Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/209

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Napięte w dal poznaje oko
    Balkonów wniebowstępny chór,
    Gmachy na kształt błękitnych gór,
    Most, wzlatujący gdzieś wysoko,
    I kolumn z obłokami spór...
    Niech w śnieżnej mgle, w pustych przestrzeniach
    Trzeszczą badyli białe kości...
    Tu ludzie ssą mleko wielkości
    Z nabrzmiewającej piersi przemian.




    Jeżeli wróg, skrwawiony łeb
    Unosząc w strachu do Berlina,
    Włócząc pochodnię po ruinach,
    Zamieni Polskę w nagi step,
    Jeśli do kraju, co już blisko,
    Przyjdziemy, jak na miejsce zbrodni,
    Oglądać siwe popielisko,
    Deptać zbielałe czerwie ogni —
    To my — do prac nawykłą ręką —
    Z pustynnych zgliszcz, z bezludnych ruin —
    Polskę — swobodną, silną, piękną —
    Tak nam dopomóż... — odbudujem!

    Front, listopad 1943 r.