod opieką świętych spoczywać chciała. Cisnęli się tam wszyscy, niechcąc z pogany spoczywać. Wkopywano się więc coraz to głębiéj w ziemię, kilku piętrami jedno pod drugie...
W tych pierwszych czterech wiekach powstały wszystkie cmentarze, dziś znane i dotąd jeszcze nieodkryte. Wyjąwszy trzech nowych katakomb, w końcu pierwszéj połowy IV wieku założonych, grzebiono ciała w dawnych, rozszerzając je tylko. Gdy miejsc w scianach zabrakło, kładziono nieboszczyków pod stopy przechodzących, na samych drożynach. Historja katakomb, którą poprzedzi ich opis szczegółowy, jest z wielu względów ciekawą, choćby dla tego, że przez długi przeciąg czasy zapomnianemi być mogły. W IV i V wieku, z ustaniem prześladowań, katakomby otworzyły się niejako, upiękniły; porobiono do nich wygodniejsze wnijścia, ozdobiono je mozaikami, malowaniami, odświeżono powietrze, z głębin nad ziemię przerzynając tak zwane świetlniki, luminaria, i popodmurowywano grożące zawaleniem w wielu miejscach. Cześć dla pierwszych wiary wyznawców okalała ich groby pobożnością i przepychem, gromadziły się bogactwa. W VI wieku, wielce umiłowawszy katakomby, Jan III, zajął się ich poprawą i czas jakiś w jednéj z nich mieszkał (w Kat: Tyburcego i Walerjana).
Ale napady na Rzym, a szczególniéj zniszczenia i rabunek podziemiów przez Astaufa, króla Lombardów, zmieniły późniéj pierwotne starania i poczęto zamiast je zachowywać, ciała męczenników, w nich zawarte, przenosić do kościołów, sądząc je tam bezpieczniejszemi. Wiele z dawnych podziemiów, skutkiem łupieży barbarzyńców, całkiem się stały niedostępnemi i poniszczały.
Jednakże cześć dla grobów męczenników trwała zawsze; pobożni jak w pierwszych 3-ch wiekach, tak i późniéj odprawiali do nich pielgrzymki, Stacje, szczególniéj w dnie doroczne złożenia w grobie. Z całego świata chrześcijanie zbiegali się do téj kolebki wiary, mając spisy wskazujące i aniwersarze.
Po napadach Lombardów, Wandalów i Saracenów, gdy powynoszono relikwje do bazylik, katakomby zupełnie prawie zapomniane zostały przez kilka wieków, do XIII wieku przynajmniéj. Jedynie pieczary pod Watykanem i pod kościołem Ś. Sebestjana zwabiały jeszcze pobożnych. Ale z tych nie wiele nauczyć się było można. Od XIII do końca XVI wieku trwa o tych pieczarach niepojęte, upakarzające milczenie. Zaledwie drobne dają się odkryć ślady, że w XV i XVI wieku gdzie niegdzie odwiedzający się zapuszczali.
Około połowy XVI wieku, wspomnienie o cmentarzach tych budzi się wyczerpnięte z książek, z martyrologów, z regestrów; Panvinio liczy ich 43. ale żadnego z nich nie oglądał i nie badał. Inny starożytnik Dominikan Ciacconio w r. 1578 wypadkiem dostaje się przez osypany otwór do cmentarza Ś. Priscylli, na drodze Salaryjskiej. Ciacconio obszedł całe to podziemie i zebrał rysunki z malowań ściennych. Po nim Wingh, przyjaciel Ciacconia, młody człowiek, belgijczyk probował z zapałem wielkim, badać też samą część katakomb, ale śmierć rychła nie dozwoliła mu tych poszukiwań dokończyć.
Wszystko to jeszcze było mało znaczącém. Odkrycie katakomb, istotne ich poznanie głębsze, winniśmy niezmordowanéj gorliwości M. Bosio.
Bosio, rodem z Malty, z powołania prawnik, wysłany był do Rzymu jako ajent zakonu Maltańskiego przy dworze rzymskim. Człowiek ten życie swe poświęcił z miłością nadzwyczajną, z przejęciem się bezprzykładném, poszukiwaniom tym cmentarnym. Dosyć powiedzieć, że przez lat 35 prawie z nich nie wychodził.
Był to świat nowy, nieznany, pełen cudów, najdroższych pamiątek, najniespodziańszych objawień o starożytnych wiekach. Łatwo pojąć, że odkrycie jego musiało wstrząsnąć człowiekiem, w dziejach i nauce rozmiłowanym. Bosio wdarłszy się raz w głąb pieczar, zachęcony tém co w nich znajdował, poszukiwał coraz nowych, kopał, śledził i odkrywał, też skarby nieocenione. W tych poszukiwaniach prawie sam jeden, niewspomagany przez nikogo, poświęcił życie, zdrowie ostatni grosz, — na dopięcie wielkiego celu. Często opatrzywszy się w żywność i światło, przywiązawszy sznur u wnijścia, zapuszczał się w głębiny i nie wychodząc z nich po dni kilka, oddychając wilgotném powietrzem pieczar, pisał, rysował, oglądał, badał. Potrzeba było niezmiernéj siły fizycznéj i energii moralnéj, ażeby wytrwać w takiém życiu, ażeby mu wydołać. Największe niebezpieczeństwa nie zrażały go gdy nową kryptę odkryć potrafił, przed wielu wiekami zasypaną. Często rozkopywał ziemią zasute przejścia rękami własnemi, i ledwie mógł uniknąć osuwających się kamieni i scian, trzęsieniami i potokami podziemnemi pokruszonych.
Praca tych lat trzydziestu kilku i miłość nauki niezrównana, wydać musiały niepospolite owoce. Do dziś dnia téż dzieło Bosia służy jeszcze, mimo nowych odkryć za podstawę badań, Rzymu podziemnego. Dzieło przygotowane przez niego, nie wyszło nawet na świat za jego życia, ale w lat 3 po śmierci wydane zostało przez Jana Severano.
Bosio nie był krytykiem i historykiem z powołania, ale topografem doskonałym. Nie zapuszczał się on w objaśnienia — sama obfitość materyału nie dopuszczała mu tego; — ale opisywał i rysował wiernie co spotkał. Po nim pierwszym, którego dzieło niezmierny rozgłos miało w Europie, obudzone zajęcie katakombami, licznych w jego ślady sprowadziło naśladowców. Opisy, rozprawy, rysunki, — nieprzerwanym prawie ciągiem illustrują ten świat podziemny do dziś dnia. Wspomnimy tylko zasłużone imiona: Ant. Boldetti którego dzieło było w sto lat po Bosio wydane; Marangoniego, Bottari, Aringhi, d’Agincourt’a, nakoniec Ojca, Marchi i ucznia jego, najznakomitszego badacza katakomb, Kawalera JB. de Rossi, pod którego przewodnictwem mieliśmy szczęście oglądać dobyte z nich ostatniemi czasy skarby.
Spuszczając się w te dzisiaj po większéj części obnażone z grobów, napisów, malowań i zabytków kurytarze, tak smutnie, czarno i ubogo wyglądające; śród których rzadko ozdobniejsza kapliczka przerywa ciężki szereg piętrami nad sobą ułożonych grobowców; — gdy myślą i krokami rozmierzym niezmierną ich rozległość; tysiące pytań i domysłów się nastręcza — a ileż obrazów mimo woli wyobraźnia nasuwa, do których jedno słowo, jeden znak czasem, dają wątek!
Dwa opisy dawne katakómb przedstawiają nam obraz ich wiernie i należą do ich dziejów, tak, że wstrzymać się od przywiedzenia ich tu niepodobna, pierwsze z nich skreślił Ś. Hieronim, w komentarzu swym nad Ezechielem; drugie poeta Prudencyusz. Ś. Hieronim tak się odzywa: „Gdym bardzo młodym jeszcze przebywał w Rzymie dla nauki, miałem zwyczaj, z młodymi współuczniami moimi, we dnie niedzielne, zwiedzać groby Apostołów i Męczenników; przebiegałem często te podziemia, wyryte w głębiach ziemi, których ściany z obu stron ukazują ciała pogrzebione; gdzie taka panuje ciemność, że można by tu do siebie zastosować słowa Proroka: „żywy wstąpiłem w otchłanie” (psalm LIV). Rzadko nieco światła przerwie ciemności tych okropność, wpadając przez otwory, których oknami nazwać się nie godzi; a idąc krok za krokiem w pośród téj nocy czarnéj, nie można sobie nieprzypomnieć tego, co Wirgiljusz mówi o ciszy, przerażającéj wyobraźnię milczeniem: Simul psa sientiaterrent”. Prudencyusz, jako poeta, inny opisowi nadał charakter. „Nie daleko od murów miasta, u których stóp wesołe zielenią się ogrody, otwiera się podziemie, w czarne zagłębiające się otchłanie. Wewnątrz, drożyna kręta i spadzista, wiedzie twe kroki po zakątach, w których ciemność zalega, bo światło zaledwie dosięga drzwi wchodowych i oświeca tylko progi korytarzy. Daléj już noc rośnie coraz silniejsza bez przeszkody i wypełnia wszystkie schronienia tego zakątki; gdzieniegdzie tylko przez otwory schodzące od wierzchów otwartych pokrycia, błyśnie promień jasny, aż do tych wnętrzów dochodząc. Chociaż na wsze strony rozwija się sieć niezliczonych uliczek, ciasnych atriów pod ciemnemi portykami, jednak w wyżłobionych góry wnętrznościach częste światła strumienie od sklepień się zlewają. I w głębiach tych widzi się jeszcze słońce nieobecne i cieszy jego promieniem.”
Wszystkie niemal katakombowe krypty są wązkie i niezbyt nawet wysokie, i po obu stronach rzędami zawierają złożone ciała zmarłych, pokryte kawałami marmuru, dachówkami, cegłami, często na prędce zalepione gliną tylko, na której drewienkiem czy żelazem skreślono kilka głosek; — a przecież niemal dwa tysiące lat przetrwały nienaruszone.
Dziś są to już grobów groby; z większéj części zwłoki męczenników wyjęto na ołtarze, otwory tylko pozostały; ze wszystkich niemal zdarto napisy, które dziś składają jedyne w świecie muzeum chrześcijańskiéj epigrafiki w Lateranie; ziemia zagradza przejścia; strumienie sączą się po szczelinach, czasem świeży osyp tamuje pochód. Ale nawet w tym smutnym stanie, obraz, jaki przedstawiają katakómby, gdy się w głąb ich zapuści, czyni wiekuiste na duszy wrażenie.
Jestto żywy największy dowód téj potęgi pierwszych wieków chrześcijaństwa, która mu dała całą jego siłę późniejszą. Tu wyrobiła się społeczność, hierarchia kościelna, obrzędy, liturgja, symbolika, architektura, sztuka, a nadewszystko, tu wyrosła ta lilja czystéj miłości braterskiéj, równości ludzi, i przyszłéj swobody niewiasty i niewolnika. Na pierwszy rzut oka zaraz uderza inaczéj tu już występująca kobieta i nigdzie już z niewolą swą niespotykany Sclavus. Niektóre części katakómb, zachowały się caléj; są to w większéj części kapliczki małe, poprzyozdabiane w malowania, mozaiki, w wykute w tulje siedzenia, ołtarze. Wiele ciał dotąd tu spoczywa, pomimo rozdania zwłok męczenników kościołom całego chrześcijaństwa; liczba ich tu tak ogromna, iż jest prawie nieprzebraną. Muzea i starożytnicy czerpali tu dawniéj jak chcieli, a jednak stoją jeszcze i marmurowe sarkofagi i tysiączne napisy poszczerbione, które w miejscu, gdzie przed 1800 laty położone zostały, więcéj mówią i głoszą, niż gdzieindziéj. Na całéj rozległéj przestrzeni katakómb, ani jednego grobu pogańskiego nie znaleziono. Jest do dziś dnia różnych cmentarzy do sześćdziesięciu, a z wielu śladów można przypuszczać, że trzy razy tyle jeszcze kryje się w głębi ziemi. Tradycje dawne, z resztą bardzo być może przesadzone, chcą aby katakómby rozciągały się aż do Ostij. Nowsi badacze nie przypuszczają by dalej nad mil 4 około dzisiejszego Rzymu sięgały. W niektórych z nich po 3 do 5 piętr jedna nad drugiemi się wije. O. Marchi obliczył, że korytarze te wszystkie, razem wzdłuż wyciągnięte, zajęłyby rozległością mil 300; a grobów w nich ilość dochodzi przybliżenie do 6 milionów.
Groby te przedewszystkiém męczenników i ich rodzin, wedle obyczaju w starym zakonie zachowywanego, wykute są w podziemiach, na wzór grobu Abrahama i Izaaka w Efrau. Izraelskie obrzędy pogrzebowe widocznie wpłynęły na przyjęcie pewnych form w nowém społeczeństwie. Części niektóre krypt są całkiem cmentarzami izraelitów nawróconych, jak Aquila i Pryscilla.
Groby piętrami jedne nad drugiemi w ścianach ułożone, tak żeby jak najmniéj miejsca zostawić próżnego, zamykały ciało wsunięte bokiem. Grób taki zwano Locus, Loculus, jak i u Rzymian. Od korytarza otwór grobu zakładano kamieniem z napisem, albo cegłami trzema z wapnem, albo dachówkami, lub wprost tylko zalewano go tynkiem, na którym wypisywano głoski, godła, znaki. Ciekawą są rzeczą w niektórych katakombach groby oznaczone tylko, miejsca zarysowane ale niewyżłobione wcale. Na cegłach zamykających groby są często wyciski ceglarzy imion i fabryki.
Każdy tu szczątek i okruch coś mówi, tysiąc oznak składa się na to, aby epokę, pochodzenie, historyę objaśnić. Dla tego, który tu czytać umie ten język zatracony, plon co krok jest obfity.
Najpierwszą, najwymowniejszą, najwięcej uderzającą rzeczą są napisy. Wystawmy sobie na mokréj glinie drżącą, rękę w pośpiechu przed wieki zarysowanych kilka głosek, krótkich a przepełnionych uczuciem. Wiara Chrystusowa, miłości pełna, z tym charakterem uczciwym występuje już w tych pierwszych swych dziełach pisanych. Czuje się czytając, iż pomiędzy światem żywych a umarłych istnieje tu związek niezerwany; że tamci co zmarli, żyją, a ci co żyć się zdają, na odrodzenie czekają. Wszystkie formy napisów, okrzyki pożegnania, są namaszczone miłością serdeczną. Nim je damy poznać, powiedzmy słówko o samych tych grobów powierzchowności, o materyalnej fizyognomji napisów, które są dwojakie: ryte i pisane, na kamieniu, drzewie, kości, glinie, szkle i t. p. Najpospolitsze są kamienne i gliniane; dziewięć dziesiątych są tego rodzaju, Niektóre głoski ryte napuszczano farbą czerwoną, co niektórzy starożytnicy biorą za godło męczeńskie.
Są przykłady napisów mozaikowych, złoconych, ale rzadkie. Wiele pisano od ręki na marmurze, czerwono, czarno, lub nawet na tle ciemném biało.
U grobowca jednego z napisem, Roldetti znalazł na cmentarzu Ś. Kalixta naczyńko, w którém farba, atrament wyschły się zachował. Często nie miano czasu w wielkich prześladowaniach na nic więcej, prócz zanotowania miejsca kilku głoskami. Ta notatka skreślona pośpiesznie, w miejscu, gdzie napis miał być położony, została potém na zawsze. Niemożność często dostania kamienia nowego, oszczędność, potrzeba ukrywania się, sprawiły, że wiele napisów grobowych, na odwróconych płytach starych monumentów pogańskich wyrzeźbiono.
Napisy chrześcijańskie tak się różnią formą i godłami od tych, że na pierwszy rzut oka wątpliwości najmniejszéj nie zostawiają. Wyraźnie tu ze wszystkich wyrazów i głosek prawie mówi wiara niezachwiana w życie przyszłe, w nieśmiertelność; to stanowi charakterystyczną ich cechę. Śmierć przedstawia się jako sen. „Usnął w pokoju Spoczywa w pokoju — we śnie spokojnym”. Grób sam zowie się tymczasowym składem, któremu powierzono ciało. U pogan jest to ostateczne mieszkanie; domus aeterna; u chrześcian — tylko miejsce oczekiwania. Wszystkie też inne formy napisów przypominają wiary nowéj zasady, powtarzają to oczekiwanie zmartwychwstania. Żegna się żywy z umarłym do zobaczenia na lepszym świecie; prosi ubłogosławionego o modlitwę. Dwa te światy, umarłych i żywych, przez przepaść grobu podają sobie ręce. Poganie odpędzają widma; chrześcijanin je wyzywa, żyje z umarłemi. Żal też po stracie drogich istot inny tu przybiera charakter. Osładza go nadzieja; trwałość węzłów, wspólném życiem związanych, aż do drugiego sięga świata.
Te wykrzyki sercowe, pełne uczucia; malują wiarę która je wydała. Powtarzają się one prawie w jednaki sposób, na grobach, szklannych naczyńkach, do grobów wmurowywanych pierścieniach, i t. p. „Żyj w Bogu — Żyj z braćmi twojemi (ze świętemi) — Żyj wiecznie w Chrystusie — Niech Chrystus cię przyjmie — Duszo słodka — duszo niewinna. — Gołębico bez żółci” i t. p. — To wyrażenie w pokoju „In pace” prawie na każdym napisie znajdujemy. Ten pokój, którego świat dać nie może, i którego Chrześcijanie nie zażywali nigdy na ziemi, jaśniał im dopiero w wieczności.
Z pojęciem przyszłego życia wiązały się wyobrażenia tego pokoju, jasności (lux), ochłody (refrigerium), raju i czyśćca, społeczności ze sprawiedliwemi, ze świętemi.
Mniéj zwyczajne a piękne wyrażenie na grobie wspomina Le Blanc, „Życie przeniosłeś w niebiosa;” niekiedy niebiosa zowią się domem i ojczyzną. — Ochłoda (refrigerium), oznacza ucztę, biesiadę ze świętemi, posiłek. Pokazuje się jaśniéj znaczenie tego wyrazu z akt Ś. Perpetui, w których on oznacza ucztę, jaką niekiedy skazanym na śmierć więźniom wierni przynosili do więzień.
Gdy trybun obchodził się z chrześcijanami ostrzéj, z obawy aby czarami nie wydobyli się z okowów, Perpetua odezwała się do niego: „Dla czego nam nie dozwolisz się posilić? przecież jesteśmy skazańcy bardzo szlachetni, skazańcy Cezara — przeznaczeni na walkę w dniu uroczystym. Nie idzież tu o cześć waszą, abyśmy w dniu tym pokazali się dobrze wykarmionemi?”
O téj ochłodzie i posiłku w wieczności, większa część napisów wspomina, jako o uczcie i biesiadzie z Chrystusem u Ojca przedwiecznego. Wszystkie te wyrażenia, mimo że się powtarzają, tak są namaszczone uczuciem, iż każde z nich żywo jeszcze dziś niém przemawia. Równie znaczącemi są tu hieroglify, święte znaki i godła na grobach, które często występują na nich same jedne i całą myśl zamykają w sobie. Zbiór napisów znalezionych w katakombach, z których dziś składa się wielki muzeum Lateranu w Rzymie, stanowi niezmiernie ważny materyał do historyi pierwszych wieków Kościoła. Staraniem p. de Rossi który się zgromadzeniu ich i spisaniu poświęcił i część ich już ogłosił drukiem, napisy te zostały ułożone wedle czasu, a epoka każdego z nich oznaczona z układu liter i z rozmaitych poszlak i skazówek, wskazujących ich pochodzenie.
Napisy te obejmują szereg lat od 71 po Chrystusie do 410. Są one skarbem wiadomości co do życia pierwszych chrześcijan, wymieniają bowiem ich zatrudnienia, zachowały rysunki narzędzi rzemiosł i sztuk, naczyń, sprzętów, a co więcéj, mimo swéj krótkości, przejęte są duchem pierwszych wieków, który z nich silnie przemawia. Z początku kamienie najciekawsze były przenoszone już to z ciałami męczenników w różne miejsca, (niektóre i w Polsce się znajdowały), już do muzeów i zbiorów rzymskich, do Watykanu, do kościołów; i za teraźniejszego dopiero Papieża Piusa IX, p. de Rossi, z jego rozkazu zajął się ułożeniem muzeum pamiątek chrześcijańskich z katakomb, a szczególniéj napisów, wedle pewnego systemu uporządkowanych.
Ponieważ w epigrafach grobowych rzadko są wymienione lata, a raczéj wcale się one nie znajdują, można miarkować, jak trudném było zadaniem dla nauki, oznaczyć do którego wieku należały. We zwyczaju było równie u chrześcijan jak u pogan, wypisywać Konsulów, za których urzędowania zmarł pogrzebiony; z ich tedy imion, gdzie się one znalazły, czas był łatwym do oznaczenia. Późniejszych napisów wedle daty innych skazówek zgadywać było potrzeba. Skazówkami temi, doskonale czas określić dozwalającemi, był układ liter, pisownia, sam styl napisów, nareszcie godła, jak naprzykład monogram Chrystusa, krzyż, które wiadomo w jakiéj epoce używanemi być poczęły. Prostota oznacza pierwsze grobowce. W późniejszych wiekach, napisy są coraz dłuższe i rozwleklejsze.
Architektura katakomb jest w swéj pierwiastkowéj prostocie zastanawiająca ogromem, rozciągłością tych podziemiów, a zresztą sztuką, z jaką je obmyślano tak, aby nie uległy zapadnięciu, nie groziły niebezpieczeństwem pielgrzymom, i nie były całkiem pozbawione powietrza. Kurytarze te, grobami otoczone, wiją się, w dół schodząc coraz, podnosząc niekiedy, rozstępując w liczne gałęzie zwężają, rozszerzają i przedstawiają prawdziwy labirynt uliczek, w którym niejeden nieostrożny a ciekawy badacz obłąkawszy się śmierć znalazł. W istocie trudno jest sobie poradzić bez wprawnego przewodnika. Wystawmyż sobie jakiéj pracy dziełem być musiały te podziemia, z których dobyty kamień, piasek, puzolanę, potrzeba było ukryć, aby wykopalisk tych nie zdradzić.
Wśród pochodu przez te ciemności, niespodziewanie spotyka się gdzieniegdzie obszerniejsza nieco izba — cubiculum, grobowiec całej rodziny. Cubicula, te sypialnie umarłych, bywają okrągłe, półokrągłe, prostokątne, trójkątne, i najrozmaitszych kształtów wieloboczne. W wielu z nich otwór u góry na przestrzał promyk światła wprowadzał w ciemne wnętrze; inne są całkiem ciemne, i oświecane były tylko lampami, zwieszonemi u sklepień, które, przy odkryciu katakomb, w miejscu jeszcze poznajdowano, jak pisze Bottari. Stawione były także lampy w wygłębieniach murów, lub na konsolach marmurowych i kamiennych. Cubicula te większe i obszerniejsze od korytarzy, w tak znacznéj liczbie znajdują się po katakombach, że w 3-éj części krypt Ś. Agnieszki, naliczono ich do 60. Były to groby zbiorowe rodzin całych, gromadzących się około ciała męczennika. W głębi zwykle jest pod Arcosolium, przy sklepieniu łukowém, ołtarz prosty, zawierający zwłoki czczone; do koła jego groby. Gdy miejsca nie starczyło na pogrzebanie tych, co się pod opiekę świętego oddać chcieli, chowano zmarłych nieco daléj, wskazując w miejscach że do gromadki należą.
Tam to wierni zgromadzali się zwykle na wspólne przy ołtarzu na grobie męczennika nabożeństwo. Tam też się odprawiały ofiary w czasach prześladowań.
Wystawmy sobie — jeśli myślą i wyobraźnią wolno jest sięgnąć w te wieki cudów — grób świeży jeszcze męczennika takiego, jakich tysiące padało w cyrkach rzymskich i na świętokradzkich igrzyskach; zwłoki jeszcze ledwie ze świeżéj krwi obmyte, złożone w kamiennym sarkofagu; krewnych, przyjaciół, znajomych, rodzinę, zgromadzonych u tego ołtarza — przed tą ofiarą ledwie ostygłą — i kapłana, który po raz pierwszy modli się na tym grobie. Jakież tam uczucie przejmować musiało przytomnych, świadków męczeńskiéj śmierci, z sercami świeżo rozdartemi od boleści, w tych podziemiach, nad któremi jeszcze w chwili ofiary wrzało prześladowanie, rozlegały się krzyki tłuszczy zajadłéj, ścigającej pozostałych!
A ileż to razy powtarzały się podobne ofiary krwawe, i łzy krwawe, nim Kościół zwyciężył i uspokojony został. Ileż to scen, nad których zatraconą pamięcią ubolewa poeta Prudenciusz w tych pięknych wierszach, których tu słaby przekład przywodzimy:
„O! nieszczęsna starożytności milczącej niepamięć! — Wydzierają nam czyny nasze, usiłują nawet ich pamięć przygasić na wieki! Roczniki nasze, dzieje, bezbożny zausznik wydarł nam przed laty, z obawy, aby przyszłe wieki, ucząc się z ksiąg wiernych prawdzie, nie przekazały podaniem słodkiém do uszów potomności, lat, wypadków, męztwa, umęczonych bohaterów naszych.”
W istocie, te pierwsze zwłaszcza wieki pozbawione są tak zabytków, że je tylko w téj kamiennéj księdze katakomb czytać dziś można.




ODCZYT II.

Kościół w podziemiach jest sercem, od którego rozchodzą się strumienie życia na wszystkie strony, ku któremu one ze wszystkich stron zdążają; czuć w nim ognisko świata umarłych, cisnącego się pod jego opiekę.
U ołtarzy też jego skupia się co mają najpiękniejszego katakomby; po nad niemi zatacza sklepienie wśród ciemności pracowicie przyozdobione; niekiedy połyskując mozaiką złocistą, czasem malowaniem pełném głębokiego znaczenia. Musimy téż dłużéj nieco zatrzymać się w progu kościoła tak szczupłego rozmiarem, a tak wielkiego znaczeniem w którym spoczywa ziarno pierwsze olbrzymich świątyń i bazylik późniejszych.
Przed nami stoi ołtarz, grobowiec kamienny. Sarkofag ten prosty, od pierwszych wieków już jest razem ofiarnym stołem. Wiemy zkąd inąd, że pierwotnie ofiara odprawiała się na drewnianych zwyczajnych stołach; dwa takie rachowały się dotąd, jeden u Ś-o Jana na Lateranie, na którym Ś. Piotr apostoł pierwszy w Rzymie chleb żywota rozłamał, drugi u Ś. Pudencyanny. Są to dwa jedyne wyjątki; krew męczenników przeniosła ofiarę ze stołu uczty braterskiéj — na grób.
Wszystkie te grobowce wykute są z kamienia, najczęściéj tego samego co całe podziemie, szarego, poczerniałego od wilgoci. Po nad niemi zwykle zatacza się arcosolium, sklepienie przyozdobione, malowane, lub równie czarne jak krypta cała. Nie wszędzie czas i możność do ozdobienia starczyły.
Niektóre z tych ołtarzy stoją w głębi do ściany przyparte, inne są odsunięte ku środkowi, a po za niemi półokrągłe zostawiono miejsce na tron biskupi.
Zwyczaj ów katakombowy odprawiania świętéj ofiary na zwłokach męczenników, utrzymał się stale w Kościele katolickim, i każdy dziś ołtarz musi relikwie zawierać.
Prudencjusz w swych poezyach wspomina już o tym obyczaju Kościoła, który od III wieku stał się prawem ogłoszoném przez Feliksa I papieża i męczennika. Stawiano wprawdzie późniéj ołtarze z kruszców i drzewa, ale kamień musi się w każdym znajdować.
W kryptach te monumenta są od najprostszych poczynając, nieco urozmaicone kształtami, z jednéj bryły, pełne, lub na słupkach kilku a nawet jednym wsparte. Czasem pogański sarkofag marmurowy, uświęcony zwłokami męczennika, przerobiony na chrześcijański, stał się tym stołem ofiarnym.
W Kościele wschodnim utrzymywano, że zwyczajem było w pierwszych wiekach, stawić po jednym tylko ołtarzu, ale katakomby dowodzą przeciwnie; ołtarzy po trzy i więcéj w jednéj kaplicy znaleziono u Ś. Agnieszki i w innych miejscach. Nie było to nigdy prawem.
W czasie ofiary okrywano kamienny stół białemi obrusami, po czterech rogach zaściełano cztery sztuki sukna, noszące na sobie imiona lub wizerunki czterech Ewangelistów, czasem ich godła, na nich dopiero biały obrus przedstawiający całun, którym Chrystus okryty był w grobie; potem drugi cieńszy, a na ostatek korporał. Oprócz tego osłaniano ołtarze kosztownemi materjami złotemi i jedwabnemi, wyrabianemi wzorzysto; były to dary biskupów, papieżów i różnych książąt.
Najzwyklejszą wszakże ozdobą ołtarzów, były kwiaty, w które je ubierano przez rok cały. Ś. Paula tak zachęca chrześcijan do ukwiecania ołtarzy. „Dzieci, nieście Bogu chwałę, czyńcie mu z serc pobożnych ofiarę. Zarzucajcie ziemię kwiatami, drzwi obwińcie w wieńce. Niechże ona podobną będzie do purpurowéj wiosny, niech się rok cały zakwieca. Nim dzień nadejdzie kwiecisty, niech uroczyste dni zwyciężą naturę.” Kwiaty téż, w mozaikach i malowaniach katakomb są jedną z najpospolitszych ich ozdób, ułożone w wieńce, sploty, wiązki, w naczyniach i koszach. Ciekawémby było rozpoznanie jakie właściwie najużywańsze były, ale malowania dekoracyjne są tak dowolne, że z nich trudno coś oznaczyć. Wspomina Prudencjusz w ozdobach grobów męczeńskich fijołkį i zielone gałęzie, zapewne laurowe. W katakombie Ś. Agnieszki na sposób starożytny widać na sklepieniach małe gienjuszki, niosące kosze pełne kwiatów, które rozsypują na groby. Zieloność, jako godło młodości, życia, nieśmiertelności, stroiła zwłoki tych, którzy żyli wiecznie. Kwiaty także uważano za godło darów Ducha Ś-o i dla tego zdobiono niemi kościoły na Święta, Zielonemi u nas zwane... Kwiat zaś pojedyńczy pomiędzy figurami Ś. Piotra i Pawła umieszczony, wyraża symbolicznie Chrystusa Pana.
W pierwszych wiekach, światło nad ołtarzami utrzymywały zawieszone od sklepień lampy; świeczniki mniej były używane, stawiano je przy ołtarzach, nie na nich. Wszakże użycie światła przy nabożeństwach, obchodach, palenie lamp przy grobach męczenników, należy do najstarszych zwyczajów. W podziemiach było ono koniecznością, i mnóstwo też lamp znaleziono w nich z godłami chrześcijańskiemi.
Wspomnieliśmy już iż w głębi kaplic wielu, po za ołtarzem, w apsydzie, stoi siedzenie biskupie, Cathedra, zwykle nie przenoszone, równie jak wszystko wykute w kamieniu katakomb, i bardzo proste. Jednakże wiemy, że katedry niektóre ozdobniejsze bywały ruchome. Takie siedzenie Ś. Szczepana Papieża dobyto z katakomb, z rozkazu Innocentego XII, który je ofiarował Kazimierzowi Medyceuszowi.
Oprócz tych siedzeń w formie starożytnych krzeseł za ołtarzami, znajdują się inne wykute w korytarzach, podobne do nich, które, jak starożytni przypuszczają, służyły Diakonessom, a na ostatek katedry u drzwi, które mogły być konfessjonałami dla pokutników.
Zasługują także na uwagę, w sklepieniu ponad ołtarzami lub nad środkiem kaplic znajdujące się otwory, świetlniki (luminares), które wychodzą aż po nad ziemię. Te jak się zdaje po większéj części zostały dodane po ustaniu prześladowań. Otwory tylko może w początkach niektóre wychodziły na ogrody i pola nawróconych chrześcijan, mogące być ukryte. Przez wiele z tych niekiedy dosyć szerokich otworów, wpadały potém, gdy katakomby opuszczono, wody i potoki, i niszczyły podziemia. Trudno jest odmalować wrażenie jakie czyni promyk słońca gdy się w te głębie na chwilę zakrada i na tle wiekuistych ciemności świeci jakby niebieską jasnością.
Budowa jakkolwiek jednostajna i prosta kaplic, ze swém sklepieniem półkulistém, apsydem czyli konchą w głębi, tronem, konsolami kamiennemi do składania naczyń ofiarnych, katedrami u drzwi, mozaikami, obrazami, już w zarodzie ma wszystko to, z czego się późniejsze budownictwo chrześcijańskie rozwinie. Tu ono w istocie jak cała sztuka chrześcijańska miało kolebkę. Przekonano się od niedawna dopiero, po ściślejszém rozpatrzeniu w budowie kaplic, i porównaniu ich ze staremi kościołami, że nie bazyliki, które chrześcijanie stroili na świątynie i przerobili dla swego użytku, ale te krypty są typem pierwotnym późniejszych naszych kościołów. Na małą skalę jest tu już wszystko co je ma składać. Wskazał pierwszy tę analogję Bottari, poparł znakomity znawca sztuki d’Agincourt Raoul Rochette, na ostatek pełen zasług starożytnik X. Marchi.
W najozdobniejszych kościołach sklepienie ich sięga przez dwa i trzy piętra, bywa ze staraniem o symetrję i proporcję zarysowane. W największém jednak z tych podziemiów, wedle X. Marchi, więcéj nad ośmdziesiąt osób zmieścić się nie mogło. W katakombie Ś. Agnieszki zapewne zapobiegając temu iż trudno było obszerniejsze wykuć podziemie, kościół jeden otoczony jest wielą izbami, cubicula, większemi, które z nim połączone stanowią całość dosyć rozległą. Jest to najobszerniejsza budowa tego rodzaju. Oprócz tych kościołów podziemnych, w domach prywatnych były urządzane, zaraz w pierwszych wiekach, modlitewniki i kaplice obszerne, w których się zbierano, gdy nieco więcéj miano swobody, a prześladowanie zwolniało.
W ogóle kaplice te mieszczone w górnéj części domów, zwykle w wieczornikach, w obszernych izbach jadalnych, które na pamiątkę Chrystusowéj wieczerzy, obracano na kaplice. Do jednéj z takich przypadkiem wszedł raz satyryk poganin Lucjan, i w jednym ze swych dyalogów wspomina o tém, jak trafem dostawszy się do nieznajomego sobie domostwa i przeszedłszy długie wschody, znalazł się w izbie obszernéj na górze, ze złoconemi gzemsami, jak dom Menelausa opisany przez Homera, ale w niéj znalazł zamiast Parysowéj Heleny, ludzi leżących na ziemi i wybladłych. Łatwo się w tym obrazie poznaje chrześcijan.
Dopiero za Aleksandra Sewera znajdujemy pierwszą wzmiankę o kościele chrześcijan, który umyślnie budować miano. O grunt, na którym stawić go chciano, spór był pomiędzy szynkarzami (propinarii) a chrześcijanami. Aleksander Sewerus z czyniącą mu cześć uczciwością i uczuciem, zawyrokował w téj sprawie, że lepiéj jest aby w tém miejscu na jakikolwiek sposób Boga chwalono, niżby w niém wino szynkowano.” Kościoły te późniéj wraz z inną własnością chrześcijan skonfiskowano, jednakże we 30 lat Gallien oddaje napowrót chrześcijanom; było już ich wówczas w samym Rzymie 40. Dyoklecjan powtórnie zburzyć je rozkazał.. Tylko 33 lat, od dekretu Galliena do prześladowania Dyoklecjana, spokojnie w nich się modlili wyznawcy nowéj wiary.
O budowie kościołów pierwotnych, żaden nas dokument nie naucza; wiemy o ich istnieniu tylko, wszystko jednak wnosić każe iż były podobne do kaplic w katakombach, tylko od nich obszerniejsze.
Jedynym pomnikiem ikonograficznym z IV wieku, świadczącym o formie kościołów, jest grobowy monument z Watykańskiego podziemia, na którym w płaskorzeźbie są dwa kościoły. Widać na nich dosyć wyraźnie drzwi z podniesionemi z obu stron zasłonami u wnijścia, nawę podłużną, i zakończenie jéj półkuliste.
Nazwanie bazylik jest już późniejsze od panowania Konstantyna; pierwotnie używano wyrazu: kościół, Ecclesia.
Poszanowanie dla kościołów było wielkie i zewnętrznemi znakami się objawiało. Znany jest ten ustęp Seneki, w którym on maluje, jak czuli nawet poganie czém był dom ten Boży, gdzie duch ludzki na modlitwie i rozmyślaniu podnieść się usiłował i oczyścić. „Gdy wchodzimy do świątyń, powiada on, układamy zewnętrzną postać naszą; zbliżając się do ofiary, twarz oblekamy pokorą; spuszczamy togę, a całéj osobie nadajemy powierzchowność skromną.” Chrześcijanie tém bardziéj szanowali miejsce modlitwy i ofiary. Dla tego przed wnijściem obmywali twarz i ręce w przeznaczonych na to wodotryskach; zdejmowano obuwie niekiedy obyczajem wschodnim, jak dziś jeszcze to czynią Ormijanie w Turcyi i w Etjopii. Cesarze i królowie wchodząc w darze składali broń, korony nawet i straż swą zewnątrz zostawiali. Wchodząc w progu padano na twarz, całowano drzwi. W kościele panowała cisza najzupełniejsza, zachwycenie, które na czas modłów zdawało się powstrzymywać życia objawy. W kościołach w razie niebezpieczeństwa szukano schronienia, składano w nich skarby. Wiemy u Ś. Augustyna że w czasie napadu barbarzyńców, nawet poganom dawano schronienie w kościołach chrześcijańskich, a Alaryk zdobywszy Rzym, nie zajął go wprzódy, aż żołnierzy swych zobowiązał, że poszanują tych, co się schronią do kościołów. Sozzomen wspomina, że barbarzyńcy tych których sami chcieli ocalić, odprowadzali do kościołów, o których progi wszystko ludzkie: nienawiść i namiętność, zemsta i szał dziki się rozbijały.
Otóż jest wszystko, z czego się składają katakomby, ciemne korytarze, obszerniejsze w nich izby, i kaplice. Gdyby nie pozostałe na ścianach tych ostatnich malowania i mozaiki, już to z czasów pierwotnych, już z późniejszych, gdy chrześcijaństwo zwycięzkie stroiło swą kolebkę, nicbyśmy już o powierzchowności katakomb do powiedzenia nie mieli. Przedmioty jakie się tu znajdują, wszystkie świadczą o ubóstwie dobrowolném pierwotnéj społeczności; co najwięcéj strojono ołtarz Boży i grób męczeński, reszta była ziemią, kamieniem wilgotnym i skałą spleśniałą.
Sarkofagi marmurowe, zapożyczone u poġan i przerobione, lampy, trochę szkła, nieliczne a bardzo niewytworne sprzęty kościelne, składają niemal cały zabytek starożytniczy katakomb.
Tu jeszcze słowo a sarkofagach.
Oprócz grobów w ścianach katakomb, spotyka się wśród nich grobowce z marmuru białego i kamienia z rzeźbami, wedle obyczaju starożytnych, a niektóre z nich są widocznie przerobione z pogańskich, z wyobrażeniami mitologicznemi, zastosowanemi do nowéj wiary; inne umyślnie dla chrześcijan robione. Najczęściéj większe takie monumenta znajdują się po kaplicach.
Groby te czasem są robione tak, iż po dwa i trzy ciała w sobie zawierać mogły. Sarkofag naprzykład pierwszych czterech Leonów papieżów, wszystkich zawierał jeden.
Monumenta te albo są rzeźbami okryte po wszystkich stronach, lub jedną tylko mają przednią ścianę ozdobną. Na nich to znajdujemy wyobrażenia różnych scen ze starego i nowego Testamentu; allegorye mniéj więcéj w miarę wieku do którego należą, stylem jeszcze starożytnym lub późniejszym, wedle nowych pojęć chrześcijańskich, wykute.
Bardzo często w pośrodku, w kolistém polu, są wizerunki, popiersia zmarłych; daléj, rozdzielone pilastrami, albo sceny z ich życia, albo wyobrażenia odnoszące się do zmartwychwstania, życia przyszłego, i t. p.
Na wielu z nich takie obrazy, jak np. winobranie, zapożyczone i zastosowane były do chrześcijan. Czasem pogańska całkiem powierzchowność pomnika kilku tylko dodatkami została przekształconą.
Skarbem istotnym dla dziéjów Kościoła i symboliki chrześcijańskiéj i historyi sztuki, są te rzeźby, malowania i mozaika, o których napomknęliśmy. Z nich się uczymy najlepiéj żywo, dotykalnie, pierwszych pojęć chrześcijańskich o Chrystusie, o matce jego, o apostołach; bo nic nad plastyczny, choćby najnieudolniejszy utwor, nie daje równie wiernego obrazu przeszłości. Niestety! zniszczenie katakomb, ciekawość świętokradzka jednych, barbarzyńska ciekawość drugich odwiedzających, wiele tu nadwerężyła — czas reszty dokonał. Pomimo to, około kaplic jeszcze i w nich samych, spotykamy niezmiernego dla nas zajęcia obrazy, wizerunki, ozdoby.
Nie potrzebujemy tu przypominać, że nie jednokrotnie powstawały zagadnienia, namiętnie nawet rozwiązywane, co do prawowitości obrazów, w pierwotnym Kościele używanych. Do dziś dnia wschodni Kościół nie dopuszcza rzeźbionych wyobrażeń, jak gdyby malowanie od rzeźb czém inném się różniło w charakterze, nad sposób wykonania. Oprócz innych dowodów piśmiennych, że od pierwszych wieków, obrazy i rzeźby były po kościołach używanemi, najlepszym jest to, co znajdujemy po katakombach. Słuszną tylko uwagę czyni Müller, że mniejsze lub większe upodobanie w dziełach sztuki, odznacza różne kraje w pierwszych wiekach. Tak w Rzymie cześć dla obrazów była stale przyjętą, gdy w Afryce Tertuljan, Ś. Augustyn, Ś. Klemens Aleksandryjski, zdają się im raczéj przeciwić. Lękano się tam bałwochwalstwa.
Z malowań w katakombach niektóre niewątpliwie odnieść potrzeba do II i III wieku. Najznakomitsi znawcy: Kardynał Orsis Bottari, Mamueti, Doktor Labus, zmarły niedawno, gdy krytyka monumentów była już w pełném rozwinięciu, podzielają to zdanie.
Wszystkie te zabytki w ogóle, które się odznaczają pięknością stylu, wykończeniem godném starożytnéj sztuki pogańskiéj, wedle wzmiankowanych krytyków i zdaniem sławnego Raoul-Rochette, są najdawniejszemi.
W tych wizerunkach, skreślonych ręką nawróconych artystów, kształconych na wzorach najwykwintniejszéj sztuki, a natchnionych najczystszą ideą chrześcijańska, przegląda już cudownie to, czém ona dopiero po odrodzeniu swém stać się miała.
Niektóre postacie obrazów tych dekoracyjnych, na sklepieniach, kościołów podziemnych, są nadzwyczajnego wdzięku. Taką jest np. owa Dobrego Pasterza, niosącego owieczkę na ramionach, która się powtarza często, a niekiedy bywa niezrównanie piękną.
Początkowi badacze z łatwością przyznawali malowaniom w katakombach, wiek może nazbyt oddalony; późniéj wpadła krytyka w przeciwny błąd, wszystkie odnosząc do czasu uspokojenia Kościoła i ozdobienia katakomb za Sewera Aleksandra, przez papieża Kaliksta. Dziś przy sumienniejszém rozpoznaniu i podziale ozdób, najsurowsi znawcy, jak Raoul-Rochette, Lenormant, Marchi, de Rossi, zgadzają się na to, że niektóre obrazy w katakombach sięgają wieku I-go.
Można sobie wyobrazić, jakiego zajęcia i jakiéj ciekawości są wizerunki pierwotne z tak odległéj époki.
Lenormant, po powtórnéj podróży do Rzymu, niektóre obrazy katakomby Ś. Domicelli uklassyfikował do końca I-go wieku; inne u Ś. Pretexta do epoki Antoninów. Z pierwszego wieku obrazy znajdują się także u Ś. Kaliksta, a Rossi dowiódł tego niezbicie, już nie samym charakterem sztuki, ale archeologiczno-historycznemi argumentami niezwalczonemi.
Obrazy najstarożytniejsze są dziełami sztuki w całém znaczeniu wyrazu; o tém jednak zapominać się nie godzi, rozpatrzywszy się w zabytkach malarskich, Pompei szczególniéj, że starożytni niżéj stali w ogóle w malowaniu niż rzeźbie. Chociaż wiemy że malowano obrazy osobne, na deskach, że je przenoszono i wożono z sobą, – malarstwo starożytnych było głównie dekoracyjném; miało na sobie to piętno murowéj ozdoby: ogólne rysy wybitne i całość uderzającą, rysunek staranny, wykonanie pośpieszne, prawie rzemieślnicze i wprawne, ale wprawne aż do zbytku.
W katakombach te malowania, z natury swéj, jako wykonane w ciemności, pośpiesznie, nie mogą być nazbyt pieszczone. Są téż to raczéj myśli rzucone na ścianę, niż obrazy pełne. Na tle zwykle białém, silnie zarysowuje się główna postać: Dobry Pasterz, Orfeusz, którego wizerunek również się tu trafia, (o nim powiemy osobno), Apostołowie z Matką Boską u stołu, i t. p. Obrazy są rzadko z większéj ilości figur złożone; najzwykléj jedna myśl przedstawia całość, albo ją jeszcze krócéj i jaśniéj wyraża symbol, znak, godło.
Z pewnością wnioskować można, że im piękniéj wykonany jest obraz, tém starszy. W pierwszym, drugim i trzecim wieku, tradycye sztuki greko-rzymskiéj jeszcze silniéj oddziaływały na chrześcijańską, która od nich gotowych figur pożyczała, aby swoję myśl w tajemniczy wyrazić sposób. Późniéj coraz kształcące się formy nowe, coraz wyłączniejsze i pojęcia i potrzeby, i naostatek surowość wiary, która w zasadzie swéj czci piękna i ideału, jak je pojmowali poganie, była przeciwną, zmusiły chrześcijan tworzyć własną sztukę... a téj w stanie społecznym, w jakim świat zostawał, w stanie ducha ówczesnego, już stworzyć nie było podobna. Nowa religja poruszała świat w głębi, przebudowywała wszystkie stosunki, wzruszała z posad to, co dotąd chroniło w sobie ludzkość; najpierwéj więc musiano pracować na stworzenie towarzystw chrześcijańskiego Kościoła, obrzędów, praw, form, a czas na sztukę, która musi być wyrazem tego wszystkiego, miał przyjść późniéj. Wistocie gdziekolwiek sztukę badać zechcemy, nigdzie ona krzepko i w pełni nie wyrasta w téj dobie, gdy ludzkość pracuje aby wyrobić sobie byt nowy; dopiero gdy inne potrzeby zostaną zaspokojone, sztuka wykwita... w ostatku. Jest ona téż jak kwiat na roślinie, która wprzódy zapuszcza korzenie, okrywa się liśćmi, wyciąga łodygi, a dopiero pączek z niéj i kwiat wystrzela.
Sztuka w katakombach, w pozostałościach swych z I do III wieku, jeszcze jest jakby czémś cudownie zjawiającém się, ale chwilę tylko mającém się przechować. Jestto ten kwiat pierwszéj wiosny, co pod śniegiem się rozwinął i dnia nie przeżywszy kona. Później z figur powstają surowo, barbarzyńsko kréślone symbole, niedołężnieją ręce, tradycja się zaciera... sztuka dziecinieje..... staje się hieroglifiką tylko pojęć jak najprościéj nakreślonych. Mówiąc o sztuce w pierwszych wiekach, począć nam wypada naturalnie od największego dla nas zajęcia postaci Chrystusa Pana i najprostszych znanych jéj wizerunków.
Słówko o Mozaice jeszcze.
Oprócz malowań w katakombach, znajdujemy z pierwszych już wieków ozdoby i całe obrazy mozaikowe. Ten rodzaj obrazowania, jak wiadomo, doprowadzony był do wielkiéj doskonałości u starożytnych, a że w onych wiekach praca człowieka i sam człowiek niewiele się cenił, mozaika téż ogromne czasem zalegała przestrzenie, bo na nią niewolniczych rąk nie żałowano. Mozaiki także okrywały posadzki domóstw, i były lub wielkiemi obrazy, lub jakby kamiennym u stóp kobiercem... W pierwszych wiekach zaraz ten kosztowny sposób przyozdobienia użyto do kościołów podziemnych i grobów, — ale do IV wieku, to jest do uspokojenia Kościoła, niewiele wszakże mamy tego rodzaju zabytków na cmentarzu Ś. Kaliksta, Pretexteta i Ś. Agnieszki. Jednym z największych jest grób ukochanego widać dziecka siedmioletniego, który miłość rodzicielska wysłała cały kamyczkami, szkiełkami złoconemi i kolorowemi; w którym napis jest mozaikowy. Cytuje go Marangoni. U Ś. Kalixta jest kaplica ozdobiona w ten sposób cała, i obraz wystawujący Chrystusa między ŚŚ. Piotrem i Pawłem. Inne obrazy mozaikowe znaleziono u Ś. Prota i Hiacynta i Hermesa. Wystawują one zwykle przedmioty: Wskrzeszenie Łazarza, Daniela między lwami, i t. p. W IV wieku dopiero i późniéj mozaiki się rozpowszechniły, nie tylko w Rzymie, ale i po kościołach na prowincyi, dla ich ozdoby, i są dosyć liczne. Zachowały one lepiéj od malowań zabytki ikonograficzne nader ciekawe, ale szczególniéj od IV do X wieku. W kościołach rzymskich trwają do dziś dnia.
Przechodząc do wizerunków Chrystusa Pana, z boleścią na samym początku zapowiedzieć musimy, że współczesny obraz autentyczny twarzy Chrystusa, nie istnieje wcale... Są na to niezbite dowody... Syn Boży nie chciał zostawić swego wizerunku na ziemi, pragnąc aby go każdy w swéj duszy, wedle swojego wyobraził pojęcia.
Najlepszym dowodem że w pierwszych wiekach tradycja była, co do twarzy Chrystusa, nie dosyć oznaczoną, jest to, że w drugim wieku głośny o to zawiązał się spór i walka między chrześcijanami, z których jedni utrzymywali że oblicze Chrystusa było piękném, drudzy że umyślnie brzydkie przyoblokł Syn Boży. Gdyby naówczas istniał jakikolwiek wizerunek autentyczny, jedna lub druga strona byłaby go w sporze tym jako oręż użyła, a sam spór wszcząćby się nie mógł.
Na lat 200 przed Ś. Augustynem, który pisze o tém wyraźnie że nie ma wizerunku Chrystusa, toż samo powiada Ś. Ireneusz.
W pierwszych wiekach obawa bałwochwalstwa nie dopuszczała robić obrazków, potém cześć sama wstrzymywała artystów czujących swą nieudolność. Sztuka była podejrzaną zresztą u chrześcijan, jak widać z Tertuljana, który Hermogenesowi pewnemu wyrzuca zarówno jego postępowanie lekkie i powołanie artysty malarza.
Pomimo to wizerunki Chrystusa, tworzone wedle pojęć jakie o nim mieli lub mieć mogli artyści, już przed czwartym wiekiem były w obiegu. Wiemy że Konstancja, siostra Konstantyna, żądała od biskupa Cezarei, aby jéj przysłał obraz Chrystusa.
W miejscu już raz przez nas przywiedzioném Ś. Augustyn powiada, że Chrystusa malowano w sposób najrozmaitszy, jak go kto sobie wyobrażał.
W katakombach znajdujemy najstarszy obraz Chrystusa w krypcie Ś. Kaliksta. Wedle Doktora Labus pochodzi on z drugiego wieku. Drugi z katakomb także wyjęty widzieliśmy w jednéj z szaf Watykańskiego Muzeum. Jest on wielce podobnym (surowszym tylko nieco może) dɔ typu, jaki późniéj sztuka w rozkwicie najwyższym wydała; szczególniéj do typu Leonarda da Vinci w wieczorniku i niektórych głów Rafaela.
Popiersie to Chrystusa w obrazie tarczowéj formy, obyczajem starożytnych, którzy nazywali podobne wizerunki imagines clipeatae, tarczowemi... ma twarz pociągłą, nieco przedłużoną, wyraz poważny, słodki zarazem, lecz pełen smutku, brodę krótką, rzadką i zakończoną nieco ostro, włosy na czole rozdzielone i spadające dwoma długiemi zwojami puklów na ramiona. Pomimo istnie wielkiéj rozmaitości typów późniejszych, ten pierwotny, bo z drugiego wieku, mający za sobą powagę starożytności miejsca z którego pochodzi, — bo na Cmentarzu Ś. Kaliksta pomniki wszelkie noszą cechy wielkiéj dawności — typ ten przechował się do dziś dnia... powtarza on się z małemi zmiany aż do Overbecka i Veit’a.
Nieprzerwanym prawie ciągiem widzimy go wszędzie, gdzie sztuka była nieco zdolniejszą do powtórzenia go, nawet w byzantyjskiéj szkole, która mu tylko surowości i grozy dodaje. Cały szereg pomników od trzeciego do naszego wieku, dałby się ustawić z wizerunków, z tego jednego rodzących się typu pierwotnego. Typ ten rozwiązał kwestję gorącą, między Ojcami Kościoła do namiętnych sporów doprowadzoną, o zasady wedle których Chrystus miał być koniecznie najbrzydszym z ludzi. Idąc za ś. Justynem, Bazyli, Cyryl Aleksandryjski i inni mniemali, że przez pokorę Chrystus uczynił się umyślnie — najbrzydszym. Kościoł nie rozstrzygnął, ale poczucie całego społeczeństwa zawyrokowało. Wolimy téż utrzymywać ze ś. Hieronimem „że blask i powaga bóstwa, ukrytego pod ciała powłoką, promieniały na ludzkiém jego obliczu, i nadawały mu wdzięk który pociągał i podbijał wszystkich, co go mieli szczęście oglądać.“
Na freskach w katakombach, rzadko się zjawia postać Chrystusa, a ilekroć jest malowany, zawsze artysta wystawia go młodzieńcem. Często dla ukazania jego bóstwa, wedle pojęć starożytnych, postać jego wyższą jest znacznie od otaczających ją. Głowa zawsze odkryta, włosy długie, niekiedy pod stopami kula ziemska, przy nim anioły. W rękę Chrystusa dawano często różczkę, znak władzy i kapłaństwa; szczególniéj gdy go przedstawiano czyniącym cuda.
Ubiór Chrystusa na tych obrazach, gdy występuje jako dobry pasterz, składa się ze starożytnéj tuniki, pokrytéj pallium, płótnem. Tunika obramowana często purpurą, lub ozdobiona złotem. Podania, zwyczaj żydów i świadectwa tradycyi, jednakże prawdopodobném czynią, że Chrystus suknie przywdziewał białe. Na nogach sandały, jako obuwie ubogich.
Oprócz tego wizerunku, Chrystus, którego chciano zataić przed pogany, był wystawiany pod rozmaitemi postaciami, tylko dla wtajemniczonych mającemi znaczenie.
Pierwsze głoski imienia Jezusa Chrystusa, po grecku napisane, z dodaniem greckich wyrazów Syn Boży, Zbawiciel, formują pięć głosek, które po grecku przeczytane oznaczają Jchtys rybę. Ten akrostychon, któremu Aleksandryjskie pochodzenie przypisują, stał się tajemniczą formułą, oznaczającą Chrystusa; w symbolice przedstawiano Go jako rybę. Znak ten był niezmiernie rozpowszechniony; ś. Klemens Aleksandryjski zalecał go chrześcianom aby rytowany nosili w pierścieniach, nie tłómacząc powodu; po nim się poznawali naówczas. Ś. Augustyn wykłada jego tłómaczenie; autor bezimienny, który pisał w Afryce w pierwszych wiekach, mówi o rybie, jako wziętéj za symbol z powodu sybilijskich wyroczni.
Tłómaczenie przyczyn dla których Chrystusa rybą nazwano, zajmuje uczonych archeologów; a mnóstwo ustępów w piszących pierwszych wieków, do tego się godła odnosi. Na grobach, lampach, kielichach, pierścieniach i różnych sprzętach, znajdujemy ten wizerunek ryby; czasem z dodaniem liter lub z wyrazem greckim Soter Zbawiciel, z palmą lub krzyżem. Rybę także przedstawiano z chlebami wyrażającemi Eucharystję. Niekiedy ryby na wędkę uczepione oznaczają chrześcian nawróconych; z alluzyą do apostołów, rybaków i łowców ludzi wedle ewangelii, a razem do chrztu i wody, któréj wyrazem symbolicznym jest ryba. Chrystusa godłami były także głoski alfa i omega, początek i koniec, oznaczające bozką jego naturę, a na ostatek Baranek.
Baranek oznacza zarazem Chrystusa i niekiedy chrześcian dzieci jego. Godło to jest znamieniem ofiary wedle starego testamentu. Jak późniéj krzyż, tak w pierwszych sześciu wiekach, Baranek znaczył Chrystusa. Pozostał on na wizerunkach, przez Kościół do dziś dnia szczególniéj w pewnych dniach przyjętych.
Najprostsze obrazy przedstawiają Baranka Bożego na wizerunku, z pod którego płyną cztery strumienie żywéj wody, a do nich przychodzą się rzeźwić jelenie. Na starych grobowcach i mozaikach bardzo je często widzimy. Późniéjszy już jest wizerunek Baranka z godłami dobrego pasterza, laską i torebką pastuszą. Niekiedy głowę jego otacza aureola, albo nad nim wznosi się krzyż, lub Baranek spoczywa na księdze siedmią pieczęciami zwartéj. Na grobach zaś chrześcian figura baranka wyraża dobroć, łagodność i ofiarę. Dwa baranki naprzeciw siebie stojące, z monogramem Chrystusa, albo naczyniem pełném owoców i kłosów, na grobach, są oznaką pogrzebionych w nich zgodnych chrześcijańskich małżonków.
Chrystus w postaci dobrego pasterza trafia się téż bardzo często w katakombach, niosący owieczkę na ramionach, w ubiorze w jakim starożytni wyobrażali zwykle pilnujących trzody. To przedstawienie Dobrego Pasterza w najstarszych katakombach, niekiedy z wielkim wdziękiem się powtarza. Miało ono naówczas oprócz głębokiéj myśli i znaczenia dla chrześcian, to za sobą, że poganom podejrzaném, a nawet zrozumiałém być nie mogło.
Dobry pasterz, tajemnicze to wyobrażenie Chrystusa, poprzedził inne znaki, jako krzyż i monogram; zalecano go do rycia na kielichach i naczyniach do obrzędów ofiary używanych. Już w środku drugiego wieku była ta postać upowszechnioną, nawet w Afryce i w Galii; na wszelkiego rodzaju pomnikach, we freskach, rzeźbach, naczyniach, lampach, pierścieniach. Alluzye i przypomnienia téj allegoryi spotykają się nieustannie. Sedulius poeta chrześcijański pisze:

„Oby mnie ścieżyna życia wiodła do ojcowskiéj zagrody, gdzie Dobry Pasterz strzeże ukochanéj swéj trzodki; gdzie pod wodzą Baranka o białém runie, czysta trzoda wychodzi cała!“

Na paliuszach arcybiskupich, dawniéj miasto krzyżów, wyszywane było to godło gorliwości i miłosierdzia. Gdy na sobory gromadzili się biskupi, zaczynano zawsze od odczytania paraboli ewangelicznéj o Dobrym Pasterzu. Miała ona zarazem znaczenie przyszłego zmartwychwstania i odkupienia. Na hematycie wyrzezany wizerunek, który przywodzi Pacciandi, przedstawia sąd ostateczny, razem z wyobrażeniem Dobrego Pasterza połączony. Dobry pasterz, w starożytnym ubiorze, podniesione ma ręce do modlitwy, nad barankiem stojącym po prawéj jego stronie, a kozłem po lewéj. Oba mają głowy pochylone jakby czekając wyroku. Z napisu okazuje się, że kamień ten kobieta nosić musiała na szyi jako amulet.
Wizerunek Dobrego Pasterza jest zupełnie w stylu starożytnym najlepszych czasów. Przedstawia on młodego człowieka, w kwiecie wieku bez brody (jako nieśmiertelnie młodego wedle Augustyna) z oczyma czułości pełnemi. Okryty jest krótką tuniką, przepasaną w biodrach, a niekiedy pod ręce także, purpurowemi paskami. Niekiedy na tunice ma płaszcz, który bywa różnych kształtów; nogi jego opasują gęste paski skórzane. Różnice w stroju i atrybucyach są wielkie. Na ramionach dźwiga owieczkę, głowa bywa otoczona promieniami, kołem. W ręku ma laskę pastuszą i naczyńko do mléka u pasa, a na ostatek pastuszą fujarkę, syrinx.
Wszystkie niemal sceny téj ślicznéj paraboli są na freskach w katakombie wyrażone. Dobry Pasterz zabierający się do wyjścia, przygotowujący do drogi, spoczywający wraz z psem swoim. Najpospolitszy wszakże jest wizerunek z owieczką znalezioną; lub powracającego do trzody, którą widać w oddaleniu.
Na sarkofagach Chrystus téż bywa wyobrażany jako Pasterz z 12 Apostołami, z których każdy ma u nóg owieczkę; przy Chrystusie jest większą, którą on głaszcze. Wystawiać ona ma ś. Piotra. Żadna z paraboli ewangelicznych tak w pierwszych wiekach popularną nie była
Nie możemy szczegółowiéj mówić tu o godłach innych, w katakombach będących, z postacią Chrystusa, wspomnimy tylko o krzyżu.
Chrystus konający na krzyżu w początkach nigdy nie był przedstawianym; w katakombach i w pierwszych wiekach wizerunku tego nie znajdujemy nigdzie; już to dla tego, że się poganie z haniebnie ukrzyżowanego Boga naśmiewali i ohydnie szydzili; już że nawet nawróconym poganom sprawiało wstręt to godło i ten rodzaj kary, aż do zniesienia jéj przez Konstantyna.
Zamiast Chrystusa wyobrażano Baranka z krzyżem, a w VI wieku krzyż sam, nad nim zaś w niebiosach Chrystusa. Dopiero od wieku VI wizerunki na krzyżu rozpięte, z początku w tunice osłonione się pokazują.
Starożytnicy rozróżniają trzy rodzaje krzyżów, krzyż zwany ś. Antoniego w formie X; krzyż w kształcie litery Τ, Tau greckiego, i zwykły z przedłużoném górném ramieniem, — który przyjęty został powszechnie, choć litera Τ, jako znak odpowiadający krzyżowi, spotyka się na grobowcach. Krzyż ten zwany crux immissa, wedle tradycyi, miał być Chrystusowym.
Wedle Cavaliere de Rossi, do V wieku na żadnym pomniku nie spotykamy krzyża, ani łacińskiego, ani greckiego. W IV wieku, znajdujemy krzyż w formie T, ale użycie tego znaku było bardzo ograniczone.
Jedną z przyczyn dla których krzyż jawnie się nie pokazywał, było właśnie prześladowanie; ukrywano go w rozmaity sposób pod różnemi wymyślonemi figurami przekręcanego X lub t. p. nim się odważono wystawić całym i odsłoniętym.
Od V wieku poczyna krzyż występować coraz częściéj i wyraźniéj, a zatém historya jego dalsza przechodzi zakres nasz katakombowy.
Jak typ Chrystusa tak Matki Bozkiéj, wcześnie dosyć został z podań utworzony. Św. Hieronim nam go wystawia już jako obraz duszy niepokalanéj. Koncylium Efezkie oznaczyło ściśléj w jaki sposób Matkę Bożą przedstawiać się godziło.
W katakombach spotykamy wizerunki Maryi w ulubionym i powtarzającym się często obrazie hołdu Trzech Królów. Ubrana jest w stolę lub dalmatykę, ozdobioną dwóma purpurowemi pasami, siedząca na tronie ozdobnym, lub rodzaju katedry, i trzymająca na łonie dziecię Jezus. Taką jest na cmentarzu Domicylli w Rzymie, taką prawie wszędzie; z wyjątkiem że na niektórych obrazach ma głowę okrytą zasłoną, na innych jest we włosach. W katakombach przedstawia się kilkakrotnie w postaci modlącéj się niewiasty, z rękami do modlitwy wyciągnionemi.
Oprócz tych postaci, w malowaniach krypt, trafiają się obrazy, które dla nas dziś wydałyby się niezrozumiałemi, gdyby w pomoc nie przyszła nauka i pisma Ojców Kościoła. Któżby się naprzykład spodział, że po kilkakroć spotka wyobrażenie Orfeusza, otoczonego dzikiemi zwierzęty i grającego na lirze?
Na cmentarzu ś. Kalixta, dwa razy ten przedmiot widzimy powtórzonym, w stylu tak pięknym, iż go do najstarożytniejszych pomników zaliczyć potrzeba.
Jest to widocznie Orfeusz jaki, wedle podań pogańskich, jakby z opisu Filostratesa wzięty; ale dla czego umieszczono go w katakombach, nie będziemy zbyt długo rozwodzić się nad objaśnieniem.
Orfeusz wprawdzie należy jako mniemany syn Apollina do mytologii, ale zarazem i do historyi; a najstarsi Ojcowie Kościoła: Origenes, Ś. Grzegórz z Nyzcy, Laktancjusz, Theodoret, z wielką czcią mówią o nim, w orficznych pieśniach znajdując jakby przedświt i przeczucie idei chrześcijańskich. Za przykład możemy przytoczyć tu wiersz znany już tylko z łacińskiego przekładu, Orfeuszowe rady dla syna jego Muzeusza.
„Śpiewam dla samych pobożnych, zdala, o! zdala mi obcy, (profani).
„Ty Muzeuszu słuchaj, potomku księżyca cichego! Przyszły ci wprzódy ciemne zasady, szkodliwe przeciwko życiu wiecznemu. Teraz dam ci lepszą naukę. Wpatrując się w Słowo Boże, połącz się z niém całkowicie. Do téj zasady umysł twój i czyny zastosuj; idąc drogą prostą, czcij Pana świata. Jest on jeden, sam przez się istniejący, a on stworzył wszystko co żyje.“
Moglibyśmy przywieść więcéj, lecz nie dozwala nam zakres téj pracy. Orfeusz także uchodził jak Sybillę, za proroka, który wróżył przyjście posłannika Bożego; a naostatek, ten śpiewak, co potęgą pieśni, słowa, dzikie za sobą ciągnął zwierzęta, mógł służyć za figurę Chrystusa, który słowem też rzesze wiódł na pustynie. Zstąpienie do piekieł Orfeusza, i inne jeszcze szeroko wykładane przez archeologów powody, pierwszych chrześcijan wprowadziły na myśl, ukrycia pod tą pogańską czysto postacią, myśli religijnéj.
Wizerunki Orfeusza są pięknego stylu, i pewnie zbłąkany w podziemiach poganin, nie byłby się w nich domyślił tajemnicy chrześcijańskiéj.
Oprócz tego mnóstwo godeł, które były jak te z tajemniczemi, umieszczonemi obok znakami, jakiemi między sobą się chrześcijanie poznawali i mówili nie będąc zrozumiani od innych, znajdujemy we freskach i grobowcach. Mnóstwo zwierząt, użytych w różném znaczeniu, sprzętów i figur, stanowią głoski tego języka prześladowanych, który się musiał i kryć pod ziemią i przeodziewać, aby nie być zrozumianym. Znajdujemy tu orła, który znaczy zmartwychwstanie i odmłodzenie; owieczkę, z chrześcijan trzodki, gołębia, figurę Ducha świętego, koguta, godło czujności i atrybut Ś-go Piotra, jelenia spragnionego, (wyrażającego pragnienie nawrócenia), konia dobiegającego mety, który znaczy życie doprowadzone do dobrego końca; zająca, w tém samém znaczeniu chyżego biegu do celu; lwa, jako godło siły i szlachetności; pawia, który jest godłem zmartwychwstania, a czasem młodości i wiosny, i t. p.
Oprócz tych znane są godła: jako winna macica, która w katakombach i dawnych pomnikach często okala winobranie, zupełnie w stylu starożytnym, a jednak oznaczające chrześcijańską myśl, okupienie krwią Zbawiciela; kotwica, waga i t. p.
Niemniéj zajmującém nad znaczenie kształtów i rysunków, jest téż chrześcijańskie znaczenie kolorów; tak białą farbę Ś. Klemens zowie tinctura veritatis, i przyznaje ją Bogu Ojcu, Synowi, aniołom, świętym i kapłanom przy obrzędach religijnych; katechumenom przez 8 dni po ich chrzcie; a na ostatek umarłym, których białym całunem był zwyczaj obwijać. Czerwony kolor, purpura, wyraża miłość gorącą. W starych obrazach anioły mają skrzydła ogniste. Purpura oznacza téż męczeństwo i krew. Zielony kolor, życie, młodość, ale przedewszystkiém życie wieczne; fiolet pokutę, i jest barwą pół żałobną.
Ale w pierwszych wiekach, o których mówimy, te późniéj ustalone pojęcia i formy, zaledwie się wyrabiać poczynały... nic jeszcze nie było stałego, oprócz ducha nauki Chrystusa; a i ten wykładali sekciarze rozmaicie. Lecz owe zaciekania się nad dogmatami, nad tradycjami, owe boje o formy i literę, nie przeszkodziły bynajmniéj chrześcijańskiemu społeczeństwu przetworzyć się w myśl i ducha Boskiego Mistrza.
Jak religijne tak moralne skutki społeczne nowéj wiary, na chwilę nie były wątpliwemi; liturgiczne formy różnie się wyrabiały może, i spory o nie wieść mogły kościoły z sobą; ale niepodobna było spierać się o znaczenie ofiary, pokory, braterstwa, miłosierdzia, obowiązków względem bliźniego, cnót, które nowe prawo nakazywało tak wyraźnie, któremi tak tchnęło całe, że żadna sekta zaprzeć się obowiązku ich nie mogła.
Pierwszą rzeczą, która nas na pomnikach w katakombach uderza, jest to różnica od pogańskich; że w nich nie ma ani urzędników, ani obywateli rzymskich, ani wyzwoleńców, ani niewolnika. Na grobach jak w życiu, wszyscy mają tytuły czynów swoich tylko; męczeństwo, kapłaństwo, nawrócenie, swą cnotę i nic więcéj. Jedynym tytułem odróżniającym jest podniesienie się ofiarą, to jest poświęcenie się zupełne Bogu. Na czele społeczeństwa, staje najwyższy cnotą kapłan.
A kapłaństwo w tych czasach gorącéj wiary i prześladowania nie było wcale spokojném użyciem władzy, ale żołnierstwem Chrystusowém, namaszczoném najczęściéj na śmierć męczeńską.
Kreśląc więc stan tego nowego ludu, w którego łonie ginęły narodowości, który się składał z żydów nawróconych, pogan ochrzczonych, niewolników barbarzyńców, greków, afrykanów i najróżnorodniejszych pierwiastków; musimy począć od duchownych, bo oni w istocie byli jedyną władzą i sterem; dopóki świecki rząd, przyjmując religję, nie podzielił na dwoje téj siły, i nie rozpoczął o nią powoli walki, która do dziś dnia nie jest skończoną.
W pierwszych wiekach różnica dzieląca stan duchowny od świeckiego, wybitnie już się czuć i widzieć daje. Kapłaństwo jest rycerstwem, zupełném poświęceniem, więc staniem nieustraszoném na straży w gotowości do boju. Duchowni sami mieli przywilej spełniania ofiary i wyboru nowych ofiarników; tak, aby nieprzerwanym ciągiem kapłańskie poświęcenie, zlewało się od pierwszego Chrystusowego wyboru apostołów, aż do ostatka dni.
Na czele duchowieństwa, wyżéj od kapłanów, stali biskupi, co z greckiego ἐπίσκοπος oznacza nadzorcę, naglądającego stróża. U Greków pogan Episkopos był dozorcą pewnéj części kraju, którą obowiązany był doglądać i bronić od nadużyć. W aktach apostolskich już je raz znajdujemy, z wyłączném znaczeniem duchownego, starszego; dopiero późniéj zjawia się w hierarchji, około IV wieku. Biskupów już w tych pierwszych czasach odznaczały pewne cechy w ubiorze; mitra, która początkowo była złotą przepaską w kształcie wieńca, w IV dopiero wieku przybrała ona kształt nieco wyszukańszy; sandały, na których były wyszyte krzyże; rękawiczki, pierścień, pastorał, laska pasterska, godło bardzo starożytne, i krzyż pasterski.
Kapłani dzielili się na różne, nie już stopnie, bo wszyscy mieli godność jedną jak skoro pozyskali święcenie, ale wedle zatrudnień swych różnemi mianowali się imionami; i tak znajdujemy już w katakombach presbyterów, wikarjuszów biskupich, syncellów, ekonomów, kanoników, kantorów. Oprócz duchownych tych, były na usługach kościoła osoby, które miały tylko mniejsze święcenie, pełniące rozmaite obowiązki od których zwali się Hermeneutami, to jest tłómaczami, księgarzami, pisarzami, grabarzami, stróżami grobów męczeńskich i t. p.
W katakombach i w czasie tym gdy męczeństwa mnożyły liczbę grobów, osobną klassę składali grabarze; którzy wyznaczali i przygotowywali miejsca spoczynku i składali ciała.
Znaleziono na cmentarzu ŚŚ. Marcellina i Piotra malowanie, wyobrażające grabarza z lampą w ręku, wskazującego miejsce grobu; a drugie u Ś. Kalixta wystawujące grabarza z motyką przy robocie, obok którego zawieszona jest lampa. Na tymże cmentarzu odkryto nawet, zachowane przez wieki a rzucone tam niegdyś przy robocie motyki. Aż do IV wieku Kościół sam dawał miejsca na groby każdemu chrześcijaninowi, późniéj je kupować zaczęto u grabarzy, jak świadczą napisy.
Tu miejsce jest wspomnieć jak się odbywały pogrzeby w owych czasach i w jakim stanie znajdowano ciała zmarłych i zamordowanych po grobowcach. Cześć dla zmarłych w Bogu i ich ciał była wielką od pierwszych wieków Kościoła; niekiedy zwłoki wystawiano publicznie, otoczone światłem i z pewnym przepychem. Pogrzebowe obrzędy były u chrześcijan wielce podobne do zachowywanych przez Izraelitów. Po zgonie chrześcijanina najbliżsi krewni zamykali mu oczy i usta własnemi rękami. Z ustępu jednego Ś. Denisa Aleksandryjskiego dowiadujemy się, że tak samo postępowano z ciałami męczenników; potém obmywano zwłoki i namaszczano je. Tertuljan z tego powodu powiada, że wonności, które poganie poświęcają swym Bogom, chrześcijanie przeznaczają dla umarłych. Po namaszczeniu mirrą obwijano ciało całunem białym, jak suknia przy chrzcie wdziewana. Widzieliśmy sami wiele w katakombach ciał, na których spowicie wązkiemi pasami płóciennemi było jeszcze bardzo wyraźne. Zmarły jak dziecię był obyczajem starym spowity, i takim na obrazach Łazarza w katakombach wystawiany jest nieboszczyk. Ciało męczenników okrywano kosztownemi materjami; ubogim do grobu miłosierdzie braci dawało odzież. Duchownych grzebano w sukniach i z godłami ich stanu. Potém ciało wystawianém było w izbie domowéj, w wieczorniku zwykle.
Na Zachodzie płaczki przy pogrzebach nie były używane, wschodni Kościół je dopuszczał. Śpiewano i czuwano przy zwłokach, co dopełniali klerycy i diakonessy.
Biskup z duchowieństwem przybywał naostatek, czytał modlitwy i pozdrawiał zwłoki, a za nim kapłani; tego Pozdrowienia zostało tylko nazwanie, niewiadomo jaki to był obrzęd właściwie. Mowy, jeśli jakie miano u grobów, były krótkie i ciche.
Z pozostałych tylko szczątków po katakombach wnosić można, jak naostatek ciało składano w przeznaczoném mu miejscu spoczynku.
Dla uczczenia męczenników, przy wielu zwłokach tkaniny złote składano; nie dziwném jest, że stopiona tkanka taka z grobu cesarzowéj Marji, ważyła 36 funtów, ale po grobach ubogich nawet, a czczonych męczenników, znajdowały się lamy złote, jak na cmentarzu Ś. Kallixta, w grobie, na którym stało jedno tylko imię: Martini in pace.
Wszystko, czego zmarli używali za życia, obyczajem jeszcze nieco pogańskim, znaleźć trafia się w grobach katakomb, i nawet klejnoty, zausznice, bransolety, zwierciadełka, pierścienie, zapinki ozdobne.
Tłómaczę to tém, że kobiéty uważano jako oblubienice Chrystusowe, i strojono je jak do ślubu. Zwyczajowi temu winniśmy zachowanie mnóstwa najciekawszych pamiątek starożytnych. Sławny sarkofag cesarzowej Marji zawierał nawet skrzyneczki złote z balsamami. W muzeach zachowuje się dość nawet grzebieni z napisami z téj epoki. W jednym grobowcu chrześcijanki Rufiny, w katakombie ŚŚ. Thrazona i Saturnina, znaleziono na kości okrągłéj rodzaj wizerunku przedstawiającego zmarłą. W innym wetknięta była łyżeczka srebrna.
Lampy stawiono albo we wnętrzu, lub osadzano zewnątrz grobów; w głowach często znajdowano pączki roślin, zawsze zielonych i oznaczających życie wieczne, szczególniéj gałęzie laurowe.
Ale najciekawszemi są składane po grobach narzędzia męczeństwa, które uważano jako trofea zdobyte. Łańcuchy ś. Piotra, rószt ś. Wawrzyńca, strzały, któremi był przeszyty ś. Sebastjan, chowano jako drogie relikwje. Ś. Babylas żądał, aby go pochowano z kajdanami które dźwigał; ś. Sabinus, którego utopić miano z kamieniem u szyi, prosił by mu go dano do grobu. Przy grobach śś. Witala i Agrykoli, znaleziono gwoździe i drzewo krzyża, na którém byli przybici. Na cmentarzu ś. Agnieszki, czaszkę przebitą gwoździem; indziéj znajdowano żelazne zęby, obcęgi. Był także zwyczaj, opis męczeństwa, na zwitku pargaminu, składać w grobowcu.
Przy bardzo wielu zwłokach w katakombach znajdują się małe flaszeczki szklanne, ze śladami krwi zaschłéj; która albo była zebraną w czasie męczeństwa pogrzebionego, lub jako relikwja innego męczennika przy nim złożona.
Wiemy, jak krew przelana za wiarę czczoną była przez chrześcijan; jak stawała się dla nich drogą, i jaką jéj przypisywano siłę. Ze wszystkich relikwij, ta była za najdroższą uważaną.
„Tyś świętym Rzymie, — woła stary poeta chrześcijański, — przez drogą krew twych Świętych.“
Krew tę zwano „nasieniem użyźniającém ziemię,“ wierzono że nie wyczerpywała sił Kościoła, ale nowemi go obdarzała. „Jak rośliny podlewane rozrastają się, tak wiara nasza kwitnie prześladowaniem, wzrasta od ucisków, pisze Złotousty. Ogrody nie tyle odświeża woda co je skrapia, jak Kościół krew jego męczenników”. To też krew tę tyle ceniono, że w czasie mąk, rzucały się tłumy chrześcijan na arenę z obrusami, gąbkami i czém kto miał, zbierając ją, aby uronioną nie została. Nie lękano się to czynić pod rękami katów i oprawców, i wielu starożytnych dostępowało za to męczeństwa.
Prudencjusz pisze: „Wielu wiernych macza lnianą tkaninę we krwi płynącéj z żył męczenników. Jest ona świętą opieką, którą chowają w domach dla swych potomków”.
Ten zwyczaj zbierania krwi, który wiele pism poświadcza, jest też dotykalnie dowiedzionym znalezionemi w bardzo znacznéj ilości grobów, nie tylko flaszeczkami, w które tę krew wyciskano potém, ale gąbkami i resztkami chust przy ciałach.
Znaleźli się niedowiarkowie, w chwili gdy krytyka sądziła się najmędrszą przez to, że wszystkiemu zaprzeczała, którzy chcieli w naczyńkach owych widziéć nie krew, ale resztki wina z uczt chrześciańskich; musiano je więc poddać rozbiorowi chemicznemu, a ten kilkakrotnie ponawiany, przekonał najdowodniéj, że zawierały resztki krwi męczeńskiéj. Co dziwniéj, w wielu hermetycznie zamkniętych znaleziono, jak świadczą Bosio, Boldetti, O. Marchi, krew płynną jeszcze, tylko rozłożoną tak, jak zwykła rozdziela się, na część wodnistą i zabarwioną. Chemicy, którzy rozbierali zaschłe odrobiny, protestant Leibnitz, Fabretti, Broglia, są ludźmi nieuprzedzonymi i godnymi wiary.
Szklanne naczyńka ze krwią wmurowywano już to zewnątrz, już wewnątrz grobów; trafiały się także gliniane z gąbkami, i kielichy szklanne, używane do ofiary, napełnione krwią męczeńską. Słusznie uważa ks. Martigny, że widok takiego kielicha ofiarnego, który służył do mszy, a potém został poświęcony Bogu ze świadectwem żywém wiary, z krwią wyznawcy, obudza wrażenie nadzwyczajne. Myśl ta jest godną owych wieków.
Zachodziły wątpliwości z powodu niezmiernéj ilości tych naczyń odkrytych w grobach, czy one mogły wszystkie oznaczać miejsce spoczynku męczenników. W istocie możnaby sądzić, że je kładziono jako relikwje, oddając opiece świętych ciała grzebione; ale kongregacja rytów, dwukrotną decyzją w tym względzie zawyrokowała. Nie potrzeba się dziwić liczbie, czytając ówczesne akta męczenników. Wszak w samych katakombach, nie raz po kilkadziesiąt ciał bezimiennych w jednym grobowcu, szczątki na polach pozbierane, zwierzętom wydarte, składano.
Po śmierci najdroższych osób, chrześcianie głęboką przejęci wiarą w życie przyszłe, nie poddawali się nigdy tej rózpaczy, jaką okazywali poganie, dla których śmierć rozrywała wszystkie węzły na wieki. W jednéj z homilii swych pisze Złotousty: „Niech nikt po zmarłych nie płacze, niech nikt ich zgonu nie oblewa łzami; byłoby to spotwarzać zgon Chrystusa, przez którego zwyciężoną śmierć została. Na cóż łzy te próżne, jeśli wierzycie, że śmierć snem jest tylko? Na co zadajesz sobie rany na znak żałoby? Jeźli źle czynią poganie, litość się im należy; — jeśli wierny grzeszy jak oni... cóż powie na swe usprawiedliwienie? Grzech to jeszcze większy, zwoływać płaczki aby do łez pobudzały, bo ich śpiewy i jęki jeszcze jątrzą i rozpłomieniają boleść!“
U pogan powtarzały się obrzędy żałobne i płacze dnia 3, 7 i 9-go po pogrzebie, a nawet 20 i 40 dnia, co u chrześcian zakazaném zostało. Przy największéj czci dla zmarłych, nie okazywano zbytniéj boleści; bo ta byłaby niewiarą; równie i żałoba po umarłych nie była z razu dozwalaną, ale tolerowano ją późniéj.
We wszystkich obrzędach pogrzebowych, starano się silnie okazać, że w życie przyszłe wiara była potężna.




Odczyt Trzeci.

Wracamy teraz od grabarzy, o których mówiliśmy, do wyszczególnienia innych społeczności chrześcijanskiéj stanów; a naprzód do kobiét, które przewodniczyły swéj płci, szczególną odznaczając się gorliwością, i wyróżniając ściśle przytém obowiązkami surowszemi.
Duchowieństwo, o którego wysokiém stanowisku społeczném mówilismy, przez osoby niższych święceń i skromne sługi ołtarza, łączyło się i zlewało w gromadkę chrześcijańską, dla któréj było ojcowską władzą i starszém braterstwem. Tak samo jak męzkiéj części téj społeczności przewodniczyli duchowni, na czele niewiast stały kobiety, wyłączniéj, całkowicie poświęcone Bogu, modlitwie, i w imię Boże posłudze sióstr i braci. Ich rodzinę stanowili ci, co jéj nie mieli; były one matkami, siostrami, córkami osieroconych przez męczeństwa, osamotnionych i biednych... Taką była naprzód instytucya Dyakoness, odnosząca się do pierwszych wieków Kościoła.
Dyakonessy wszystkie, wedle Tertuliana, musiały, nim przyjęły to zobowiązanie, być wdowami, matkami, i mieć najmniéj lat 40. Warunkiem téż było aby nie więcéj jak jednemu mężowi ślubowały. Dyakonessy przewodniczyły kobietom w obrządkach pobożnych, strzegły drzwi kościoła któremi one wchodziły, uczyły katechumenki, pomagały biskupom przy chrztach kobiécych, naostatku poświęcały się służbie i opiece ubogich i chorych. Ilekroć biskupi i księża potrzebowali tajemnie mówić z kobiétami, Dyakonessy używano za nieme świadki.
W czasach prześladowań srogich, gdy do więzień nie można było wysłać Dyakonów, one chodziły na usługi męczenników.
W drugim wieku, Dyakonessy, przez naśladownictwo westalek pogańskich, dopominały się pewnych posług u ołtarzów, w czasie ofiar; ale papież Soter energicznie przeciwko temu wystąpił, i zakazał kadzenia przy ołtarzach i dotykania poświęconych sprzętów kościelnych.
Grobowce Dyakoness po katakombach są bardzo częste i dowodzą wielkiéj ich liczby. Instytucya ta wzbronioną została za naszych czasów u protestantów, a u katolików zastąpiły ją zakony ze ściślejszemi regułami.
Oprócz Dyakoness, w społeczeństwie pierwotném niewiasty, które się poświęcały wyłączniéj życiu ofiary i modlitwy, składały jakby osobne stowarzyszenia dziewic i wdów. Prezbyterkami zwano niewiasty, które Kościół utrzymywał swym kosztem dla dozorów i porządku; zwykle były to wdowy lub żony tych, którzy późniéj zostali kapłanami. Ś. Prakseda była mianowaną presbyterką przez Piusa I. Obowiązki te były najpokorniejsze a najmniéj ponętne, bo schodziły niemal do stróżowania i oczyszczania miejsc poświęconych; ale w tych wiekach pokora była jedną z najpowszechniejszych cnót chrześcijańskich, i uważaną za podstawę innych.
Po osobach płci niewieściéj, do kościołów stale przywiązanych, wymienić jeszcze należy te, które od pierwszych wieków wyrzekły się świata, i żyły na nim tylko dla zbudowania go. Za czasów apostolskich jeszcze niektóre z dziewic ślubowały Bogu, odbierały błogosławieństwo i wiodły życie poświęcone pobożności i dobrym uczynkom.
Pobożność owych czasów była bowiem przedewszystkiém czynem i ofiarą. Zaparcie się siebie, musiało nie tylko być przykładem, ale korzyścią dla społeczeństwa. Dziewice poświęcone Bogu, zwano kwiatem Kościoła. Już w wiekach prześladowania mnogie są przykłady tych ślubów na całe życie składanych. Nie szły owe poświęcone dziewice do osobnych domów, ale żyły we własnych, i w walce ze światem, unikając tylko towarzystw zbyt lekkich.
Wiemy że kilka z tych dziewic, wziętych w niewolę przez Sapor’a, w czasie jego wojny z Rzymianami w Mezopotamii, około połowy III wieku, zostały przez niego poszanowane, i dozwolono im było uczęszczać na nabożeństwa, do których się zobowiązały. W aktach męczeńskich zowią się one same gołębicami Bożemi, owieczkami Pana i t. p.
W IV wieku, gdy Kościół został uspokojony, liczba dziewic tych zwiększyła się niezmiernie, i dopiero naówczas zaczęły się tworzyć klasztory i osobne reguły. Śluby dopiero po 25 leciech składane być mogły, chociaż są przykłady poświęceń pierwszych w 12 leciech. Przy ślubach wkładano na znak ich zasłonę poświęconą.
Na grobach wzmianki o dziewicach są dosyć w znacznéj liczbie. Obok dziewic szły poświęcone Bogu wdowy, matrony, jak Marcella, która była pierwszą założycielką klasztoru. I one składały śluby, odbierały błogosławieństwo, zobowiązywały się wieść życie poświęcone Bogu; przyczém wkładały poświęconą zasłonę i wdowie szaty. Wymagano po nich kilku lat życia przykładnego po owdowieniu. Z tych wdów wybierano Dyakonessy, pełniące ważne obowiązki, które szczególniéj miewały sobie powierzone nauczanie katechumenek. Zasiadały one w katedrach, podobnych do biskupich, które się spotykają w katakombach, a z obrazów widzimy że miały, oprócz zasłony, włosy przepaską ujęte, i suknie surowszego kroju, okrywające je całkiem.
Otóż stoimy już w progu, na którym schodzi się świeckie społeczeństwo z duchowném, wyszłém z jego łona; ale nim skreślim obraz obyczajów instytucyi, musimy jedno słowo powiedzieć o prześladowaniach, które uważamy za jeden z głównych czynników, tworzących nową tę społeczność.
Wyżéj napomknęliśmy już o prześladowaniach za Nerona, których opis Tacyt zostawił. Z tego powodu mówiliśmy o potwarzach, miotanych na chrześcijan. Tu się o nich jeszcze rozpisać nieco musimy, bo one w porównaniu do cnót, jakiemi jaśnieli chrześcijanie, dadzą nam miarę nienawiści i obaw, jakie wzbudzali. Nie nazywali inaczéj chrześcijan poganie, jak ateuszami, czarownikami, oszustami, sofistami i szatanami złemi. Imion tych wymyślonych, a było ich mnóstwo, wyliczyć niepodobna. Sami Izraelici w początkach, na wyszłych z ich łona chrześcijan, pierwsze miotali potwarze, rozsyłając po całym świecie listy przeciwko Chrystusowi i jego uczniom, jak świadczy Tillemont.
Głównemi zarzutami przeciwko nim były, że nauka ich nie uznawała swobody czynu, bo wszystko przypisywała Bogu, nic nie zostawiając człowiekowi; — że do niczego nie byli zdatni, i społeczeństwu szkodliwi, infructuosi in negotiis — to jest, że sprawy świeckie ich nie obchodziły; że się nie kłaniali bałwochwalczo władzy świeckiéj, i ulegać jéj nie chcieli, a więc byli buntownikami; naostatek, że się przyczyniali do rozbicia społeczeństwa, na które ściągali nieszczęścia. Oskarżano ich o czary, o oddzielanie się od świata; zwano trzeciemi ludźmi, bo ani Rzymianami ani Żydami być nie chcieli; malowano jako barbarzyńców gardzących nauką, jako bezwstydników i rozpustników. Męztwo ich zwano uporem kary godnym; cześć Boga mianowano bałwochwalstwem; przypisywano im że czcili słońce; szydzono że Bogiem ich był haniebnie ukrzyżowany, że cześć oddawali głowie ośléj, Serapitowi, i t. p.
Nie możemy się powstrzymać od obszerniejszéj wzmianki nad tą szczególniéj potwarzą o czci, jakoby przez chrześcijan oddawanéj głowie ośléj. Wieść o niéj była tak rozpowszechnioną, iż ją liczyć należy do najpospolitszych. Minutius Felix, o którego książce w obronie chrześcijan kilkakroć wzmiankowaliśmy, tak odpycha tę baśń pogańską.
„Całe to szatanów zajęcie siać najfałszywsze wieści. Z tego to źródła pochodzi owa brednia, że dla nas ośla głowa jest rzeczą świętą. A któżby był tak szalonym, aby podobne sobie bóstwo utworzył; kto tak nieroztropnym, aby czci jego mógł uwierzyć? chyba wy poganie, którzyście poświęcili wszystkie obór waszych osły, przez boginię Eponę; wy, co czcicie głowy byków i baranów.“
Tertulian przypisuje wszakże powstanie niedorzeczności téj Izraelicie, który miał puścić w obieg rysunek głowy ośléj z podpisem: Bóg Chrześcijan.
Że ta potwarz musiała być nader upowszechniona, dowodem jest wyryty na murze wizerunek, który znaleziono na górze Palatyńskiéj, w ścianie pałacu Cezarów. Znalazł go pono sławny starożytnik X Garucci, i otrzymał pozwolenie zdjęcia tynku, na którym jest wyrysowany, i który dziś zachowuje się w muzeum Kirchera w Rzymie. Rysunek ten wystawia niezgrabnie przez ulicznika nabazgraną postać człowieka z głową oślą na krzyżu, przed nim figurka oddająca mu cześć obyczajem pogan, to jest całująca swą rękę, i podpis (po grec. ku): Alexamenes czci swojego Boga. Nadzwyczaj ciekawy ten pomnik w wielu dziełach jest powtórzony.
Niektórzy archeologowie przypuszczają, że wjazd do Jerozolimy na osiołku, o którym mogli coś zasłyszeć poganie, albo baśń przywiedziona przez Tacyta, o żydach czczących osła, są w związku z tym wymysłem.
Cecilius poganin pisząc o chrześcijanach, tak się wyraża. „Opisy w jaki sposób odbywa się przyjęcie do ich stowarzyszenia, są okropne, ale prawdziwe. Podają nowo przybyłym dziecię okryte ciastem, aby nie postrzegli się że mord popełnić mają, a neofita oszukany, kilka ciosów nożem zadaje dziecięciu; krew płynie, obecni wysysają ją chciwie, i dzielą się rozszarpaném ciałem. Tak się wiąże ich stowarzyszenie i zapewnia tajemnica wzajemna. To są ich ofiary, okropniejsze nad wszystkie inne.“
Łatwo jest pojąć z czego taka potwarz powstać mogła, na którą wymownie odpowiada Octavius: „Myślicież, pisze on, żeśmy tak okrutni, iżbyśmy mogli przelewać i napawać się krwią istoty słabéj, i zaledwie na świat przyszłéj? Takiemu okrucieństwu zaprawdę uwierzyć mogą łatwo ci, co są w stanie je popełnić. Wy to poganie wyrzucacie dzieci wasze nowonarodzone zwierzętom dzikim i ptastwu drapieżnemu. Wy to dzieciobójcy, nimeście ojcami zostali, mordujecie w łonie matek zatrutemi napojami wasze potomstwo. Od waszych to bogów pochodzi ten zwyczaj barbarzyński, boć Saturn pożerał swe dzieci. Dla tego i w niektórych krajach Afryki poświęcają mu dzieci, dusząc je w pocałunkach i uściskach, aby nie mogły płakać, a jemu aby nie dawano ofiary bolejącéj. W Taurydzie, nawet w okolicach Pontu, poświęcano obcych ludzi Bogom, przychodzących prosić o gościnność. Buzyrys wprowadził ten zwyczaj w Egipcie, a Gallowie niemniej okrutni, poświęcali Merkuremu ofiary ludzkie, nieludzkie raczéj. — Rzymianie zakopywali parami żywcem Greków i Greczynki, Gallów i ich żony.
„Dziś jeszcze mężobójstwem czcicie waszego Jupitera Latiaris, i co godném jest dzieci Saturna, napawacie się krwią skazanych. Ten to który zapewne nakazał Katylinie i jego wspólnikom, związek ich krwią zapieczętować; przykładem tego boga rozlewacie krew na cześć Bellony, a w waszéj medycynie krwią leczycie epileptyków, lekarstwem od choroby gorszém. Nie mniéj winni są ci, co się karmią ciałami zwierząt zabitych na igrzyskach, jeszcze zmazanemi krwią, wykarmionemi trupy ludzkiemi. Co do nas, nam nawet zakazano jest patrzéć na widowiska zabójstw i mordów ludzi; opowiadać nam o nich nie wolno; tak dalecy jesteśmy od przelewania krwi człowieka, że krwi nawet zwierząt, co na pokarm nam służą, nie pożywamy.“
Potwarzy cynicznych i obrzydliwych nie szczędzono chrześcijanom, co dowodzi, że nauki ich nie znano wcale, lub głucho o niéj tylko zasłyszano.
Ale ta spółeczność rosnąca codzień, podkopująca pogańską, rozszerzająca się, nabierająca siły, niepochwychona, niezwalczona, potężna siłą ducha, przerażała tych, w których łonie się niewidomie wyrabiała. Usiłowano ją potępić bezczeszcząc naprzód, aby przystęp do niéj uczynić wstrętliwym.
Naostatek w krwi chciano utopić nową wiarę. Po prześladowaniach Nerona i Domicyana, nastąpiło Trajanowe.
Trajan nie ogłosił, jak się zdaje, żadnych nowych praw przeciwko chrześcijanom, bo nie ma o nich nigdzie wzmianki, ale się nie krył ze swym wstrętem dla chrześcijan, malującym się szczególniéj w liście jego do Pliniusza, w którym pochwala postępowanie prokonsula Bitynii. Pro-konsul ten, z logiką godną naszych czasów, uznawał wprawdzie chrześcijan zupełnie niewinnymi, ale tych co się bogom pogańskim kłaniać nie chcieli na śmierć jednak skazywał. Upór ich obudzał przeciw nim tłumy i urzędników, którzy go pojąć nie mogli.
Niechęć Trajana tłómaczą także znanym jego wstrętem do wszelkich stowarzyszeń oddzielnych, do tak zwanych bractw (sodalitia), kollegiów i korporacyi, nawet pogańskich. Zdaje się że za jedno z tajemnych takich bractw uważał on chrześcijan, i lękał się ich z tego powodu. Za Trajana ponieśli śmierć i mẹczeństwa: Ś. Symeon Jerozolimski, Ignacy z Antyochi, i Domicylla, siostrzenica tego Flaviusza Klemensa, którego Domicyan, choć był jego bratem stryjecznym, zamordował. Prześladowanie szczególniéj się szerzyło w Bitynii i Syryi; nie było ono powszechném w całém państwie, ale wedle Grotius’a, więcéj krwi kosztowało niż dwa poprzednie. Jeden szczególniéj fakt poświadcza o srogości tych ucisków; jest to znany raport złożony Trajanowi przez Tiberianusa, rządcę Palestyny, w którym mu się uskarżał na smutne i ciężkie obowiązki swoje; męczyło go bardziéj wysyłanie na śmierć chrześcijan niż ich męczeństwo, na które ochotnie spieszyli.
Prześladowanie za Adryana, 118 do 129 roku, było bardzo gwałtowném, chociaż nie on sam był jego powodem, ale gorliwość pochlebców i chcących mu się zasłużyć ludzi, którzy znali jego przywiązanie do pogańskich zabobonów i fanatyzm. Przyczyną prześladowań być też mogły nadużycia sekciarzy, karpokratami zwanych, odkrytych za tego panowania, których winę na wszystkich chrześcijan zrzucono. — Adryan odznaczał się, jak świadczą napisy, szczególną gorliwością o wiarę bałwochwalczą. Baronius utrzymuje, że ucisk spowodowany był buntem Izraelitów.
Apologie Ś. Quedrata i Arystyda wstrzymały wymównemi swemi argumentami ten ucisk. Męczennicy z tego czasu są lịczni: Alexa I. papież, Ś. Eustachy z żoną i dziećmi, ŚŚ. Serafia i Sabina. Na wschodzie także jest wielu. Nie wyliczyliśmy nawet celniejszych.
Nastąpiło potém nowe prześladowanie za Marka Aureliusza, którego jednak jemu samemu również przypisywać nie można. Był to panujący łagodny z charakteru i dobry w duszy, i chociaż powstrzymać nie mógł gorączki fanatycznéj w odległych prowincyach, jednak skłoniony do pobłażania apologją Ś. Justyna, usiłował położyć tamę uciskom w Azyi, w Tessalonice, w Laryssie i t. d. Prześladowanie to przypisują filozofom, którymi się otaczał, a nadewszystko jednemu z nich Crescensowi, zajadłemu wrogowi i przyczynie śmierci Ś. Justyna.
Marek Aureliusz nowych praw nie wydał przeciw chrzescijanom, ale stare potwierdził i utrzymał. Prześladowanie rozciągało się aż do Gallii.
Za Septyma Sewera, który z razu był chrześcijanom przychylny, póżniéj tak okrutnie ich ścigać poczęto, iż sądzili że się zbliżyło panowanie antychrystowe. W ogóle, z małemi wyjątkami, nie tyle Cezary ile tłuszcza podżegały do tych ucisków. Lud ciemny przypisywał wszystkie nieszczęścia chrześcijanom, i za lada pobudką, wołał i domagał się aby ich lwom na pożarcie wydano. W r. 201 Cezar Septym Sewer, znajdował się w Palestynie, z powodu nowego buntu żydów, i naówczas najsurowiéj zakazał poddanym swym, aby żydami lub chrześcijanami się nie czynili, jedną lub drugą wiarę przyjmując. Rozciągniono to i do już dawniej nawróconych. Prześladowanie było straszliwe, w Aleksandryi szczególniéj. Ś. Klemens Aleksandryjski, który na nie patrzał i widział męczeństwa zadawane, pisze, że krew męczenników płynęła jako wody źródła niewyczerpanego. Temu to prześladowaniu winniśmy najwspanialsze dwie obrony chrześcijaństwa, Tertuliana i Minuciusza Felixa: napisane bowiem były z tego powodu.
Szeregiem za tém idą inne prześladowania za Maxymina. Uwierzyć trudno, ale przyczyną ich były trzęsienia ziemi na Wschodzie, które czarom chrześcijan przypisywano. W tym czasie umęczony był ś. Ksawery, przyjaciel Origenesa.
Pomimo to wiara Chrystusowa rozszerzała się coraz więcéj, tak że Filipa Cezara posądzano już o jéj przyjęcie tajemne. Następca jego Decyusz, który go zabił, przez nienawiść dla poprzednika postanowił wytępić całkowicie chrześcijan. Krwawe edykta, ogłoszone po całém państwie, rozniosły po niém przestrach i zgrozę; męczeństwa były niezliczone, okrutne, barbarzyńskie do nie opisania. Szczególniéj ścigano duchownych, starszyznę, ludzi wyżéj położonych, zmuszając gwałtem wszelkiemi sposoby do apostazyi. Ś. Cyprian powiada: że na ten cel wymyślano męki, o jakich nigdy nikt wprzódy nie słyszał, i niestety, srogość ta istotnie wiele umysłów zastraszyła, wielu zmusiła uledz i zachwiać się, ale nie zachwiała wiary saméj.
Chwilą żałoby dla Kościoła i zgromadzenia wiernych było to przerażenie, spowodowane okrucieństwem prześladowania, w skutek którego mnóstwo słabszych, w obawie śmierci i męczarni, powróciło do pogaństwa.
Przestrach był tak wielki, że niektórzy, nie czekając aby ich zmuszano nawet, lub zapytywano, biegli składać bogom ofiary. „Żołnierzami zwyciężonemi bez walki“ nazywa ich ś. Cyprian. Znajdujemy smutne szczegóły z téj epoki o ludziach, co sami naglili urzędników, aby ich apostazyą co rychléj przyjęli. Ale jakiż terroryzm nie wyradza chwilowo tych samych skutków? Chrześcijańska wiara nie upadła przez to, nie zachwiała się, że kilku, a choćby i seciny wylękłych i osłabłych, zaparli się jéj i siebie samych spodlili. Tych odstępców zwano Lapsi, upadłemi, a Kościół wahał się długo, czy mógł ich nazad przyjąć na swe łono. Jedni byli za surowością nieubłaganą, drudzy za przebaczeniem; przeważyło zdanie ś. Cypriana, który z pewnemi nieustannemi ostrożnościami, nie odpychał powracających. Idąc za jego zdaniem, czyniono między niemi różnice, roztrząsając którzy upadli bez przymusu, z dobréj woli, lub pokonani zostali długą męczarnią. Trzy lata pokuty naznaczano za upadek ostatnim; wszyscy upadli musieli surową odbywać pokutę, i okazać poprawę.
Apostazya wszakże zapierała drogę do kapłaństwa na zawsze, a kapłani, którzy upadli, nie spełniali już swych obowiązków. Wielu z takich nieszczęśliwych, którzy się z Kościołem pojednali, szli potém z podwójną gorliwością na męczeństwa.
W żadnym razie nie przypuszczali chrześcijanie, aby z przekonaniami i sumieniem można było wchodzić w jakieś układy, kłamać czynem przeciwko myśli, co innego mówić i działać, dla uchronienia się od prześladowań, a zachować w sercu wiarę. Jedno z dwojga, albo człowiek trwał aż do męczeństwa, albo upadał aż do znikczemnienia; ludzi o twarzy podwójnéj, jakich dzisiejsze nasze obyczaje i obojętność przyjmują, nie znano naówczas jeszcze.
Ciekawy mamy dowód, jak podobnych ludzi uważano, w ś. Cyprianie. Znani oni byli pod nazwaniem libellatyków; albowiem nie składając ofiary, nie kadząc bałwanom, nie popełniwszy istotnie odstępstwa, wyrabiali sobie u Cezarów i urzędników za pieniądze świadectwa fałszywe, które ich broniły od prześladowań.
Te libelle cesarskie, poświadczające spełnienie nakazanego bałwochwalstwa, choć ono czynem nie było dokonane, zawsze dla pogan były zwycięztwem, a dla chrześcijan upadkiem; dla tego też ludzi, co się do takich środków uciekali, i pozyskiwali sobie świadectwa dobrze myślących i nieposzlakowanych, ś. Cyprian kładzie na równi z odstępcami.
Różne jeszcze stopnie tych libellatyków wymieniają, rozróżniając ich winę; ale w ogóle Kościół, w jakikolwiek bądź sposób zaparcie się prawdy, musiał potępiać jako fałsz i jako zdradę.
W czasie tych ucisków na Wschodzie, ś. Paweł Eremita uszedł na pustynie Tebaidy, i tu pierwszym był założycielem pustelni, późniéj rozszerzonych po całym świecie.
Toż samo działo się za Waleryana, chociaż wielu chrześcijan było nawet na jego dworze, a Denys Alexandryjski powiada, że dwór ten wyglądał jak kościół; ale wkrótce się to zmieniło. Marcyan nieprzyjaciel chrześcijan, zyskał jego zaufanie i skłonił go do prześladowania. Wydano edykt, zaczęto ścigać. Niedaleko Konstantyny w Afryce znaleźli niedawno oficerowie francuzcy na skale cały szereg imion męczenników, w tym czasie za wiarę zamordowanych.
Ciągnęło się to i za panowania Galliena, chociaż on sam chciał powstrzymać uciski; za Klaudyusza i za Aureljana, i w czasie sześciomiesięcznego bezkrólewia. Cóż dopiero powiedziéć o Dioklecyanie i Maxymjanie! Dioklecyan wahał się podobno długo z zaczęciem krwawego dzieła. Zrazu wydał tylko edykt odsądzający chrześcijan od praw obywatelskich, a raczéj od wszelkiego prawa, jakiego inni ludzie używali. Kazano zburzyć kościoły i spalić ich księgi. Potém drugim i trzecim edyktem do więzienia wtrącono i osądzono na śmierć tylko biskupów i duchownych, aż nareście wydany został czwarty, wymierzony na cały lud.
W drugim roku prześladowania Dioklecyanowego, została umęczoną Św. Agnieszka, dla któréj cześć w Kościele pierwiastkowym była tak rozpowszechnioną i wielką, iż niemal równała się czci apostołów. Mnóstwo wyobrażeń z godłami różnemi i jej imieniem znaleziono w katakombach; w pismach apologików i chrześcijańskich autorów, pełno jest wzmianek o niéj. W istocie ta dziewicza pełna wdzięku postać, życie Ś. Agnieszki, śmierć jéj, męczeństwo, musiały wielkie na umysłach uczynić wrażenie. Ś. Agnieszka była rzymianką, i jak się zdaje z rodziny znakomitéj. Od dzieciństwa poślubioną została Bogu i chciała pozostać w stanie panieńskim. Młody człowiek, zdaje się syn prefekta Rzymu, starał się o nią napróżno, a przez zemstę wydał ją jako chrześcijankę, mając nadzieję, że z obawy kary wyrzecze się religii i pójdzie za niego. Ale Ś. Agnieszka nie dała się przemódz ani groźbami, ani ohydnym środkiem, użytym przez pogan, którzy ją gniewnie rzucili między najwyuzdańszą tłuszczę. Na tém miejscu, gdzie 13 letnia dzieweczka pełna siły i męztwa bohatersko przetrwała próbę męczeńską, wznosi się dziś jéj kościół na placu Navone. Późniéj została świętą. Ciało jéj rodzice nieszczęśliwi uzyskawszy pochowali w grobie nad drogą Nowentańską, niedaleko murów Rzymu, i od niéj poczęła się pieczara, zwana katakombą Ś. Agnieszki.
Prześladowanie to jedno z najsroższych, chociaż się przeciągnęło za Maxymina, a nawet jeszcze za Konstantyna, dopóki rządził z nim wspólnie, było już ostatniém; Kościół zwyciężył i został uspokojony. Ale erą męczeńską najszczególniéj zowie się Dioklecyanowa, tak była straszliwą i okrutną.
W liczbie Cezarów prześladowców, którzy wydawali owe edykta i dozwalali spełniać okrucieństwa, wedle słusznéj uwagi Martigny’ego, są ludzie uchodzący w historyi za łagodnych, za dobroczynnych, za filozofów, jak Trajan, Marek Aureliusz, Antonin pobożny, nareszcie Aleksander Sewer. Czémże się więc to działo, że pod panowaniem tych ludzi, tak sławionych z dobroci, spełniano jednak okrucieństw tyle? To się tłómaczy łacno, naprzód fanatyzmem ludu, tłuszczy, którą gdy raz na chrześcijan oburzył Neron, powstałą jéj nienawiść do nich, podsycano ciągłemi potwarzami. Cokolwiek nieszczęśliwego zaszło w imperjum, jakeśmy mówili o trzęsieniu ziemi na Wschodzie; — czy Tybr wylał, czy posucha paliła pola, czy Nil opóźnił się z wylewem; czy głód przyszedł, czy zaraza; skupiano się w ulicach wołając; Christianos ad leones! (Chrześcijan lwom), bo oni mieli być wszystkiemu winni. Smutno jest dodać, że i filozofowie przyczyniali się do obudzenia nienawiści przeciwko chrześcijanom. Słynne są z tego imiona Celsa, Porfyrego, Arrjana, Frontina, Lucyana i Filostratesa. Chrześcijanie odbierali im chleb i powagę nauczycielską; dwie rzeczy, o które nawet filozofowie bić się gotowi.
Mamyż wystawiać jak rozliczne, jak srogie, jak nieludzkie były męczeństwa? Należy to do obrazu wieku. Materyały wszakże nie są liczne, gdyż za Djoklecyana niszczono księgi i akta; martyrologii nie wiele dawnych ocalało; ale pozostały żywe ślady, groby i narzędzia męczarni. Często męczenników spisać nie było podobna, bo ich bez sądu, nieliczonych, tłumnie, jak trzody gnano na śmierć. Ofiar było tyle, że grzebiąc je ledwie miano czas palmę narysować na wieku grobowém.
W jedném z prześladowań w Lyonie, o którém pisze Ś. Grzegorz Turonenski „tak wielka liczba chrześcijan została zabitą, że na placach i rynkach krew rzekami płynęła“. W Hiszpanii za Dioklecyana zdawało się że już ani jeden chrześcijanin nie pozostał; na kolumnach marmurowych kładziono napisy chlubiące się, że imie nawet chrześcijan zgładzoném zostało.
A jednak w chwili gdy tak pogaństwo tryumfowało, najbliżéj był Kościół zwycięztwa.
Świadectwa pisarzy chrześcijańskich nie dopuszczają wątpić, a katakomby w jednym tylko Rzymie dozwalają obrachowywać, ile to ofiar padło na rozległych przestrzeniach państwa rzymskiego, które cały prawie ówczesny świat ogarniało.
Poeta Prudencyusz, którego często przytaczamy, powiada o samym Rzymie. „Wysłowić niepodobna jak on jest pełen ciał męczenników, jak bogatym w święte zwłoki.” — „Imiona ich zapisane są w księdze żywota“, powiada martyrolog jeden. Indziéj nazwani są: tłumem białym (massa candida).
Obchodząc kościoły Rzymu, każdy z podróżnych, choćby tylko ciekawością wiedziony, zajrzeć może do tak zwanego: San Stefano Rotondo, na Monte Celio. Kościół ten krągły, podobny do świątyni i zbudowany w V. wieku ze szczątków dawnych świątyń, jest żywym jednym obrazem straszliwym wszystkich męczeństw wycierpianych za wiarę. Nie każdemu daném jest nawet wszystkie te malowania, otaczające kościół, obejrzéć, tak przerażające one robią w końcu wrażenie. Jest cóś niewysłowienie okropnego w tych kartach, z których każda coraz się okropniejszą wydaje; dusza słabnie, serce się ściska, głowa zawraca, naostatek ucieka człowiek pod wrażeniem tych scen, ścigany jest on ich widmem.
A jednak są to dzieje prawdziwe, są to przecierpiane męki, jest to historya chrześcijaństwa.
Obrazy te z rozkazu Grzegorza XIII wykonał dosyć dobry artysta Pomerancia, niektóre są Tempesty. Obaj oni studjowali, pod przewodnictwem x. Michała Jezuity, akta i martyrologie. Obrazy te są tylko wcieleniem opisów dawnych.
W dawnych téż kościołach, jak się okazuje ze wzmianek po różnych pismach, podobne obrazy się trafiały od VI wieku.
Jedne w końcu XVI wieku obrazy z kościoła S. Stefano Rotondo były sztychowane przez Tempesta, i służą za illustrację do ciekawego pisma Gallonio o męczeństwach. Były one w istocie tak okrutne, że ich wszystkich wymieniać niepodobna. Zawieszano jednych za nogi, za ręce, za włosy, i tak trzymano aż do skonania; bito i odzierano ze skóry żelaznemi szponami, które widzimy zachowane do dziś dnia w muzeum Watykanu; odrąbywano ciało kawałami, palono i pieczono w najróżniéjszy sposób, tarto i rozdzierano, jak Ś. Hipolita, który był roztargany końmi na sztuki, a krew jego oblała plac męczeństwa.
Było obyczajem chrześcijan, szczególniéj kobiét, że po tych krwawych ofiarach, nocą, z lampami szły na pola i zbierały najmniejsze szczątki zwłok, chustami i gąbkami krew wybierając przelaną.
Do niższych stopni duchownych należeli tak zwani Martyrarii, stróże grobów męczenników; szli oni przed pod-dyakonami. Papież Sylwester rozkazał, aby wszyscy chcący być uczestnikami wojującego Kościoła, poczynali od tego, żeby pełnili obowiązki odźwiernych, potém lektorów, potém exorcystów przez czas pewien, akolytów przez lat pięć, poddyakonów lat 5, stróżów męczenników lat 5, kapłanów lat 3, a dopiero potém mogli być wyniesionymi na biskupstwo.
Pozostaje nam jeszcze choćby napomknąć, w jaki sposób doszły do nas tradycye o męczennikach i cierpieniach Kościoła, nad których zatratą, jakeśmy to już mówili, ubolewał Prudencyusz. Nie ma bowiem wątpliwości, że poganie prześladując i nękając chrześcijan, chwaląc się że imię ich nawet zgładzili, starali się zatrzeć ślady, pamięć, imiona męczeńskich swych oflar. Kościół natomiast od pierwszych czasów starał się, czuwał, aby dzieje te najświetniejszéj jego epoki, przeszły do wiadomości przyszłych pokoleń. Wiemy naprzykład, że Ś. Klemens ofiarował siedmiu pisarzy do zbierania opisów akt męczeńskich, a Ś. Fabjan siedmiu poddyakonów dla nadzoru i sprawdzania tych dziejów.
Przywiązywano do tego taką wagę, że akta czasem spisywano na ołowianych sztabkach, które wkładano ze zwłokami do grobów. Tak wiemy, że Cyrus pewien spisany akt męczeństwa Leontiusza włożył z nim do grobu. Podobny znaleziono także przy zwłokach Ś. Walentyna, biskupa Padewskiego, a Roldelt daje rysunek ołowianego zwitka, który, gdy go rozwinąć chciano, cały się pokruszył, tak że choć litery były znaczne, wyczytać go już nie było podobna.
Pisarze którzy sobie mieli powierzoném zbieranie aktów podobnych, musieli to czynić kryjąc się, gdyż poganie karali ich za to srodze. Z prześladowania Neronowegɔ i innych, akta wszystkie prawie zniszczone zostały za Domicyana; późniéj książki chrześcijan i ich pomniki kazał spalić Dioklecyan. Ztądto do pierwszych trzech wieków zabytki te prawie całkiem zostały zgładzone.
Doszły nas tylko szczątki, a jednak i to jeszcze jak wymówne, jak straszliwe! Pierwszy Euzebiusz Pamfilus przedsięwziął zebrać akta męczenników i czerpał do nich ze wszystkich ówczesnych bibliotek.
W czasie napadu barbarzyńców na Rzym, zniszczone znòwu zostały wszelkie prawie księgozbiory i akta, i musiano w wiekach średnich poszukiwać ich na nowo, na Wschodzie i gdziekolwiek się uchowały. Nie będziemy wymieniać dzieł późniéjszych w tym przedmiocie już powszechniéj znanych, aż do Ruinart’a, który krytycznie obrobił i wydał akta pozostałe zbioru wielkiego Bollandystów, dotąd nieukończonego.
Akta najstarsze jakie nas doszły dzielą się: na opisy urzędowe, prokonsularnemi zwane, to jest oficyalne protokóły indagacyi i processu — i te są najautentyczniejsze, (jest ich dość wiele); na własne autobiograficzne opowiadania samych męczenników, które zwykle dokończali po ich zgonie świadkowie; na opisy przez notaryuszów ustanowionych sporządzane, i naostatek na treść processów i t. p.
Do własnych opowiadań autentycznych należy pamiętnik Ś. Perpetui i Felicyty, pomnik tak ciekawy, zajmujący, rozrzewniający, a noszący na sobie takie cechy niezmiennéj prawdy, iż go do najpiękniejszych dzieł tych czasów policzyć można.
W innych, kreślonych z opowiadań, ze słuchów czasem, mogły się wcisnąć niedokładności, omyłki; z tych to korzystając krytyka w epoce swéj młodzieńczéj drażliwości, nieraz odrzucała całość gdy szczegoł znalazła niedokładnym. Szczęściem tę gorączkę Baylów przeżyliśmy już; krytyka sprawdza, poszukuje, ale nie tak już dziś pragnie obalać i wywracać jak niegdyś. Jéj zadaniem prostować i szukać prawdy, nie burzyć.
Otóż w takich cierpieniach i boleści ukształcała się społeczność nowa. Prześladowanie skupiało ją, podnosiło ducha i mnożyło wiernych.
Wiemy czém było zepsute społeczeństwo pogan w ostatnich czasach; do jakiego stopnia rozpusty i bezbożności doszło ono za panowania Tyberyusza, Kaliguli, Nerona i jego następców. Samo jednak to rozerwanie wszystkich węzłów, wzgarda wszystkiego szlachetniejszego, zużycie się rozpustą, wycieńczyło ludzkość, która szalała, ale szalejąc czuła się nieszczęśliwą — i upadłą.
Odrodzenie nową wiarą znajdowało w tych znękanych nicością żywota biednych ludziach, namiętnych i rozpragnionych, gotowość tém większą do przyjęcia go, że po ludzku, aż do ostateczności wyczerpano wszystko a nie nasycono się niczém.
Nowa wiara przynosiła nie tylko objawienie nowego i jedynego Boga, ale całą nową zupełnie moralność, prostą, jedną, i połączoną z religją najsilniejszemi węzłami.
W religii pogan nie było związku pomiędzy nią a życiem; wiara była państwa podstawą, mistycznym węzłem który je sprzęgał; najwyższy władzca był razem arcykapłanem, choćby był Neronem, a bogów robiono z jego faworytów stajennych, jak Jacitatus, lub pokojowych, jak ów Antinous Cezara. Prawo świeckie kładło granice występku, cnota była dowolną i niczém nie nakazaną, a przynajmniéj przykład ubóstwianych postaci do niéj nie skłaniał. Tylko wyższe umysły i czystsze serca w starożytności, jak Sokrates, jak Plato, przeczuwali związek obowiązków moralnych człowieka z ideą Bóstwa i nadziemskiemi rzeczami.
Religia nowa burzyła całe bałwochwalstwo pogan, cały gmach ich mytologii, zlepionych z najdzikszych podań różnych narodów; potém wskazywała jedność Boga, szlachetny cel człowieka i zbliżanie się do niego; życie zaświatowe, a w ziemskiém, pole zasługi i próby. W całéj téj nowéj budowie była prostota, logika, związek, zamionujące prawdę, tak, że umysły co ją przeczuwały, olśnione się czuły tém światłem nowém, i jak Saul po chwilowéj ślepocie przejrzały dopiero. Nowy świat się odkrywał: ludzie braćmi, Bóg ojcem wszystkich, skruszone więzy niewoli, podniesienie ducha kosztem ciała, które wprzód całe w sobie zamykało życie.
Zastosowanie wielkich prawd do nowéj budowy społeczeństwa było łatwe, wypływało ono z nich samo. Nowy porządek nie burzył co było zdrowego; niszczył złe, oczyszczał a utwierdzał co przeczuciem zachowało się w ludziach dobrego.
Społeczność chrześcijańska, jakeśmy to już wspomnieli, składała się w pierwszych wiekach z najrozmaitszych żywiołów i narodowości, z ludzi téż wszystkich stanów i powołania. Od senatorów i mężów konsularnych, do wyzwoleńców i niewolników, skupiali się w niéj wszyscy, co do rzymskiego państwa ludności należeli. Widzimy chrześcijan na dworze Cezarów pełniących nawet wysokie urzędy i piastujących godności. Nauka chrześcijańska nie zabraniała im żadnego zajęcia, oprócz tych, które miały związek z bałwochwalstwem i jemu wprost posługiwały. Z tego powodu musieli się chrześcijanie wyrzec mnóstwa rzemiosł i powołań, które dotykały świątyń pogańskich, ich ozdób, i dostarczały materyałów do nich. Tak naprzykład: nie mógł żaden z nich być rzeźbiarzem i wyrabiać posągów bóstw, ani malować mytologicznych przedmiotów.
Mamy tego przykład, gdyż znalazł się właśnie nawrócony artysta rzeźbiarz, który się tém tłómaczył, że wprawdzie rzeźbił posągi, ale im czci nie oddawał. Na to prześliczną mu dał odpowiedź Tertulian: „Czcisz je, pisze, ty, co czynisz że je czczą drudzy; nie oddajesz im czci kadzidłem jakiéjś pospolitej ofiary, ale wonią siebie samego. Nie poświęcasz im życia zwierzęcia, ale własną duszę. Na ofiarę zarzynasz im twój gienjusz, a pot pracy twéj jest dla nich libacyą. Twego umysłu siła, oto kadzidło które spalasz przed niemi. Tyś więcéj dla nich niż kapłanem, bo oni ci winni, że kapłanów mają“.
Zakazaném więc było sprzedawać i kupczyć wszelkim przedmiotem do czci bałwanów potrzebnym, szczególniej kadzidłem. Oprócz tego zakazaną była chrześcijanom lichwa, powołanie skoczków, mimów, kuglarzy i komedyantów. Wiemy bowiem czém był teatr rzymski i jak ściśle dramat przesiąkł bałwochwalstwem. Było to naówczas konieczném.
Pomiędzy chrześcijany znajdujemy za to wielu pierwszych prawników, chociaż niewiadomo czy wyznający otwarcie nową wiarę mieli sobie dozwoloném spełnianie publiczne obowiązków rzeczniczych.
Imiona najznakomitsze chrześcijan juryskonsultów są: Minucjusz Felixa, który zostawił dyalog apologetyczny w obronie wiary; senatorów Hipolita i Apolonjusza, i tego Cajanusa, którego Konstantyn wybrał do swego boku. Wymieniają także chrześcijan lekarzy, jak Ś. Łukasz, Koźma i Damian, którzy ubogich leczyli szczególniéj. Napisów grobowych w katakombach z tytułami temi mnóstwo. Są lekarze zarazem kapłani; takiego jednego przywodzi nagrobek kardynał Wiseman.
Wielu także chrześcijan służyło w wojsku, gdyż wiara im tego nie wzbraniała, zalecając tylko aby nadużyć nie popełniali i płacą swą się zadawalniali. Całe nawet legje, jak Tebańska, składały się z samych chrześcijan niekiedy.
Ze słów Tertuliana, broniących chrześcijan od zarzutów że do niczego nie byli zdatni i że się nie trudnili interesami, widać że kupiectwo także nie było im obce. „My także mamy swe forum, mówi wymieniony pisarz, mamy swe targi, sklepy i jarmarki. I my téż kupcami jak wy być umiemy”. Ale gdzieindziéj dodaje, że kupcy chrześcijanie nie byli chciwymi i z serc miłosierdzia nie wygnali. Euzebiusz także pisze, iż pierwsi chrześcijanie nie wzgardzali ani rolnictwem ani handlem, ale we wszystkiém byli umiarkowanymi, unikając chciwości i żądzy zbytniéj zbogacenia się. Na dworach Cezarów, znajdujemy chrześcijan na rozmaitych posługach, jako pisarzy, sekretarzy (commentariensis), bibliotekarzy, posłańców, skarbników, pokojowych (cubicularii). Z tych pokojowców cezarskich wielu cierpiało męczeństwo, między innymi Hyacynt, Trajana pokojowiec, który przetrwawszy różne męki, z głodu umarł w więzieniu. Za Dioklecyana, Lucian starszy nad pokojowcami, których wielu nawrócił, także został skazanym.
Nazwania wyszukane różnych dworskich urzędów mnogie są na grobowcach męczenników. Spotykamy tam silenciaryuszów (silentiarii) rodzaj przybocznéj służby, stróżów cesarskiéj purpury, która się zwała aż świętą, vestis sacra! kursorów co biegali z listami; scrivarius’a archiwisty, i jednego princeps medicorum, naczelnego lekarza przy Cezarze i t. d. Wszystko to potwierdza tylko, że chrześcijaństwo wciskało się tam nawet, gdzie mu największe groziło niebezpieczeństwo, gdzie ono mogło być poczytywane za zdradę.
W Katakombach niezliczona jest rozmaitość wymienionych powołań różnych urzędników od poboru, rachmistrzów. Rękodzielników także nie brakuje, jako to, tarczowników, sprzedających purpurę, rzeźbiarzy, malarzy, kamieniarzy, garncarzy, grabarzy, których długi szereg znajdujemy w dziele uczonego Lami. X. Marchi i Kaw de Rossi z napisów dobyli ich więcéj jeszcze i zbogacili naukę starożytności całkiem nowemi odkryciami rzemiosł i handlów prawie nieznanych.
Godném jest uwagi, że najcięższych i najbiedniejszych rzemiosł i powołań musieli się podejmować chrześcijanie z powodu swego położenia i ubóstwa, i że ich z tego powodu Juvenalis zowie wyrazem cerdones, to jest przekupniami lichemi.
Na grobach w katakombach, oprócz napisów oznaczających rzemiosła, jakiemi się zmarli zajmowali, ryte są i malowane godła ich i znaki, narzędzia. Są to dziś nader ciekawe wizerunki, na których znajdujemy, naprzykład na grobowcu Entroposa, rzeźbiarza sarkofagów u Ś. Heleny, zajętego robotą tego grobowca w którym spoczywał. Na kamieniach pokrywających rzeźbiarzy, jako godła znajdują się rylec, pion i iglica; na grobach malarzy cyrkiel, igła i dwa pędzle; pisarza odznacza tabliczka, styl, pióra trzcinowe i t. p.
Już z listów Ś. Pawła i całéj Ewangelii widzimy jak u chrześcijan pojęte było małżeństwo, w tym właśnie czasie, gdy ta instytucya, na któréj spoczywa rodzina, od któréj zależy cały organizm społeczny, u Rzymian była tylko czczą formą, pokrywającą najzupełniejsze obyczajów rozprzężenie. Dość jest czytać Juvenalis’a aby się o tém przekonać. Dla odrodzenia społeczeństwa ten węzeł musiał być na nowo ściśniętym silniéj, — i u chrześcijan małżeństwo stało się sakramentem. W pismach ojców kościoła i historykach pierwszych wieków, widzimy chrześcijańską rodzinę taką, jaką ją Kościół utworzył; jest ona w istocie obrazem wzniosłéj i czystéj piękności pełnym. Ojcowie Kościoła i koncylja, natchnieni słowy Chrystusowemi i pismami Ś-go Pawła, określili jak najszczegółowiéj wzajemne obowiązki małżonków w rozmaitych życia okolicznościach, tak, aby między niemi pokój i zgoda niezachwiana panowały. Mąż powinien był być dla żony przyjacielem i opiekunem pełnym czułości; żona była mu uległą, ale ta uległość nie była niewolniczą; była w niéj i chrześcijańska pokora i serdeczna miłość. Z tém dwojgiem łatwą się ona stawała. Kościół chcąc uchronić w tych czasach ciężkich walki od wszelkich sporów rodzinę, nawet w rzeczach nie tyczących wiary i religii, dawał władzę mężowi do stanowczego rozstrzygania. Tak koncyljunm Arlezyjskie w r. 330 zastrzegło, że żona bez zezwolenia męża nie mogła iść do spowiedzi i odprawiać pokuty. X. Martigny przywodzi także koncyljum w Elwirze, które wzbraniało kobiétom bez wiedzy mężów pisania listów, odbierania ich, nawet w sprawach religijnych.
W historyi tych wieków przykłady małżeństw, które do prawdziwéj chrześcijańskiéj doszły doskonałości, są liczne. W wielu z nich, za wspólną zgodą, stosunki te kończyły się świętém a czystém braterstwenm. Pomników odnoszących się do pożycia małżeńskiego jest mnóstwo w katakombach, pełne są one czułości — pełne rzewnego smutku. Na szkłach także znajdowanych w katakombach, obrazy przedstawiające męczeństwa i śluby, w których Chrystus wieńczy parę, są dosyć pospolite. Był zwyczaj wieńczenia koronami przy ślubie, który się dziś tylko w kościele wschodnim zachował gdy we Francyi, starego rzymskiego obyczaju zabytkiem, nowożeńców rodzajem zasłony okrywają, a raczéj trzymają ją nad ich głową. Na grobach małżonków, pochowanych razem, dwa baranki, dwa gołębie skubiące winne grona, są zwykłém godłem. W Arles, we Francyi, przed dwudziestu laty odkryty sarkofag chrześcijański przedstawia całą historję małżonków w nim pochowanych; naprzód żołnierza z koniem; potém tegoż z kobiétą, (prośba o rękę) zaślubiny; daléj tegoż samego rycerza już starszego podającego rękę żonie. Obojga postacie stoją w środku sarkofagu. Na jednéj stronie jest napis: „Tych, których z cnoty równych, Pan wszechmogący złączył słodkim małżeństwa węzłem, grób zachowuje zwłoki do wieków ostatka. Cater vinci Severina cieszy się, że jest z tobą połączona w jednym grobie. Obyście za łaską Chrystusową, zmartwychwstali równie szczęśliwi.” Pełno jest wizerunków tego rodzaju na pomnikach. Na jednym z nich widać matkę karmiącą dziecię z napisem: „Żyj dla twych rodziców”, na innym ojca uczącego czytać synów; na innym jeszcze ojciec uczy śpiewu dziecię, a matka, może siostra, (Venerosa), wybija takt nogą. Napisy są choć w krótkich słowach często przejmujące uczuciem. Czytamy na jednym grobie: „Alicyi Sewerze, matce i karmicielce, najsłodszéj niewieście.” Na innym wspomniano, że biedna matka, dziecięcia swego, choć je odumarła w 6-ciu miesiącach, nigdy nie widziała: „Zostawiła syna, którego oblicza nie oglądała”.
Pochwały cnót na nagrobkach tych są lakoniczne, ale jeden tu wyraz więcėj mówi, niż gdyby ich było zbyt wiele: „Żyła bez sporu”. „Najczystsza z niewiast, najlepsza z towarzyszek” „Żyła ze mną w poszanowaniu i niezakłóconéj niczém zgodzie” i t. p.
Już z tego co poprzedza wnosić było można, jak staranném było wychowanie dzieci i ich stosunek do rodziców. Obyczaj stary, tradycye, sam duch chrześcijańskiéj nauki wymagał od nich poszanowania, posłuszeństwa, przez miłość łatwego, i nierozerwanego związku z rodziną, od któréj nawet już osobną stanowiąc, syn się jeszcze nie odrywał. Patryarchalna władza ojcowska trwała tyle co życie rodzica. Córka tylko przechodziła z domu idąc pod władzę męża i stanowiła nowe ogniwo tego łańcucha, który wiązał społeczność. Ale nie tylko dziećmi własnemi zajmowali się czynnie chrześcijanie, było ich obowiązkiem czuwać i opiekować się każdém dzieckiem sierotą, które rodziny było pozbawione. Chociaż od najpierwszych wieków znaną była u chrześcijan instytucya szpitali dla sierot, dla chorych, których chroniono od pogańskich xenodochiów Eskulapa, bo w nich się z pogańskiéj wiary obrzędami stykaćby musieli: Kościół wymógł od pojedynczych osób aby sieroty przyjmowały na wychowanie. Tak zwani alumni, przybrane dzieci, są na grobach i napisach wspominani bardzo często. Opiekunowie stawili groby alumnom, a alumni swym rodzicom przybranym — niektóre są pełne wdzięczności i uczucia.
Dzieci sieroty składano zwykle u drzwi kościołów głównych, a koncylja określały warunki, w których wiernym wolno je było przyjmować. Ten co się podejmował wychowywać sierotę, składał w ręce duchownych rodzaj pismiennego zobowiązania (epistola contestationis), wymieniając w niém wiek, dzień, miejsce gdzie ją znalazł, ażeby w przypadku odkrycia rodziców oddaną być im mogła. Późniéjsze nadużycia i potwarze rzucane na chrześcijan z powodu ich miłosierdzia, zmusiły w VI wieku obostrzyć formy tego przyjęcia; ogłaszano z ambony, lub od ołtarza, o każdém dziecku przyjętém, a potwarców miłosierdzia zrównano z zabójcami.
Chociaż w wiekach prześladowania, chrześcijanie od wszelkich praw nie tylko obywateli ale człowieka byli odsądzeni, i działalności ich równie prawo jak fantastyczne usposobienie tłumów stały na przeszkodzie; wcześnie jednak czuli oni potrzebę oświaty i zakładów, które by ją rozpowszechniały. Szkoły więc, o ile dozwolił ucisk, otwierano nietylko po miastach, ale przy wiejskich kościołach. Naówczas wszystko od kolebki do grobu koło nich się skupiało. Starożytnicy przypuszczają że uczono w baptysterjach, w budynku do chrztu odprawiania przeznaczonym, albo w innéj może części bazylik. W małych szkółkach nauka nie sięgała daleko, dawano początki; w wyższych, przy głównych katedrach, nauczano przedmiotów, jakie wówczas w innych zakładach tego rodzaju wykładano: grammatyki, retory ki, filozofii. Juljan Apostata, chcąc zabić chrześcijaństwo ciemnotą, zabronił nauk świeckich uczyć chrześcijan. Trudno uwierzyć żeby w XIX wieku oświatę z rozmysłem tamowano; ale Julian Apostata znalazł naśladowców.
Szkoły istniały od końca pierwszego wieku; o podobnéj pisząc historyk kościoła Euzebjusz pod r. 180, nazywa ją już starą. Mowa tu o szkole Aleksandryjskiéj która wielu znakomitych mężów wydała. Znane są szkoły w Rzymie, Konstantynopolu, Antyochii, Cezarei. Oprócz tych wielu biskupów i ludzi pobożnych nauczali prywatnie po domach. Późniéj ustanowiono szkoły osobne dla lektorów i śpiewaków kościelnych. Ale początkowo, to niewyczerpane miłosierdzie chrześcijańskie, które ożywiało wszystkich, najlepszą ze szkół było. Każdy się dzielił z dziecięciem nie tylko chlebem ale i nauką swą chętnie; nauczali rodzice, kapłani, bracia. Gorliwość o oświatę mogła jedna chrześcijanom zapewnić: zwycięztwo nad temi, których sofiści, retorowie, filozofowie, greccy argumentatorowie, aż nadto byli wykształconymi; trzeba było powagi, wymowy, nauki aby takich przeciwników zwyciężyć, nie tylko cnotą, ale słowem, które dla nich zrozumialszém było może od cnoty.
Dodam tu jeszcze słówko i o bibljotekach, mówiąc o oświacie. Gorliwość o nią obudzała do zbierania pomników pismiennych. Od najpierwszych lat, i w czasie najsroższych prześladowań, Ś. Aleksander, biskup Jerozolimski, zgromadził jedną z najgłówniejszych bibljotek, z któréj czerpał Euzebiusz. Wiemy o drugiéj w Cezarei, zebranéj przez Ś. Pamfila i darowanéj swemu kościołowi; liczono ją do 30,000 zwitów, a chociaż volumina pargaminowe ówczesne znacznie mniéj niż nasze tomy zawierały — zawsze był to zbiór na swój czas wielki.
Za Dioklecyana zniszczono wiele bibliotek chrześcijańskich, i akt tyczących się pierwszych wieków.
Większa część tych zbiorów przeznaczona była dla kształcenia duchownych i młodzieży, a składała się z nowego i starego Testamentu i wykładów, których mnóstwo zaginęło, z pism ojców kościoła, szczególniéj apologistów i obrońców jego, a naostatek i ze znakomitszych pisarzy starożytnych, nawet pogańskich, których gieniuszowi oddawano cześć należną, i często ich cytowano, a zbytnia i źle zrozumiana gorliwość nie wypędzała ich z półek. Nadto byli chrześcijanie pewni prawdy swéj i jéj wyższości, aby się współzawodnictwa obawiać mieli. Wiemy naprzykład, że biblioteka Orygenesa zawierała w sobie najstaranniéj kaligrafowane arcydzieła klassycznéj starożytności, których on z konieczności tylko musiał się pozbyć. Zbiór to być musiał znaczny i szacowny, gdy mu zań obowiązano się dożywotnie płacić po 4 obole dziennie. Ojcowie kościoła, znakomici pisarze chrześcijańscy pierwszych wieków, pełni są cytat z dzieł klassycznych; widoczna w nich i znajomość ich, i wykształcenie na nich. Gdy Juljan Apostata zakazał uczyć literatury świeckiéj chrześcijan, starano się na wzór klassyków stworzyć książki dla młodzieży, ale późniéj do nich samych powrócono. Zdaje się że od pierwszych wieków, przy każdym kościele była biblioteka, po lewéj stronie absidu, w tak zwanéj sekretaryi. Na drzwiach w jednéj z nich, napisał Ś. Paulin dwa wiersze, świadczące że była otwartą dla wszystkich wiernych.
„Jeśli kto z was ma święte pragnienia, rozmyślania nad prawem w tém miejscu przejąć się może księgami świętemi.”
W tych zbiorach leżał, jak świadczy Sidonius Apolinaris, Horacyusz obok Prudencyusza. Tolerancya była wielka, bo wiara była potężną. W wiekach to sceptycyzmu zazwyczaj rodzi się fanatyczna wyłączność, bo strach ogarnia, gdy własną wymierzy się słabość.
Winniśmy szczegóły te o biblijotekach uczonéj rozprawie Lami, wielekroć przez nas przywodzonéj. Wiemy z niéj, że lektorowie duchowni byli stróżami zbiorów, że księgi mogli brać nawet do domów, i t. p.
Biblioteki ciągnęły za sobą kaligrafów i przepisujących, którzy się zwali librarii, i dla ogółu wypisywali w całości, co stenografowie, których starożytni mieli tak dobrych jak my, w skróceniach zebrali. Takich pisarzy, pod różnemi nazwiskami, wspominają grobowce w katakombach. Na jednym z nich wyryto pugilares, styl i wiązkę piór, naówczas robionych ze trzciny. Przy każdym kościele były pisma święte, księgi liturgiczne, a w wieku X-ym noszono jako amulety ewangelie pisane. Wysoko ceniono pracę kopistów, a zasługę ich niemal równano z kaznodziejami; był to bowiem sposób rozpowszechnienia zdrowéj nauki. Wielu znakomitych ludzi, jak Ś. Pamfil męczennnik, Ś. Lucyan z Antyochii, byli wprzód kopistami nim zostali kapłanami. Późniéj w klasztorach było to zajęciem mnichów. Wiemy że w zgromadzeniach dziewic chrześcijańskich także się zatrudniano tą kaligrafią. Rzym miał nauczycieli pisania ozdobnego i poprawnego, i jest prawo Dioklecyana, które oznacza ich płacę za naukę. Potrzeba było pewnego stopnia wykształcenia, aby się temu powołaniu oddawać.
Wspomnieliśmy już o szpitalach. Wyraźne słowa Chrystusa nakazywały chrześcijanom jak najtroskliwszą nad ubogiemi pieczę, Chrystus sam porównał się do jednego z nędzarzy, i wyrzekł: że co im daném będzie, jakoby jemu daném było. Kościół téż zajmował się zawsze ze szczególną pieczołowitością ubogiemi. Osobna instytucya w łonie społeczności téj czynna, nieutsannie czuwała nad zapomożeniem nędzy. Dyakonowie nad mężczyznami, Dyakonessy nad kobietami, mieli powierzoną opiekę nad kalekami i choremi.
Codziennie Dyakonowie i Dyakonessy szli szukając tych, którzyby pomocy potrzebować mogli, i zawiadamiali o nich biskupa, który w towarzystwie kapłana, udawał się potém sam, odwiedzając nędzarzy i chorych.
To miłosierdzie niewyczerpane, było istotném bogactwem Kościoła. W trzecim wieku dyakon Wawrzyniec Św., którego prefekt zmuszał aby mu odkrył skarby, jakie miały być u niego złożone, pokazał przed kościołem tłum starców zgrzybiałych, ślepych, niemych, kaleków, trędowatych, sierot i wdów z całego zebranych miasta. „Oto są, rzekł, skarby nasze.”
W czasie prześladowań, gdy się ukrywać musiano z miłosierdziem nawet, Dyakonowie odwiedzali ubogich po mieszkaniach. Późniéj za Konstantyna już, można było zakładać szpitale, rosocomia. Obowiązkiem było biskupów budować je i zarządzać niemi: stawiano je w pobliżu ich mieszkań, i zwyczaj ten przetrwał aż do średnich wieków. Szpitale te inaczéj, a daleko miléj dla biednych, niż dzisiejsze urządzonemi były; wiemy o tém z Prokopa, iż nie budowano jednego gmachu, w którymby się cisnęli po celach ubodzy, ale stawiano dla nich pojedyncze domki i chatki, w których mieszkali. Budowano liczbę tych domków taką, jaka dla biednych była potrzebną. Szpitale wyglądały jak małe mieściny. Takie pod Cezareą wzniósł Ś. Bazyli, a Ś. Jan Złotousty w Konstantynopolu. Przy tych osadach ubogich, zwykle mieścili się lekarze.
Przyjmowano do nich nie tylko chorych i ubóstwo miejscowe, ale obcych i pielgrzymów, co nazwisko xenodochiów tłómaczy. Szpitale jednak tego rodzaju, głównie na Wschodzie były we zwyczaju; na Zachodzie, zamiast nich, biskupie mieszkania były przytułkiem ubogich. Ś. Augustyn, jak wiemy, zasiadał do stołu ze swemi ubogiemi i choremi.
Biskupi jednak w czasach wielkiego trudu i pracy, z pomnożeniem się społeczeństwa i liczby chorych i ubogich, musieli zdać opiekę nad szpitalami i instytucyami miłosierdzia, osobnym do tego postanowionym urzędnikom, którzy się zwali prefektami. Godłem szpitalów, które długo i u nas zachowano, był Duch Święty; jego opiece powierzano je wyłączniéj.
Mieli téż chrześcijanie i swoje łaźnie odrębne. U starożytnych używanie łaźni i kąpieli, było aż do przesady upowszechnioném; nie obchodził się bez nich nawet najuboższy lud, dla którego bogatsi zakłady tworzyli, gdzie kąpiel umyślnie jak najtańsza była. Bogaci nadużywali łaźni wytwornych. Klimat gorący, strój jakiego używano, czynił kąpiel hygieniczną potrzebą, i stawała się ona późniéj nałogiem. Rzymianie brali kąpiele codziennie, i przesiadywali w nich długo. Thermy zawierały w sobie to wszystko, czego można było do wygody wymagać, i całe dnie w nich téż spędzano. Chrześcijanom naganiano zbyteczne roskoszowanie się w kąpielach, ale obejść się bez nich całkowicie nie było podobna. Wiemy z Euzebiusza, że w czasach prześladowania, niemożebność używania kąpieli, uważała się za jedną z najcięższych prywacyi. Tertulian pisze: „Nie kąpię się w nocy o saturnaliach, abym nie stracił nocy i dnia; kąpię się w godzinie przyzwoitéj i dogodnéj, abym ciepło krwi utrzymał. Dość być zlodowaciałym i bladym, gdy mnie po śmierci mojéj obmyją.” Ś. Augustyn po zgonie śwéj matki, dla uśmierzenia boleści, musiał wziąć kąpiel.
Oprócz kąpieli dla zdrowia, były i te we zwyczaju, które można nazwać oczyszczeniem, przed obrzędami religijnemi, przed chrztem naprzykład, przed uroczystości wielkich obchodem dla kapłanów. Przy kościołach były urządzone dla nich łaźnie, a także i przy cmentarzach. Taka łaźnia liturgiczna w szczątkach z pierwszych czasów, pozostała dotąd w Puzzoli pod Neapolem. Niektóre przyozdabiano dosyć wytwornie, a zwykle założycielami ich byli biskupi.
Z tego pobieżnego zarysu, widzimy, że nawet w czasach najcięższych, chrześcijańska nauka wydała czynem świadectwo swojéj siły odradzającéj. Już przed Konstantynem i uspokojeniem Kościoła, zrodziły się w niéj zarodki tych instytucyi, które do utrzymania społeczności, z jéj charakterem nowym, nieodzownie były potrzebne. Głównie uderzać musi to, że cała ludzkość ochrzczona, czuła się jedną, solidarną, obowiązaną do wspólnéj pomocy, i choć się hierarchicznie dzieliła, łączyła się bratersko przed ołtarzem, jednym łamiąc się chlebem. Widzimy już opiekę nad sierotami, nad wdowami, nad ubóstwem; chętne udzielanie się nie z nakazu, ale przez miłość, zamożniejszych dla biednych; szpitale, domy przytułku, szkoły, biblioteki, towarzystwa wzajemnéj pomocy, ratunek dla więźniów i prześladowanych; słowem miłość braterską w czynie, zastosowaniu, gorącą, niezmordowaną. Czy dziś zaszliśmy daléj na téj drodze, czy zacofaliśmy się pod parciem egoizmu pogańskiego, jest przynajmniéj wątpliwém.
Dziełom naszym dobroczynnym, jakkolwiek rozumniéj określonym, brak może tego nacechowania, tego ciepła serdecznego, które samo wartość im nadać może.
Chrześcijanie stronili pilnie od zabaw i biesiad pogańskich, ale mieli je téż pomiędzy sobą. Ze wszystkich zaś tych uczt najmilszemi pobożnemu spółeczeństwu były obchody dni uroczystych, pamiątkowych, odnawiające żywo wspomnienie wielkich wypadków, które nowy świat stworzyły.
Te dni świąteczne, (które i my po dziś dzień jeszcze obchodzimy tradycyjnie, z obrzędami jakie im towarzyszyły od wieków), już w bardzo dawnych czasach, naprzód dobrowolnie przez pobożne uczucia, potém z prawa kościelnego ustanowionemi były jako uroczystości.
Przebieżymy je wedle następstwa miesięcy, mówiąc tylko o świętach nieruchomych. Najpierwszém z nich, w Styczniu dnia 1-go obchodzoném, od którego my Nowy Rok poczynamy, było święto obrzezania Chrystusa, ustanowione przez Leona Wielkiego, papieża.
Ten dzień, który poganie poświęcali Janusowi, uświęconym został pamiątką Chrystusową dla zatarcia wspomnienia bałwochwalczych obrzędów. Aż do IX wieku był zwyczaj dzień ten obchodzić postem.
Dnia 6 go Stycznia, przypada Epifania, czyli Objawienie. Oprócz pamiątki hołdu trzech króli, złożonego Nowonarodzonemu, dzień ten uważa się za rocznicę chrztu Chrystusowego w Jordanie, i ztąd pochodzą obrzędy zachowujące się we wschodnim kościele, święcenia wody i kąpieli w wodzie poświęconéj. Dzień ten obchodzono bardzo uroczyście zawsze w obu kościołach, wschodnim i zachodnim. Bardzo ciekawą jest wzmianka o Epifanii w pogańskim pisarzu Amianie Marcellinie, który wspomina, że to święto obchodził w Vienne Juljan Apostata, który już był chrześcijańską wiarę porzucił, ale powierzchownie jeszcze zachowywał jéj zwyczaje.
Oprócz hołdu Trzech Króli i chrztu Chrystusa, na dzień ten przypada jeszcze i pamiątka godów w Kanie Galilejskiéj. Od IV-go wieku w ten dzień obchodzono razem trzy święta, a w kościołach Afryki, jak pisze Ś. Augustyn, dodawano jeszcze czwartą pamiątkę, pomnożenia chlebów na puszczy.
Od IV-go i V-go wieku, w dzień ten zwykle odbywano chrzty neofitów. Na pamiątkę godów w Kanie, Grecy mieli zwyczaj iść w nocy poprzedzającéj święto Epifanii, o północku czerpać ze źródeł wodę, która się niezepsuta lat kilka zachowywała.
W ten dzień biskupi mieli zwyczaj rozsyłać listy pasterskie, oznajmujące wiernym, którego dnia święto Wielkiéj Nocy w roku tym obchodzone być miało.
W Lutym przypadały: Oczyszczenie, dnia 2-go, z którém łączyło się spotkanie Symeona z Chrystusem w świątyni; ztąd dawne nazwanie dnia tego Hipopante (Spotkanie). Święto to jest bardzo starożytne; znajdujemy o niém wzmianki w IV wieku. Litanje śpiewane i procesye są także obyczajem dawnym.
W Marcu, dnia 25-go, obchodzono Zwiastowanie N. P. Maryi, zwane także Initium Redemptionis: (Początek odkupienia). Odnoszą to święto Bollandyści do czasów apostolskich. W IV wieku już jasne są dowody że je obchodzono, ale w innym dniu, na Wschodzie.
Dnia 3-go Maja przypada Znalezienie Krzyża Ś-go, ustanowione w początkach VIII wieku u katolików łacińskich, późniéj jeszcze u Greków.
Nie podpada wątpliwości fakt zņalezienia krzyża przez Ś. Helenę, matkę Konstantyna. Ś. Cyryll Jerozolimski pisze w IV wieku, że świat już był pełen szczątków tych i relikwii.
Obchodzono także w Maju święto Konstantyna i Heleny, które nie we wszystkich się kościołach zachowało. Dawniéj było ono uroczystością wielką, a Konstantyn i Helena zwali się od Boga uwieńczonemi, — Teosteptus, i równemi apostołom — Isoapostolos. Obchodzą to święto jeszcze w Czechach, Flandryi, w Grecyi, Kalabryi, i w Neapolu.
W Czerwcu, dnia 21, Ś-go Jana Chrzciciela, bardzo starożytne. Ś. Augustyn uważa je za jedno z najdawniejszych. W niektórych kościołach dawniéj odprawiano w dzień ten po trzy msze, jak na Boże Narodzenie; był téż zwyczaj odbywania chrztów.
Święto Piotra i Pawła apostołów, dnia 29-go Czerwca, od II-go wieku stale święconém było. Wspomina o niém Prudencyusz. Z najdalszych stron pielgrzymi na ten dzień śpieszyli do Rzymu. Papież odprawiał dwie msze, jedną u Ś. Piotra, drugą u Ś. Pawła, nad drogą Ostyjską.
Dnia 25-go, a późniéj 26-go Lipca, obchodzono pamiątkę Ś. Anny, którą także razem z Joachimem święcono dnia 9-go Września.
Dnia 6-go Sierpnia, Przemienienie Pańskie — święto nie starsze nad wiek X, a przyjęte powszechnie dopiero w XV wieku.
Wniebowzięcie, dnia 15-go Sierpnia, jest jedném z najstarożytniejszych, ale obchodzono je początkowo dnia 18-go Stycznia, a przeniesiono na Sierpień w VI wieku. W najstarszych martyrologach o téj uroczystości są wzmianki.
We Wrześniu, dnia 8-go, Narodzenie N. Panny, nie dawniejszém jest nad wiek VIII.
Od IV-go wieku obchodzono Podwyższenie Krzyża Ś. dnia 14, na pamiątkę widzenia Konstantyna.
W Październiku nie mamy żadnego znaczniejszego święta nieruchomego.
W Listopadzie, dzień WW. Świętych poczęto uroczyście święcić za Bonifacego IV. Ustanowienie tego dnia nastąpiło z powodu obrócenia Panteonu rzymskiego na kościół chrześcijański, poświęcony Bogu prawdziwemu, N. Pannie i wszystkim męczennikom i wyznawcom. Jest to prześliczna świątynia starożytna, na placu della Rotonde, między Corso i piazza Navone, którą wystawił Agryppa, zięć Augusta, na lat 26 przed erą naszą, a która się przez 1592 lat, mimo wielu drobnych zmian, zachowała całą i z charakterem dawnych świątyń.
Dnia 2-go Listopada Kościół święci pamięć wszystkich zmarłych chrześcijan. Już w Tertulianie i innych pisarzach pierwszych wieków są wzmianki o obchodzie Zaduszek, wedle starożytnego obyczaju, a zatém z czasów apostolskich pochodzącego.
Ś. Augustyn pisze w swéj xiędze o pieczy nad zmarłemi, iż Kościół postanowił modlitwy i wspomnienie powszechne, bez wypowiedzenia żadnego imienia, za wszystkich zmarłych w spółeczności chrześciańskiéj i katolickiéj, aby ci, co nie mają rodziny, dzieci, krewnych i przyjaciół, coby się za nich modlili, od wspólnéj dobréj Macierzy posługę tę odebrali.
W kościele wschodnim dzień zaduszny obchodzono podobno co piątek. Dopiero od X wieku dzień umarłych oznaczono na 2-go Listopada.
W Grudniu przypada Narodzenie Pańskie, dnia 25, wedle stałéj tradycyi kościelnéj. W téj mierze jednak, chociaż najpowszechniéj przyjętą jest data 25-go Grudnia, były w początku różnice zdań. Kościoły w Azyi obchodziły to święto późniéj, w dniu 6-go Stycznia, a nawet 19-go lub 20-go Kwietnia. Od IV-go wieku zgodziły się dopiero na 25-go Grudnia. Było to zawsze jedno z najuroczystszych świąt roku. Dzień ten zwano Natale. Rozpoczynano obchód już za czasów Ś. Augustyna nocą, w wigilją, i wszyscy wierni obowiązani byli znajdować się w kościele głównym, a wzbronione były osobne nabożeństwa po kaplicach i kościołkach wiejskich. Biskup odprawiał liturgję, od czego u nas jéj nazwanie Pasterki. Wszyscy przystępowali do kommunii pod karą trzech lat exkomuniki t. j. wyłączenia z Kościoła.
Najstarsze xięgi liturgiczne mają już trzy msze na ten dzień oznaczone, chociaż nie we wszystkich kościołach. Od XIV i XV wieku zwyczaj się ten upowszechnił.
W dzień Bożego Narodzenia sługi uwalniano od ich obowiązków zwykłych; post był surowo zakazanym, ale zarówno i widowiska.
Od IV-go wieku, na drugi dzień po Bożém Narodzeniu, obchodzono pamiątkę Ś. Szczepana Męczennika, następnie Ś. Jana Ewangelisty. W niektórych kościołach kapłanie odprawiali po dwie msze w ten dzień.
Naostatek, we trzy dni po Bożém Narodzeniu, przypadało święto Młodzianków. W Menologu greckim i liturgii Ethiopskiéj liczba ich podaną jest na 15, 000. Kościół pamięć ich miał zawsze w wielkiém poszanowaniu, ale niewiadomo kiedy dzień ten mianowicie został oznaczonym. Obchód tego dnia był uroczysty, ale smutny i żałobny. W kościele Te Deum, Alleluja, i inne radosne formy nie brzmiały dnia tego. W średnich wiekach przyłączyły się zabobonne obchody.
Uroczystość Wielkiéj Nocy, zwykle w dawnym Kościele nie dniem jednym, ale obchodzono w dniach piętnastu, obemujących wspomnienia: wydania Chrystusa, sądu, męczeństwa i zmartwychwstania.
Rozróżniano w tych dniach piętnastu dwie Paschy: Paschę męczeńską, Pascha Staurosimon, i Paschę chwały, Zmartwychwstanie, Anastasimon.
Wiadomo wszystkim, że o dzień, w którym się Wielkanoc obchodzić była powinna, kościoły gorące zrazu wiodły spory, w których szczegóły wchodzić nie możemy. Koncylium Nicejskie w IV wieku ostatecznie ten spór rozstrzygnęło, nakazując obchodzenie Zmartwychwstania w niedzielę najbliższą po 14-tym dniu nowiu marcowego. Dzień to był wesela, i niedziela ta nazywała się Niedzielą Radośną, Dominica Gaudii.
O rannym brzasku wierni zbiegali się do kościoła i ściskali się całując bratersko, przy wymawianiu słów: Surrexit Dominus de Sepulcro (powstał Pan z grobu). U Greków obyczaj ten się zachował. Biskup uroczystą mszę odprawiał, a gdy się obrócił dyakon do ludu mówiąc: Venite populi — przyjdźcie ludy, wszyscy szli do stołu Pańskiego. W dni te Cezarowie wypuszczali więźniów na wolność i przebaczali skazanym, z wyjątkiem kilku najcięższych zbrodniarzy; uwalniano także niewolników, a choć wszystkie sądy były zamknięte, tylko oswobodzenie ich przyjmowały w te dni. Chrześcijanie rozdawali obfite jałmużny. Konstantyn po całém państwie rzymskiém rozsyłał bogate dary.
Święto Zesłania Ducha Św. — Pentecostes, oznaczało całe 50 dni od Wielkiéj Nocy, do dnia Ducha Ś-go, i w tém rozumieniu jest początkowo używane. Cały bowiem ten przeciąg czasu był jakby jedném świętem i weselem. Spędzano go na czytaniu i rozważaniu akt apostolskich; niewolno było pościć i modlić się klęcząc, tak samo jak w niedzielę nie klęczano także przy modlitwie.
Koncylium Nicejskie postanowiło to wyraźnie, mówiąc: „Są osoby, które uginają kolana w dzień Niedzielny, i w dnie Zielonych Świąt. Zdało się właściwém świętemu Koncylium, aby we wszystkich kościołach panował obyczaj jeden, postanowić, aby w te dni ofiarowano Bogu modlitwę stojąc.”
Nie było to jednak powszechnie przyjętém w Afryce i w Syryi.
W dnie te 50, nie wolno było sprawiać igrzysk, widowisk cyrkowych i. t. p. Wprawdzie sądy odbywały swe czynności, i praca ręczna zakazaną nie była.
Kończył się ten peryod dni 50, w dniu zesłania Ducha Świętego.
W najdawniejszych czasach obchodzono ten dzień tak uroczyście jak Wielkanoc. O szóstéj godzinie nocy, (to jest około północy) zbierali się do kościoła wierni i katechumeni, którym w nocy Biskup chrzest administrował. Zaczynało się nabożeństwo od nauki dla katechumenów, trzech litanii jak w sobotę; potém święcono świecę, chrzcielnicę, i udzielano chrzest. To było nabożeństwo nocne, po którém następowała msza św. W wielu kościołach obyczaj był w czasie mszy św. sypać z góry na kościół kwiaty, oznaczające dary Ducha Św., lub maleńkie zapalone kawałeczki przędziwa, ulatujące w powietrzu.
Są to mniéj więcéj wszystkie starożytniejsze uroczystości naszego Kościoła.
W czasach prześladowania, gdy chrześcijanie ukrywać się musieli, a szło o to wielce, aby nie podać na złośliwe pośmiewisko nauki Chrystusowéj, musiano zachowywać tajemnicę jak największą, i przy nawróceniach nawet, stopniowo dopiero i powolnie odkrywać najważniejsze prawdy.
Z potwarzy, jakie miotano niedorzecznie, widać, że rzadko tajemnica została zdradzoną.
Dla tego nawet Katecheci i Neofici, którzy objawili chęć przyjęcia wiary, z ogólnych tylko poznając ją zasad, nie byli od razu całkiem wtajemniczani. Nie mówiono im nic o wielkiéj tajemnicy, o sakramencie Eucharystyi, i dopiero ochrzczonych do niéj przypuszczano. Tajemnica Trójcy Świętéj należała téż do ukrywanych, i dopiero przy chrzcie objaśnianych. Ś. Cyryll Jerozolimski powiada: „Nigdy żadnemu z pogan nie mówiono o tajemnicy wielkiéj Ojca, Syna i Ducha Św. Nie mówimy o tém nawet otwarcie przed katechumenami, ale mówimy w sposób taki, aby wtajemniczeni nas zrozumieli, a nieprzypuszczeni przedwcześnie nie domyślali się.”
Przygotowanych także dopiero uczono Ojcze nasz. (Modlitwy Pańskiéj).
Stosowało się to do sakramentów; w ogóle zaś, o czém profanom nie wolno było wiedzieć, o tém téż w czasach prześladowania nie pisano.
Szczególniéj wielka tajemnica Eucharystyi była pilnie strzeżoną; a katechumenów dopiero po wyprobowaniu, do zgromadzenia wiernych i wspólnéj ofiary dopuszczano, tak, że w czasie mszy wychodzili po pewnéj jéj części i reszcie przytomnymi być nie mieli prawa. Stosuje się to, jakeśmy rzekli, do wszystkich sakramentów.
W malowaniach téż, rzeźbach, obrazach pierwszych wieków, wszystko jest tak obmyślane, aby poganin nawet wypadkiem je znalazłszy, nic z nich dowiedzieć się nie mógł; wszystko było w symbolach, znakach pewnych, lub scenach allegorycznych.




Odczyt Czwarty i Ostatni.

Tych słów akt apostolskich: „A mnóstwa wierzących było serce jedno i dusza jedna, ani żaden z nich to co miał, swém nazywał, ale im było wszystko wspólne” (Dzieje Apost. IV. 32), dosyć jest, aby mieć wyobrażenie jak pierwsi chrześcijanie pojmowali swe obowiązki braterskie. Podstawą nowéj nauki była miłość, i ona téż całkiem nowy, nawet w poganach obudzający podziwienie i zachwyt, nadawała charakter społeczeństwu. Wolimy przywodzić znakomite powagą świadectwa tych czasów, niż starać się odmalować ten obraz idealny. „Między nami, pisze Tertuljan w Apologii — posiadamy skarb wspólny, jest to skarb miłosierdzia; z niego nie bierzemy nic na uczty, na napoje, na obrzydliwe zbytki; używamy go na wspomożenie biednych, na pogrzeby, i dla chłopców i dziewcząt pozbawionych rodziców i wszelkiego mienia, dla sług podstarzałych, dla rozbitków, dla pracujących po kopalniach, po wyspach odległych i więzieniach, tylko za wiarę świętą, któréj są dziećmi”.
Nawet poganie zmuszeni byli uznawać niekiedy to cudowne urządzenie chrześcijan, przejętych miłosierdziem. W liście Plinjusza do Trajana, i w innych pisarzach starożytnych, są o tém wyrażone oczywiste świadectwa.
Kościół, który wówczas jedno składał z całém stowarzyszeniem i niém zarządzał, miał szczególną pieczę i utrzymywał kosztem wspólnym, naprzód duchownych, którym niewolno było pełnić żadnych innych oprócz do ich stanu przywiązanych obowiązków; powtóre więźniów za wiarę cierpiących. Jak tylko który z chrześcijan został pochwyconym, natychmiast tłumy mężczyzn i kobiet zbiegały się do ciemnicy tego, który już był cierpieniem ubłogosławiony i wyznawcy przybierał charakter; polecano się jego modlitwom i opiece; wciskano się, przekupując stróżów, do więźniów, aby ucałować kajdany, aby służyć im i przynosić czego potrzebowali, pocieszać i ducha podtrzymywać. Jeśli jedno zgromadzenie do kościoła należące nie wystarczało na potrzeby tego rodzaju, zgłaszano się do innych, które w pomoc przychodziły.
Oprócz więźniów utrzymywano kaleków i niemogących pracować. Czuwano nad tém. I tak Ś. Cypryan dowiedziawszy się że w pewném mieście w Afryce znajdował się nieszczęśliwy, który przed nawróceniem swém zajmował się teatralném kuglarstwem, a potém zniedołężniały i w nędzy dawać musiał młodym chłopakom lekcye dawnéj swéj sztuki, pisał do biskupa Eukracjusza, przypominając mu, iż obowiązkiem było kościoła swym kosztem go utrzymywać, a jeśliby nie byli w stanie, żądał aby go odesłano do Kartaginy.
Utrzymywano jeszcze chorych, których bracia powinni byli odwiedzać, pocieszać i opatrywać ich potrzeby. Nawet w czasie morów i zaraz obowiązek ten spełniano ściśle, nie uważając na własne niebezpieczeństwo. W ostatku wdowy także i sieroty były na koszcie zgromadzenia i Kościoła, który się najgorliwiéj zajmował niemi. W listach Ś. Jakóba znajdujemy te słowa: „Nabożeństwo czyste i niepokalane u Boga, to jest: nawiedzać sieroty i wdowy w ubóstwie ich, a zachowywać niezmazanych od tego świata” (1. 27).
Świat chrześcijański postępował wedle tego przepisu, a poganie zaprzeczyć temu nie mogąc, starali się najgorszemi tłómaczyć to pobudkami. Dzieci męczenników były naturalnie drogą po nich spuścizną, i wszyscy pragnęli zajmować się ich losem.
Obcy, wygnańcy, pielgrzymi chrześcijanie, także gościnnie byli przyjmowani, a w potrzebie utrzymywani przez zgromadzenia chrześcijańskie. W pierwszych wiekach było nawet obyczajem, wedle naszego przysłowia: „Gość w dom, Bóg w dom“, umywać nogi przybyłym, sadzić ich na pierwszém miejscu, i obcych sercem witać braterskiém.
Często już przywodzony Tertuljan, w którego pismach tyle pozostało ważnych dla dziejów tych czasów skazówek, dowodząc jak kobiécie chrześcijance trudno być żoną poganina, dodaje: „Któryż z pogan dopuści aby żona jego błąkała się po ciemnych drożynach, zaglądała do najuboższych chatek, wstawała po nocach dla znajdowania się na zgromadzeniach pobożnych, nosiła wodę dla umywania nóg świętych — i dozwoliłby aby w domu swym gościnnie przyjmowała chrześcijan?” Były to więc wyraźne obowiązki kobiéty. Wykupywano niewolników chrześcijan składkami z niewoli barbarzyńców, a niektórzy prawdziwym cnoty cudem, w wieku naszym niepojętym może, szli za nich dzwigać niewolę i kajdany. Czyn ten wzmiankuje Ś. Klemens (Epist. ad Corintt. N. IV).
Widać z wielu pism iż skazani do prac w kopalniach, musieli mieć życie bardzo ciężkie, gdyż wzbudzali litość, któréj wyraz jest miarą ich cierpienia. Starano się im nieść ulgę wszelkiemi sposobami. List dziękczynny skazanych do kopalni chrześcijan do Ś-go Cypryana, pełen rzewnego uczucia, dochował się, świadcząc o jego dobroczynności. Chrześcijanie ze szczególną gorliwością pamiętali o braciach tych skazanych aż do ostatka prześladowania Kościoła.
Potrzebujemy jednak dodać tu, iż nauka chrześcijańska ofiary wszelkie o tyle tylko uznawała cennemi, o ile one były dobrowolne. Z samych zasad wynika, iż miłość ani czynne miłosierdzie nakazaném, wymaganém być nie może – nakazane nie miałoby wartości. Religja kształci i ulepsza tylko człowieka, tak aby do czynów był zdolnym. Kościół téż nie sięgał nigdy po cudze mienie, ani kiedykolwiek wspólności dóbr pożądał. W ojcach Kościoła są tego dowody wątpliwości nie zostawiające: „Każdy, pisze Tertuljan, przynosi co miesiąc swój skromny đatek, w miarę swéj możności; nikt nie jest do tego zmuszanym; zupełna w tém swoboda i dobra wola“.
Kościół, jak słusznie uważa jeden z nowszych w tym przedmiocie pisarzy, nie marzył o zupełném wyplenieniu ubóstwa, gdyż pojmował, że ono jest w najszczęśliwszym bycie narodu i społeczności nieuniknione, wynikając z nierówności sił materyalnych i umysłowych; starał się tylko osłodzić byt nieszczęśliwych i wywiązać się z tego braterstwa, które było naówczas cechą znamionującą społeczeństwo pierwotne.
Gdyśmy tu wyraz ten braterstwo napomknęli, musimy jeszcze obszerniéj wykazać różnicę pojęć chrześcijaństwa w tym względzie i jego właściwy charakter.
Pojęcie obowiązków braterstwa nie obce było żydom, ale u nich ograniczało się w daleko ciaśniejszym obrębie, stosując tylko do członków jednego pokolenia. Dla chrześcijan wszyscy bez różnicy byli braćmi. „Z prawa natury naszéj wspólnéj matki, pisze Tertuljan, my i waszemi jesteśmy braćmi, chociaż wy niezupełnymi jesteście ludźmi, a braćmi niedobrymi.“.
Laktancjusz, Ś. Justyn, i inni pisarze chrześcijańscy, najdokładniéj powtarzają to, że wyjątku z braterstwa tego nie czyniono dla nikogo. Ale braterstwo społeczności chrześcijańskiéj było ściślejsze. Minuciusz Felix w swéj apologii tak się wyraża: „Jeśliśmy wspólną ku sobie miłością przejęci, nie uskarżajcie się na to; my nienawidziéć nie umiemy; — jeśli się między nami nazywami braćmi, nie bądźcie zazdrośni; nie mamyż jednego ojca-Boga? nie jesteśmyż dziedzicami jednych nadziei? Co do was, wy się po żadnym znaku poznać nie możecie; nieustannie pożerają was nienawiści wzajemne, i w ojcobójstwach tylko poznać wasze braterstwo!“
Na świat ów pogański, tak zobojętniały samolubnie, w którym żądza używania nieustannie rodziła nadużycia, skutek wywrzeć musiała osłupiający ta nauka miłości dobrowolnéj, zaparcia się siebie.
Chrzest był pierwszém godłem braterstwa chrześcijan, — w nim obcy przybrani rodzice stawali, przyjmując dziecię w imieniu całéj społeczności, ręcząc za nie i podejmując się jego przyszłości. Odtąd nowy brat stawał się członkiem rodziny wielkiéj; późniéj Kościół przyłączał go do wspólnéj ofiary i uczty Bożéj.
Nazwanie braćmi było powszechnie użytém w pierwszych wiekach. Kościół zwano Kościołem braci „Ecclesia Fratrum“. Męczennicy i męczennice wołając się temi imionami szli na śmierć. Ale właśnie ten ścisły związek nowéj wiary dał powód do najpoczwarniejszych na chrześcijan potwarzy.
W napisach grobowych po katakombach imie brata jest częstém dosyć; a z greckiego Adelphius, Adelfus, imie oznaczające braterstwo, należy do najużywańszych w tych wiekach. Jak dalece rozciągało się to braterstwo, jak nadzwyczajną była chrześcijan uczynność, chęć wspomożenia, gościnność, wnosić można i z przepisów pozostałych i z przykładów. W téj apologetyce Tertuljana, która jest najwymówniéjszym obrazem chrześcijaństwa w jego kolebce, jest ustęp przecudny o tych braterskich obowiązków spełnieniu, które zazdrość bałwochwalców fałszywie, obelżywie sobie tłómaczyła „Te to dzieła miłosierdzia jątrzą najgwałtowniéj niektórych z was przeciwko nam. Patrzcie, mówią, jak oni miłują się między sobą, jak gotowi wszyscy jedni za drugich umierać! Ganią zaś dla tego tylko że się zowiemy braćmi, bo u nich wszelka oznaka pokrewieństwa, jest oznaką udanego przywiązania. Nas to co posiadamy łączy jako braci; was to co macie rozdziela. Tak jest, my łącząc serca i dusze nasze, w jedno téż i mienie nasze składamy“.
Lucjan satyryk, który ciekawie i niespokojnie badał obyczaje chrześcijan, aby się z nich wyśmiewać lub fałszywie tłómaczyć, mówi szeroko o ich szczodrobliwości, którą rozrzutnością nazywa, dla tych szczególniéj z któremi chrześcijanie są w zgodzie co do pojęć religijnych i zasad. Opisuje bardzo dokładnie, a jako poganin podejrzanym być nie może, z jak wielkiém staraniem przyjmowali u siebie tych, co im jaką usługę wyrządzili; z jaką gorliwością dostarczali im wszelkich pomocy do odbywania podróży. Szczegóły te znajdują się u Lucjana przy opisie przygód sławnego oszusta niejakiego Peregrina, który zostawszy neofitą, dawszy się ochrzcić, wysiedziawszy jakiś czas w więzieniu za wiarę, ale podstępnie, bo był w zmowie z urzędnikami i po prostu tém, co się nazywa agentem prowokacyjnym, nadużywał długo dobréj wiary i miłosierdzia chrześcijan; wyłudzał od nich co chciał, ale naostatek został odkryty i sromotnie wypędzony. Późniéj awanturnik ten spalił się publicznie na igrzyskach olimpijskich, a Lucjan, jak sam pisze, był tego świadkiem.
Lucjan, szydząc z chrześcijan, mimowolnie oddaje im sprawiedliwość, i choćby rad ich potępić, chwali. Cnoty te nowe dla pogan przecież tak uderzały Juljana, zwanego Apostatą, że chciał je do odrodzonego nowego bałwochwalstwa wcielić, czując ich piękność. Sozomenes przywodzi cały list Juljana do Arzacesa, wielkiego ofiarnika w Galacyi, w którym mu zaleca: aby cudzoziemcami się opiekował, żeby domy dla przyjmowania ich budować kazał, i za przykład mu daje chrześcijan, przypisując rozszerzanie się ich wiary miłosierdziu dla obcych, poszanowaniu dla ciał zmarłych i powadze obyczajów, którą wszakże nazwał hypokryzyą i obłudą — bo nie mógł inaczéj. W tém się nie mylił Juljan że cnotom swym pierwsi chrześcijanie krzewienie się wiary byli winni, ale cnoty te wypływały z nauki, do któréj nie były „przyszyte“, jak chciał Apostata, ale z niéj jako ze źródła szły najprostszą logiką.
Gościnność, nawet dla obcych, była obowiązkiem wszystkich chrześcijan, ale szczególniéj biskupów, których domy były gospodą i szpitalem otwartym. Ś. Chryzostom tak mówi o gościnności biskupa swego Flawjana (w jedném z kazań): „Dom jego, jakby na ten użytek był mu w spuźciźnie od przodków dany — zawsze jest otwartym dla obcych i podróżnych. Wszyscy którzy gdziekolwiekbądź cierpią prześladowanie, ci co się gromadzą ku obronie prawdy, znajdują w nim chętną gościnę; a dostarcza się im tak dobrze wszystkiego, czego tylko potrzebować i czém usłużeni być mogą, że niewiadomo czy dom ten domem biskupa, czy ich domem nazywać? Co mówię? tém bardziéj jego jest własnym, że należy do obcych; bo wszystko co naszém jest, tém więcéj jest nasze, im wspólniejsze nam z braćmi. Najlepszy sposób zachowania pieniędzy, jest złożyć je w dłoń ubogiego“.
Takaż sama gościnność późniéj była obowiązkiem klasztorów. Ale że obcy przybysze przypuszczani byli i do modlitw i do ofiary, a oszustwa i zdrady takie jak Peregrina nieraz się trafiały; musiano dla tego przedsiębrać pewne środki ostrożności. To téż chrześcijanin w podróży musiał mieć zaświadczenie swego zgromadzenia kościoła do którego należał, a raczéj listy polecające. Juljan Apostata, w cytowanym liście do Arzacesa, wspomina o tych listach polecających (tessera), które chrześcijan wszędzie czyniły braćmi. Listy te, jak się zdaje, z obawy ażeby nie zostały pochwycone i nie gubiły tych, co je mieli przy sobie, pisane były charakterami umówionemi, rodzajem klucza, zrozumiałego tylko chrześcijanom; były to litterae formatue. Tessera (znaki umówione) służyły do porozumiewania się, tak, aby nieprzyjaciele podchwycić nie mogli. Do takich tesserów należą i monogramy chrześcijańskie i godła, jak np. ryba, baranek, i t. p. Takie tessery, dające wstęp wszędzie do gospód chrześcijańskich, znajdowano po katakombach, pisane znakami tajemniczemi. Bardzo ciekawą tesserę tego rodzaju opisuje Boldetti, znalezioną w chrześcijańskim grobie. Jest to z kości słoniowéj przedmiot kształtu pół-jaja, na płaskiéj stronie jego są dwa popiersia męzkie z monogrammem Chrystusa, a w około na brzegu zewnętrznym napis: „Dignitas amicorum vivat cum tuis feliciter.“ Jest to godło-tessera przyjacielska, która się tłómaczy obyczajem starożytnych przedwiecznym, a w naszych także podaniach przypominającym się, który jeden ze scholjastów dawnych Eurypidesa wzmiankuje. „Podróżni, pisze, którzy w domu jakim byli gościnnie przyjęci, nim go opuścili, mieli zwyczaj rozłamywać tesserę, i brali jéj z sobą połowę, druga zaś zostawała gospodarzowi, tak, że gdy później kiedy spotykali się znowu, oni albo ich dzieci, naówczas ta połowa tessery służyła do poznania się i była dla nich już węzłem“.
Takie tessery z kości słoniowéj, kostki a raczéj laseczki długawe, na których imiona były wypisane, zwały się u greków symbolon; znane są one z wykopalisk różnych, a Rich daje jednéj rysunek. Plaut w jednéj ze swych sztuk (Pacnulus, Akt 5. Sc. 2;) wystawia syna przybranego Antidamasa, Agorastoklesa, którego po tesserze poznaje Hammon Kartagińczyk.
Agorastokles. Jeślić to prawda, że szukacie syna przybranego Antidamasa, tom ja jest ten, którego szukacie. Hammnon. Hm? cóż to ja słyszę! Agorastokles. Co? żem jest synem Antidamasa. Hammnon. A jeśli tak jest, to sprawdzmyż kostkę gościnności, bom ją właśnie przyniósł. Agor. A no, więc ją pokażcie. Tak jest, to ona! mam podobną w domu. H. O! gospodarzu mój! witam cię sercem całém; bo ojciec wasz, jeśli Antidamas jest waszym ojcem — był gościem moim; ta kostka gościnności została pomiędzy nami podzieloną. A. Więc mieszkanie mieć będziecie u mnie, bo się nie zaparłem praw gościnności“.
Znakiem także żywym, po którym się poznawali chrześcijanie, było powtórzenie Credo, Symbolon; ale go nie noszono na piśmie, tylko z pamięci odmawiano.
W więzieniach, gdy potrzeba było pocieszać uwięzionych, nieść im pomoc i radę, a wszędzie obawiano się zdrady, musiano znaków umówionych używać, aż uwięziony dał wiarę temu, który się do niego docisnął. Jeden taki bronzowy znaczek, którego napis jest niezrozumiały, ale na nim jest mały krzyżyk, a w dole wizerunek jakby Daniela pomiędzy lwami, gwiazda i księżyc — przywodzi Fabretti. X. Martigny bardzo zręcznie napis tego znaczku tłómaczy, jako zawierający słowa zachęty.
„A stań przeciwko śmierci jako żołnierz mężny“.
Gdybyśmy o życiu pełném prostoty tych pierwszych lat nie mieli żadnych szczegółów, jużbyśmy je, zdaje się, z tego co dotąd znamy — odgadnąć mogli.
Do szczególnych potwarzy na chrześcijan dały powody wspólne ich religijne a skromne uczty, o których powiemy zaraz obszerniéj.
W katakombach, z niejakiem podziwieniem spotyka się bardzo często obrazy przedstawiające stoły i biesiadników przy nich; na grobowcach trafiają się rzeźby podobne; z początku wszyscy niemal starożytnicy brali je za przedstawienia uczt chrześcijańskich braterskich, zwanych agapami, dopóki X. Polidori nie nadał im wcale innego znaczenia, które teraz powszechnie przyjęto.
X. Polidori uważa słusznie, że na cmentarzach i grobach przedstawiano tylko te przedmioty, które obrazem przyszłego a nie przeszłego życia mogły wlewać pociechę w serca. Agapy zaś nie miały związku z tém żadnego.
Uczty więc owe malowane i rzeźbione tak często są wyobrażeniem nie tych chrześcijańskich biesiad, ale uczty w niebiosach, owego posiłku, refrigerium, które w nich się spodziewano osiągnąć.
Okazuje się to i z tego, że w ucztach przedstawianych tylko chleb i wino widać na stołach, w agapach zaś podawano i mięso, — jak również ze wspaniałości i przepychu idealnych tych obrazów, którego w ubogiém życiu braci chrześcijan nie było, zwłaszcza w tych wiekach sroższego prześladowania, z którego one pochodzą.
Inne uczty w katakombach przedstawiają figurycznie Eucharystją, lub jéj instytucyą w wieczerniku.
Nazwanie agape, z greckiego, oznacza miłość i miłosierdzie (charitas). Tém imieniem zwały się uczty braci chrześcijan, poprzedzające w dawnym Kościele wspólną kommunję. Zwyczaj ten najdłużéj, bo przez kilka wieków utrzymał się w Afryce. Dla nadużyć jednak zaraz w początku je zreformowano.
Niektórzy badacze zwyczaj tych uczt chcieli wywodzić od rzymskich styp po pogrzebach, ale pewniejszą jest rzeczą że pochodzą raczéj od podobnych uczt, także pogrzebowych, u żydów także zastawianych jako „chleb boleści i kielich pociechy“. Dawano je dla tych co towarzyszyli obrzędowi. W ucztach, agapami zwanych, o których są wzmianki liczne w pisarzach pierwszych wieków, zastawiano chleb, wino i rozmaite potrawy, które bogatsi przynosili dla siebie i dla ubogich, dzieląc się z niemi jako braćmi. Idea bractwa stworzyła uczty owe. Zwykle odbywały się one w wieczerniku, w domu prywatnym nawróconego majętniejszego, — dla rozłamania chleba; — późniéj, w czasach prześladowania, zgromadzano się na nie w katakombach, u grobów męczenników, naostatek w bazylikach i oratoryach.
Wyraźne jest zastrzeżenie, że niewolno było agapów odbywać bez biskupa lub kapłana. To téż w pierwszych trzech wiekach żadnych nie było nadużyć; obraz ich cudownie piękny daje Apologetyka Tertuljana (K. 39) To także braterstwo łączyło w nich ludzi klass wszystkich, bez różnicy; wszyscy téż czuli się równemi, panowała w nich zgoda i miłość.
Łatwo się dają pojąć potwarze, któremi obrzucano chrześcijan z powodu tych skromnych biesiad braterskich, gdy przypomnimy jeden jeszcze obyczaj przez nich używany, który i w innych życia wypadkach był znamieniem braterstwa, zgody i miłości. Jest to pocałunek pokoju, pocałunek święty, którym chrześcijanie witali się i żegnali. Należał on do obrzędów religijnych przy agapach, chrzcinach i zaręczynach. Ś. Chryzostom w jednéj ze swoich homilii tak określa czém był ów pocałunek święty.
„Co znaczy pocałunek święty? Jest nim ten, którego fałsz i chytrość nie zatruwają, jak pocałunek Judasza dany Chrystusowi. Dany nam jest pocałunek jako pobudka do miłosierdzia, aby w nas rozpromieniał przywiązanie wzajemne, abyśmy się kochali jako bracia, jako dzieci kochają rodziców swoich, a miłością gorętszą jeszcze. Tam kochać każe natura, tu pobudza Łaska“.
W uroczystych obchodach mszy zachował się dotąd ów święty pocałunek pokoju, w czasie którego i świeccy, znajdujący się w kościele, całowali się, kobiéty z kobiétami, mężczyzni między sobą; gdyż w kościołach płcie były podzielone, co się i dziś w wielu miejscach zachowywać zwykło. To téż pocałunek poprzedzał zawsze niemal chwilę ostatnią męczeństwa; wyprowadzani na plac tłumnie chrześcijanie żegnali się nim przed zgonem. Wstrzymywano się od obrządku pocałowania przy mszy świętéj w dnie żałoby, w tygodniu przedwielkanocnym, jako od znaku radości i pokoju. Wszyscy przytomni na znak braterstwa całowali zwykle dziecię ochrzczone. X. Martigny przywodzi z tego powodu ciekawą anegdotę, ze Ś-go Cypryana listów wyjętą. Za jego czasów biskup jeden, imieniem Fidus, utrzymywał że nie godziło się dzieci chrzcić przed ósmym dniem po narodzeniu, bo były jeszcze czerwone i nieczyste, i bez wstrętu nie̟można im było dać pocałunku. Na to odpowiedział Ś. Cypryan, że „wszystko jest czystém dla czystych, a nikt nie ma prawa tém się brzydzić, co Bóg stworzył.“
Pocałunek i połączenie prawych rąk należały do obrzędu zaręczyn chrześcijaństwa, bo w pocałunku świętym, nietylko nie było nic zdrożnego, ale przywiązywano do niego znaczenie religijne. W kościele wschodnim obyczaje te się zachowały; katolicki surowszy daleko, zakazał ich, aby przy ostygnięciu ducha nie były powodem zgorszenia.
Agapy obchodzono w święta męczenników (agapes natalitiae), z powodu małżeństw i pogrzebów (funerales), w święta kościelne. Były one skromne i miarkowane w pierwszych wiekach, bo je duch jeszcze gorętszy ożywiał, a prześladowanie zawieszone nad głowami wszystkich od wszelkiego nadużycia wstrzymywało. Późniéj, gdy Kościół został oswobodzony, uznano je szkodliwemi. Bywały przykłady niewstrzemięźliwości, zakazano więc je odbywać po kościołach; a naostatek ustały one zupełnie, chociaż z podania o nich, w obyczajach narodów chrześcijańskich, pozostały ślady, które u nas w wigilją Bożego narodzenia, w święta Wielkiéj Nocy jeszcze przypominają te uczty. Jest nawet obyczajem do łamania opłatka, to jest do tego, co w agapach zwało się łamaniem chleba, wzywać sługi i wszystkich domowych, tak jak na wielkanoc ze wszystkiemi dzielić się jajkiem święconém. Niewątpliwie jest to u nas zachowana pamiątka agapów świątecznych.
Z tych jednak uczt niewinnych w sobie, a zbliżających ludzi, wiążących ich z sobą, powstały takie potwarze na chrześcijan, tak szkaradne wymysły, iż się wstrzymywać od nich musiano. Mówiliśmy już iż w katakombach są wyobrażenia agapów, ale idealnych w niebiosach.
Jako żywą pozostałość tych uczt mamy w zbiorach starożytności kielichy w nich używane, z wyobrażeniami świętych, godłami chrześcijańskiemi i napisami, których dosyć znaczną ilość poznajdywano w katakombach. Są to kielichy w różnych świętach i przy weselach lub pogrzebach, do picia na cześć tego, któremu uczta poświęconą była, używane i stosownemi napisami opatrzone. Na kielichach pogrzebowych są godła zmartwychwstania, na ślubnych małżeńskie pary. Wyobrażenia te i napisy są zwykle na dnie ich wyryte, a same naczynia mają kształt pater, płaskawy. Brzegi mało w których się zachowały, ale na dnie są właśnie napisy i obrazy, wykonane na blaszkach złotych, ujętych między dwa listki szkła. Piękniejsze z tych naczyń z napisami greckiemi, wykonane być musiały przez greckich artystów. Napisy są rodzajem aklamacyi, wykrzyknień: „Żyj w imię Laurencjusza“! albo „Żyj duszo miła!“ (Dulcis anima vivas).
Uczty zwyczajne chrześcijan, były jak całe ich życie, skromne. Tertuljan tłómacząc się z zarzutów zbytku i rozwiązłości, które na nich miotano, powiada: „Ưczty nasze są na religii oparte. Nie dopuszczamy na nich ani upodlenia, ani nieskromności. Nie siadamy do stołu nie odmówiwszy modlitwy. Jemy tyle, ile potrzeba dla opędzenia głodu. Pijemy, ile ludziom skromnym przystoi. Jemy nie tracąc z uwagi, że w nocy mamy Boga chwalić; rozmawiamy, pomnąc że Bóg nas słucha. Obmywszy ręce, zapaliwszy światła, zachęcamy każdego do śpiewania chwały bożéj, albo wedle pisma świętego lub z własnego natchnienia. Z tego przekonać się można, jak piliśmy. Modlitwa kończy ucztę.“ — Aby nie być narażonym na podzielanie zbytków, jakim ulegali poganie, unikano należenia do ich uczt, a w trzecim wieku biskup Marcjalis został złożony z dostojeństwa, za to, że się zapomniał i był jednéj uczcie przytomnym.
Nadzwyczajna wstrzemięźliwość była cechą chrześcijan; wiemy z żywotów i akt, że wielu z nich ograniczało się jadłem jak najskromniejszém. Ś. Mateusz nie tykał mięsa, Ś. Jakób żył chlebem i wodą, Ś. Piotr, wedle tradycyi, fasolą, Ś. Paweł, jak widać z jego pism, nie jadł mięsa i nie pił wina. Poeta Prudencjusz, który tak wierny maluje obraz swych czasów, powiada: „Narodom niepokonanym, przystało się karmić mięsem zabitych zwierząt; naszym pokarmem zioła; ziarna pożywne roślin wielu nasycają nas niewinnie“. Wymienia jeszcze mleko, ser, miỏd z Attyki i słodkie owoce ogrodów. Ponieważ uczty odbywały się najczęściéj u grobów męczeńskich, samo miejsce zmuszało do wstrzemięźliwości. Lucjan szydząc sobie z chrześcijan, przezywa ich, „wybladłemi“ (katochriomenoi). Za każdym kielichem, który wychylano, był zwyczaj wspominać imię Chrystusa, chociażby pito wodę. Te okrzyki są na dnie naczyń ryte; znaczą one: Żyj w Chrystusie, Pij w pokoju bożym! i t. p.
Na bardzo ciekawym ale znanym powszechnie fresku w katakombie ŚŚ. Marcellina i Piotra, jest wystawiona uczta podobna do uczt starożytnych: stół w półkole, (w sigma) a na mniejszym drugim stoliczku są potrawy, pieczony, niewiadomo czy baranek, i noże. Na ziemi stoi amfora z winem. Za stołem siedzi trzy osoby, w pośrodku kobiéta; wszyscy, nie jak był zwyczaj u pogan, siedzący są, nie leżący. Chrześcijanie nie jadali leżąc, uważano to za zniewieściałość pogańską. Po końcach stołu siedzą także dwie kobiéty, zapewne do usług przeznaczone. Po nad głowami dwóch biesiadników są wypisane imiona kobiét — Agape, która miała mięszać wino z wodą, i Irene, która miała wodę ogrzaną przynosić. Godne uwagi są imiona Agape i Irene, znaczą — miłość i pokój. Znaczenie tego obrazu, któremu drugi podobny przywodzi p. de Rossi, jest trudném do wytłómaczenia, z pewnością; jednak samo miejsce cmentarne, w którém je znaleziono, wskazuje, że ono być musiało relgijne, pod formą dla pogan niewtajemniczonych — niezrozumiałą.
Zbytek i rozwiązłość obyczajów rzymskich, tak silnie odmalowane w satyrykach ostatnich czasów, obudzając obrzydliwość w chrześcijanach, nie dopuszczały nadużyć w ogóle w napoju i jadłach. Uczty wspólne z ubogiemi, liczne, nie mogły być bardzo wytworne; zresztą widzimy umartwienie ciała przyjęte jako zasadę, i powszechny zwyczaj postów.
Obok idei, która post dla chrześcijanina czyniła obowiązującym, jakże przypuścić potém sybarytyzm i nadużycie?.
Posty zrodziły się razem z wiarą i Kościołem. Najstarszym z nich był czterdziestodniowy, poprzedzający Paschę; a następnie szły wigilje i suche dni.
Surowe niezmiernie były posty pierwotne; niektórzy wstrzymywali się nawet od wody. Chorym tylko wolno było złamać post rzeźwiąc się nią. O nonach dopiero, to jest około 3-éj z południa, wolno było jeść, i to tylko raz jeden. Postne potrawy składał chleb i jarzyny, od mięsa i wina się wstrzymywano. W IV-ym wieku używano suchych owoców. U Greków, na cały 40-sto dniowy post przepisana była xerofagja, to jest same pokarmy suche. Jest to nasz post z suchotami. W VII-ym wieku na Zachodzie zaczęto używać ryb, a niekiedy ptastwa wodnego.
Nie chcąc się nad tém rozszerzać, dodamy tylko ciekawszych kilka szczegółów. Na Wschodzie, w czasie 40-stu dni postu, niedziele i soboty były z niego wyjęte; na Zachodzie nie poszczono czwartków.
W pierwszym Kościele przywiązywano wielką wagę do tego, aby w poście jeść tylko raz na dzień. Wypływało to z obyczajów dawnych Rzymian, którzy dopiero wieczorem zasiadali do stołu, a dzień cały poświęcali pracy lub próżnowaniu pracowitemu, jak dziś jeszcze na Zachodzie. Salvian przypomina ostry obyczaj dawnych Rzymian i ich życie surowe temi słowy: „Czyż przodkowie jęczeli i uskarżali się na to swe życie oszczędne i proste, gdy pożywali nędzny i gruby posiłek u tego ogniska, przy którém go sami sobie zgotowali, i gdy im nie było wolno jeść wprzódy aż wieczorem?“
Z tego to obyczaju rzymskiego, dzisiejszy obiadowania późnego pozostał w wielu krajach. U nas w Wigilją i w Wielki Czwartek także zasiadano do stołu dopiero wieczorem.
U Rzymian, tych co ucztowali za dnia, Cenzorowie notowali jako ludzi złych obyczajów. Ale w ciągu dnia wolno było przekąsić (prendere) zjeść nieco. Były to prandicula, śniadanka, które stojący pożywano, nie jak wieczorne, leżąc. Chrześcijanie, którzy z razu w dnie postne raz jedli wieczorem, późniéj zmienili to na południe. Od V-go wieku, oprócz tych południowych obiadów postnych, Kościół wchodząc w to, iż przy pracy nawet kapłanom trudno było dotrwać do drugiego południa, dozwolił lekkiego posiłku wieczorem.
W ogóle post był prawem, ale i tu, jak w jałmużnie, tylko wola własna i poczucie jego potrzeby, mogły mu nadawać wartość. Im człowiek był pobożniejszym, a naostatek silniejszym, tém cięższe zadawał sobie umartwienia.
Co się tyczy ubrania, zdaje się że pierwsi chrześcijanie nie różnili się w niczém od pogan... Pewne jednak szczegóły warte są wzmianki. W ogóle mężczyzni chodzili z głową odkrytą, kobiety — w zasłonach, wyjątki są bardzo rzadkie, jak wzmianka w aktach Ś. Dydyma, który nakrył głowę czapką Pileus, wchodząc do domu, z którego wyrwać chciał dziewicę Teodorę. W ogóle nakrycia głowy, jeśli jakie były w użyciu, to z pewnością skromne i jak najmniéj pokaźne. Mężczyzni nosili włosy krótko ucięte, kobiéty je zapuszczały; przyczynę tego dają słowa Ś. Pawła w jednym z jego listów. Krótkie włosy wyraźnie odróżniały pierwszych chrześcijan, a w poemacie swym Prudencyusz pisze, że nawrócony Cypryan obciął pukle, które mu wprzódy na ramiona spadały. Włosy długie uważały się za oznakę zniewieściałości. Mogły być wyjątki zapewne ale w ogólności noszono włosy krótkie, brodę długą. Zmianę jéj kształtów uważano za rzecz naturze jéj przeciwną, może za naganne tém, że zdradzało jakieś, zbytnie staranie.
W czasie modlitwy szczególniéj i obrzędów uroczystszych, niewiasty miały głowy osłonione; nie wychodziły téż z domu bez zasłony. W obrazach w katakombach wszystkie modlące się kobiéty są z głowami zakrytemi, a te co siedzą przy stołach, ucztach, mają włosy zwykle podniesione i w dwa pukle przypięte nad czołem.
Obcinać włosów kobiécie nie było wolno; Ś. Paweł nazwał je zasłoną daną przez Boga.
Na niektórych wizerunkach świętych niewiast, spotyka się rodzaj ozdoby na głowie, mitry (mitella), która miała być oznaką pobożnych i życiu świętemu szczególniéj oddanych, lub poświęconych Bogu. Nosiły ją i dziewice, ale daleko mniéj ozdobną (flammeum virginale). Matron zaś były i wytworniejsze i kosztowniejsze. Widać ze współczesnych, iż w II-gim i III-cim wieku zakradał się częściowo zbytek w ubiorach, który karcono. Tertuljan nazywał te zbyt poprzystrajane głowy, „głowami na targ wystawionemi”. W inném miejscu na trefione włosy woła: „Na co te wasze włosy wiecznie tak męczycie?” Nareszcie jedno z Koncyljów w Elwirze, wzbroniło chrześcjankom nawróconym, lub katechumenkom, używania viros cinerarios, to jest, mówiąc dzisiejszym językiem, fryzjerów, którzy włosy trefili.
Ubranie składało się z tuniki, która była razem koszulą i wdziewała się na ciało. Niekiedy obszyta ona bywała dziwnie pasami purpurowemi; bywała bez rękawów (colobium), lub z niemi. Na tę koszulę, wełnianą zwykle, wdziewano pallium, płaszcz; w domu go nie noszono, ale do wyjścia tylko. W obrazach katakombowych, mężczyzni i kobiéty jak skoro są przy uczcie, w domu, mają tylko tunikę.
Pallium, płaszcz nie przez wszystkich noszony, szczególniéj odznaczał osoby poważne, surowego życia. Tak nam w trzewikach i płaszczach malują wedle tradycyi Apostołów. Tunika była niemal zawsze białą a płaszcz koloru ciemnego, oboje wełniane; jedwabnych i purpurowych płaszczów zakazywano.... Noszenie ich było nadużyciem.
Wprawdzie na obrazach starych i na mozaikach z V i VI wieku, Chrystus, Święci i Błogosławieni przedstawieni są w szatach ozdobnych, wyszywanych, wysadzanych, bramowanych złotem, ale się to tłómaczy ich apoteozą. W istocie strój skromny, prosty i ubogi był oznaką chrześcijan.
Do ubioru w podróży należy jeszcze penula, inny rodzaj płaszcza, okrągłego, który się wkładał na głowę przez otwór okrągły w pośrodku; zwykle bywał on sukienny.
Ubior kobiét mało co się różnił od męzkiego. Tunika, to jest suknia wkładana na ciało, zwała się stola, płaszcz pallo; oboje były proste i niewyszukane, ale z materyi lżejszych i cieńszych. Niektóre z dziewic zapewne, chcac się okazać powierzchownie równie silnemi jak mężczyzni, zaczęły były używać płaszczów męzkich, co jednakże zakazano. Pomniki i pisma świadczą jeszcze o używaniu chustek, sudaria, do obwijania głowy i okrycia twarzy.
Charakterystyczną częścią ubioru chrześcjan było tak zwane orarium, suknia wdziewana przy modlitwie tylko. Był to rodzaj płaszcza także, okrywający ramiona, którego końce spinały się na piersiach zapinką. Kobiéty i mężczyzni nosili pierścienie, z których wiele się dochowało do naszych czasów po zbiorach. Te były zwykle godłami chrześcjańskiemi ozdabiane. W katakombach znaleziono ich ilość bardzo wielką.
Najpospolitsze z nich były proste obrączki z kości słoniowej, bez ozdób żadnych, których wiele jest na grobach katakombowych; inne z bronzu, srebra i złota. Na palcach zmarłych odszukano ich mnóstwo. W aktach Ś. Perpetui i Felicyty czytamy o pierścieniu, który Ś. Satur wziął od żołnierza przytomnego męczeństwu, i oddał mu go krwią swą oblanym. Godła ryte na pierścieniach są: gołąb, kotwica, ryba, okręt, alfa i omega, monogram Chrystusowy i t. p. Są pierścienie z kluczami od szkatułek, znajdowane w katakombach.
Obówiem chrześcian najzwyklejszém były sandały, to jest podeszwa przywiązana rzemykami do nogi. Nosił je Chrystus Pan przez pokorę, bo w Palestynie najuboższy lud ich używał, a przez naśladowanie uczniowie, a później wszyscy święci chrześcijanie. Kobiéty używały natomiast obówia okrywającego całą stopę. Na obrazach wystawiających modlące się niewiasty w katakombach, najczęściej są malowane całkiem boso.
Wiemy ze słów Ś-go Klemensa Aleksandryjskiego, żeby nie odznaczać się zbytnie od otaczającego ludu, chrześcijanie tak się nosili wszędzie, jak był obyczaj miejscowy.
Pomiędzy sobą poznawali się znakami różnemi, szczególniej znakiem krzyża Ś-go, tém, co my dziś nazywamy żegnaniem się.
Jest rzeczą ciekawą od jak dawna kładzenie tego znaku trwa, i jak się ono w początkach odbywało. Świadectwo o tym zwyczaju pobożnym znajdujemy w dawnych pisarzach; sięga on pierwszego wieku niewątpliwie. Wszystkie niemal czynności życia rozpoczynano tym znakiem; przed jedzeniem żegnano siebie i potrawy; przy ziewaniu i kichaniu żegnano się także. Starożytny zwyczaj ten utrzymał się w naszym kraju jak był w pierwszych wiekach. Wogóle u nas tych pierwotnych zabytków mamy więcéj niż u innych narodów. Poganie poznawali chrześcijan po tym znaku często; mnóstwo o tém wspomnień w aktach męczenników, bo się nim zdradzali mimowolnie.
Żołnierze chrześcijańscy kładli na sobie znak krzyża przed bitwą; wszyscy idąc do snu; a przy obrzędach religijnych, liturgicznych, powtarzał się on bardzo często.
Ale sposób żegnania się był różny. Zakreślano krzyżyk palcem na czole, i to był może najdawniejszy sposób. Na Zachodzie żegnano się jednym palcem. Wiadomo że w Kościele wschodnim znak krzyża kładą naprzód na ramieniu prawém, potém na lewém. — Od VIII wieku już w obrzędach znak ten był powszechnie przyjęty.
Ubiory duchowieństwa, któreby je odznaczały od świeckich, jak się zdaje, w pierwszych trzech wiekach nie istniały wcale; może dla samego prześladowania, na któreby je narażały.
Oprócz skromności odzieży, Kościół nie przepisywał jéj rodzaju. Jednakże poważniejsi ludzie w starożytności wszyscy nosili płaszcze, i duchowieństwo téż je przywdziało. Płaszcze, których używali filozofowie, a które przyjęli duchowni, były różne od tych, jakie nosili w ogóle wszyscy. Płaszcze filozofów i starców, były kwadratowe, sukienne, czarne lub brunatne, i spływały do ziemi; świeckie zaś spinały się na ramieniu i zarzucały w tył, a noszący obwijał się niemi cały, nie używając żadnego spięcia. Sposób noszenia był téż różny, ale zawsze bardzo prosty. Filozofowie chodzili boso, z głową odkrytą, w tunice ciemnéj, bez ozdób żadnych. Te płaszcze ascetów, których wyższe duchowieństwo nigdy nie używało, w VI wieku zarzucone zostały.
Niektórzy biskupi w IV wieku przywdzieli płaszcze białe, ale zwyczaj ów się nie upowszechnił; — nie noszono też czarnych, a Ś. Hieronim zalecał, aby się niczém zbyt wyrazistém nie odznaczano. Toż samo powtórzyły niektóre Sobory, zastrzegając od wszelkiego zbytku.
W V wieku sạ już ślady osobnych sukni duchownych — ale nie dające określić, na czém zależały różnice, oprócz skromności ich.
W VI wieku strój w całéj Europie doznał zmiany radykalnéj; napływ różnych narodów, które opanowały prowincye zachodnie państwa rzymskiego, oddziałał i na odzież. Większość porzuciła poważny strój rzymski a przywdziała krótkie i fantazyjne suknie, naśladowane od najezdców. Duchowieństwu jednak tego wzbroniono, i w ten sposób wyróżniło się ono dobitnie od świeckich. Ubiór zaczął być prawem określany; przepisano suknie długie do stóp, zakazano krótkich kurt, zwanych sagum, tudzież noszenia purpury, rażącej próżnością, i naśladowstwa barbarzyńców.
Na Wschodzie w VII dopiero wieku różnica sukni daje się uczuć, i świeckich dzielić od duchownych.


Wrócimy teraz jeszcze do Rzymu i katakomb, o których tylko obszerności krótkośmy wspomnieli, nie dając wyobrażenia jak są liczne, jak mnogie pod całym wiekuistym grodem.
O. Marchi dzieli je na dwa wielkie systemy: przedtybrowych i za tybrowych. Blizko drogi Cornelia zwanéj, gdzie wzgórze Watykańskie podnosić się zaczyna po nad placem rozległym igrzysk dawnych, niedaleko jednéj strony cyrku i ogrodów Kaliguli, które później Nero sobie przywłaszczył, i gdzie spełniły się pierwsze jego okrótne nad Chrześcijany męczeństwa; gdzie złożone zostały zwłoki Ś-go Piotra, Xięcia Apostołów; wszystkie świadectwa piśmienne i dowody materyalne wskazują, że niezliczona ilość męczenników zaległa to pole ofiary, na którém późniéj spoczęli około swojego wodza pierwsi jego następcy, Linus, Klet, Anaklet, Ewaryst, Syxt, i t. p. To jest najstarszy i najpoważniejszy ze cmentarzów katakombowych, rozciągający się z miejscowych powodów i gruntu niedogodności, szczególniej między południem a zachodem.
Cmentarze ŚŚ. Rufiny i Sekundy, położone w miejscu zwaném lasem białym; i ŚŚ. Maryusza, Marty, Audyfaxa, Abachum’a, w miejscu ad Nymphas, chociaż nad drogą Cornelia, nie mogą się zaliczyć za jedno z Watykańskim, z powodu odległości. Pomiędzy dwóma staremi gościńcami Aurelia i Cornelia, znaleziono ślady krypt, przejść, zasklepień i malowań pierwotnych. Niedaleko od miasta, na drodze Aurelia, pisarze różni wzmiankują cmentarze: ŚŚ. Kalepoda, Juljusza papieża, Felixa, Lacyny, Processa, Martynjana, Agaty.
W głównych zarysach skreśliliśmy słaby obraz pierwotnego spółeczeństwa chrześcijańskiego. Mimowolnie myśl nastręcza zapytanie, ile wykształceńsze dzisiejsze przez półtóra tysiąca lat zyskało? Czyśmy bliżsi doskonałości? czyśmy czyściejsi i świętsi?
Odpowiedź zaiste trudna i porównanie upokarzające. Jaśniéj widzimy obowiązki, drogi, historyczne konieczności, naturę spraw naszych, ale słabiéj nas one obchodzą. Téj gorliwości pierwiastkowéj, która cały żywot poświęcała udoskonaleniu, a czuwała nad każdym jego krokiem, nie mamy. Ostyglejsi, obojętniejsi, sceptyczni, staliśmy się prawie fatalistami w rzeczy obyczajów. Z tego surowego spółeczeństwa pierwotnego, tak ściśle związanego z sobą węzłami braterstwa, miłości, posłuszeństwa, jedności, bez wyjątku prawie, widzimy dziś szczątki rozbite, w słabe połączone gromadki, rozdzielone przekonaniami, obrzędami, i tysiącem egoizmom narodowym posługujących pozorów odosobnione.
Cała chrześcijańska spółeczność, wzięta najogólniéj, zaledwie się uznaje za jedną; interesa czasu i miejsca przeważyły nad braterstwem; obowiązki jego zupełnie są zatarte.
Gdybyśmy zeszli niżéj do rodziny, jednostek i życia powszedniego; pomiędzy pierwszymi chrześcijanami, a nami, jeszcze bardziéj uderzające znalazłyby się różnice. Forma chrześcijańska trwa wprawdzie prawie wszędzie, zachowana jako pamiątka, ale duch z niéj uleciał. Rzadką jest rodzina chrześcijańska, małżeństwo chrześcijańskie, rzadkie żywot i śmierć.
To téż świat czuje ten brak wielkich prawd, na którychby się mógł oprzéć; to wyzucie się z zasad; a niewiara i swawola, nie tylko w życiu jednostek i rodzin, ale w międzynarodowych stosunkach oddziaływają zgubnie. Polityka dni dzisiejszych nie ma ani bohatérstwa czasów zdobywczych, ani chrześcijańskich zasad przed sobą; siła występuje przed prawem, i jest uznaną otwarcie jako jedyny kierownik spraw świata.
W smutnych zaprawdę i ciężkich żyjemy czasach. Dla tego orzeźwiający obraz tych wieków młodzieńczych nowéj społeczności, każdego pokrzepić może. Widzimy z niego, wbrew temu, coby się przemądrzałym podobało utrzymywać, że idea i moralność Chrystusowa nie została ani wyczerpaną, ani nawet w pełni zużytą. Ludzie chwycili jéj cząstkę tylko i cofnęli się przed surowszém zastosowaniem.
Nie mniéj jednak ani filozofia pozytywna Comta, ani podejrzana moralność Emmersona, ani próbki nowego prawa, zbudowanego na harmonii potrzeb i interessów człowieka, nie nagrodzą tego, co do dziś dnia czerpiemy z Ewangelii.
Najzaciętsi sceptycy, jak Renan, przyznają, że nic zastąpić nie potrafi naruszonych zasad moralności, opartych na wierze.
Wszystko zwiastuje, że po walce į znoju, społeczność wypróbowawszy dróg, które ją do niczego nie zawiodły — wróci na tę, którą szła w początkach, a która ją doprowadziła od największego zepsucia i upadku, do najświetniejszego odrodzenia.
To mają w swéj charakterystyce zachwycającego pierwsze wieki, że są jak słońce o wschodzie, które jaśniejszém się wydaje, majestatyczniejszém niż w południe. Stanowią one rozkwit chrześcijaństwa i najwyższy zarazem punkt urzeczywistnienia nauki ewangelicznéj.
Kościół w IV wieku wywiesza krzyż zwycięzki; Chrystus tryumfuje, ale zwycięztwo zmiękcza, osłabia i zobojętnia. Wygnańcy i prześladowani przychodzą do władzy, ale już ten duch, jaki ich w walce ożywiał, wygasa powoli.
Pogaństwo zwyciężone, podbite, zdruzgotane na pozór, ciche i zdradliwe leży martwém, aby powoli, niewidomie wlało resztkę wpływu swego w zwycięzców.
Wyznawcy Chrystusa, niestety — obyczajem, niewiarą, jesteśmy jeszcze wnukami tych Rzymian, co kłaniali się wszystkim bogom, i w Panteonie obok nich tylko chcieli postawić prawdziwego.
Ale zadanie ludzkości nie jest spełnione, dzieje skończone nie są, a przyszłość, po za osłoną chmur i ciemności, świeci słońcem prawdy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.