Wieki katakombowe/Odczyt Czwarty i Ostatni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieki katakombowe
Podtytuł Odczyty w Dreznie
Pochodzenie Kronika Rodzinna, 1871 nr 1, 3—4
Wydawca Aleksandra Borkowska
Data wydania 1871
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Odczyt Czwarty i Ostatni.

Tych słów akt apostolskich: „A mnóstwa wierzących było serce jedno i dusza jedna, ani żaden z nich to co miał, swém nazywał, ale im było wszystko wspólne” (Dzieje Apost. IV. 32), dosyć jest, aby mieć wyobrażenie jak pierwsi chrześcijanie pojmowali swe obowiązki braterskie. Podstawą nowéj nauki była miłość, i ona téż całkiem nowy, nawet w poganach obudzający podziwienie i zachwyt, nadawała charakter społeczeństwu. Wolimy przywodzić znakomite powagą świadectwa tych czasów, niż starać się odmalować ten obraz idealny. „Między nami, pisze Tertuljan w Apologii — posiadamy skarb wspólny, jest to skarb miłosierdzia; z niego nie bierzemy nic na uczty, na napoje, na obrzydliwe zbytki; używamy go na wspomożenie biednych, na pogrzeby, i dla chłopców i dziewcząt pozbawionych rodziców i wszelkiego mienia, dla sług podstarzałych, dla rozbitków, dla pracujących po kopalniach, po wyspach odległych i więzieniach, tylko za wiarę świętą, któréj są dziećmi”.
Nawet poganie zmuszeni byli uznawać niekiedy to cudowne urządzenie chrześcijan, przejętych miłosierdziem. W liście Plinjusza do Trajana, i w innych pisarzach starożytnych, są o tém wyrażone oczywiste świadectwa.
Kościół, który wówczas jedno składał z całém stowarzyszeniem i niém zarządzał, miał szczególną pieczę i utrzymywał kosztem wspólnym, naprzód duchownych, którym niewolno było pełnić żadnych innych oprócz do ich stanu przywiązanych obowiązków; powtóre więźniów za wiarę cierpiących. Jak tylko który z chrześcijan został pochwyconym, natychmiast tłumy mężczyzn i kobiet zbiegały się do ciemnicy tego, który już był cierpieniem ubłogosławiony i wyznawcy przybierał charakter; polecano się jego modlitwom i opiece; wciskano się, przekupując stróżów, do więźniów, aby ucałować kajdany, aby służyć im i przynosić czego potrzebowali, pocieszać i ducha podtrzymywać. Jeśli jedno zgromadzenie do kościoła należące nie wystarczało na potrzeby tego rodzaju, zgłaszano się do innych, które w pomoc przychodziły.
Oprócz więźniów utrzymywano kaleków i niemogących pracować. Czuwano nad tém. I tak Ś. Cypryan dowiedziawszy się że w pewném mieście w Afryce znajdował się nieszczęśliwy, który przed nawróceniem swém zajmował się teatralném kuglarstwem, a potém zniedołężniały i w nędzy dawać musiał młodym chłopakom lekcye dawnéj swéj sztuki, pisał do biskupa Eukracjusza, przypominając mu, iż obowiązkiem było kościoła swym kosztem go utrzymywać, a jeśliby nie byli w stanie, żądał aby go odesłano do Kartaginy.
Utrzymywano jeszcze chorych, których bracia powinni byli odwiedzać, pocieszać i opatrywać ich potrzeby. Nawet w czasie morów i zaraz obowiązek ten spełniano ściśle, nie uważając na własne niebezpieczeństwo. W ostatku wdowy także i sieroty były na koszcie zgromadzenia i Kościoła, który się najgorliwiéj zajmował niemi. W listach Ś. Jakóba znajdujemy te słowa: „Nabożeństwo czyste i niepokalane u Boga, to jest: nawiedzać sieroty i wdowy w ubóstwie ich, a zachowywać niezmazanych od tego świata” (1. 27).
Świat chrześcijański postępował wedle tego przepisu, a poganie zaprzeczyć temu nie mogąc, starali się najgorszemi tłómaczyć to pobudkami. Dzieci męczenników były naturalnie drogą po nich spuścizną, i wszyscy pragnęli zajmować się ich losem.
Obcy, wygnańcy, pielgrzymi chrześcijanie, także gościnnie byli przyjmowani, a w potrzebie utrzymywani przez zgromadzenia chrześcijańskie. W pierwszych wiekach było nawet obyczajem, wedle naszego przysłowia: „Gość w dom, Bóg w dom“, umywać nogi przybyłym, sadzić ich na pierwszém miejscu, i obcych sercem witać braterskiém.
Często już przywodzony Tertuljan, w którego pismach tyle pozostało ważnych dla dziejów tych czasów skazówek, dowodząc jak kobiécie chrześcijance trudno być żoną poganina, dodaje: „Któryż z pogan dopuści aby żona jego błąkała się po ciemnych drożynach, zaglądała do najuboższych chatek, wstawała po nocach dla znajdowania się na zgromadzeniach pobożnych, nosiła wodę dla umywania nóg świętych — i dozwoliłby aby w domu swym gościnnie przyjmowała chrześcijan?” Były to więc wyraźne obowiązki kobiéty. Wykupywano niewolników chrześcijan składkami z niewoli barbarzyńców, a niektórzy prawdziwym cnoty cudem, w wieku naszym niepojętym może, szli za nich dzwigać niewolę i kajdany. Czyn ten wzmiankuje Ś. Klemens (Epist. ad Corintt. N. IV).
Widać z wielu pism iż skazani do prac w kopalniach, musieli mieć życie bardzo ciężkie, gdyż wzbudzali litość, któréj wyraz jest miarą ich cierpienia. Starano się im nieść ulgę wszelkiemi sposobami. List dziękczynny skazanych do kopalni chrześcijan do Ś-go Cypryana, pełen rzewnego uczucia, dochował się, świadcząc o jego dobroczynności. Chrześcijanie ze szczególną gorliwością pamiętali o braciach tych skazanych aż do ostatka prześladowania Kościoła.
Potrzebujemy jednak dodać tu, iż nauka chrześcijańska ofiary wszelkie o tyle tylko uznawała cennemi, o ile one były dobrowolne. Z samych zasad wynika, iż miłość ani czynne miłosierdzie nakazaném, wymaganém być nie może – nakazane nie miałoby wartości. Religja kształci i ulepsza tylko człowieka, tak aby do czynów był zdolnym. Kościół téż nie sięgał nigdy po cudze mienie, ani kiedykolwiek wspólności dóbr pożądał. W ojcach Kościoła są tego dowody wątpliwości nie zostawiające: „Każdy, pisze Tertuljan, przynosi co miesiąc swój skromny đatek, w miarę swéj możności; nikt nie jest do tego zmuszanym; zupełna w tém swoboda i dobra wola“.
Kościół, jak słusznie uważa jeden z nowszych w tym przedmiocie pisarzy, nie marzył o zupełném wyplenieniu ubóstwa, gdyż pojmował, że ono jest w najszczęśliwszym bycie narodu i społeczności nieuniknione, wynikając z nierówności sił materyalnych i umysłowych; starał się tylko osłodzić byt nieszczęśliwych i wywiązać się z tego braterstwa, które było naówczas cechą znamionującą społeczeństwo pierwotne.
Gdyśmy tu wyraz ten braterstwo napomknęli, musimy jeszcze obszerniéj wykazać różnicę pojęć chrześcijaństwa w tym względzie i jego właściwy charakter.
Pojęcie obowiązków braterstwa nie obce było żydom, ale u nich ograniczało się w daleko ciaśniejszym obrębie, stosując tylko do członków jednego pokolenia. Dla chrześcijan wszyscy bez różnicy byli braćmi. „Z prawa natury naszéj wspólnéj matki, pisze Tertuljan, my i waszemi jesteśmy braćmi, chociaż wy niezupełnymi jesteście ludźmi, a braćmi niedobrymi.“.
Laktancjusz, Ś. Justyn, i inni pisarze chrześcijańscy, najdokładniéj powtarzają to, że wyjątku z braterstwa tego nie czyniono dla nikogo. Ale braterstwo społeczności chrześcijańskiéj było ściślejsze. Minuciusz Felix w swéj apologii tak się wyraża: „Jeśliśmy wspólną ku sobie miłością przejęci, nie uskarżajcie się na to; my nienawidziéć nie umiemy; — jeśli się między nami nazywami braćmi, nie bądźcie zazdrośni; nie mamyż jednego ojca-Boga? nie jesteśmyż dziedzicami jednych nadziei? Co do was, wy się po żadnym znaku poznać nie możecie; nieustannie pożerają was nienawiści wzajemne, i w ojcobójstwach tylko poznać wasze braterstwo!“
Na świat ów pogański, tak zobojętniały samolubnie, w którym żądza używania nieustannie rodziła nadużycia, skutek wywrzeć musiała osłupiający ta nauka miłości dobrowolnéj, zaparcia się siebie.
Chrzest był pierwszém godłem braterstwa chrześcijan, — w nim obcy przybrani rodzice stawali, przyjmując dziecię w imieniu całéj społeczności, ręcząc za nie i podejmując się jego przyszłości. Odtąd nowy brat stawał się członkiem rodziny wielkiéj; późniéj Kościół przyłączał go do wspólnéj ofiary i uczty Bożéj.
Nazwanie braćmi było powszechnie użytém w pierwszych wiekach. Kościół zwano Kościołem braci „Ecclesia Fratrum“. Męczennicy i męczennice wołając się temi imionami szli na śmierć. Ale właśnie ten ścisły związek nowéj wiary dał powód do najpoczwarniejszych na chrześcijan potwarzy.
W napisach grobowych po katakombach imie brata jest częstém dosyć; a z greckiego Adelphius, Adelfus, imie oznaczające braterstwo, należy do najużywańszych w tych wiekach. Jak dalece rozciągało się to braterstwo, jak nadzwyczajną była chrześcijan uczynność, chęć wspomożenia, gościnność, wnosić można i z przepisów pozostałych i z przykładów. W téj apologetyce Tertuljana, która jest najwymówniéjszym obrazem chrześcijaństwa w jego kolebce, jest ustęp przecudny o tych braterskich obowiązków spełnieniu, które zazdrość bałwochwalców fałszywie, obelżywie sobie tłómaczyła „Te to dzieła miłosierdzia jątrzą najgwałtowniéj niektórych z was przeciwko nam. Patrzcie, mówią, jak oni miłują się między sobą, jak gotowi wszyscy jedni za drugich umierać! Ganią zaś dla tego tylko że się zowiemy braćmi, bo u nich wszelka oznaka pokrewieństwa, jest oznaką udanego przywiązania. Nas to co posiadamy łączy jako braci; was to co macie rozdziela. Tak jest, my łącząc serca i dusze nasze, w jedno téż i mienie nasze składamy“.
Lucjan satyryk, który ciekawie i niespokojnie badał obyczaje chrześcijan, aby się z nich wyśmiewać lub fałszywie tłómaczyć, mówi szeroko o ich szczodrobliwości, którą rozrzutnością nazywa, dla tych szczególniéj z któremi chrześcijanie są w zgodzie co do pojęć religijnych i zasad. Opisuje bardzo dokładnie, a jako poganin podejrzanym być nie może, z jak wielkiém staraniem przyjmowali u siebie tych, co im jaką usługę wyrządzili; z jaką gorliwością dostarczali im wszelkich pomocy do odbywania podróży. Szczegóły te znajdują się u Lucjana przy opisie przygód sławnego oszusta niejakiego Peregrina, który zostawszy neofitą, dawszy się ochrzcić, wysiedziawszy jakiś czas w więzieniu za wiarę, ale podstępnie, bo był w zmowie z urzędnikami i po prostu tém, co się nazywa agentem prowokacyjnym, nadużywał długo dobréj wiary i miłosierdzia chrześcijan; wyłudzał od nich co chciał, ale naostatek został odkryty i sromotnie wypędzony. Późniéj awanturnik ten spalił się publicznie na igrzyskach olimpijskich, a Lucjan, jak sam pisze, był tego świadkiem.
Lucjan, szydząc z chrześcijan, mimowolnie oddaje im sprawiedliwość, i choćby rad ich potępić, chwali. Cnoty te nowe dla pogan przecież tak uderzały Juljana, zwanego Apostatą, że chciał je do odrodzonego nowego bałwochwalstwa wcielić, czując ich piękność. Sozomenes przywodzi cały list Juljana do Arzacesa, wielkiego ofiarnika w Galacyi, w którym mu zaleca: aby cudzoziemcami się opiekował, żeby domy dla przyjmowania ich budować kazał, i za przykład mu daje chrześcijan, przypisując rozszerzanie się ich wiary miłosierdziu dla obcych, poszanowaniu dla ciał zmarłych i powadze obyczajów, którą wszakże nazwał hypokryzyą i obłudą — bo nie mógł inaczéj. W tém się nie mylił Juljan że cnotom swym pierwsi chrześcijanie krzewienie się wiary byli winni, ale cnoty te wypływały z nauki, do któréj nie były „przyszyte“, jak chciał Apostata, ale z niéj jako ze źródła szły najprostszą logiką.
Gościnność, nawet dla obcych, była obowiązkiem wszystkich chrześcijan, ale szczególniéj biskupów, których domy były gospodą i szpitalem otwartym. Ś. Chryzostom tak mówi o gościnności biskupa swego Flawjana (w jedném z kazań): „Dom jego, jakby na ten użytek był mu w spuźciźnie od przodków dany — zawsze jest otwartym dla obcych i podróżnych. Wszyscy którzy gdziekolwiekbądź cierpią prześladowanie, ci co się gromadzą ku obronie prawdy, znajdują w nim chętną gościnę; a dostarcza się im tak dobrze wszystkiego, czego tylko potrzebować i czém usłużeni być mogą, że niewiadomo czy dom ten domem biskupa, czy ich domem nazywać? Co mówię? tém bardziéj jego jest własnym, że należy do obcych; bo wszystko co naszém jest, tém więcéj jest nasze, im wspólniejsze nam z braćmi. Najlepszy sposób zachowania pieniędzy, jest złożyć je w dłoń ubogiego“.
Takaż sama gościnność późniéj była obowiązkiem klasztorów. Ale że obcy przybysze przypuszczani byli i do modlitw i do ofiary, a oszustwa i zdrady takie jak Peregrina nieraz się trafiały; musiano dla tego przedsiębrać pewne środki ostrożności. To téż chrześcijanin w podróży musiał mieć zaświadczenie swego zgromadzenia kościoła do którego należał, a raczéj listy polecające. Juljan Apostata, w cytowanym liście do Arzacesa, wspomina o tych listach polecających (tessera), które chrześcijan wszędzie czyniły braćmi. Listy te, jak się zdaje, z obawy ażeby nie zostały pochwycone i nie gubiły tych, co je mieli przy sobie, pisane były charakterami umówionemi, rodzajem klucza, zrozumiałego tylko chrześcijanom; były to litterae formatue. Tessera (znaki umówione) służyły do porozumiewania się, tak, aby nieprzyjaciele podchwycić nie mogli. Do takich tesserów należą i monogramy chrześcijańskie i godła, jak np. ryba, baranek, i t. p. Takie tessery, dające wstęp wszędzie do gospód chrześcijańskich, znajdowano po katakombach, pisane znakami tajemniczemi. Bardzo ciekawą tesserę tego rodzaju opisuje Boldetti, znalezioną w chrześcijańskim grobie. Jest to z kości słoniowéj przedmiot kształtu pół-jaja, na płaskiéj stronie jego są dwa popiersia męzkie z monogrammem Chrystusa, a w około na brzegu zewnętrznym napis: „Dignitas amicorum vivat cum tuis feliciter.“ Jest to godło-tessera przyjacielska, która się tłómaczy obyczajem starożytnych przedwiecznym, a w naszych także podaniach przypominającym się, który jeden ze scholjastów dawnych Eurypidesa wzmiankuje. „Podróżni, pisze, którzy w domu jakim byli gościnnie przyjęci, nim go opuścili, mieli zwyczaj rozłamywać tesserę, i brali jéj z sobą połowę, druga zaś zostawała gospodarzowi, tak, że gdy później kiedy spotykali się znowu, oni albo ich dzieci, naówczas ta połowa tessery służyła do poznania się i była dla nich już węzłem“.
Takie tessery z kości słoniowéj, kostki a raczéj laseczki długawe, na których imiona były wypisane, zwały się u greków symbolon; znane są one z wykopalisk różnych, a Rich daje jednéj rysunek. Plaut w jednéj ze swych sztuk (Pacnulus, Akt 5. Sc. 2;) wystawia syna przybranego Antidamasa, Agorastoklesa, którego po tesserze poznaje Hammon Kartagińczyk.
Agorastokles. Jeślić to prawda, że szukacie syna przybranego Antidamasa, tom ja jest ten, którego szukacie. Hammnon. Hm? cóż to ja słyszę! Agorastokles. Co? żem jest synem Antidamasa. Hammnon. A jeśli tak jest, to sprawdzmyż kostkę gościnności, bom ją właśnie przyniósł. Agor. A no, więc ją pokażcie. Tak jest, to ona! mam podobną w domu. H. O! gospodarzu mój! witam cię sercem całém; bo ojciec wasz, jeśli Antidamas jest waszym ojcem — był gościem moim; ta kostka gościnności została pomiędzy nami podzieloną. A. Więc mieszkanie mieć będziecie u mnie, bo się nie zaparłem praw gościnności“.
Znakiem także żywym, po którym się poznawali chrześcijanie, było powtórzenie Credo, Symbolon; ale go nie noszono na piśmie, tylko z pamięci odmawiano.
W więzieniach, gdy potrzeba było pocieszać uwięzionych, nieść im pomoc i radę, a wszędzie obawiano się zdrady, musiano znaków umówionych używać, aż uwięziony dał wiarę temu, który się do niego docisnął. Jeden taki bronzowy znaczek, którego napis jest niezrozumiały, ale na nim jest mały krzyżyk, a w dole wizerunek jakby Daniela pomiędzy lwami, gwiazda i księżyc — przywodzi Fabretti. X. Martigny bardzo zręcznie napis tego znaczku tłómaczy, jako zawierający słowa zachęty.
„A stań przeciwko śmierci jako żołnierz mężny“.
Gdybyśmy o życiu pełném prostoty tych pierwszych lat nie mieli żadnych szczegółów, jużbyśmy je, zdaje się, z tego co dotąd znamy — odgadnąć mogli.
Do szczególnych potwarzy na chrześcijan dały powody wspólne ich religijne a skromne uczty, o których powiemy zaraz obszerniéj.
W katakombach, z niejakiem podziwieniem spotyka się bardzo często obrazy przedstawiające stoły i biesiadników przy nich; na grobowcach trafiają się rzeźby podobne; z początku wszyscy niemal starożytnicy brali je za przedstawienia uczt chrześcijańskich braterskich, zwanych agapami, dopóki X. Polidori nie nadał im wcale innego znaczenia, które teraz powszechnie przyjęto.
X. Polidori uważa słusznie, że na cmentarzach i grobach przedstawiano tylko te przedmioty, które obrazem przyszłego a nie przeszłego życia mogły wlewać pociechę w serca. Agapy zaś nie miały związku z tém żadnego.
Uczty więc owe malowane i rzeźbione tak często są wyobrażeniem nie tych chrześcijańskich biesiad, ale uczty w niebiosach, owego posiłku, refrigerium, które w nich się spodziewano osiągnąć.
Okazuje się to i z tego, że w ucztach przedstawianych tylko chleb i wino widać na stołach, w agapach zaś podawano i mięso, — jak również ze wspaniałości i przepychu idealnych tych obrazów, którego w ubogiém życiu braci chrześcijan nie było, zwłaszcza w tych wiekach sroższego prześladowania, z którego one pochodzą.
Inne uczty w katakombach przedstawiają figurycznie Eucharystją, lub jéj instytucyą w wieczerniku.
Nazwanie agape, z greckiego, oznacza miłość i miłosierdzie (charitas). Tém imieniem zwały się uczty braci chrześcijan, poprzedzające w dawnym Kościele wspólną kommunję. Zwyczaj ten najdłużéj, bo przez kilka wieków utrzymał się w Afryce. Dla nadużyć jednak zaraz w początku je zreformowano.
Niektórzy badacze zwyczaj tych uczt chcieli wywodzić od rzymskich styp po pogrzebach, ale pewniejszą jest rzeczą że pochodzą raczéj od podobnych uczt, także pogrzebowych, u żydów także zastawianych jako „chleb boleści i kielich pociechy“. Dawano je dla tych co towarzyszyli obrzędowi. W ucztach, agapami zwanych, o których są wzmianki liczne w pisarzach pierwszych wieków, zastawiano chleb, wino i rozmaite potrawy, które bogatsi przynosili dla siebie i dla ubogich, dzieląc się z niemi jako braćmi. Idea bractwa stworzyła uczty owe. Zwykle odbywały się one w wieczerniku, w domu prywatnym nawróconego majętniejszego, — dla rozłamania chleba; — późniéj, w czasach prześladowania, zgromadzano się na nie w katakombach, u grobów męczenników, naostatek w bazylikach i oratoryach.
Wyraźne jest zastrzeżenie, że niewolno było agapów odbywać bez biskupa lub kapłana. To téż w pierwszych trzech wiekach żadnych nie było nadużyć; obraz ich cudownie piękny daje Apologetyka Tertuljana (K. 39) To także braterstwo łączyło w nich ludzi klass wszystkich, bez różnicy; wszyscy téż czuli się równemi, panowała w nich zgoda i miłość.
Łatwo się dają pojąć potwarze, któremi obrzucano chrześcijan z powodu tych skromnych biesiad braterskich, gdy przypomnimy jeden jeszcze obyczaj przez nich używany, który i w innych życia wypadkach był znamieniem braterstwa, zgody i miłości. Jest to pocałunek pokoju, pocałunek święty, którym chrześcijanie witali się i żegnali. Należał on do obrzędów religijnych przy agapach, chrzcinach i zaręczynach. Ś. Chryzostom w jednéj ze swoich homilii tak określa czém był ów pocałunek święty.
„Co znaczy pocałunek święty? Jest nim ten, którego fałsz i chytrość nie zatruwają, jak pocałunek Judasza dany Chrystusowi. Dany nam jest pocałunek jako pobudka do miłosierdzia, aby w nas rozpromieniał przywiązanie wzajemne, abyśmy się kochali jako bracia, jako dzieci kochają rodziców swoich, a miłością gorętszą jeszcze. Tam kochać każe natura, tu pobudza Łaska“.
W uroczystych obchodach mszy zachował się dotąd ów święty pocałunek pokoju, w czasie którego i świeccy, znajdujący się w kościele, całowali się, kobiéty z kobiétami, mężczyzni między sobą; gdyż w kościołach płcie były podzielone, co się i dziś w wielu miejscach zachowywać zwykło. To téż pocałunek poprzedzał zawsze niemal chwilę ostatnią męczeństwa; wyprowadzani na plac tłumnie chrześcijanie żegnali się nim przed zgonem. Wstrzymywano się od obrządku pocałowania przy mszy świętéj w dnie żałoby, w tygodniu przedwielkanocnym, jako od znaku radości i pokoju. Wszyscy przytomni na znak braterstwa całowali zwykle dziecię ochrzczone. X. Martigny przywodzi z tego powodu ciekawą anegdotę, ze Ś-go Cypryana listów wyjętą. Za jego czasów biskup jeden, imieniem Fidus, utrzymywał że nie godziło się dzieci chrzcić przed ósmym dniem po narodzeniu, bo były jeszcze czerwone i nieczyste, i bez wstrętu nie̟można im było dać pocałunku. Na to odpowiedział Ś. Cypryan, że „wszystko jest czystém dla czystych, a nikt nie ma prawa tém się brzydzić, co Bóg stworzył.“
Pocałunek i połączenie prawych rąk należały do obrzędu zaręczyn chrześcijaństwa, bo w pocałunku świętym, nietylko nie było nic zdrożnego, ale przywiązywano do niego znaczenie religijne. W kościele wschodnim obyczaje te się zachowały; katolicki surowszy daleko, zakazał ich, aby przy ostygnięciu ducha nie były powodem zgorszenia.
Agapy obchodzono w święta męczenników (agapes natalitiae), z powodu małżeństw i pogrzebów (funerales), w święta kościelne. Były one skromne i miarkowane w pierwszych wiekach, bo je duch jeszcze gorętszy ożywiał, a prześladowanie zawieszone nad głowami wszystkich od wszelkiego nadużycia wstrzymywało. Późniéj, gdy Kościół został oswobodzony, uznano je szkodliwemi. Bywały przykłady niewstrzemięźliwości, zakazano więc je odbywać po kościołach; a naostatek ustały one zupełnie, chociaż z podania o nich, w obyczajach narodów chrześcijańskich, pozostały ślady, które u nas w wigilją Bożego narodzenia, w święta Wielkiéj Nocy jeszcze przypominają te uczty. Jest nawet obyczajem do łamania opłatka, to jest do tego, co w agapach zwało się łamaniem chleba, wzywać sługi i wszystkich domowych, tak jak na wielkanoc ze wszystkiemi dzielić się jajkiem święconém. Niewątpliwie jest to u nas zachowana pamiątka agapów świątecznych.
Z tych jednak uczt niewinnych w sobie, a zbliżających ludzi, wiążących ich z sobą, powstały takie potwarze na chrześcijan, tak szkaradne wymysły, iż się wstrzymywać od nich musiano. Mówiliśmy już iż w katakombach są wyobrażenia agapów, ale idealnych w niebiosach.
Jako żywą pozostałość tych uczt mamy w zbiorach starożytności kielichy w nich używane, z wyobrażeniami świętych, godłami chrześcijańskiemi i napisami, których dosyć znaczną ilość poznajdywano w katakombach. Są to kielichy w różnych świętach i przy weselach lub pogrzebach, do picia na cześć tego, któremu uczta poświęconą była, używane i stosownemi napisami opatrzone. Na kielichach pogrzebowych są godła zmartwychwstania, na ślubnych małżeńskie pary. Wyobrażenia te i napisy są zwykle na dnie ich wyryte, a same naczynia mają kształt pater, płaskawy. Brzegi mało w których się zachowały, ale na dnie są właśnie napisy i obrazy, wykonane na blaszkach złotych, ujętych między dwa listki szkła. Piękniejsze z tych naczyń z napisami greckiemi, wykonane być musiały przez greckich artystów. Napisy są rodzajem aklamacyi, wykrzyknień: „Żyj w imię Laurencjusza“! albo „Żyj duszo miła!“ (Dulcis anima vivas).
Uczty zwyczajne chrześcijan, były jak całe ich życie, skromne. Tertuljan tłómacząc się z zarzutów zbytku i rozwiązłości, które na nich miotano, powiada: „Ưczty nasze są na religii oparte. Nie dopuszczamy na nich ani upodlenia, ani nieskromności. Nie siadamy do stołu nie odmówiwszy modlitwy. Jemy tyle, ile potrzeba dla opędzenia głodu. Pijemy, ile ludziom skromnym przystoi. Jemy nie tracąc z uwagi, że w nocy mamy Boga chwalić; rozmawiamy, pomnąc że Bóg nas słucha. Obmywszy ręce, zapaliwszy światła, zachęcamy każdego do śpiewania chwały bożéj, albo wedle pisma świętego lub z własnego natchnienia. Z tego przekonać się można, jak piliśmy. Modlitwa kończy ucztę.“ — Aby nie być narażonym na podzielanie zbytków, jakim ulegali poganie, unikano należenia do ich uczt, a w trzecim wieku biskup Marcjalis został złożony z dostojeństwa, za to, że się zapomniał i był jednéj uczcie przytomnym.
Nadzwyczajna wstrzemięźliwość była cechą chrześcijan; wiemy z żywotów i akt, że wielu z nich ograniczało się jadłem jak najskromniejszém. Ś. Mateusz nie tykał mięsa, Ś. Jakób żył chlebem i wodą, Ś. Piotr, wedle tradycyi, fasolą, Ś. Paweł, jak widać z jego pism, nie jadł mięsa i nie pił wina. Poeta Prudencjusz, który tak wierny maluje obraz swych czasów, powiada: „Narodom niepokonanym, przystało się karmić mięsem zabitych zwierząt; naszym pokarmem zioła; ziarna pożywne roślin wielu nasycają nas niewinnie“. Wymienia jeszcze mleko, ser, miỏd z Attyki i słodkie owoce ogrodów. Ponieważ uczty odbywały się najczęściéj u grobów męczeńskich, samo miejsce zmuszało do wstrzemięźliwości. Lucjan szydząc sobie z chrześcijan, przezywa ich, „wybladłemi“ (katochriomenoi). Za każdym kielichem, który wychylano, był zwyczaj wspominać imię Chrystusa, chociażby pito wodę. Te okrzyki są na dnie naczyń ryte; znaczą one: Żyj w Chrystusie, Pij w pokoju bożym! i t. p.
Na bardzo ciekawym ale znanym powszechnie fresku w katakombie ŚŚ. Marcellina i Piotra, jest wystawiona uczta podobna do uczt starożytnych: stół w półkole, (w sigma) a na mniejszym drugim stoliczku są potrawy, pieczony, niewiadomo czy baranek, i noże. Na ziemi stoi amfora z winem. Za stołem siedzi trzy osoby, w pośrodku kobiéta; wszyscy, nie jak był zwyczaj u pogan, siedzący są, nie leżący. Chrześcijanie nie jadali leżąc, uważano to za zniewieściałość pogańską. Po końcach stołu siedzą także dwie kobiéty, zapewne do usług przeznaczone. Po nad głowami dwóch biesiadników są wypisane imiona kobiét — Agape, która miała mięszać wino z wodą, i Irene, która miała wodę ogrzaną przynosić. Godne uwagi są imiona Agape i Irene, znaczą — miłość i pokój. Znaczenie tego obrazu, któremu drugi podobny przywodzi p. de Rossi, jest trudném do wytłómaczenia, z pewnością; jednak samo miejsce cmentarne, w którém je znaleziono, wskazuje, że ono być musiało relgijne, pod formą dla pogan niewtajemniczonych — niezrozumiałą.
Zbytek i rozwiązłość obyczajów rzymskich, tak silnie odmalowane w satyrykach ostatnich czasów, obudzając obrzydliwość w chrześcijanach, nie dopuszczały nadużyć w ogóle w napoju i jadłach. Uczty wspólne z ubogiemi, liczne, nie mogły być bardzo wytworne; zresztą widzimy umartwienie ciała przyjęte jako zasadę, i powszechny zwyczaj postów.
Obok idei, która post dla chrześcijanina czyniła obowiązującym, jakże przypuścić potém sybarytyzm i nadużycie?.
Posty zrodziły się razem z wiarą i Kościołem. Najstarszym z nich był czterdziestodniowy, poprzedzający Paschę; a następnie szły wigilje i suche dni.
Surowe niezmiernie były posty pierwotne; niektórzy wstrzymywali się nawet od wody. Chorym tylko wolno było złamać post rzeźwiąc się nią. O nonach dopiero, to jest około 3-éj z południa, wolno było jeść, i to tylko raz jeden. Postne potrawy składał chleb i jarzyny, od mięsa i wina się wstrzymywano. W IV-ym wieku używano suchych owoców. U Greków, na cały 40-sto dniowy post przepisana była xerofagja, to jest same pokarmy suche. Jest to nasz post z suchotami. W VII-ym wieku na Zachodzie zaczęto używać ryb, a niekiedy ptastwa wodnego.
Nie chcąc się nad tém rozszerzać, dodamy tylko ciekawszych kilka szczegółów. Na Wschodzie, w czasie 40-stu dni postu, niedziele i soboty były z niego wyjęte; na Zachodzie nie poszczono czwartków.
W pierwszym Kościele przywiązywano wielką wagę do tego, aby w poście jeść tylko raz na dzień. Wypływało to z obyczajów dawnych Rzymian, którzy dopiero wieczorem zasiadali do stołu, a dzień cały poświęcali pracy lub próżnowaniu pracowitemu, jak dziś jeszcze na Zachodzie. Salvian przypomina ostry obyczaj dawnych Rzymian i ich życie surowe temi słowy: „Czyż przodkowie jęczeli i uskarżali się na to swe życie oszczędne i proste, gdy pożywali nędzny i gruby posiłek u tego ogniska, przy którém go sami sobie zgotowali, i gdy im nie było wolno jeść wprzódy aż wieczorem?“
Z tego to obyczaju rzymskiego, dzisiejszy obiadowania późnego pozostał w wielu krajach. U nas w Wigilją i w Wielki Czwartek także zasiadano do stołu dopiero wieczorem.
U Rzymian, tych co ucztowali za dnia, Cenzorowie notowali jako ludzi złych obyczajów. Ale w ciągu dnia wolno było przekąsić (prendere) zjeść nieco. Były to prandicula, śniadanka, które stojący pożywano, nie jak wieczorne, leżąc. Chrześcijanie, którzy z razu w dnie postne raz jedli wieczorem, późniéj zmienili to na południe. Od V-go wieku, oprócz tych południowych obiadów postnych, Kościół wchodząc w to, iż przy pracy nawet kapłanom trudno było dotrwać do drugiego południa, dozwolił lekkiego posiłku wieczorem.
W ogóle post był prawem, ale i tu, jak w jałmużnie, tylko wola własna i poczucie jego potrzeby, mogły mu nadawać wartość. Im człowiek był pobożniejszym, a naostatek silniejszym, tém cięższe zadawał sobie umartwienia.
Co się tyczy ubrania, zdaje się że pierwsi chrześcijanie nie różnili się w niczém od pogan... Pewne jednak szczegóły warte są wzmianki. W ogóle mężczyzni chodzili z głową odkrytą, kobiety — w zasłonach, wyjątki są bardzo rzadkie, jak wzmianka w aktach Ś. Dydyma, który nakrył głowę czapką Pileus, wchodząc do domu, z którego wyrwać chciał dziewicę Teodorę. W ogóle nakrycia głowy, jeśli jakie były w użyciu, to z pewnością skromne i jak najmniéj pokaźne. Mężczyzni nosili włosy krótko ucięte, kobiéty je zapuszczały; przyczynę tego dają słowa Ś. Pawła w jednym z jego listów. Krótkie włosy wyraźnie odróżniały pierwszych chrześcijan, a w poemacie swym Prudencyusz pisze, że nawrócony Cypryan obciął pukle, które mu wprzódy na ramiona spadały. Włosy długie uważały się za oznakę zniewieściałości. Mogły być wyjątki zapewne ale w ogólności noszono włosy krótkie, brodę długą. Zmianę jéj kształtów uważano za rzecz naturze jéj przeciwną, może za naganne tém, że zdradzało jakieś, zbytnie staranie.
W czasie modlitwy szczególniéj i obrzędów uroczystszych, niewiasty miały głowy osłonione; nie wychodziły téż z domu bez zasłony. W obrazach w katakombach wszystkie modlące się kobiéty są z głowami zakrytemi, a te co siedzą przy stołach, ucztach, mają włosy zwykle podniesione i w dwa pukle przypięte nad czołem.
Obcinać włosów kobiécie nie było wolno; Ś. Paweł nazwał je zasłoną daną przez Boga.
Na niektórych wizerunkach świętych niewiast, spotyka się rodzaj ozdoby na głowie, mitry (mitella), która miała być oznaką pobożnych i życiu świętemu szczególniéj oddanych, lub poświęconych Bogu. Nosiły ją i dziewice, ale daleko mniéj ozdobną (flammeum virginale). Matron zaś były i wytworniejsze i kosztowniejsze. Widać ze współczesnych, iż w II-gim i III-cim wieku zakradał się częściowo zbytek w ubiorach, który karcono. Tertuljan nazywał te zbyt poprzystrajane głowy, „głowami na targ wystawionemi”. W inném miejscu na trefione włosy woła: „Na co te wasze włosy wiecznie tak męczycie?” Nareszcie jedno z Koncyljów w Elwirze, wzbroniło chrześcjankom nawróconym, lub katechumenkom, używania viros cinerarios, to jest, mówiąc dzisiejszym językiem, fryzjerów, którzy włosy trefili.
Ubranie składało się z tuniki, która była razem koszulą i wdziewała się na ciało. Niekiedy obszyta ona bywała dziwnie pasami purpurowemi; bywała bez rękawów (colobium), lub z niemi. Na tę koszulę, wełnianą zwykle, wdziewano pallium, płaszcz; w domu go nie noszono, ale do wyjścia tylko. W obrazach katakombowych, mężczyzni i kobiéty jak skoro są przy uczcie, w domu, mają tylko tunikę.
Pallium, płaszcz nie przez wszystkich noszony, szczególniéj odznaczał osoby poważne, surowego życia. Tak nam w trzewikach i płaszczach malują wedle tradycyi Apostołów. Tunika była niemal zawsze białą a płaszcz koloru ciemnego, oboje wełniane; jedwabnych i purpurowych płaszczów zakazywano.... Noszenie ich było nadużyciem.
Wprawdzie na obrazach starych i na mozaikach z V i VI wieku, Chrystus, Święci i Błogosławieni przedstawieni są w szatach ozdobnych, wyszywanych, wysadzanych, bramowanych złotem, ale się to tłómaczy ich apoteozą. W istocie strój skromny, prosty i ubogi był oznaką chrześcijan.
Do ubioru w podróży należy jeszcze penula, inny rodzaj płaszcza, okrągłego, który się wkładał na głowę przez otwór okrągły w pośrodku; zwykle bywał on sukienny.
Ubior kobiét mało co się różnił od męzkiego. Tunika, to jest suknia wkładana na ciało, zwała się stola, płaszcz pallo; oboje były proste i niewyszukane, ale z materyi lżejszych i cieńszych. Niektóre z dziewic zapewne, chcac się okazać powierzchownie równie silnemi jak mężczyzni, zaczęły były używać płaszczów męzkich, co jednakże zakazano. Pomniki i pisma świadczą jeszcze o używaniu chustek, sudaria, do obwijania głowy i okrycia twarzy.
Charakterystyczną częścią ubioru chrześcjan było tak zwane orarium, suknia wdziewana przy modlitwie tylko. Był to rodzaj płaszcza także, okrywający ramiona, którego końce spinały się na piersiach zapinką. Kobiéty i mężczyzni nosili pierścienie, z których wiele się dochowało do naszych czasów po zbiorach. Te były zwykle godłami chrześcjańskiemi ozdabiane. W katakombach znaleziono ich ilość bardzo wielką.
Najpospolitsze z nich były proste obrączki z kości słoniowej, bez ozdób żadnych, których wiele jest na grobach katakombowych; inne z bronzu, srebra i złota. Na palcach zmarłych odszukano ich mnóstwo. W aktach Ś. Perpetui i Felicyty czytamy o pierścieniu, który Ś. Satur wziął od żołnierza przytomnego męczeństwu, i oddał mu go krwią swą oblanym. Godła ryte na pierścieniach są: gołąb, kotwica, ryba, okręt, alfa i omega, monogram Chrystusowy i t. p. Są pierścienie z kluczami od szkatułek, znajdowane w katakombach.
Obówiem chrześcian najzwyklejszém były sandały, to jest podeszwa przywiązana rzemykami do nogi. Nosił je Chrystus Pan przez pokorę, bo w Palestynie najuboższy lud ich używał, a przez naśladowanie uczniowie, a później wszyscy święci chrześcijanie. Kobiéty używały natomiast obówia okrywającego całą stopę. Na obrazach wystawiających modlące się niewiasty w katakombach, najczęściej są malowane całkiem boso.
Wiemy ze słów Ś-go Klemensa Aleksandryjskiego, żeby nie odznaczać się zbytnie od otaczającego ludu, chrześcijanie tak się nosili wszędzie, jak był obyczaj miejscowy.
Pomiędzy sobą poznawali się znakami różnemi, szczególniej znakiem krzyża Ś-go, tém, co my dziś nazywamy żegnaniem się.
Jest rzeczą ciekawą od jak dawna kładzenie tego znaku trwa, i jak się ono w początkach odbywało. Świadectwo o tym zwyczaju pobożnym znajdujemy w dawnych pisarzach; sięga on pierwszego wieku niewątpliwie. Wszystkie niemal czynności życia rozpoczynano tym znakiem; przed jedzeniem żegnano siebie i potrawy; przy ziewaniu i kichaniu żegnano się także. Starożytny zwyczaj ten utrzymał się w naszym kraju jak był w pierwszych wiekach. Wogóle u nas tych pierwotnych zabytków mamy więcéj niż u innych narodów. Poganie poznawali chrześcijan po tym znaku często; mnóstwo o tém wspomnień w aktach męczenników, bo się nim zdradzali mimowolnie.
Żołnierze chrześcijańscy kładli na sobie znak krzyża przed bitwą; wszyscy idąc do snu; a przy obrzędach religijnych, liturgicznych, powtarzał się on bardzo często.
Ale sposób żegnania się był różny. Zakreślano krzyżyk palcem na czole, i to był może najdawniejszy sposób. Na Zachodzie żegnano się jednym palcem. Wiadomo że w Kościele wschodnim znak krzyża kładą naprzód na ramieniu prawém, potém na lewém. — Od VIII wieku już w obrzędach znak ten był powszechnie przyjęty.
Ubiory duchowieństwa, któreby je odznaczały od świeckich, jak się zdaje, w pierwszych trzech wiekach nie istniały wcale; może dla samego prześladowania, na któreby je narażały.
Oprócz skromności odzieży, Kościół nie przepisywał jéj rodzaju. Jednakże poważniejsi ludzie w starożytności wszyscy nosili płaszcze, i duchowieństwo téż je przywdziało. Płaszcze, których używali filozofowie, a które przyjęli duchowni, były różne od tych, jakie nosili w ogóle wszyscy. Płaszcze filozofów i starców, były kwadratowe, sukienne, czarne lub brunatne, i spływały do ziemi; świeckie zaś spinały się na ramieniu i zarzucały w tył, a noszący obwijał się niemi cały, nie używając żadnego spięcia. Sposób noszenia był téż różny, ale zawsze bardzo prosty. Filozofowie chodzili boso, z głową odkrytą, w tunice ciemnéj, bez ozdób żadnych. Te płaszcze ascetów, których wyższe duchowieństwo nigdy nie używało, w VI wieku zarzucone zostały.
Niektórzy biskupi w IV wieku przywdzieli płaszcze białe, ale zwyczaj ów się nie upowszechnił; — nie noszono też czarnych, a Ś. Hieronim zalecał, aby się niczém zbyt wyrazistém nie odznaczano. Toż samo powtórzyły niektóre Sobory, zastrzegając od wszelkiego zbytku.
W V wieku sạ już ślady osobnych sukni duchownych — ale nie dające określić, na czém zależały różnice, oprócz skromności ich.
W VI wieku strój w całéj Europie doznał zmiany radykalnéj; napływ różnych narodów, które opanowały prowincye zachodnie państwa rzymskiego, oddziałał i na odzież. Większość porzuciła poważny strój rzymski a przywdziała krótkie i fantazyjne suknie, naśladowane od najezdców. Duchowieństwu jednak tego wzbroniono, i w ten sposób wyróżniło się ono dobitnie od świeckich. Ubiór zaczął być prawem określany; przepisano suknie długie do stóp, zakazano krótkich kurt, zwanych sagum, tudzież noszenia purpury, rażącej próżnością, i naśladowstwa barbarzyńców.
Na Wschodzie w VII dopiero wieku różnica sukni daje się uczuć, i świeckich dzielić od duchownych.


Wrócimy teraz jeszcze do Rzymu i katakomb, o których tylko obszerności krótkośmy wspomnieli, nie dając wyobrażenia jak są liczne, jak mnogie pod całym wiekuistym grodem.
O. Marchi dzieli je na dwa wielkie systemy: przedtybrowych i za tybrowych. Blizko drogi Cornelia zwanéj, gdzie wzgórze Watykańskie podnosić się zaczyna po nad placem rozległym igrzysk dawnych, niedaleko jednéj strony cyrku i ogrodów Kaliguli, które później Nero sobie przywłaszczył, i gdzie spełniły się pierwsze jego okrótne nad Chrześcijany męczeństwa; gdzie złożone zostały zwłoki Ś-go Piotra, Xięcia Apostołów; wszystkie świadectwa piśmienne i dowody materyalne wskazują, że niezliczona ilość męczenników zaległa to pole ofiary, na którém późniéj spoczęli około swojego wodza pierwsi jego następcy, Linus, Klet, Anaklet, Ewaryst, Syxt, i t. p. To jest najstarszy i najpoważniejszy ze cmentarzów katakombowych, rozciągający się z miejscowych powodów i gruntu niedogodności, szczególniej między południem a zachodem.
Cmentarze ŚŚ. Rufiny i Sekundy, położone w miejscu zwaném lasem białym; i ŚŚ. Maryusza, Marty, Audyfaxa, Abachum’a, w miejscu ad Nymphas, chociaż nad drogą Cornelia, nie mogą się zaliczyć za jedno z Watykańskim, z powodu odległości. Pomiędzy dwóma staremi gościńcami Aurelia i Cornelia, znaleziono ślady krypt, przejść, zasklepień i malowań pierwotnych. Niedaleko od miasta, na drodze Aurelia, pisarze różni wzmiankują cmentarze: ŚŚ. Kalepoda, Juljusza papieża, Felixa, Lacyny, Processa, Martynjana, Agaty.
W głównych zarysach skreśliliśmy słaby obraz pierwotnego spółeczeństwa chrześcijańskiego. Mimowolnie myśl nastręcza zapytanie, ile wykształceńsze dzisiejsze przez półtóra tysiąca lat zyskało? Czyśmy bliżsi doskonałości? czyśmy czyściejsi i świętsi?
Odpowiedź zaiste trudna i porównanie upokarzające. Jaśniéj widzimy obowiązki, drogi, historyczne konieczności, naturę spraw naszych, ale słabiéj nas one obchodzą. Téj gorliwości pierwiastkowéj, która cały żywot poświęcała udoskonaleniu, a czuwała nad każdym jego krokiem, nie mamy. Ostyglejsi, obojętniejsi, sceptyczni, staliśmy się prawie fatalistami w rzeczy obyczajów. Z tego surowego spółeczeństwa pierwotnego, tak ściśle związanego z sobą węzłami braterstwa, miłości, posłuszeństwa, jedności, bez wyjątku prawie, widzimy dziś szczątki rozbite, w słabe połączone gromadki, rozdzielone przekonaniami, obrzędami, i tysiącem egoizmom narodowym posługujących pozorów odosobnione.
Cała chrześcijańska spółeczność, wzięta najogólniéj, zaledwie się uznaje za jedną; interesa czasu i miejsca przeważyły nad braterstwem; obowiązki jego zupełnie są zatarte.
Gdybyśmy zeszli niżéj do rodziny, jednostek i życia powszedniego; pomiędzy pierwszymi chrześcijanami, a nami, jeszcze bardziéj uderzające znalazłyby się różnice. Forma chrześcijańska trwa wprawdzie prawie wszędzie, zachowana jako pamiątka, ale duch z niéj uleciał. Rzadką jest rodzina chrześcijańska, małżeństwo chrześcijańskie, rzadkie żywot i śmierć.
To téż świat czuje ten brak wielkich prawd, na którychby się mógł oprzéć; to wyzucie się z zasad; a niewiara i swawola, nie tylko w życiu jednostek i rodzin, ale w międzynarodowych stosunkach oddziaływają zgubnie. Polityka dni dzisiejszych nie ma ani bohatérstwa czasów zdobywczych, ani chrześcijańskich zasad przed sobą; siła występuje przed prawem, i jest uznaną otwarcie jako jedyny kierownik spraw świata.
W smutnych zaprawdę i ciężkich żyjemy czasach. Dla tego orzeźwiający obraz tych wieków młodzieńczych nowéj społeczności, każdego pokrzepić może. Widzimy z niego, wbrew temu, coby się przemądrzałym podobało utrzymywać, że idea i moralność Chrystusowa nie została ani wyczerpaną, ani nawet w pełni zużytą. Ludzie chwycili jéj cząstkę tylko i cofnęli się przed surowszém zastosowaniem.
Nie mniéj jednak ani filozofia pozytywna Comta, ani podejrzana moralność Emmersona, ani próbki nowego prawa, zbudowanego na harmonii potrzeb i interessów człowieka, nie nagrodzą tego, co do dziś dnia czerpiemy z Ewangelii.
Najzaciętsi sceptycy, jak Renan, przyznają, że nic zastąpić nie potrafi naruszonych zasad moralności, opartych na wierze.
Wszystko zwiastuje, że po walce į znoju, społeczność wypróbowawszy dróg, które ją do niczego nie zawiodły — wróci na tę, którą szła w początkach, a która ją doprowadziła od największego zepsucia i upadku, do najświetniejszego odrodzenia.
To mają w swéj charakterystyce zachwycającego pierwsze wieki, że są jak słońce o wschodzie, które jaśniejszém się wydaje, majestatyczniejszém niż w południe. Stanowią one rozkwit chrześcijaństwa i najwyższy zarazem punkt urzeczywistnienia nauki ewangelicznéj.
Kościół w IV wieku wywiesza krzyż zwycięzki; Chrystus tryumfuje, ale zwycięztwo zmiękcza, osłabia i zobojętnia. Wygnańcy i prześladowani przychodzą do władzy, ale już ten duch, jaki ich w walce ożywiał, wygasa powoli.
Pogaństwo zwyciężone, podbite, zdruzgotane na pozór, ciche i zdradliwe leży martwém, aby powoli, niewidomie wlało resztkę wpływu swego w zwycięzców.
Wyznawcy Chrystusa, niestety — obyczajem, niewiarą, jesteśmy jeszcze wnukami tych Rzymian, co kłaniali się wszystkim bogom, i w Panteonie obok nich tylko chcieli postawić prawdziwego.
Ale zadanie ludzkości nie jest spełnione, dzieje skończone nie są, a przyszłość, po za osłoną chmur i ciemności, świeci słońcem prawdy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.