Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Panowie! — zawołał ten niepospolity człowiek. — Idee liberalne to dzieci mego ducha, to wieniec mojej zasługi, to wyraz, który każę sobie wyryć na kamieniu grobowym. Gazeta, którą podpieram, w pieluchach jeszcze służyła tym ideom, a jakże ją ogół przyjął!...
Ale ja — ciągnął dalej — bez względu na niechęć i ciemnotę mas, pozostanę wierny moim zasadom. Szacunek dla wszystkiego, co wielkie i piękne, równość wszystkich użytecznych członków społeczeństwa, bez względu na tytuły i nazwiska — oto mój program!... Garson, błaźnie! podaj jeszcze dwie butelki piwa.
Uważnie przysłuchujący się wspaniałej mówce Sontag miał wszelkie prawo sądzić w tej chwili, że garsoni nie należą do użytecznych członków społeczeństwa.
Gdy nowe butelki przyniesiono, zabrał głos Goldcwejg.
— Summa summarum, uważam, moi panowie, za właściwe wycofać się z waszego balu. Jadam wprawdzie wieprzowinę, kocham wszystkich braci moich bez względu na stan i religją, ale skandalu wywoływać nie myślę. Jeżeli pani Letkiewiczowa nie chce tańczyć obok pani Szafranowiczowej, to któż mi zaręczy, że godny jej małżonek nie zechce mnie, Żyda, wyprowadzić z salonu?
— Albo sam wyjść, przy pomocy którego z lokajów — wtrącił Scyzorski.
— Kochany Henryku! nie bądźże dzieciakiem! — zawołał roznamiętniony korespondent. — Letkiewiczowa miała za sobą przynajmniej cień słuszności w postępowaniu z temi damami, one bowiem pochodzą z Niemców. Ale tyś przecie Żyd, tyś nasz.
Z temi słowy wielki człowiek schwycił za ramię Goldcwejga i targnął nim tak silnie, jakby miał zamiar wytrząsnąć z adwokata wszystkie artykuły prawa o dłużnikach.
— Rozumiem! — odezwał się Sontag. — To ja właściwie nie powinienem być na balu, ponieważ z Niemców pochodzę.