W stepie (Szenwald, 1946)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł W stepie
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
W stepie


Zawiane wiatrem ślady płóz,
W śniegu zmarznięty gnój kobyli.
Szeleszcząc obłamuje mróz
Oszklone lodem kępki bylin,
I staw okryty białą kryzą,.
I gdzieś na sinym końcu świata
Przesuwający się horyzont,
Granica stepu lodowata.
Igłami iskier kłuje szron.
Osrebrzą twarz i łzę krysztali.
Ponad zaspami stada wron
Lecą ku ołowianej dali,
I dal otwiera się na oścież,
I ledwo się w przestworzach mieści
Olbrzymia pierś w siwym zaroście.
Równina wszechmogącej śmierci,
I rzekłbyś: glob, wśród martwych nieb
Wstrzymany w dosłonecznym biegu,
Zamarł, i skurczył się, i skrzepł,
I kędykolwiek stąpisz — biegun.

Lecz w ciszę stepu przybył pułk
I wrył się w śnieg zębami łopat,
Skorupę szkła kolbami stłukł
Pod spodem ciepłej ziemi dopadł,

I przegryzł ziemię niby kret,
I rozbił wyszczerzone bryły,
I w ziemię aż po głowę wszedł,
I jaskiniowe miasto wyrył.
Szły sanie bezdrożami dróg
W dalekie bory po bierwiona,
A kiedy konie padły z nóg,
Ludzkie zaprzęgły się ramiona.
Żołnierz i drwal — on łupał dąb.
On siekier okrył się namiotem,
I było ciepło mu — a potem
Nad norą ziemną stanął zrąb.

Wdarliście się w korzenie zim,
i mrok się cofnął w głąb przed wami.
Step żyje, ogień płonic, dym
Macha szarymi rękawami,
I wrzątek bucha w śnieżnej grudzie.
W podziemnej stajni prycha koń,
W podziemnym składzie błyszczy broń,
W podziemnym zamku żyją ludzie!

Ponad rozpromienionym piccem
Onuce sztywne schną na sznurze.
Cienie do krokwi lgną i w górze
Punkciki papierosów świecą.
Widać strzyżonych zarys głów.
Odblaski w kątach drżą zwodnicze,
W ciemności zawisł ciężar słów,
Prostych i celnych jak rusznice.
I norę, wyrąbaną w skale,
Zaludnia przeczuwany świat.
Tutaj marzenia są na skalę
Tysięcy miast, tysięcy lat.


Napięte w dal poznaje oko
Balkonów wniebowstępny chór,
Gmachy na kształt błękitnych gór,
Most, wzlatujący gdzieś wysoko,
I kolumn z obłokami spór...
Niech w śnieżnej mgle, w pustych przestrzeniach
Trzeszczą badyli białe kości...
Tu ludzie ssą mleko wielkości
Z nabrzmiewającej piersi przemian.




Jeżeli wróg, skrwawiony łeb
Unosząc w strachu do Berlina,
Włócząc pochodnię po ruinach,
Zamieni Polskę w nagi step,
Jeśli do kraju, co już blisko,
Przyjdziemy, jak na miejsce zbrodni,
Oglądać siwe popielisko,
Deptać zbielałe czerwie ogni —
To my — do prac nawykłą ręką —
Z pustynnych zgliszcz, z bezludnych ruin —
Polskę — swobodną, silną, piękną —
Tak nam dopomóż... — odbudujem!

Front, listopad 1943 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.