Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.
NAJWYŻSZA NOMINACJA.

W pięć minut potem wszedł do pokoju kardynał, blady i niespokojny.
— Dowiaduję się, najwielebniejszy ojcze... — odezwał się kardynał.
— Do rzeczy — odpowiedział stłumionym głosem franciszkanin.
I pokazał kardynałowi list, pisany przez niego do wielkiej rady.
— Czy to pańskie pismo?
— Tak, lecz...
— A stan pański?
Kardynał zawahał się z odpowiedzią. Jego purpura oburzała się na siermięgę franciszkanina. Umierający wyciągnął rękę i pokazał pierścień. To poskutkowało.
— Tajemnica — mówił chory, patrząc na swojego spowiednika.
— Coram isti?... — zagadnął niespokojny kardynał.
— Mów po hiszpańsku — odrzekł franciszkanin, natężając uwagę.
— Wiesz, najwielebniejszy ojcze — mówił kardynał — że warunkiem małżeństwa infantki z królem francuskim jest zupełne zrzeczenie się praw tejże infantki, jak również króla Ludwika do wszelkich uposażeń od korony hiszpańskiej?
Franciszkanin potwierdzał to znakiem.
— Wynika stąd — mówił dalej kardynał — że pokój i zgoda między dwoma państwami zależą od zachowania tego warunku umowy.
Franciszkanin ten sam znak uczynił.
— Nietylko Francja i Hiszpanja, ale nawet cała Europa wzruszoną zostałaby przez wiarołomstwo z jednej strony.
Ten sam znak był dowodem uwagi chorego.
— Wypływa stąd — ciągnął dalej kardynał — że ten, kto może przewidzieć wypadki i nadać im pewność, co zawsze wątpliwem jest w umyśle ludzkim, uchroni świat od wielkiej katastrofy, a nawet obróci na korzyść zakonu wypadek, przewidziany przez tego, który go przygotował.
Pronto, pronto!... — pomruknął franciszkanin, który zbladł i pochylił się na księdza.
Kardynał zbliżył ucho do umierającego.
— Wielebny ojcze — rzekł — wiem o tem, że król francuski, korzystając z pierwszej lepszej sposobności, naprzykład ze śmierci króla hiszpańskiego, albo brata infantki, z bronią w ręku zechce odzyskać prawa dziedzictwa; mam plan postępowania Ludwika XIV-go w tym wypadku.
— Plan — rzekł franciszkanin.
— Oto jest — odpowiedział kardynał.
— Czyją ręką pisany?
— Moją.
— Czy nie masz nic więcej do powiedzenia?
— Sądzę, że wiele powiedziałem, wielebny ojcze — rzekł kardynał.
— Prawda, wielką wyświadczyłeś zakonowi usługę, ale jakim sposobem dowiedziałeś się szczegółów, za pomocą których wypracowałeś plan?
— Opłacam lokai króla francuskiego i otrzymuję od nich papiery, przeznaczone na spalenie.
— To dowcipnie — odrzekł franciszkanin, usiłując się uśmiechnąć. — Kardynale, za kwadrans wyjedziesz z tego zajazdu; odpowiedź będzie gotowa, idź.
Kardynał oddalił się.
— Przywołać mi Grisarta i poszukać wenecjanina Moriniego — odezwał się chory.
Kiedy spowiednik wykonywał rozkaz, franciszkanin zamiast wykreślić nazwisko kardynała, jak to uczynił z nazwiskiem barona, krzyżyk przy niem położył.
Następnie, osłabiony wysiłkiem, padł na łoże, wymawiając nazwisko doktora Grisart. Kiedy odzyskał przytomność, wypił połowę lekarstwa, którego resztę zostawił w szklance i wspierany przez lekarza, oczekiwał na przybycie wenecjanina i spowiednika, którzy niebawem się ukazali we drzwiach. Wenecjanin przeszedł te same formalności, co dwaj jego poprzednicy, zawahał się na widok dwóch obcych osób i uspokojony rozkazem generała, odkrył swoją tajemnicę: papież, lękając się potęgi zakonu, snuje plan wypędzenia jezuitów i wzywa pomocy dworów europejskich, aby tem pewniej wykonać zamiar. Wskazał pomocników papieża, środki mające być użytemi i oznaczył miejsce na Archipelagu dokąd dwóch jezuitów jedenastej rangi, a zatem głównych naczelników ma być podstępem wywiezionych z Rzymu wraz z trzydziestu innymi członkami zakonu. Franciszkanin podziękował signorowi Marini. Niemałą było przysługą dla zakonu odkrycie zamiaru papieskiego. Poczem wenecjanin otrzymał rozkaz wyjechania za kwadrans i wyjechał tak uradowany, jakby już otrzymał pierścień, oznakę władzy w Zgromadzeniu. Kiedy się oddalał, franciszkanin cicho mówił na łóżku:
— Wszyscy ci ludzie są zbirami, albo szpiegami, ale niema pomiędzy nimi generała, odkryli spisek, ale nie tajemnicę. Zgromadzenie Jezusowe, panować powinno nie zniszczeniem, wojną, siłą, ale tajemniczym wpływem wyższości moralnej. Nie, nie znalazłem człowieka!... a nadomiar nieszczęścia, pan Bóg zsyła na mnie śmierć. A! czyż zgromadzenie razem ze mną ma upaść dlatego, że całemu gmachowi jednej brakuje kolumny?... czyż moja śmierć ma być upadkiem zakonu?... Czyż ma zaciemnić się ta przyszłość, którą uwieczniło dziesięć lat mojej pracy, która z panowaniem nowego króla ukazuje się jasna i świetna?
Tych wyrazów wpół pomyślanych, wpół wymówionych, jezuita słuchał z podobną trwogą, jak się słucha gorączkowych majaczeń. Grisart zaś, umysł wyższy, pochłaniał je jak objawy nieznanego świata, w który pozwolono mu zajrzeć. Franciszkanin podniósł się nagle.
— Skończmy — rzekł — bo śmierć się zbliża. O! przed chwilą sądziłem, że umrę spokojny... teraz zaś... padam z rozpaczy i chyba reszta.... Grisart! Grisart! przedłuż mi życie na godzinę.!
Grisart zbliżył się do umierającego i dał mu kilka kropel nie napoju, stojącego w szklance, ale lekarstwa, które miał w flaszeczce.
— Przywołać Szkota!.. — zawołał franciszkanin — przywołać kupca z Bremy, przywołać prędzej!.. Jezus Marja! umieram!...
Spowiednik pośpieszył szukać pomocy, jakby była na świecie siła ludzka, zdolna powstrzymać śmierć, powalającą chorego; ale na progu spotkał Aramisa, który, położywszy palec na ustach, wepchnął go aż na środek pokoju. Doktór i spowiednik zrobili jednak poruszenie, wprzódy porozumiawszy się oczami, aby oddalić Aramisa. Ale on dwoma znakami krzyża, zrobionemi każdy w inny sposób, prawie przykuł ich do miejsca.
— Jeden z naczelników — rzekli cicho obaj.
Aramis powoli wszedł do pokoju, w którym umierający walczył z pierwszemi napadami konania. Co zaś do franciszkanina, czy eliksir wywarł swój wpływ, czy też ukazanie się Aramisa sił mu dodało, poruszył się i z okiem gorejącem, ustami, wpół otwartemi, włosami, oblanemi potem, usiadł na łóżku. Aramis uczuł, że powietrze w pokoju było duszące, albowiem wszystkie okna były zamknięte, ogień płonął na kominie, dwie świece z żółtego wosku paliły się w mosiężnych lichtarzach i dymem zagęszczały powietrze. Aramis otworzył okno i, wlepiając w umierającego spojrzenie, pełne rozumu i uszanowania, rzekł:
— Najwielebniejszy ojcze, przebacz, że przybywam nie wołany; ale stan twego zdrowia zatrważa mnie i pomyślałem, że możesz skonać, nie widząc mnie, gdyż szósty z kolei jestem na twojej liście.
Umierający wzdrygnął się i spojrzał na papier.
— Pan jesteś wciąż tym, którego dawniej nazywano Aramisem, później kawalerem d‘Herblay? jesteś biskupem z Vannes?
— Tak, wielebny ojcze.
— Żegnam cię, widziałem cię.
— W czasie ostatniego jubileuszu, wszyscy znajdowaliśmy się razem u Ojca Świętego.
— A! prawda, przypominam to sobie, więc ubiegasz się także?
— Słyszałem, wielebny ojcze, że zakon chce posiadać wielką tajemnicę państwa, a wiedząc, że ty przez skromność zrzekłeś się naprzód swojego dostojeństwa na rzecz tego, który przyniesie taką tajemnicę, napisałem, że jestem gotów współubiegać się, posiadając sam tajemnicę, jak sądzę, nader ważną.
— Mów — wyrzekł franciszkanin — jestem gotów słuchać i ocenić ważność tajemnicy.
— Wielebny ojcze, tajemnica podobna tej jaką ci będę miał zaszczyt powierzyć, nie mówi się słowami. Każda myśl, która przeszła swoje granice i rozpowszechniła się jakimkolwiek bądź środkiem, nie należy do tego, który ją zrodził. Słowa jednego może zbierać uważne i nieprzychylne ucho; nie trzeba ich zatem siać nierozważnie i na los przypadku, bo wtedy tajemnica utraci charakter tajemnicy.
— Jakimże zatem sposobem chcesz mi tę tajemnicę powierzyć?
Aramis dał znak lekarzowi i spowiednikowi, aby się oddalili, drugą zaś ręką podał franciszkaninowi papier w podwójnej kopercie.
— Alboż pismo — rzekł franciszkanin — nie jest niebezpieczniejsze od słów?
— Nie, wielebny ojcze — odpowiedział Aramis — albowiem pod tą kopertą znajdziesz charakter, który tylko ja i ty możemy rozumieć.
Franciszkanin patrzał na Aramisa ze wzrastającem podziwieniem.
— Jest to — mówił dalej — alfabet cyfrowy, którego używałeś w roku 1655-tym i który tylko Juan, twój sekretarz, mógłby odczytać, gdyby wstał z grobu.
— Znasz zatem ten alfabet.
— Właśnie użyłem go w tem piśmie.
Aramis, kłaniając się z wyrazem pełnym uszanowania, postąpił ku drzwiom, jakby zamierzył wyjść.
Ale poruszenie franciszkanina, któremu głos towarzyszył, zatrzymało go.
— Jezus!... — zawołał — ecce homo!
Później, powtórnie odczytując papier:
— Do mnie!... — rzekł — do mnie, prędzej!
Aramis zbliżył się do franciszkanina z twarzą spokojną i skromną. Franciszkanin, wyciągnąwszy rękę do świecy, spalił podany mu papier. Potem, wziąwszy Aramisa za rękę i przyciągając do siebie, zapytał:
— Od kogo wiesz tę tajemnicę?
— Od pani de Chevreuse, przyjaciółki i powiernicy królowej.
— A pani de Chevreuse...
— Umarła.
— A czy kto inny jeszcze znał tę tajemnicę?
— Jeden tylko mężczyzna i kobieta z ludu.
— Któż oni byli?
— Ci, którzy go wychowali.
— A co się z nimi stało?
— Także umarli. Tajemnica ta trawi, jak ogień.
— A ty ją przeżyłeś?
— Bo nikt nie wie, że ją posiadam.
— A od jakiego czasu znasz ją?
— Od piętnastu lat.
— I zachowałeś ją?
— Chciałem żyć.
— I oddasz ją zakonowi bez dumy, bez chęci nagrody?
— Oddaję ja z dumą i z chęcią nagrody — odrzekł Aramis, — bo jeżeli ty, wielebny ojcze, żyć będziesz, zrobisz ze mnie, gdy mnie już masz, tym, czem mogę i czem powinienem zostać.
— A ponieważ umieram — zawołał franciszkanin — czynię z ciebie mojego następcę. Oto masz!...
I, zdejmując pierścień, włożył go na palec Aramisa, a następnie, zwracając się ku dwom widzom tej sceny, rzekł:
— Bądźcie świadkami i wydajcie świadectwo w razie potrzeby, że chory na ciele, ale zdrów na umyśle, dobrowolnie oddałem ten pierścień, oznakę wszechwładzy panu d‘Herblay, biskupowi z Vannes, którego mianuję moim następcą i któremu ja, niegodny grzesznik, w chwili, kiedy mam stanąć przed Bogiem, pierwszy oddaję pokłon, aby dać przykład innym.
W rzeczy samej, franciszkanin ukłonił się, a jezuita i doktór padli na kolana. Aramis, blednąc bardziej, niż sam umierający, wodził po kolei oczyma po aktorach tej sceny...
— Śpieszmy się — rzekł franciszkanin — to, czego miałem tu dokonać nagli mnie i trawi. Ja nigdy tego nie dokażę.
— Ale ja uczynię — odpowiedział Aramis.
— Dobrze — rzekł franciszkanin.
I zwracając się do lekarza i spowiednika, rozkazał:
— Zostawcie nas samych.
Obydwaj wyszli.
— Za pomocą tego znaku — mówił franciszkanin — jesteś człowiekiem, który może ziemię poruszyć; tym znakiem możesz wywracać i budować. In hoc signo vinces. Zamknij drzwi.
Aramis popchnął zasuwki i powrócił do chorego.
— Papież spiskował przeciw zakonowi — mówił franciszkanin — niech zatem ginie.
— Niech ginie — spokojnie odpowiedział Aramis.
— Należy się siedemkroć sto tysięcy liwrów kupcowi z Bremy, nazwiskiem Doustett, który przybył tu po moje zaręczenie.
— Będzie miał zapłacone — odpowiedział Aramis.
— Sześciu kawalerów maltańskich, których nazwiska tutaj masz, wykryło, przez nieostrożność jednego członka jedenastego stopnia, niektóre tajemnice zakonu; trzeba dowiedzieć się, co ci ludzie z nimi uczynili, odebrać od nich tajemnice i pamięć w nich zagasić.
— I to się stanie.
— Trzech niebezpiecznych kawalerów należy wysłać do Tybetu, aby tam zginęli, oto ich nazwiska.
— Wykonam wyrok.
— Nakoniec jest pewna kobieta z Antwerpji, wnuczka proboszcza Ravaillaca: posiada ona pewne papiery, które mogą skompromitować zakon. Tej rodzinie od pięćdziesięciu lat płacona jest pensja, pięćdziesiąt tysięcy liwrów. To wielki ciężar a zakon nie bogaty... Wykupić papiery, ofiarując jednorazowe wynagrodzenie, w razie zaś odmowy, nie płacić pensji... bez narażania się.
— I to wykonam — rzekł spokojnie Aramis.
— Okręt, płynący z Limy, ostatniego tygodnia powinien był wpłynąć do portu Lizbony; pozornie jest on naładowany czekoladą, w rzeczy zaś samej złotem. Każda sztuka ukryta jest w tabliczce czekolady; okręt ten należy do zakonu i wart jest siedemnaście miljonów liwrów, upomnisz się o niego: oto dokumenty.
— Do którego portu każę mu przybyć?
— Do Bayonny.
— Jeżeli nie będzie wiatrów przeciwnych, za trzy tygodnie tam stanie. Czy wszystko już?
Franciszkanin kiwnął głową na znak potwierdzenia, nie mogąc więcej mówić, albowiem krew cisnęła mu się do gardła i głowy, i tryskała ustami, uszami i nosem. Nieszczęśliwy zaledwie zdołał uścisnąć rękę Aramisa i spadł z łóżka na posadzkę.
Aramis położył rękę na jego sercu.
Serce bić przestało.
Schylając się, dostrzegł Aramis, że papier powierzony przez niego franciszkaninowi nie ze szczętem był spalony.
Podniósł go i spalił na proszek.
Później przywołał spowiednika i doktora.
— Twój pokutnik — rzekł do spowiednika — już oddał ducha Bogu; potrzebuje tylko modlitwy i przyzwoitego pogrzebu. Idź zatem uczynić przygotowania do skromnego pogrzebu, jaki przystoi mnichowi. Jezuita wyszedł.
Następnie, odwracając się do doktora i widząc postać jego bladą i cierpiącą, rzekł cicho:
— Panie Grisart, wypróżnij tę szklankę i oczyść ją, zawiele jest tego, co wielka rada ci poleciła.
Grisart zmieszany o mało co nie upadł.
Aramis wzruszył ramionami, na znak politowania, wziął szklankę i napój z niej wylał na ogień.
Następnie wyszedł, zabierając ze sobą papiery po umarłym.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.