Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXVI.
PSYCHOLOGJA KRÓLEWSKA.

Król przyśpieszonym krokiem wszedł do swojego mieszkania. Może Ludwik XIV-ty dlatego szedł śpiesznie, że czuł się osłabionym. Za sobą bowiem zostawiał jakby ślad tajemniczej żałoby. Wesołość, którą wszyscy zauważyli, gdy wszedł, i z której wszyscy się cieszyli, przez nikogo w prawdziwem znaczeniu nie była odgadnięta; ale gniewne odejście i zmienioną twarz wszyscy zrozumieli.
Księżna mądrze obliczyła zemstę i, jak widzieliśmy zemściła się dotkliwie. Niech jednak nikt nie sądzi, że księżna była namiętną, lub rzeczywiście rozkochaną. Młoda, przyjemna, dowcipna, zalotna, rozkochana była w sobie samej, a jeżeli jej się zdawało, że kogoś kocha, była to raczej fantazja, urojenie, duma, lecz nie miłość.
Może kto zapyta, czego właściwie chciała księżna, wymierzając tak mądrze obrachowany cios? Na co rozwijać tyle sił, aby odstręczyć króla od serca, w którem zamierzał się rozgościć? Czy księżna tak bardzo liczyła się z La Valliere?
Nie, księżna chciała tylko ukarać króla za nieufność, chciała mu tylko jasno pokazać, że jeżeli on użyje broni zaczepnej, ona, kobieta dowcipna i wielkiego rodu, znajdzie w arsenale swojej wyobraźni broń odporną nawet na pociski królewskie. Zresztą, chciała mu dowieść, że w tym rodzaju wojny niema monarchów, że każdy walczy tutaj własnemi siłami i że przy pierwszem spotkaniu korona spaść może z głowy, wreszcie, że król zamierzył rozkochać w sobie wszystkie damy dworskie.
Król był zmieszany. Od czasu jak wyrwał się z rak kardynała Mazariniego, pierwszy raz traktowano go jak zwyczajnego człowieka.
I któż się na to odważył? Kobiety, damy prowincjonalne, przybyłe z Blois.
Jednak nie można było ani czynić wyrzutów, ani karać, ani nawet gniewać się. Gniewać się było to samo, co przyznać, że go ugodzono, jak Hamleta, bronią śmieszności. Gniewać się na kobiety!... jaka niedorzeczność, mianowicie, kiedy te kobiety mścić się mogą śmiechem. Gdyby zamiast pozostawienia całej odpowiedzialności kobietom, jakikolwiek mężczyzna wmieszał się w tę intrygę, z jakąż radością Ludwik XIV-ty byłby użył Bastylji!... Ale tutaj gniew królewski wstrzymywało rozumowanie.
Chodziło zatem, aby w milczeniu połknąć obrazę i przybrać, pozorny bodaj, spokój.
Lecz, prócz gniewu i obrazy, inne jeszcze uczucie gościło w sercu króla.
I w rzeczy samej, trzeba, aby historyk wypowiedział czytelnikom to, do czego Ludwik przyznać się nie chciał: że wyznanie panny de La Valliere pieściło jego serce, że uwierzył w miłość czystą, w miłość, pozbawioną wszelkiego interesu, a jego dusza, prosta i młodsza, niż sobie wyobrażał, ciągnęła ku drugiej, która mu się tak objawiła.
Im więcej panna de La Valliere okazała miłości, tem więcej król jej uczuł. A jednak młoda panienka, której, ściśle biorąc, można było odmówić piękności, rodu, dowcipu i bogactwa, ta młoda panienka, wybrana przez księżnę dla swej pokory, nietylko że podmówiła króla, ale nawet znieważyła go, to jest zażartowała z człowieka, który, jak sułtan azjatycki, potrzebował tylko potoczyć oczami, wyciągnąć rękę, albo upuścić chustkę do nosa. A przecież od wczorajszego wieczora król nią był jedynie zajęty i o niej tylko marzył; przecież od wczorajszego wieczora jego wyobraźnia z lubością stroiła jej obraz we wszelkie powaby, jakich nie miała; a przecież on, którego tyle spraw, wzywało, którego tyle kobiet nęciło, on, od wczorajszego wieczora, poświęcał jej wszystkie chwile swojego życia, wszystkie uderzenia swojego serca.
Oburzenie króla kazało mu zapomnieć o wszystkiem, a nawet o tem, że pan de Saint-Agnan obecny był uniesieniu, które objawiło się w złorzeczeniach.
Pan de Saint-Agnan wcisnął się w kąt i z kąta patrzył na przemijającą burzę.
Nagle król zatrzymał się w pośpiesznym chodzie i, spoglądając gniewnie na pana de Saint-Agnan, zawołał:
— I ty, Saint-Agnan?
Saint-Agnan uczynił poruszenie, które miało znaczyć:
— Co, Najjaśniejszy Panie?
— I ty byłeś tak głupi jak ja, nieprawdaż?
— Najjaśniejszy Panie, — wyjąkał Saint-Agnan.
— Pozwoliłeś z siebie tak grubo zażartować.
— Najjaśniejszy Panie, — odparł Saint-Agnan, a dreszcz przebiegł mu po całem ciele — niech Wasza Królewska Mość nie gniewa się; kobiety, jak wiemy, są to istoty niedoskonale, stworzone do złego; wymagać więc od nich mądrości, byłoby to wymagać rzeczy niepodobnych.
Król uczuł, że ubliżyłby sobie, gdyby za wiele się zajmował tym przedmiotem.
— Nie — odpowiedział żywo — mylisz się, panie de Saint-Agnan, ja się wcale nie gniewam, dziwię się tylko, że tak zręcznie i śmiało zadrwiły z nas dwie młode dziewczyny. Nie mogę pojąć nawet, dlaczego, mogąc się wprzódy przekonać, popełniliśmy niedorzeczność wynurzenia się z uczuciami serc naszych.
— O!... serce, Najjaśniejszy Panie, serce, to organ, który koniecznie przywieść, należy do funkcyj: fizycznych, a odmówić mu wszelkich władz moralnych; przyznam się, że kiedy widziałem serce Waszej Królewskiej Mości tak mocno zajęte tą małą...
— Zajęte?... moje serce?... głowa mogła być zajęta, ale co do serca...
Ludwik spostrzegł, że, chcąc się z jednej strony zasłonić, narażał drugą.
— Zresztą — dodał — nie mam nic do zarzucenia tej dziewczynie; wiedziałem dobrze, że kocha innego.
— Tak, wicehrabiego de Bragelonne, uprzedziłem o tem Waszą Królewską Mość.
— Zapewne. Ale nie byłeś w tem pierwszy; hrabia de La Fere żądał ręki panny de La Valliere dla swojego syna. Dobrze zatem; kiedy powróci z Anglji, pożenię ich, skoro się kochają.
— Widzę w tem wspaniałomyślność Waszej Królewskiej Mości.
— Słuchaj, Saint-Agnan, wierzaj mi, trzeba przestać zajmować się podobnemi rzeczami — rzekł Ludwik.
Ledwie król wypowiedział te słowa, jeden z lokajów służbowych zapukał lekko do drzwi.
Saint-Agnan oddalił się przez uszanowanie.
— Wejdź — rzekł król.
Lokaj uchylił drzwi.
— Czego chcesz?... — zapytał król.
Lokaj pokazał list, złożony w kształcie trójkąta.
— Do Waszej Królewskiej Mości — rzekł.
— Od kogo?
— Nie wiem, oddał mi go jeden z oficerów służbowych.
Król dał znak, a lokaj podał bilet. Król zbliżył się do świecy, otworzył list, rzucił okiem na podpis i wydał okrzyk. Saint-Agnan, pełen uszanowania, udawał, że nic nie widzi; lecz, nie patrząc, widział i słyszał...
Przybiegł.
— A!... mój Boże!... — mówił król, czytając.
— Czy Wasza Królewska Mość chory? — zapytał Saint-Agnan, wyciągając ręce.
— Nie, nie... Saint-Agnan, czytaj.
I podał mu list. Oczy pana. de Saint-Agnan najprzód padły na podpis.
— La Valliere!... — zawołał — o!... Najjaśniejszy Panie!...
— Czytaj, czytaj.
Saint-Agnan czytał, co następuje:

„Przebacz, Najjaśniejszy Panie, natręctwo, nadewszystko przebacz brak formalności, jaki towarzyszy temu listowi: ale list wydaje mi się pilniejszym i ważniejszym, aniżeli podanie... pozwól zatem, Najjaśniejszy Panie, że go przesyłam“.
„Powracam do siebie osłabiona boleścią i udręczeniem; błagam cię zatem, Najjaśniejszy Panie, o udzielenie mi posłuchania, bym mogła wyznać prawdę memu królowi.

Ludwika de la Vailiere“.

— A co? — zapytał król, odbierając list panu de Saint-Agnan, zdumionemu tem, co przeczytał.
— A co? — powtórzył Saint-Agnan.
— Co myślisz o tem?
— Sądzę — odparł Saint-Agnan — że Wasza Królewska Mość udzieli posłuchania i dowie się o wszystkiem.
— Ja coś więcej uczynię, panie de Saint-Agnan.
— Wiesz, gdzie są pokoje dam honorowych księżnej?...
— Wiem.
— Znasz tam kogoś?
— Malicorna.
— Czy możesz liczyć na niego?...
— Tak sądzę, Najjaśniejszy Panie. On musi mieć klucz... jest w dobrych stosunkach z jedną z panien honorowych... a jeżeli go ma, pewnie mi nie odmówi pożyczenia.
— Dobrze, idźmy zatem.
— Jestem na rozkazy Waszej Królewskiej Mości.
Król płaszcz swój zarzucił na ramiona pana de Saint-Agnan, a sam wziął jego.
Następnie obaj zeszli do przedsionka.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.