Wieś i miasto/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Wieś i miasto
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

III.
W RESTAURACJI.

Pierwszorzędna restauracja w mieście powiatowem... nie różniła się niczem od innych tego rodzaju zakładów. Posiadała bufet ze wszelakiemi przynależytościami, między któremi ser szwajcarski, sardynki i wieszadła na paletoty najwydatniejsze zajmowały miejsca. Miała salę główną i parę bocznych gabinetów, w których obok stołów znajdowały się krzesła i spluwaczki, obok oliwy i pieprzu podarte i zabrukane dzienniki, a obok luster, bitwy pod Wagram i koronacji Napoleona I-go, wizerunki dzikich kaczek, zajęcy i raków.
Tego rodzaju instytucje cieszą się wogóle popularnością, do jakiej po wsze czasy napróżno wzdychać będą bibljoteki, muzea i t. p. śpiżarnie wiedzy. W restauracji pokrzepia nadwątlone siły obywatel ziemski, który przyjechał do powiatu w celu wydobycia się z sekwestratorskich szponów. Tu zabijają resztkę dnia różni sekretarze, pomocnicy i adwokaci, czujący wstręt do zajęć umysłowych. Tu prowincjonalny poeta czyha na ofiarę, którejby mógł, za cenę paru butelek piwa drozdowskiego, odczytać najświeższy swój utwór. Tu spotykają się sąsiedzi, godzą nieprzyjaciele, waśnią dobrzy znajomi i zbierają wiadomości nieurzędowi reporterzy, niesłusznie nazywani plotkarzami.
W dziesięć dni po zaciągnięciu przez pana Letkiewicza pięciusetrublowej pożyczki od Joska, w tejże restauracji, około pierwszej w południe, w oddzielnym gabinecie siedziało kilku młodych ludzi z warstwy „inteligentnej.“ Był tu pan Scyzorski lekarz, pan Sontag asesor sądu, pan Goldcwejg adwokat, a wkońcu korespondent do dzienników, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego, pan Bąkalski, który drogi czas swój obracał na zbieranie wiadomości bieżących, zasiewanie idei postępowych i kwestowanie prenumeraty.
— Oto są, panowie, najświeższe wiadomości o naszym balu — mówił korespondent. — Pani Letkiewiczowa wykreśliła z listy zaproszonych osób panią Szafranowiczowę, dlatego, że jej mąż pieprzem handluje, a dwie panny Sonabend dlatego, że ich ojciec jest piwowarem!
Powiedziawszy to, znakomity Bąkalski spojrzał po obecnych z miną jenerała, który wygrał kawałek bitwy.
— Oszalała baba! — mruknął lekarz.
— Niedość tego — ciągnął korespondent — pani Gęgalska bowiem najzupełniej potwierdziła jej wyrok i odwołała zaproszenia wysłane do tych dam. Może mi da który papierosa, bom nie wziął.
— Masz, doktorze, zjednoczenie warstw, zbliżenie wsi i miasta!... — wtrącił Sontag.
— O czem pisałem w zeszłym roku w politycznej gazecie! — przerwał korespondent.
— Masz dowód, w jaki sposób idee liberalne przesiąkają do tych warstw zapleśniałych — mówił Sontag.
Korespondentowi poczerwieniała twarz, a oczy wyszły z orbit.
— Panowie! — zawołał ten niepospolity człowiek. — Idee liberalne to dzieci mego ducha, to wieniec mojej zasługi, to wyraz, który każę sobie wyryć na kamieniu grobowym. Gazeta, którą podpieram, w pieluchach jeszcze służyła tym ideom, a jakże ją ogół przyjął!...
Ale ja — ciągnął dalej — bez względu na niechęć i ciemnotę mas, pozostanę wierny moim zasadom. Szacunek dla wszystkiego, co wielkie i piękne, równość wszystkich użytecznych członków społeczeństwa, bez względu na tytuły i nazwiska — oto mój program!... Garson, błaźnie! podaj jeszcze dwie butelki piwa.
Uważnie przysłuchujący się wspaniałej mówce Sontag miał wszelkie prawo sądzić w tej chwili, że garsoni nie należą do użytecznych członków społeczeństwa.
Gdy nowe butelki przyniesiono, zabrał głos Goldcwejg.
— Summa summarum, uważam, moi panowie, za właściwe wycofać się z waszego balu. Jadam wprawdzie wieprzowinę, kocham wszystkich braci moich bez względu na stan i religją, ale skandalu wywoływać nie myślę. Jeżeli pani Letkiewiczowa nie chce tańczyć obok pani Szafranowiczowej, to któż mi zaręczy, że godny jej małżonek nie zechce mnie, Żyda, wyprowadzić z salonu?
— Albo sam wyjść, przy pomocy którego z lokajów — wtrącił Scyzorski.
— Kochany Henryku! nie bądźże dzieciakiem! — zawołał roznamiętniony korespondent. — Letkiewiczowa miała za sobą przynajmniej cień słuszności w postępowaniu z temi damami, one bowiem pochodzą z Niemców. Ale tyś przecie Żyd, tyś nasz.
Z temi słowy wielki człowiek schwycił za ramię Goldcwejga i targnął nim tak silnie, jakby miał zamiar wytrząsnąć z adwokata wszystkie artykuły prawa o dłużnikach.
— Rozumiem! — odezwał się Sontag. — To ja właściwie nie powinienem być na balu, ponieważ z Niemców pochodzę.
— Przebóg! — wrzasnął Bąkalski. — Ja przecież nie mówiłem o takich zacnych obywatelach kraju, jak ty i tobie podobni, którzy macie tylko obce nazwiska, ale raczej o tych, którzy przychodzą do nas z felejzami na plecach, dorabiają się tu majątku i nie umieją nawet języka miejscowego.
— Mój stary ojciec — odparł spokojnie Sontag — przybył także do kraju z felejzą, tu dorobił się majątku i do dziś dnia nie mógł się jeszcze nauczyć języka.
— Bronisławie! — zawołał znowu Bąkalski. — Czy możesz sądzić, abym ja miał na myśli twego czcigodnego ojca, zacnego producenta wyrobów fajansowych, człowieka, który dał zajęcie tysiącom rąk...
— Jego ojciec ma sześćdziesięciu robotników, dał więc zajęcie tylko stu dwudziestu rękom — wtrącił Scyzorski, którego rozmowa ta w wysokim stopniu gniewała.
— Nie przerywaj, Kaziu! — ofuknął go korespondent, a potem dodał: — Panowie! ja szanuję ojca naszego Bronisława, człowieka, który chce dać na otworzenie polskiego pisma; ja czczę starego Sontaga, ja uwielbiam tych wszystkich dzielnych ludzi, którzy z felejzami na plecach przychodzą do nas z odległego Zachodu, aby wychować takich synów. Bronisławie! Sontagu młodszy! daj pyska...
Jakkolwiek ostatnie zdania utalentowanego Bąkalskiego, zestawione z poprzedniem, dowodziły pewnego zamętu w procesach psychicznych, biesiadnicy nie zważali na to jednak, znając go już oddawna.
— Wierzę ci, mój redaktorze — odpowiedział Sontag — z tem wszystkiem jednak na balu nie będę. Przy zaletach, których ci nie odmawiam, jesteś tylko trąbą opinji publicznej, a to, coś powiedział, jest jej głosem.
— Zgadzam się na wniosek Sontaga, ja też nie będę! — dorzucił Goldcwejg.
W tej chwili ciemniej się zrobiło w pokoju, we drzwiach bowiem ukazała się czerwona twarz, wielkie niedźwiedzie i jeszcze większe szpakowate wąsy Żabickiego.
— Dość tych bredni! — huknął przybyły. — I Goldcwejg, i Sontag, obaj musicie być na balu.
Wychudłe i wybladłe mieszczuchy spokorniały odrazu wobec olbrzymiego i tak dobrze utrzymanego wieśniaka; kilka minut upłynęło nim najśmielszy z nich, Goldcwejg, ochłonął i rzekł:
— Nie możemy być, panie, nie chcemy bowiem psuć zabawy i narażać się na szykany.
— Cicho mi bądź, ty niedojrzały szparagu! — przerwał Żabicki. — Jestem gospodarzem balu, a kto wam uchybi, ze mną mieć będzie do czynienia.
Jasny blondynek Sontag i nierozumiany przez ogół apostoł liberalnych idei Bąkalski z respektem spojrzeli na ogromne dłonie wieśniaka, prosząc w duchu Boga, aby ich na zatargi z Żabickim nie narażał.
— Zwracam jednak pańską uwagę, że na balu jest gospodynią pani Gęgalska, a większość na nim stanowić będą obywatele ziemscy.
— Jeżeli chodzi o herby — przerwał Żabicki — to mój jest taki dobry, jak i wszystkich Gęgalskich. Jeżeli zaś chodzi o rozum, to czy sądzisz, mój adwokacie, że prawnicy i redaktorzy wszystek już rozum wzięli w arendę, tak że dla nas, obywateli ziemskich, nic nie zostało?
— Podoba mi się ten hreczkosiej! — zawołał Bąkalski. — Równość! idee liberalne! oto rezultat oddziaływania mojej gazety, którą podpieram, na zacofanych wieśniaków. To moja myśl! to moje zasady!
— Egzagerujesz, kochany panie — odparł chłodno Żabicki. — Jeszcześ kotom pęcherze do ogonów przywiązywał w owej epoce, kiedyśmy znali i praktykowali zasady, które dziś swoim wynalazkiem nazywasz. Ale nie o to tu chodzi. Rozsądny ogół nasz nie zna wieśniaków, ani mieszczan, Żydów ani Niemców, tylko obywateli więcej lub mniej ukształconych i zdolnych do towarzyskiego życia. Z tych tedy powodów, jeszcze raz powtarzam, że nietylko Sontag i Goldcwejg, ale nawet pani Szafranowiczowa i panny Sonabend muszą być na balu. W przeciwnym razie cofnę się ja i trzydziestu moich sąsiadów, to jest prawie wszyscy wieśniacy.
Po tej odezwie, pogadano jeszcze o polowaniu, o wyższości win węgierskich nad francuskiemi, tudzież preferansa nad djabełkiem, poczem towarzystwo rozeszło się. Został w gabinecie tylko Sontag, do którego niebawem przysunął się Gotlieb von Oschuster, od paru dni nieobecny w Wilczołapach, a od kilku godzin przebywający w mieście X.
— Dobrze, żem pana znalazł! — rzekł ajent po niemiecku — ponieważ chciałbym panu przedstawić pewien projekt.
— Słucham pana — odparł obojętnie Sontag, który będąc figurą sądową, nienajlepszą miał opinją o siewniku cywilizacji zachodniej.
— Uważa pan — ciągnął Oschuster — w mieście tem znajduje się kilkanaście rodzin naszych, dla dobra których chciałbym założyć nasz klub...
— Nie rozumiem pana...
— No, klub, w którym moglibyśmy mieć nasze książki, rozmawiać własnym językiem, ogrzewać serca rodzinnemi ideami, wzmocnić węzły, łączące nas z odległą ojczyzną, a nadewszystko wspólnie przepędzać czas, aby tym sposobem uniknąć obmierzłych stosunków... Zrozumiałeś mnie pan?
— Zrozumiałem! — odparł drżącym z gniewu głosem Sontag, któremu krew do głowy uderzyła. — Zrozumiałem, i na dowód tego proszę pana, w imieniu mego ojca, siostry, a wreszcie mojem własnem, abyś przestał bywać w naszym domu!
To powiedziawszy, wstał i chwycił za kapelusz.
— Co to znaczy, panie Sontag? — zawołał przerażony ajent.
— To znaczy, panie von Oschuster, że rodziny nasze mają stanowczy zamiar unikać obmierzłych stosunków.
I wyszedł, przyprawiwszy o mocny zawrót głowy ajenta spółki berlińskiej.
W tej samej restauracji, lecz w innym gabinecie, rozprawiali także o mającym nastąpić balu, panowie: Anastazy na Fujarach Fujarkiewicz, Mączarski z Mączar i wynędzniały tak pod względem fizycznym, jak i umysłowym, jedyny syn Gęgalskich, Fonsio, którego najpobłażliwsi przyjaciele domu nazywali „nierozwiniętym Fonsiem.“
— Bądź co bądź, ja jednak myślę, że pani Letkiewiczowa bardzo dobrze zrobiła, odpraszając te damy — mówił pan na Fujarach. — Inaczej bowiem do przyzwoitego towarzystwa wdarłoby się mnóstwo różnego rodzaju procederzystów i tym podobnej kanalji.
— Tak! kanalji... Moja mama mówiła to samo, słowo honoru daję! — wtrącił nierozwinięty Fonsio.
— Ależ sąsiedzie — odparł pan Mączarski — my, rolnicy, jesteśmy także procederzystami, a z drugiej znowu strony, między mieszczuchami znajduje się bardzo wielu ludzi ukształconych, dobrze wychowanych, a nadewszystko zacnych.
— No!... słowo honoru daję! z ust mi pan wyjął to zdanie. Ja zupełnie to samo chciałem powiedzieć — odezwał się Fonsio.
— Przyznaj jednak sąsiad — bronił się Fujarkiewicz — że te, jak ich nazywasz, mieszczuchy, są nieznośnymi zarozumialcami, za wiele gadają o swoim rozumie, a za mało cenią zasługi nasze.
— Słowo w słowo to samo mówi moja mama, a ja nie waham się przyznać racji panu Fujarkiewiczowi — dorzucił Fonsio.
— Mój sąsiedzie — odparł Mączarski — każdy ma swoje wady i zalety. Ten jednak, mojem zdaniem, stoi najwyżej, kto siebie pilnuje, innymi nie pomiata i nie mnoży szkodliwych waśni. Pamiętajmy o tem, mój sąsiedzie, że czasy się zmieniły, i że wreszcie tak ci, którzy rano, jak i ci, którzy nad wieczorem przyszli do winnicy Pańskiej, jednakową otrzymali zapłatę.
— O właśnie! zupełnie to samo mówi mój wuj, hrabia Wyporek. Ja zawsze utrzymywał, że się czasy zmieniły, i że jak tylko chłopi przestali odrabiać pańszczyznę, natychmiast wszystko zdrożało... Słowo honoru daję, że takie jest zdanie mego wuja hrabiego i moje.
W taki to sposób ludzie rozprawiali o balu w mieście powiatowem, i takim był Fonsio Gęgalski, dziedzic pięknego imienia, obszernych dóbr, a zarazem przyszły filar społecznego gmachu, przyszły działacz na arenie pracy obywatelskiej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.