Ulicą i drogą/Bałwan ze śniegu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Bałwan ze śniegu
Pochodzenie Na klawiszach miejskiego bruku
Data wydania 1928
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BAŁWAN ZE ŚNIEGU



Pewnego — jak to mówią — pięknego poranku,
Gdy mamusia i tatuś raczą wreszcie orzec,
Że, choć mróz, jednak wolno wyjść nam na podworzec,
Narodzisz się, wyśniony śniegowy bałwanku.
 
Ubierzemy się w ciepłe szubki i pończoszki,
Że nam i mróz stokrotny szkody nie wyrządzi;
Rękami (w rękawiczkach ze sierści wielbłądziej)
Śnieg ugniatać będziemy, jak z ciasta pierożki.
 
Potem zaczniemy tulać owe śniegu bryłki,
Sklejać, zbijać je z sobą — wesoło, radośnie —
Aż z nich nakoniec kula ogromna urośnie,
Której nie podołają już nasze wysiłki.
 
A w ślad za nią wnet druga kula się potoczy
Nieco mniejsza i gładsza, jak kula od kręgli;
Wsadzimy ją na tamtę, wetkniem parę węgli:
Będą to twoje usta, nos, uszy i oczy.
 
Staniesz tak uroczyście pośrodku podworca —
A w ręce twe, co smutno na piersiach się splotły,

Włożymy ci kawałek wyszarganej miotły,
Iż rzekną, że wyglądasz jak drugi dozorca.
 
Krzywo na ciebie patrzeć będzie pan Walenty,
Aż nakoniec, za jego namową pokątną,
Woźnice magistraccy precz cię stąd uprzątną,
Zanim cię tchnienie wiosny rozkruszy na szczęty.

1927





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.