Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXIII.
NAMIĘTNOŚĆ.

Dnia tego, w którym przybył, Athos, wracając z Palais-Royal, jak już mówiliśmy, udał się prosto do swego mieszkania przy ulicy Świętego Honorjusza. Zastał tam wicehrabiego de Bragelonne, który go oczekiwał w gabinecie, gawędząc z Grimaudem. Niełatwą było rzeczą wciągnąć starego sługę do rozmowy; dwóch tylko ludzi posiadało tę sztukę; mianowicie Athos i d‘Artagnan.
Pierwszemu udawało się to dlatego, że sam Grimaud usiłował nieraz wyciągnąć go na słowo, d‘Artagnan zaś wprost przeciwnie, umiał je z niego wydobyć.
Raul zajęty był właśnie słuchaniem opowiadania o podróży do Anglji, z czego Grimaud wywiązywał się szczegółowo z pomocą pewnej liczby gestów, posiłkując się słowami w liczbie ośmiu najwyżej.
Nasamprzód więc zrobił ręką ruch falisty, dla oznaczenia, że jego pan wraz z nim przebył morze.
— Czy to było w celu jakiej wyprawy? — zapytał Raul.
Grimaud, pochyliwszy głowę, odpowiedział:
— Tak.
— Która niebezpieczeństwem groziła hrabiemu?... — badał Raul.
Grimaud lekko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć:
— Nienazbyt wiele, ani też za mało.
— Lecz jakież to były niebezpieczeństwa wreszcie?... — nalegał Raul.
Grimaud wskazał szpadę, następnie ogień w kominie i muszkiet, wiszący na ścianie.
— Więc hrabia miał tam jakiegoś nieprzyjaciela?... — wykrzyknął Raul.
— Monck, — odpowiedział Grimaud.
— To szczególne — mówił Raul — że pan hrabia ciągle jeszcze uważa mnie za nowicjusza i nie dozwala mi dzielić z sobą ani zaszczytu, ani niebezpieczeństw w wyprawach swoich.
Grimaud się uśmiechnął.
Na to właśnie wszedł Athos.
Właściciel zajazdu świecił mu na schodach, a Grimaud, poznawszy kroki swego pana, wybiegł na jego spotkanie, co właśnie przerwało rozmowę. Lecz Raul rozpędził się już na drodze dociekań, nie mógł się więc powstrzymać, i, ujmując hrabiego serdecznie za obie ręce, zawsze pełen szacunku:
— Jak się to stało?... panie — rzekł, — że puściłeś się w niebezpieczną podróż, nie obdarzywszy mnie słowem pożegnania, nie żądawszy pomocy z mej szpady, ode mnie, który winienem być twoją podporą, odkąd wzrosłem w siły; ode mnie, którego wychowałeś na mężczyznę?... Ah!... panie, chceszże mnie wystawić na straszną próbę nieujrzenia cię już nigdy?...
— Kto ci powiedział, Raulu, że podróż moja była niebezpieczną?... — odparł hrabia, składając płaszcz i kapelusz na ręce Grimauda, który odpiął mu właśnie szpadę.
— Ja — rzekł Grimaud.
— I na cóż to?... — surowo przemówił Athos.
Zmieszał się Grimaud; Raul pośpieszył z odpowiedzią za niego.
— Wydaje mi się rzeczą naturalną, aby zacny Grimaud mówił mi prawdę o tem, co ciebie, panie, dotyczy. Któż, jeżeli nie ja, kochałby cię i wspierał?...
Athos nic nie odpowiedział. Przyjaznym ruchem ręki oddalił Grimauda, następnie zasiadł w fotelu, a Raul pozostał przed nim, stojąc.
— W każdym razie — ciągnął dalej Raul, — podróż twoja, panie, była jakąś wyprawą... w której groziły ci stal i ogień.
— Nie mówmy już o tem, wicehrabio, — łagodnie odezwał się Athos — wyjechałem nagle, to prawda; lecz służba króla Karola II-go tego wymagała. Wdzięczny ci jestem, że niepokoisz się o mnie, i wiem, iż zawsze mogę na ciebie liczyć... Czy nie zbywało ci na czem w mojej nieobecności, wicehrabio?...
— Nie, panie, dziękuję ci.
— Rozkazałem Blaisoisowi, aby wyliczył ci, w razie potrzeby, sto pistołów.
— Nie widziałem się z nim, panie.
— Obchodziłeś się więc bez pieniędzy?..
— Miałem jeszcze trzydzieści pistołów ze sprzedaży koni po ostatniej wojnie mojej, a książę pan był tyle łaskaw dozwolić mi wygrać w grze swojej dwieście pistolów, trzy miesiące temu.
— Ty grywasz?... Nie lubię tego, Raulu.
— Nigdy nie grywam, panie; tylko książę pan rozkazał mi grać za siebie w Chantilly... pewnego wieczora, gdy kurjer przybył od króla, — byłem posłuszny; wygraną kazał mi książę pan wziąć dla siebie.
— Czy to taki zwyczaj domowy, Raulu?... — zagadnął, brwi marszcząc, Athos.
— Tak, panie... książę pan każdego tygodnia, dla tej lub owej przyczyny daje zysk podobny jednemu ze swojej szlachty. Jest ich pięćdziesięciu u Jego książęcej mości; tym razem kolej padła na mnie.
— Dobrze!... Jeździłeś więc do Hiszpanji?...
— Tak, panie! piękną i mocno zajmującą podróż odbyłem.
— Już miesiąc temu powróciłeś?...
— Tak, panie.
— A od tego czasu?...
— Od tego czasu...
— Coś robił?...
— Pełniłem służbę moją, panie.
— Nie byłeś zatem u mnie, w La Fere?...
Raul zaczerwienił się.
Athos popatrzył na niego okiem badawczem i pełnem spokoju.
— Myliłbyś się, nie wierząc mi, panie, — mówił Raul, — czuję dobrze, iż się zarumieniłem, lecz to pomimowolnie. Pytanie, które raczyłeś mi zadać, jest tego rodzaju, że budzi we mnie tysiączne silne wrażenia. Rumienię się wiec, bo czuje się wzruszonym, a nie dlatego, abym kłamał.
— Wiem, Raulu, że nie kłamiesz nigdy.
— Nigdy, panie.
— Zwłaszcza, że toby źle było z twej strony; chciałem ci więc powiedzieć...
— Wiem dobrze, panie. Chcesz mnie zapytać, czy nie byłem w Blois?
— Nieinaczej.
— Nie byłem tam; nie widziałem nawet osoby, o której chcesz mówić.
Przy tych słowach głos Raula drżał.
Athos, wysoki znawca w kwestjach drażliwych, pośpieszył dodać:
— Raulu, ty mi odpowiadasz z bólem, ty cierpisz?...
— Ogromnie, panie; zabroniłeś mi jechać do Blois, aby odwiedzić pannę de La Valliere.
I na tych słowach młodzian zatrzymał się. Słodkie to imię, tak rozkoszne do wymawiania, rozdzierało mu serce, pieszcząc usta.
— I dobrze zrobiłem, Raulu — pośpieszył przerwać mu Athos. — Nie jestem okrutnym ani niesprawiedliwym ojcem; szanuję prawdziwą miłość; lecz dla ciebie myślę o przyszłości... o przyszłości wielkiej. Nowe rządy niby jutrzenka zabłysną; młodego, pełnego ducha rycerskiego króla wojna powołuje. Temu zapałowi bohaterskiemu potrzeba szeregu pomocników młodych i wolnych, którzy z zapałem pędzić będą na strzały i padając wołać: Niech żyje król!... zamiast wołać: Żegnaj mi, żono!... Pojmujesz to, Raulu. Jakkolwiek nieludzka wydaje ci się ta mowa, radzę ci jednak w nią wierzyć i odwrócić wzrok swój od tych pierwszych dni młodości, w których nawykłeś do kochania, od tych dni miłej nieopatrzności, która serce rozmiękcza i niezdolnem je czyni do napawania się cierpkim, pełnym goryczy napojem, który zowie się sławą i niedolą. Powtarzam ci też, Raulu, abyś w radach moich widział jedynie pragnienie być ci pożytecznym, jedyną ambicją — widzieć cię sławnym i szczęśliwym. Widzę w tobie zdolności, mogące uczynić cię człowiekiem niepospolitym. Idź sam tą drogą a prędzej i pewniej staniesz u celu.
— Rozkazałeś, panie — odparł Raul — jestem posłuszny.
— Rozkazałeś!... — zawołał Athos. — Tak mi więc odpowiadasz!... Ja ci rozkazałem!... O!... ty przekręcasz słowa moje, chęci me przeinaczasz!... ja nie rozkazuję, lecz proszę.
— Wcale nie, panie, bo rozkazałeś — rzekł z uporem Raul — lecz choćby to było tylko prośbą, skuteczniejszą ona byłaby nawet, niż rozkaz. Nie widziałem już więcej panny de La Valliere.
— Ale ty cierpisz!... ty cierpisz!... — nalegał Athos.
Raul nie odpowiadał.
— Zbladłeś i posmutniałeś... Czyż tak silnem jest to uczucie?...
— Ono jest namiętnością, — odparł Raul.
— Nie... to przyzwyczajenie.
— Panie, wiesz przecie, że dużo podróżowałem, że zdala od niej dwa lata przebyłem. Sądzę, że w ciągu takiego czasu najsilniejsze przyzwyczajenie może osłabnąć... Otóż przeciwnie, kochałem zawsze — nie więcej, gdyż to byłoby niepodobieństwem, lecz zawsze zarówno silnie. Panna de La Valliere jest dla mnie towarzyszką w całem znaczeniu tego wyrazu; lecz ty, panie, na ziemi jesteś dla mnie Bogiem... Wszystko bym dla ciebie poświęcił.
— I niesłuszniebyś uczynił, — rzekł Athos — nie mam żadnego prawa nad tobą. Wiek twój cię wyzwolił; obejść się nawet możesz bez mego zezwolenia. Wreszcie, nie odmówiłbym ci go nawet, po tem wszystkiem, coś mi powiedział. Jeżeli chcesz, ożeń się z panną de la Valliere.
Raul drgnął z radości, a potem nagle:
— Jakże dobry jesteś, panie — rzekł — zezwolenie to radością mnie przejmuje, lecz z niego nie skorzystam.
— Jakto?... więc teraz nie zgadzasz się na nie?...
— Tak, panie.
— Nie okażę ci najmniejszego niezadowolenia z tego powodu, Raulu.
— Lecz w głębi serca masz coś przeciw temu małżeństwu: nie z twego ono wyboru.
— To prawda.
— To wystarcza, abym nie upierał się przy niem... poczekam.
— Zastanów się, Raulu!... smutne jest to, coś powiedział.
— Wiem o tem, panie; ale mówię, że poczekam.
— Na co?... bym umarł?... — powiedział mocno wzruszony Athos.
— O!... panie!... — zawołał ze łzami w głosie Raul — czyż podobna, abyś mi tak serce rozdzierał, mnie, który nie dałem ci powodu do skargi.
— Drogie dziecię moje, to prawda — wyszeptał Athos, zaciskając wargi, aby zdławić w sobie wzruszenie, nad którem nie był już w stanie zapanować. — Nie, ja zasmucać cię nie chcę już więcej; ale nie pojmuję, na co masz czekać... Czyżby na to, aż kochać przestaniesz?...
— A!... nie... nie, panie; poczekam, aż zmienisz swe zdanie.
— Ja chcę tylko zrobić próbę, Raulu, chcę się przekonać, czy panna de La Valliere będzie czekała, tak jak ty.
— Mam nadzieję.
— Lecz strzeż się, Raulu!... gdyby nie chciała czekać?... O!... ty taki młody, ufny i prawy jesteś... Kobiety są zmienne.
— Nigdy mi, panie, źle nie mówiłeś o nich, nie miałeś nigdy powodu narzekać na nie; czemuż więc czynisz im zarzuty, gdy mowa o pannie de La Valliere?...
— To prawda — rzekł Athos, spuszczając oczy — nie mówiłem ci nigdy nic złego o kobietach; nigdy nie miałem powodu skarżyć się na nie, panna de La Valliere nigdy nie dała powodu do najmniejszego choćby podejrzenia; lecz, gdy ktoś przewiduje, zmuszony jest posunąć się do wyjątków, aż do nieprawdopodobieństw!.. Gdyby więc, jak powiedziałem, panna de La Valliere nie czekała na ciebie?...
— Jakto, panie?...
— Gdyby widoki swoje w inną zwróciła stronę?...
— Spojrzenia swoje na innego mężczyznę?... to chciałeś, panie, powiedzieć?... — przerwał mu Raul, blady z udręczenia.
— To właśnie.
— Zabiłbym wtedy tego człowieka, — rzekł w prostocie ducha Raul, — i wszystkich tych, na których padłby wybór panny de La Valliere, dopókiby mnie jeden z nich nie zabił lub panna de La Valliere oddałaby mi swoje serce.
Athos zadrżał.
— Zdawało mi się — począł zdławionym głosem — żeś przed chwilą nazwał mnie swoim Bogiem, wyrocznią swoją na tym świecie?...
— O!... — odezwał się Raul ze drżeniem — i pojedynkubyś mi zabronił?...
— A gdyby tak było, Raulu?...
— Wzbraniając mi nadziei, tem samem nie mógłbyś zabronić mi umrzeć.
Athos podniósł wzrok na wicehrabiego.
Wypowiedział on te słowa głosem zniżonym i z ponurem spojrzeniem.
— Dosyć już — odezwał się po długiem milczeniu Athos — dosyć już o tym smutnym przedmiocie, w którym obadwaj wpadamy w przesadę. Żyj, Raulu, z dnia na dzień; pełnij służbę twoją, kochaj pannę de La Valliere, słowem, postępuj, jak mężczyzna, skoro masz wiek po temu; o jednem tylko nie zapominaj, że ja ciebie kocham serdecznie i że ty, jak utrzymujesz. kochasz mnie, także.
— A!... panie hrabio!... — wykrzyknął Raul, cisnąc do serca rękę Athosa.
— Dobrze, drogie dziecię; zostaw mnie teraz, potrzebuję spoczynku. Ale, ale, pan d‘Artagnan powrócił ze mną, z Anglji; winieneś mu wizytę.
— Pójdę mu ją złożyć z prawdziwą radością; kocham bardzo pana d‘Artagnan.
— Dobrze robisz; jest to szlachetny i dzielny rycerz.
— Który cię kocha!... — powiedział Raul.
— Pewny tego jestem... Czy wiesz, gdzie on mieszka?...
— Wszak w Luwrze, w Palais-Royal, wszędzie tam, gdzie król się znajduje. Przecie dowodzi muszkieterami.
— Nie; pan d‘Artagnan jest chwilowo uwolnionym od służby, dla wypoczynku... Nie szukaj go zatem na stanowiskach służbowych. Dowiedzieć się możesz o nim u niejakiego pana Planchet.
— Niegdyś jego pachołka?...
— Tak właśnie ten, który został kupcem korzennym.
— Wiem; przy ulicy Lombardów.
— Coś w tym rodzaju... czy też przy ulicy de Areis.
— Znajdę, znajdę, panie.
— Pozdrowisz go ode mnie serdecznie i przyprowadzisz mi go na obiad przed wyjazdem moim do La Fere.
— Dobrze, panie.
— Dobranoc, Raulu.
— Panie, spostrzegam u ciebie order, którego nie znałem jeszcze; zechciej przyjąć moje powinszowanie.
— Złotego runa?... prawda... Bawidełko, mój synu... i to już nie bawi starego, jak ja, dziecka... Dobranoc, Raulu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.