Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/208

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    I przegryzł ziemię niby kret,
    I rozbił wyszczerzone bryły,
    I w ziemię aż po głowę wszedł,
    I jaskiniowe miasto wyrył.
    Szły sanie bezdrożami dróg
    W dalekie bory po bierwiona,
    A kiedy konie padły z nóg,
    Ludzkie zaprzęgły się ramiona.
    Żołnierz i drwal — on łupał dąb.
    On siekier okrył się namiotem,
    I było ciepło mu — a potem
    Nad norą ziemną stanął zrąb.

    Wdarliście się w korzenie zim,
    i mrok się cofnął w głąb przed wami.
    Step żyje, ogień płonic, dym
    Macha szarymi rękawami,
    I wrzątek bucha w śnieżnej grudzie.
    W podziemnej stajni prycha koń,
    W podziemnym składzie błyszczy broń,
    W podziemnym zamku żyją ludzie!

    Ponad rozpromienionym piccem
    Onuce sztywne schną na sznurze.
    Cienie do krokwi lgną i w górze
    Punkciki papierosów świecą.
    Widać strzyżonych zarys głów.
    Odblaski w kątach drżą zwodnicze,
    W ciemności zawisł ciężar słów,
    Prostych i celnych jak rusznice.
    I norę, wyrąbaną w skale,
    Zaludnia przeczuwany świat.
    Tutaj marzenia są na skalę
    Tysięcy miast, tysięcy lat.