Venus

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Venus
Pochodzenie Z pamiętnika
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VENUS

Noc podnosiła się od wschodu i szła jeszcze chyłkiem, ale już przysłaniała płetwami jary głębokie, pola dalekie, źrenice stawów i poczynała wlewać plugawymi łachmanami zmroku i trząść na ziemię drobny, przejmujący zimnem deszcz — i zwolna okręcała brudnymi zwojami wsie, szkielety drzew, puste pola, krzyże, co oślizgłe, czarne, zmęczone ramiona wyciągały ku niebu po wzgórzach i rozstajach.

A za nocą, niby pies, wciskał się wiatr i obiegał pola, przewalał się ze świstem po przemiękłych podorówkach, bił w stawy, aż się odkrywały do dna, zamiatał błotniste drogi, mocował się z gruszami po miedzach, wyrywał wiechcie słomy, przycichał i milczkiem uderzał w ściany lasów, stojących dokoła; wżerał się ze skowytem w tłumy drzew ponurych i rwał ostatnie liście brzozom żółtym i bukom czerwonym — i cofał się przerażony mroczną ciszą głębin i ponurą zadumą olbrzymów, cofał się ze skomleniem, kłębił i rzucał z wściekłością na stary, leżący w dolinie nad rzeką park; na ruinę parku o zielonych oczach stawów zarośniętych, o wyłamanych, przegniłych alejach, o pokrajanych na chłopskie zagoniki gazonach i trawnikach; na trupa parku, gdzie w pośród zdeptanych traw i drzew połamanych bielały marmurowe ciała Faunów, Panów, Dryad, Bachantek i Bogów.
Noc szła niepowstrzymanie i mżyła coraz gęstszym deszczem. Ostatnie stada wron leciały z krzykiem ku lasom, wieszały się na szkieletach drzew, obsiadały białe głowy bogów i krakały — długo i żałośnie; a potem krążyły chmurą nad podartymi murami pałacu, czepiały się porozwalanych ścian, wisiały na potrzaskanych kolumnach, opadały na zrujnowane balkony, na resztki dachów i wieżyczek, i znikały we wnętrzu ruiny, w oczodołach pałacu, który patrzył w tę noc listopadową, w widmowe kontury drzew połamanych przez wichry, w długie aleje, majaczące w zmroku, na potrzaskane marmury fontan, na groby rozwalone, w ciemne głębie gąszczów, w zielone rozgniłe stawy i na szeregi Faunów, Panów, Dryad, Bachantek, Bogów i Chimer — na cały tłum ciał chwiejących się na zmurszałych trzonach, i wskroś zielonego zmroku boleśnie bielejących nagością; na cały tłum boskich ciał obdartych, poranionych, powygryzanych przez deszcze i mrozy, bezrękich, kalekich, omszonych, trupich; na cały tłum boskich nędzarzy, konających w zimnie, brudzie i brzydocie nocy listopadowej, wpatrzonych kamiennemi oczami w Venus.
Deszcz padał bezustannie i zimnemi strugami spływał po boskiej twarzy Venus, wyżerał jej oczy wpatrzone w dal niezgłębioną, i ściekał brudnemi smugami po surowych, nieubłaganych dumnych ustach na tors poraniony, na piersi rozbite kamieniami pastuchów, na biodra wyszczerbione ostrzami kozików, na całe to nieśmiertelne ciało pełne ran, smug od biczów, błota, plam i pleśni.
Dziki chmiel obejmował jej nogi lubieżnymi skrętami i plugawił jej boskie łono, a wielkie osiki, stojące dokoła, trzęsły się wciąż w gniewie i sypały na jej głowę przegniłe liście i brutalnie biły ją gałęziami, a droga, biegnąca poza nią, obrzucała ją błotem, a trup pałacu rzucał na nią gruzem, a deszcz pluł na jej boską nagość.
Noc podnosiła najeżoną wichrami głowę i trzęsła nią coraz silniej — aż szkielety drzew trzeszczały, mury pałacu się trzęsły i głucho huczały puste pokoje, i jęczał smutnie park cały, i skowyczały z zimna i strachu stare psy — bezdomne, które tu zdychać przychodziły; psy — samotne, wyjące rozpaczliwie do odległych wsi, błyskających ognikami, — opuszczone psy.
Wiatr się srożył.
Noc przysłoniła przegniłym łachmanem mroków świat i przewalała się z chichotem dzikim wichrów po błotach dróg, po nagich gałęziach drzew, po atłasach wód, po ruinach pałacu i po białych ciałach bogów — tarzała się z upojeniem i porykiwała głosem huraganu, który zrywał się z łańcuchów, porykiwał złowrogo i począł kąsać, deptać i miażdżyć świat. Psy wyły żałośnie, druzgotane drzewa jęczały, rozdzierane mury podały z krzykiem głuchym, a wszystko, co żyło — cierpiało i łkało żałością i błaganiem.
Venus, cicha w swej boskiej obojętności, patrzyła w dal niezgłębioną, poprzez tę noc listopadową, poprzez tę noc tak straszną. A huragan, jak pijany szaleństwem, taczał się po polach, brał się za bary z lasem, gniótł, wyrywał i łamał, aż jęk ogromny leciał nad ziemią wysoko, a trzask łamanych gałęzi drzew, niby huk piorunów, echem rozlegał się po ruinach pałacu.
Cały park trząsł się w spazmie rozpaczy, skomlał, ryczał o litość, żebrał zmiłowania, ale huragan odpowiadał wyciem, rozwalał mury, wydzierał z ziemi całe aleje i rozrzucał je po parku, jak pióra, szamotał się z rozłożystymi dębami i rozdzierał je do korzenia, skręcał wysmukłe topole niby trzciny nikłe i bił niemi w bogów, walił ich o ziemię z trzonami i rozgniatał, niby muszle suche, i zarzucał błotem, gałęziami, ziemią — i oślepły wściekłością deptał po białych ciałach i biegł druzgotać Venus!...
Szaleństwo chaosu zapanowało nad ziemią. Huragan wył wszystkimi głosami wściekłości i nocy. Nie było już nic, tylko jeden olbrzymi wir ciemności, który toczył się między niebem a ziemią, ryczał, rwał drzewa i mury, kłębił się olbrzymim lejem, przelatywał park i bił w lasy, a lasy powstawały strasznym szeregiem, niepokonanym szeregiem, zawodziły dziką pieśń boju i tłukły koronami napastnika, kładły się prawie na ziemi i powstawały znowu ogromne, niepokonane, straszne i walka trwała dalej, bój trwał i zniszczenie trwało.
A wskroś szmerów, bełkotań, trzasków, ciemności, łkań drzew konających, a wskroś chaosu nocy strasznej brzmiał hymn ponury Faunów, Panów, Dryad, Bogów i Chimer — rozpaczny hymn:
O Venus! O nieśmiertelna! O Matko Bogów i ludzi! Litości! Litości!
Venus patrzyła w dal niezgłębioną, surowy uśmiech tkwił na jej ustach boskich, boską obojętnością oddychało jej ciało pełne ran, jej ciało smagane przez huragan, jej ciało bite gałęziami, cegłami rozwalonych ruin, błotem drogi, szlamem stawów, zimnem, wszystkiemi potęgami tej nocy strasznej.
I znowu potrzaskane torsy, poskręcane ciała, podeptane głowy, poszarpane w miazgę boskie ciała Panów, Dryad, Bachantek, Bogów i Chimer — śpiewały wielki hymn konającymi głosami, rozpaczny hymn!
— O Venus! O nieśmiertelna! O Matko Bogów i ludzi. Litości!...
A Venus patrzyła w dal niezgłębioną po przez tę noc straszną na Helladę, spowitą w ciszę miesięcznej posnowy, co srebrną mgłą okryła szczyty gór nagich, oliwne gaje, lasy cyprysów, przez które przeświecały białe ściany domów i marmurowe portyki świątyń; słuchała słodkich szmerów ruczajów, wijących się przez rozwonione lasy, tęsknych głosów fletni, lejącej się w ciszę tej cudnej nocy, gorących hymnów miłości, które w wiosennem powietrzu śpiewały wszystkie twory.
A noc szła naprzód niepowstrzymanie.
Huragan przeszedł i oczy gwiazd zaczęły patrzeć z głębin. Świt blady, anemiczny, o rozwichrzonych zorzach na czole, podnosił ciężkie powieki chmur i patrzył sennemi, zapłakanemi źrenicami zórz po pustych, martwych polach, pełnych zniszczenia, po lasach połamanych, zaglądał w puste oczy pałacu aż do głębi nagich ścian, pełnych strzępów, obić i resztek złoceń, obiegał błyskami park zgnieciony, połamany i umarły, szukał bogów, którzy stali w półkolu wielkiem nad stawem, ale bogów nie było: Fauny, Pany, Dryady, Bachantki, Bogowie i Chimery — umarli, gnili w błocie, przywaleni trupami drzew. Szukał Venus! I Matki Bogów i ludzi nie było. Nie mógł wyrwać huragan sam, więc wyrwał z korzeniami jakieś drzewo i rzucił na nią. Zerwała się z tronu, wyrwała się z objęć chmielu i padła na wznak w błoto drogi i leżała, tak samo wpatrzona w dal niezgłębioną; tak samo pełna boskości i majestatu.
Świt, jakby przerażony ogromem i niszczącą potęgą nocy, rozpłomienił się i krwawemi zorzami zalał świat, i patrzył ze zgrozą na trupy i zniszczenie.
A wtedy z głębin parku, od połamanych bogów, od rozmiażdżonych boskich ciał, z kamiennych ust, buchnął krzyk ogromny, krzyk wstrząsający, ostatni krzyk!
— Umarła! Umarła!
Umarła! Odpowiedziały echem lasy, chyląc się do nóg dnia wschodzącego. Umarła! Odpowiadały echem niedołamane drzewa parku i chyliły się przez rów nad drogą i patrzyły na nieśmiertelną.
Umarła! Śpiewały suche, nikczemne osty, otrząsając ciężkie głowy z rosy, szeptała ziemia, chichotał poranny wietrzyk, mruczały wezbrane potoki, co wybiegały z parku na drogę i czołgały się do Bogini, aby lizać jej ciało i rwać i kąsać i jakby powszechna radość zatrzęsła ziemią, że umarła ta, co była nieśmiertelna.
A dzień rozsrożył się, twarz mu buchała płomieniem i stanęła w ogniach czerwonych pożogi, nieubłagania; światłem sądu i zemsty świecić poczęła.
Trwoga przeleciała nad światem: ptaki pomilkły, lasy przycichły, potoki stanęły, ziemia okryła się trwożnie mgłami i cisza przytłaczająca ogarnęła niepokojem wszelkie istnienie.
Dzień pochylił swoją krwawą twarz nad Nieśmiertelną i zapalił w jej szeroko otwartych źrenicach czerwone błyski, otoczył jej boskie ciało aureolą i całował jej rany różanemi ustami poranku, cofnął się poza chmury, które niby błotniste, rozlane drogi, wisiały na niebie; i zapłakał drobnym deszczem i lał łzy na ziemię, pełną szarości, zimna i smutku.
Ocalała tylko jedna z Heter, którą niegdyś chłopi ukradli z parku, umieścili w wydrążeniu potężnej lipy, okryli jej bezwstydną nagość sukienkami, obwiesili różańcami i wiankami kwiatów, ustroili w złoconą, papierową koronę i modlili się do niej majowymi wieczorami i była im bóstwem opiekuńczem.
Chłop stary jechał z wyrostkiem drogą od wsi, przed Heterą zdjął czapkę i pobożnie się przeżegnał i wlekli się dalej po rozmokłej glinie.
— Ociec! A to ta goła figura leży, patrzta no! nie przejedziem...
— Głupiś! pry! prrry...
Zlazł w błoto i z biczyskiem w garści obszedł boginię, potem z wozu siekierę wziął, plunął w garść i zaczął obuchem odbijać jej głowę...
Odbił kopnął zabłoconym trepem, stoczyła się do rowu...
— Pudzi no Maciek, włożymy kamień na wóz, a to się przyda na próg do chałupy, abo i na osełki.
Powieźli.
Nogi, okręcone pętami chmielu, pozostały w błocie, a poraniona głowa patrzyła z rowu, z pod cienkiej warstwy wody, patrzyła w dal niezgłębioną patrzyła wskroś wszystkiego, zimno i nieubłaganie.


Władysław Stanisław Reymont - Z pamiętnika str 201.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.